poniedziałek, 23 marca 2015

"Jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach...", czyli rodacy na urlopie

Choć sezon urlopowy jeszcze się na dobre nie rozpoczął, to popularny dziennikarz TVN wywołał poważny problem "Wczasy zagraniczne a sprawa polska". Otóż pan Jarosław Kuźniar był uprzejmy podzielić się z rodakami swoimi sposobami na "tanie podróżowanie". I nie były to drogocenne, nomen omen, porady objaśniające czytelnikom, jak najkorzystniej bukować loty WizzAirem czy RyanAirem, bo na przykład odkrył, kiedy są najtańsze i gdzie. Nie były to też zbawienne porady dotyczące couch surfingu czy inne "Autostopem przez galaktykę". Kuźniar pochwalił się, że podróżując do USA kupuje niezbędny mu sprzęt w Walmarcie, użytkuje przez cały pobyt, a pod koniec podróży zwraca do sklepu pod byle pretekstem. Prawa konsumenta w Ameryce to cudowna rzecz. I zaiste są godne pozazdroszczenia. Ale niekoniecznie już wykorzystywania w tak, nie bójmy się tego słowa, przaśno-siermiężno-pszenno-buraczany sposób. Ponadto pan Kuźniar był uprzejmy wielokrotnie dzielić się z odbiorcami swoimi wrażeniami dotyczącymi podróży w gronie rodaków. Które, też przyznajmy to szczerze, bywają koszmarem i są takie momenty, że się żałuje, że żadnego z języków obcych nie opanowało się w takim stopniu, aby udawać np. Niemca. Albo Hiszpankę (co z moją bladolico-niebieskooką urodą mogłoby nie przejść, więc lepiej jednak było inwestować w kursy niemieckiego albo najlepiej - szwedzkiego lub islandzkiego i przedstawiać się jako, na ten przykład, Agneta Jónsdottir). Owszem, zdarzają się bardzo sympatyczne spotkania rodaków na obczyźnie. Na przykład w recepcji dublińskiego hostelu albo barcelońskim Subwayu. Wiele miałam takich spotkań, sympatycznych albo zabawnych. W muzeum dublińskim pani przy wejściu długo i obszernie opowiadała nam po angielsku, co znajdziemy na każdym z pięter ekspozycji, a na koniec zapytała "where are you from?", po usłyszeniu odpowiedzi przewróciła oczami i powiedziała znużona: "Oesuuuu, nie mogliście państwo tak od razu? Się człowiek produkuje po próżnicy...". Mogłabym wiele takich uciesznych anegdot przywołać. Ale są też anegdoty niewesołe. Spuśćmy uprzejmie zasłonę milczenia na samolotowe wyczyny naszych polityków, rodacy na wakacjach bywają straszni. Wynoszą jedzenie ze szwedzkiego bufetu. Wykupują najtańsze oferty, a potem się awanturują, że standard nie ten i nie za to płacili. Zwłaszcza w samolotach. Jak się leci WizzAirem i płaci się za to nie za wiele (porównując z cenami innych linii lotniczych), to nie ma co oczekiwać, że standard samolotowej podróży będzie jak w filmie "Jak być kochaną", z koniaczkiem i międzylądowaniem na odpoczynek. No ale. Lecę, więc wymagam. Zapominając o tym, że linia lotnicza, którą wybrałem, jest powietrznym odpowiednikiem PKSu. Stroje rodaków na obczyźnie to też temat na osobny wpis, a dokumentacja fotograficzna nadaje się tylko na "Faszyn from Raszyn". I znowu bez przesady - nie chodzi mi o to, że powinniśmy wyglądać jakbyśmy wszyscy wakacje spędzali na luksusowym jachcie, kursując między Saint Tropez a Niceą. Ale spodnie z lycry opinające balerony i top w panterkę, a na szczycie tej konstrukcji sfilcowany "słoneczny balejaż" w bieli i czerni? Klapki pamiętające wczasy zakładowe w Ciechocinku? Litości. Wynoszenie jedzenia ze szwedzkiego bufetu, "bierz, bierz Maryla, bo zapłacone", wydzieranie się na cały hotelowy bar w Varadero "AŚKAAAAA, WEŹ MI TO Z MIENTOM!" (chodziło o mojito...), osławione już kanapki z jajem i kabanosy w autokarowej podróży do Paryża... Zresztą, kto ciekaw takich historii, to Internet pełen jest zwierzeń pilotów wycieczek i rezydentów. Tak, Polacy za granicą potrafią być uciążliwi i żenujący. Czasami wstyd się przyznawać do narodowości. Niemniej jednak jestem w stanie zrozumieć, z czego to wynika. Z kompleksów. Z wyobrażeń o własnej "pańskości". Z chęci użycia i odreagowania swojej niewielkiej pensji, krzywego mieszkania w gomułkowskim bloku na jakimś zadupiu, z pazerności i chęci "nachapania się", kiedy można. Rekompensowania sobie poczucia, że jesteśmy "Radomiem Europy" (sformułowanie zawdzięczam Adamowi). I choć wydawać by się mogło, że Jarosław Kuźniar, świetnie zarabiający dziennikarz z Warszawy, może być wolny od takich pokus i potrzeb, to nie jest. On też musi się "nachapać". Cwanym być. Sprytnym. Sytuację wykorzystać, ugrać coś na boku, nie być frajerem i nie płacić. Sztućce wynieść z restauracji, a ręczniki kraść z hotelu. Ukrywać miniaturowe szamponiki i żele pod prysznic, żeby dostać nowe, a przecież na podróż się przydadzą. Kultura polska kulturą cwaniactwa i "przydasiek". Celebrujmy to nasze dziedzictwo, skoro tak egalitarne jest, że wszystkie klasy, nawet te, wydawać by się mogło, wysokie, obejmuje. Bądźmy dumni, jak dumni jesteśmy z transformacji, sarmacji, Papieża, wąsa, Marszałka, II RP, wsi polskiej i disco polo. Cwaniactwo chlubą narodową! "Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina..."!

sobota, 14 marca 2015

Jak być dobrym rodzicem w kilkunastu prostych krokach, czyli pop-psychologia i latte feminizm

Zostałam zainspirowana w deszczową sobotę przez Pawiana przy drodze, która była uprzejma podzielić się na Facebooku artykułami z kultowego w pewnych kręgach portalu Mamadu.pl. Chodzi o dwa bliźniacze artykuły, Małgorzaty Ohme "18 damskich spraw, które musi załatwić matka każdej dziewczynki" oraz Dawida Bartosika "16 męskich spraw, które musi załatwić ojciec każdego chłopca". W dyskusji pod postem Pawiana pojawiły się sugestie, że tekst Ohme jest ironiczną odpowiedzią na tekst Bartosika i ona tak nie na serio. I choć zwykle staram się mieć głęboką wiarę w ludzkość, zawsze wierzę, że tekst jest ironiczny, a wiadomość z "ASZdziennika", to tym wypadku węszę jednak tekst w tonacji serio. A węszę dlatego, że moim zdaniem te dwa teksty są doskonałymi przykładami: pop-psychologii, latte feminizmu i czegoś, co na własny użytek nazywam "równouprawnieniem z Dzień Dobry TVN". Może to też być równouprawnienie z "Twojego Stylu" albo "Wysokich Obcasów EXTRA", które to czasopisma nie za wiele się różnią. Otóż w swoich podstawowych założeniach równouprawnienie z Dzień Dobry TVN zakłada, że kobiety i mężczyźni powinni być równi i partnerscy, facet może przewinąć niemowlaka, kobieta może szefować wielkiej firmie i powinni się dzielić obowiązkami. Tyle, żeby tak nie za bardzo. To znaczy jesteśmy równi, ale kobieta, to wiadomo, rosołek ugotuje jak chłop chory, no a mężczyzna to jednak jest silny i twardy, chociaż mówi "kocham cię". A kobieta, chociaż jest prezeską, to maluje usta i lubi być otoczona silnym ramieniem swojego mężczyzny. Żadne tam radykalne rewolucje. Ot, troszeczkę, żeby dobrze w stylowych wnętrzach wyglądało. A do tekstów, aby zachować konwencję, odniosę się w punktach. Otóż matka powinna nauczyć córkę:

"1. Robić rosół. Nie ogółem gotować, bo nie każda ma do tego: talent, chęć, czas, ale ugotować porządny rosół na wołowym z kością - koniecznie! Po co? Bo to niezbędne, by wytrzymać z chorującym chłopem. Jak postanowi zostać wegetarianką, to niech się nauczy uzupełniać smak umami". Moja matka jest złą matką. Nie umiem gotować rosołu. Ba, nie zamierzam się nawet uczyć, gdyż mięsa nie jem, a rosół mi zwyczajnie śmierdzi. Na potęgę śmierdzi.  I nie ma mowy, żeby wielki gar z trupem w środku bulgotał w mojej kuchni. Wytrzymałam z chorującym chłopem bez rosołu. Poiłam go napojem imbirowym. Uwaga, teraz będzie szok w trampkach: nie każdy chorujący chłop z byle katarkiem i temperaturą 36,8 kładzie się do łóżka i celebruje wszystko, co wyczytał u Philippe'a Aries o chorym w łóżku. Żaden moribundus, żadne ars moriendi, żadnych aniołów z szarfami i sentencjami.


2. Według Ohme (tu wyczuwam słabą iskierkę ironii i uszczypliwość wobec tekstu Bartosika) kobieta powinna umieć przyszyć guzik, bo mężczyzna i dziecko tego nie zrobią. Według mnie każdy podstawowo ogarnięty człowiek powinien umieć przyszyć guzik i zaszyć dziurę. Nie mówię o krawiectwie artystycznym, tylko po prostu w razie nagłego wypadku nie każdy jest psycholożką z Warszawy, która może rozważyć kupienie nowej koszuli zamiast przyszycia guzika do starej. Ja na ten przykład nie mogę, więc przyszywam i zaszywam.


3. "Pleść warkocza". WARKOCZ, do cholery. Prawdziwa Matka Polka, do tego z wykształceniem wyższym, powinna nauczyć swoje dziecko niezależnie od płci mówić po polsku, no na miły buk! W kwestii warkoczy (nie: warkoczów) moja matka zawiodła. Nie umiem pleść, zaplatać ani układać włosów innych, niż moje własne, krótko obsmyczone. Nie umiałam jako dziecko. I choć moja mama bardzo chciała mnie czesać w rozmaite fikuśne fryzurki z fikuśnymi gumeczkami, byłam materiałem opornym i NIENAWIDZIŁAM szczotek do włosów. Warkocze, które plotę koniom, np. do koreczków, są żałosne i wiem o tym. Sama warkocz miałam na głowie bodaj raz. Wyglądał jako kolba kukurydzy pastewnej - krótkie, grube i z takimi roztrzepanymi "piórkami" na końcu. To była Barbórka, a ja tańczyłam w stroju regionalnym, dostając zeza zbieżnego, gdyż jeden z koralików z wianka dyndał mi dokładnie między brwiami. Matka nie dopilnowała, utraciłam kobiecość za młodu.


4., 5. i 6. potraktuję zbiorczo: nie należy malować się i prowadzić samochodu. Niezależnie od tego, jakim się jest kierowcą. Jak się nie umie zmieniać samodzielnie koła (ja umiem, tzn. wiem, co trzeba robić, ale nie mam dość siły, aby podnieść auto na lewarku), to się wykupuje pakiet assistance i w razie złapania gumy dzwoni pod wskazany numer, a nie staje na poboczu i macha wypielęgnowaną łapcią. Ew. podjeżdża się pod Wydział Filologiczny i prosi o pomoc, sprawdzone, działa. Dotyczy płci obojga. Jeśli chodzi o pertraktowanie z policjantami: możecie mi powiedzieć, że jestem pryncypialna, ale nie uznaję "przekonywania" "pana władzy" przy jednoczesnym rzęs trzepocie. Ostatnio zapłaciłam mandat za jazdę bez świateł. Zaledwie kilometr od domu. Nie próbowałam przekonywać, że "to ostatni raz" albo robić z siebie trzpiotki i mówić, że "taka jestem roztrzepana (w domyśle: taka kruchutka, no ojejejejejej....)". Jeśli mogę samodzielnie prowadzić samochód, to powinnam o światłach pamiętać. Jeśli stanęłam na zakazie, to nie mówię "ojej, serio, tam stał znak...?". Ogólnie: żaden mandat nie sprawi, że zrobię z siebie patentowaną idiotkę. Głównie dlatego, że nią nie jestem. I ponadto: kodeks drogowy obowiązuje także patentowane idiotki. I tego też należy dzieci nauczyć.

7. i 8. Ponadto matka, według Ohme, powinna nauczyć córkę także flirtować oraz nie dojadać do końca, bo i tak dziewczyna będzie całe życie na diecie, więc niech się ćwiczy za młodu. Przykro mi, nie mam riposty. To jest za głupie.

9., 10. i 11. są słuszne. Należy badać piersi. Jak się już je ma, trzeba umieć dobrać na nie stanik. Trzeba czytać instrukcje obsługi. Instrukcje z Ikei są obrazkowe, ale widać to nie p. Ohme skręcała krzesła. Jeśli chodzi o dawkę antydepresantów: po takim wychowaniu sugerowałabym zainwestować w terapię dla córki. Porządną. A nie od razu w antydepresanty. Ale to p. Ohme jest psycholożką, więc widać wie, że żadna terapia jej biednej córce nie pomoże. Pogratulować kompetencji rodzicielskich i trzeźwej oceny własnych możliwości wychowawczych.

"12. Umieć zarabiać kasę. Tak tak. A więc nie wychodzić za mąż dla pieniędzy. Nie zostawać w toksycznym związku ze względów finansowych. Kupić sobie torebkę, super krem albo wymarzone szpilki- i nie pytać o zgodę. Nikogo". I stawiać przecinki (w ogóle poziom tekstu pod względem językowym woła o pomstę do nieba). To jest właśnie kwintesencja latte feminizmu bądź też równouprawnienia z Dzień Dobry TVN. Kobieta powinna umieć zarabiać kasę (najlepiej dużą), żeby móc sobie kupować szpilki i kremy bez zgody męża. Dziękujemy wam, feministki! Teraz same możemy płacić za to, co jest w życiu najważniejsze! Teraz nikt nie będzie robił nam wyrzutów za cenę naszej garderoby! DZIĘ-KU-JE-MY! Bo to jest właśnie najważniejsze w emancypacji. Samowystarczalność w obuwniczym. To wystarczy za całe równouprawnienie. A przecież wiadomo, że kobietom tylko fatałaszki w głowie.

Punkty 13 - 18 są całkiem sensowne, więc nie będę się czepiać. Więc co o tym myśleć? Ironia to czy nie? Obawiam się, że nie. A swoją obawę motywuję właśnie feminizmem z DDTVN: czyli zarób na własne szpilki, ale wiadomo, że jak chłop choruje, to trzeba uwarzyć rosołek. Kochaj i akceptuj siebie, bądź silna, ale przed policjantem zgrywaj słodką idiotkę. Pomimo całego "akceptuj siebie" lepiej jednak uważać na to, co się je. Żeby efektywniej unikać mandatów, kiedy się zarazem robi kreskę eyelinerem i wymusza pierwszeństwo. Pop-psychologia, latte feminizm na obcasach. Nie jestem feministką, ale... No i kto by się przejmował językiem polskim. Liczy się body lengłycz! Działanie na podświadomość, a nie jakieś tam przypadki! Zresztą, należy córkę nauczyć, że przypadki to się zdarzają słabeuszkom. A ona ma brać życie w swoje ręce i być panią własnego losu! No chyba że chodzi o dietę. To wtedy jednak nie. Witamy w świecie latte, szpilek i feminizmu! Aby być dobrą matką, należy wyemancypować swoją córeczkę, ale nie za bardzo. Nie chcesz przecież, żeby wyrosła z niej jakaś straszna, manifowa feministka!

Mamo, tato, dziękuję. Że umiem i przyszyć guzik, i wiem, jak zmienić oponę. Obrać ziemniaki i walczyć o swoje. Że wychowaliście mnie nie na kobietę, nie na faceta, ale na porządnego, zaradnego CZŁOWIEKA.

środa, 11 marca 2015

Moje miasto, takie piękne

Mieszkam w Katowicach. Od zawsze i na zawsze, mam nadzieję. I naprawdę kocham moje miasto, bo właściwie nic innego nie da się z nim zrobić. Aczkolwiek nie jest to miłość łatwa i oczywista. Moje miasto nie jest szczególnie piękne, a już na pewno nie jest piękne tak, jak piękny jest Kraków albo Wrocław. Ma swój specyficzny urok mimo to. Widzę, jak się rozwija, jak się zmienia i serce roście. Choć nie wszystko z "nowinek" mi się podoba - jestem sceptyczna wobec nowego rynku, który wygląda jak po eksplozji składu betonu, gdzieniegdzie upstrzony tzw. "wiszącymi ogrodami Uszoka", bardzo sceptyczna jestem wobec Galerii Katowickiej, choć robię tam zakupy; ale jej nieco waginalny dizajn wklejony w katowicką modernę wygląda STRASZNIE - to generalnie lubię to miasto. Dobrze mi się tu żyje. Zapanowała do tego jakaś specyficzna "moda na Kato" i moda na Śląsk. Dobre i to, coś się dzięki temu rusza.

Czuję się Ślązaczką, chociaż nie mogę wykazać się nawet promilem śląskiej krwi. Jak już wspominałam, mój ojciec jest z Orzelca Dużego, powiat staszowski, województwo świętokrzyskie, a mama - z Sosnowca. Zagłębianką się nie czuję, prędzej uwarzę żur albo wodzionkę, niż zalewajkę czy fitkę (nie mam nawet pewności, z czego jest ta druga). Do Sosnowca wpadam do dziadków i to właściwie tyle (dalej mam w pamięci notkę o dziadkach z Sosnowca w ramach "wyznań kundelka", pamiętam o tym). A wieś, gdzie bywałam często jako dziecko, trudno uznać za "pierwszą ojczyznę". Więc Ślązaczką jestem z wyboru i może trochę przez mariaż, choć Luby ma raczej urodę bliskowschodnią (i nie jestem odosobniona w tej opinii, kiedyś jeden znajomy zapytał tajnie przez poufnie, czy ojciec Janka przypadkiem nie był Arabem...). Ale jak się wprowadziłam, to odkryłam na jego półce książkę "Kuchnia oszczędnej gospodyni" i trochę zamarłam. I faktycznie, cierpi on czasem na jakieś mniejsze lub większe ataki śląskiej histerii domowej, które objawiają się kompulsywnym pucowaniem dowolnie wybranego skrawka powierzchni płaskiej oraz kategorycznym niedopuszczaniem mnie do obrządku mycia podłóg, gdyż, uwaga, ROBIĘ TO ZA MAŁO DOKŁADNIE. Podejrzewam, że wylizuje futryny, kiedy nie patrzę. No, ale pochodzi on z domu, gdzie babcia zarządzała regularne kąpiele kota przy użyciu mydła (!!!), gdyż "kot śmierdzi". Kot czmychnął przy pierwszej nadarzającej się okazji, a Janek jednak jest rozrzedzony krwią małopolską, bo na kąpanie kota raczej by nie wpadł. Anegdotka, ale muszę, bo mi się dobra anegdotka zmarnuje. Mój świętokrzyski dziadek trudnił się, między innymi, handlem końmi. I przed targiem zawsze szorował im zęby. Na to moja babcia, porządnicka i dbająca o czystość wszystkiego i wszystkich, mówiła: "A umyłbyś te swoje zebce, zamiast kuniowi!". Dziadek słynął też z mycia jednej ręki - bo wszak tylko jedna się pobrudziła, druga jest w porządku. Babcię doprowadzało to do białej gorączki. No, koniec z tymi anegdotkami z oświaty sanitarnej, wracamy do Katowic.

Jak już pisałam, kocham to miasto i jeśli nie będę musiała, to nie chcę go opuszczać. Tu są jednak dobre ludzie. I mój uniwersytet. I niby Miasto Ogrodów. Niedoszła, a ponoć "alternatywna" Stolica Kultury. W związku z tym, że kultury, to oczywiście powstają co i rusz nowe galerie. A że handlowe, to już dopisano małym druczkiem. Jeśli Świdnica (albo Piła, jak kto woli) jest miastem biznesu i seksu, to Katowice są miastem galerii handlowych. Niedaleko centrum stoi Silesia City Center. W samym centrum Galeria Katowicka. Zaledwie ulicę dalej (!!!) buduje się... kolejna Galeria. Żeby przypadkiem ludzie nie spacerowali za wiele po mieście. Tyle co z galerii do galerii. I do samochodu. Więc w okolicach centrum niebawem będę TRZY galerie handlowe. Z sieciówkami. W obrzeżnych dzielnicach powstają rozmaite "parki handlowe", w obręb których wchodzą sklepy meblowe (Centrum Handlowe Dąbrówka) albo chińskie ubrania (Centrum Handlowe Załęże). Ale miejskim włodarzom wydaje się, że to wciąż mało. Gdyż poprzedni prezydent miasta, przez złośliwych nazywany "sołtysem Kostuchny", mieszka na południu miasta i nie ma blisko galerii. Więc nam, za przeproszeniem, jebną czwartą galerię. Nieopodal mojego domu, żeby pokrzywdzeni mieszkańcy dzielnic południowych też mieli swoją galerię i odciążyli centrum miasta (gdzie, jak wiadomo, jeździ się jedynie do galerii, tych handlowych). Około 130 sklepów, 1 600 miejsc parkingowych. A do tego rondo wielkości tego pod Spodkiem, punkt przesiadkowy i linia tramwajowa pociągnięta aż do Osiedla Odrodzenia (nieopodal którego, w zasięgu kilkuminutowego spacerku, mieszkam). Z czego sensowne jest tylko to ostatnie. I wtedy wszystkie sklepiki i punkty usługowe, które mam pod domem i w pobliżu domu, mogą się zwijać. Żałość i witki opadają. Czwarta galeria. Nie wspominając o tym, że każde (lub niemal każde) miasto aglomeracji ma swoją galerię albo i dwie (Sosnowiec - Plaza, Plejada, Dąbrowa Górnicza - Pogoria, Bytom - Agora, Gliwice - Forum, Europa Centralna, swoją drogą, dżizus, co za nazwa, Czeladź - M1, które zresztą jest też w Bytomiu, Ruda Śląska - Plaza, Chorzów - AKS). Swoich galerii nie mają chyba tylko Będzin (choć M1 stoi właściwie pod samym Będzinem), Siemianowice Śląskie i Świętochłowice. No i Piekary Śląskie. Pardon, właśnie wygooglałam, w Piekarach jest Marcredo Center. Jest i Galeria Zabrze. Jednakowoż CZTERY galerie w Katowicach to fenomenalny pomysł na miasto. Z punktu widzenia grup inwestorskich, budujących te przybytki, oczywiście.

Mam propozycję, wyjdzie taniej, szybciej i prościej: należy zadaszyć całe Katowice i zamienić je na przestrzeń handlową. A okoliczne miejscowości na specjalne strefy ekonomiczne. Ostatecznie, po co istnieją miasta...?

wtorek, 3 marca 2015

Mademoiselle Agnieszka z za ciasnym kokiem uczy manier

Kto kiedykolwiek miał wykład z prof. Tadeuszem Sławkiem ten wie, że profesor bardzo lubi mówić o codziennej grzeczności. Że zachowanie podstawowych zasad grzeczności - ulubione przez profesora jest mówienie "dzień dobry" współpasażerom w windzie oraz kultura drogowa - jest podstawą życia w społeczeństwie i bez tego żyć w większym skupisku ludności się nie da. I zgadzam się z profesorem, nauki do serca przyjmuję i ogólnie staram się. I nie chcę popełnić mizantropicznego tekstu o wszechogarniającym chamstwie albo zestawu porad nauczycielki manier na pensji, bo uważam, że zasady grzeczności są po to, żeby nam było ze sobą milej i żebyśmy sobie okazywali elementarny szacunek nawzajem, a nie po to, żeby tresować młode panny i paniczów oraz na każdym kroku tropić afront oraz dyshonor. Ale czasami to bym biła linijką po łapach delikwentów, sznurując usta równie ciasno, co gorset. Zdarzyły się w moim życiu dwie awantury powitalne, przy jednej delikwent uznał pewien porządek płci, w którym mężczyznom podaje się prawicę, a kobieta ze swoją może zostać zignorowana, za oczywisty, a ja się niepotrzebnie rzucam. Przy drugiej z kolei delikwent obawiał się, że jak poda rękę feministce, to stanie się coś strasznego. Zarazi się tym feminizmem czy co. Ja to bym bardzo chciała mieć taką moc sprawczą, żeby mój jeden uścisk dłoni zaszczepiał w ludziach przekonanie o równości płci. Niestety, nie dzieje się tak. Ale do zupełnie innej grupy należy traktowanie mnie jak szczyla w instytucjach.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie wyglądam poważnie. I że nie wyglądam na swój wiek. Zdarzają mi się pytania o dowód przy próbie zakupu napojów alkoholowych. Zdarzają się potężne zdziwienia, że już skończyłam studia magisterskie i tak właściwie to robię doktorat. Wiem też, że nie pomaga mi w dodawaniu sobie powagi szczególne zamiłowanie do odzieży oraz dodatków w zwierzątka. Bluza z liskiem, na którego napadał śnieżek, nie sprawia, że wyglądam na poważną panią magister. A kolekcję takich rzeczy mam pokaźną. Czapkę-liska, czapkę-śnieżną panterę i rękawiczki dwupalczaste z liskami. Szalik w jelonki. T-shirt z panną lisek w spódniczce i sweterku. Obszerny t-shirt z zajączkiem. Biżuteria w borsuczki, liski i sowy. Kolczyki z Reksiem (wygrane w konkursie zresztą). Broszka z żyrafką. I to nie jest cała moja odzieżowa menażeria. I na co dzień mam to w nosie. Nie muszę całym swoim wyglądem krzyczeć "JESTEM STRASZNIE POWAŻNA I PISZĘ STRASZNIE POWAŻNY DOKTORAT". Jak gdzieś przeczytałam, a nie pomnę gdzie, "Nie jest sztuką wyglądać jak striptizerka i być striptizerką oraz wyglądać jak doktorantka i pisać doktorat o Lacanie. Sztuką jest wyglądać jak ta pierwsza i robić to drugie lub na odwrót!". Ale jestem też na tyle świadoma swoich warunków fizycznych, że jak idę do banku albo do urzędu, to menażerię zostawiam w domu i ubieram się poważniej. Co i tak nie jest wolne od nieco zabawnych, acz niezbyt grzecznych sytuacji. Chociaż mina pani w banku, kiedy przyszłam założyć lokatę na sumę całego stypendium MNiSW, była bezcenna. Chyba wyglądałam jej raczej na delikwentkę, która chce pobrać gotówkę z subkonta rodziców, żeby nakupić sobie bluzek, błyszczyków i kolorowych cieni do powiek, a nie swobodnie rozporządzać własnymi pieniędzmi. Ale, poza zdziwioną miną, pani zachowała pełen bankowy profesjonalizm, bo zwracała się do mnie per "pani" i traktowała poważnie. Kiedy mój narzeczony zakładał konto oszczędnościowe, pani przez całą rozmowę zwracała się do niego na "ty". Przeszła na "pan", kiedy zobaczyła w dowodzie datę urodzenia. Pomijając kwestie grzeczności, to po prostu mało profesjonalne i na wizerunek banku dobrze nie robi. Ale szczyt wszystkiego osiągnęła wczoraj urzędniczka w Urzędzie Stanu Cywilnego w Katowicach, gdzie poszliśmy z Lubym celem zapisania się na ślub. Uznaliśmy, że do takiej instytucji trzeba godnie, więc ja wskoczyłam w granatową marynarkę, dżinsy i botki na obcasie, a Luby w szarą marynarkę i szarą koszulę w kratkę. Czyli godnie, ale bez przesady, niby elegancko, ale jednak odrobina luzu. Czyli jak mniej więcej dorosły człowiek. Chciałam uniknąć pytań "A czy masz, dziewczynko, zgodę sądu na ten ślub?". I tego pytania udało mi się uniknąć. Niestety, na ślub nie udało nam się zapisać, widać kryzys instytucji małżeństwa nie jest aż tak poważny, żeby sprawę ułatwiać. Jak byliśmy na rok przed planowaną datą, to się dowiedzieliśmy, że trzeba być pół roku przed planowaną datą. Upewniliśmy się więc, że chodzi o marzec, jeśli ślub planujemy we wrześniu. Pani gorliwie przytaknęła. A jednak chodzi o kwiecień. No cóż, trudno, przyjdziem w kwietniu. Inna sprawa, że pani zwracała się do nas na "wy". Zróbcie, weźcie, przyjdźcie. "Jak nie będzie można zrobić uroczystości w siedzibie USC, to możecie przecież wziąć ślub w plenerze i zaprosić urzędnika poza teren USC, ale na terenie Katowic". Ja na to, że obiad dla rodziny zaplanowaliśmy w Restauracji "Patio Park", więc może ewentualnie pomyślimy o ślubie w Parku Kościuszki, ale wtedy koszta samego ślubu są ZNACZNIE wyższe i wolelibyśmy jednak w USC. A pani na to: "No są wyższe, ale to zrezygnujecie z krewetek na przystawkę i wam się zbilansuje!". Może chodziło o to, żebyśmy poczuli się swobodnie i rodzinnie. Stąd ta familiarna forma i porady co do cennika ślubu. Może ja jestem jakaś niedzisiejsza i nie przejęłam jeszcze korpokultury z mówieniem sobie na "ty", które wcale bliskości nie wyraża. Nie wiem. Niemniej jednak, wolałabym, że urzędniczka z Urzędu Stanu Cywilnego zwracała się do mnie per "pani". A nie jak do szczyla.

Czy to wyraz moich kompleksów, czy to rzeczywiście było mało stosowne?

Ludzie, trochę grzeczności na co dzień nie zaszkodzi. A urzędy widać od taktyki pana feudalnego, który udziela pospólstwu łaski posłuchania i obsługi, przechodzą do taktyki "tykania" i skracania dystansu. Tak źle, i tak niedobrze. Nie dogodzisz petentowi, kurka siwa, nie dogodzisz. Takie toto marudne i roszczeniowe.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Jak ludzie to robią, że się dobrze ze sobą czują...?

Poważnie pytam, nie chcę Was raczyć kilkupunktową, prostą receptą w kilku nieskomplikowanych krokach, jak być szczęśliwym człowiekiem, akceptować siebie i budzić się rano z energią na nowy dzień i radosną afirmacją swojego "ja". Raz, że w kilku prostych krokach to można co najwyżej ugotować zamrożone pierogi, bardziej ambitne rzeczy wymagają albo większej ilości kroków, albo te kroki robią się wspinaczką wysokogórską bez asekuracji. Wiem też, że nasza kultura stała się ciągiem prezentacji swojego "ja" w Internetach. Nie będę ubolewać z zacięciem zatroskanego inteligenta, bo po pierwsze, nie lubię ubolewania zatroskanych inteligentów (nawet jeśli mają w swoim ubolewaniu pełną rację, to sama taka postawa służy, w moim przekonaniu, raczej podkreślaniu, że JA czytam książki i chodzę do filharmonii, bo takim jestem "kulturalnym filologiem z Krakowa" jak gombrowiczowski Pimko - choć żaden Pimko nawet na mękach nie przyzna się, że jest Pimką, każdy w tym pimkowskim społeczeństwie ynteligentów czuje się Józiem, biednym Józiem, ale nigdy, nigdy Pimką, nie! - i odseparowania się od nieczytającego / niechodzącego do filharmonii motłochu, gdyż "odi profanum vulgus et arceo", popisała się łaciną profesoressa Pimko z Katowic, yntelygentka w 2. pokoleniu, z brązową marynarką udającą tweed i łatami na łokciach w zestawie; na dowód yntelygencji rąbnęłam nawias tak długi i tak zawiły, że urągam stylistyce), po drugie - do czego służy blog osobisty, jak nie do nieskrępowanej, radosnej, pozbawionej srogiego redaktora ekspresji swojego grafomańskiego ja? I mam kilka albumów zdjęć na Facebooku. Więc, za Łoną cytując, "Rzuciłbym kamieniem, ale rzuca ten, kto rzucać ma czym / Więc to nic nie świadczy, to o niczym nie znaczy". Z drugiej strony nie uważam, żeby moja twarz była tak szalenie ciekawa, żebym musiała ją prezentować "urbi et orbi" codziennie w formie "selfie". Albo to, co jem, z reguły jest dość smaczne, ale na pewno nie aż tak interesujące, żebym koniecznie musiała się tym dzielić ze światem. A już na pewno ludzkość poradzi sobie bez wiedzy, że czerwone grejpfruty na drugie śniadanie jadam przekrojone na pół i układam je tak, żeby kadr mi się komponował, dizajnerska łyżeczka na dizajnerskim talerzyku, ustawionym na minimalistycznym, białym, błyszczącym blacie, na którym kurz widać po jednym dniu, a kocie kłaki tuż po przetarciu. Uważam też, że nie znam się na wszystkim. Serio. A jak już się na czymś trochę znam, to i tak nie ogarniam całości tematu. I im bardziej się komuś wydaje, że ogarnia wszystko, tym mniej faktycznie ogarnia. I dotyczy to zarówno jazdy konnej, gdzie za ekspertki uważają się najczęściej nastolatki, których największym jeździeckim osiągnięciem jest zagalopowanie na dobra nogę i utrzymanie się w siodle przy energiczniejszym bryknięciu wierzchowca, jak i literatury.

Bardzo często dzieje się tak, że jak rozmawiam z dawnymi znajomymi, którzy dowiadują się, że piszę doktorat z literatury polskiej, czują potrzebę wytłumaczenia się przede mną ze swojego zestawu lekturowego i jego rzeczywistej bądź mniemanej ubogości. Albo dzielą się ze mną mądrościami. Do moich ulubionych należy: "Zajmujesz się literaturą kobiecą? A co to w ogóle jest literatura kobieca? Literatura męska jest znacznie lepsza, bo nie jest skażona płcią". Nie wyśmiałam tego mędrca, ani nie próbowałam go wyprowadzić z błędu, bo po co? Skoro sam jest bezpłciową i eteryczną istotą, czystym, nieuwikłanym bytem, to co ja go będę wikłać w płeć, biedaczka. Jak on taki, jak wymarzony Polak Juliusza Słowackiego, przeanielony mocą cierpienia narodu. I z tym mam właśnie problem: co daje ludziom poczucie tak głębokiego poznania każdej dziedziny wiedzy? I o ile mało kto ma odwagę spierać się z inżynierem-robotykiem odnośnie konstrukcji robotów, to z filologiem/politologiem/kulturoznawcą (a coraz częściej, dzięki portalom medycznym, także z medykiem) każdy czuje się w mocy. Jak napisała gorzko koleżanka doktorantka z podwójnym wykształceniem, "jestem politologiem i literaturoznawcą w kraju, gdzie wszyscy znają się na polityce i nikt nie czyta". Nie twierdzę, że jak ktoś nie może się wylegitymować odpowiednim dyplomem, to ma milczeć i słuchać, jak ekspert prawi, bo sam jest ciemny jak tabaka w rogu i edukacji nagłej a intensywnej wymaga. Ale na boga nieżywego, ludzie! Jak to robicie, że macie tak głębokie przekonanie o własnej omnipotencji?! Internet to cudowne miejsce. Demokratyczne. Daje głos każdemu z łączem. Na każdy temat. Klawiatura czyni eksperta w każdej dziedzinie. Daje też dostęp do bezkresnego bezmiaru wiedzy, tekstów, portali. Ale niewielu multiekspertów z tych dobrodziejstw korzysta. Wraz z Internetem i jego hiperdemokratycznością (co, ogólnie, jest zaletą), przyszło nam się zmierzyć z bezmiarem zadowolonej z siebie głupoty. Z ekspertyz na każdy temat, podpartych niezłomnym mniemaniem o znaczeniu własnego "ja", o doniosłości własnych dokonań, choćby nawet tym dokonaniem miało być estetyczne zestawienie elementów ubioru. O własnym "widzimisię" jako ostatecznej kategorii gustu, smaku, wiedzy. Gombrowiczowskie "Poniedziałek: ja. Wtorek: ja" to w Internetach małe miki.

Wydawało mi się, że mam sporo pewności siebie. Że prę do przodu jak parowóz. Rozpędzony. Ale często łapię się na myślach typu: "za mało wiem", "nie dość dobrze się znam", "w końcu nie jestem ekspertem", "nie jestem pewna". To ja mam problem, wygenerowany we mnie przez pariarchat, kompleksy, polską kulturę fałszywej skromności, czy internetowi eksperci mają? No i proszę, znowu niepewność.

Jakiś czas temu pisałam, że doktoranci I. roku znają się na wszystkim i są przekonani o swojej supremacji w Europie i świecie. Podśmiewałam się z kolegów i koleżanek, już tego nie robię. Po pierwsze, jakoś trzeba sobie zrekompensować to, że wcale się nie jest żadną "elitą", ani społeczną, ani intelektualną, tylko w najlepszym wypadku wyrobnikiem nauki i trzaskaczem punktów, a w najgorszym sztuką bydła, przyjętą na "elitarne" "studia" ze względu na wysoką dotację "pogłówkową". Po drugie, jak się zyska świadomość, że cała para poszła w gwizdek, a z każdej strony słyszysz, że Twoje kompetencje są żadne, a w najlepszym wypadku wysoce zbędne, bo nie przekładają się bezpośrednio na innowacyjność gospodarki ani nie generują zysków, to trzeba się ratować. Poczuciem omnipotencji na przykład. Po trzecie, doktoranci wcale nie są najznamienitszymi ekspertami od wszystkiego. Są nimi ludzie "prowadzący własną działalność gospodarczą od X lat". Tacy się najchętniej wypowiadają na forach, w komentarzach, dzwonią do radia i wszystkie swoje racje, słuszne bądź nie, podpierają niezbijalnym argumentem prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Bo jak wiadomo, prowadzenie własnej działalności gospodarczej (zawsze tymi urzędowo-prawniczymi słowami, rzadko mówią o "własnej firmie") jest wyznacznikiem statusu, indywidualizmu i indywidualnych osiągnięć, zaradności i światłego sobiepaństwa. Więc skoro prowadzę własną działalność gospodarczą sam i sam sobie z tym wszystkim daję radę, to znaczy, że ze wszystkim innym też.

Zawsze byłam w opozycji,
Oczekuję propozycji,
Bo mam w sobie coś takiego,
Co nie daje spać kolegom.
Widzę siebie w dyplomacji
I w Londynie na kolacji,
I z wywiadem sobie radę dam.

Polecam, uwielbiam to wykonanie, Karolina Czarnecka "Śliczna, higieniczna". I teraz tony spiżowe: jak ludzie to robią, że się tak dobrze ze sobą czują, skoro świat jest cholernie skomplikowany, a odcieni szarości jest więcej, niż sugerowałaby poczytna autorka E L James?

piątek, 13 lutego 2015

"Halo, Marian?", czyli jak korzystać z telefonu

Rozpoczynać od banału, że telefony są teraz wszędzie i wlazły w każdy obszar naszego życia, to jednak blogerce z ambicjami nie uchodzi. Ale kiedy to prawda. To bardzo wygodne, bardzo pomocne i bardzo męczące - być na ciągłym nasłuchu. A wyłączyć też strach, bo jeśli akurat zadzwoni ktoś z propozycją naszego życia? Odmieni nasz los? Zadzwoni RMF FM i wygramy 400 tysięcy złotych? Albo jakiś nagły wypadek? Odpowiedź "bez odbioru" traci sens w naszym życiu. Nie ma "bez odbioru", jesteśmy na wiecznym nasłuchu, nasza wewnętrzna panna Alicja, telefonistka sprzed czasów komórek, siedzi w kapciach przed aparaturą, gotowa w każdej chwili łączyć na międzymiastową. Może kiedyś, kiedy telefony przypominały bardziej banany bądź cegłówki, obowiązywały jakieś zasady korzystania z tych wielkich urządzeń z antenką albo słodkich, różowych motorolek z klapką (kto takie jeszcze pamięta? kto taką miał?). Teraz nie obowiązują. I cierpimy na tym wszyscy. Nie chcę odgrywać tu roli starej panny Anastazji, która ma stanowczo za ciasno spięty kok i zbyt stanowcze poglądy na to, co wypada, a co nie i jest w stanie stanowczo wyegzekwować od swoich podopiecznych na pensji przestrzeganie wszelkich zasad savoir-vivre. Nie uważam, żeby czymś szalenie zdrożnym było odebranie telefonu w autobusie i przeprowadzenie krótkiej rozmowy typu: "Kochanie, jestem w autobusie, słabo słyszę. Tak, byłem w aptece. No, kupiłem. Tak. No, niedługo będę, pa". Albo przeprowadzenie takiej rozmowy w poczekalni u lekarza. Albo na przystanku. Albo w kolejce w sklepie. Czy gdziekolwiek, gdzie ani bliźni, ani rozmawiający nie mogą się oddalić i są skazani na swoje bliskie towarzystwo przez jakiś czas. Ale są jakieś granice...

Czwartek (zresztą - tłusty), luty, godziny popołudniowe. W poczekalni przed gabinetem lekarskim siedzi kilka kobiet. Gabinet, a raczej gabinety, bo jest ich kilka obok siebie, przyjmują rozmaici lekarze rozmaitych specjalności, mieszczą się w kamienicy, zajmując połówkę kamienicznego mieszkania, które było obliczone na inny komfort życia, niż gomułkowskie dwa pokoje ze ślepą kuchnią dla kilkuosobowej rodziny. A że to kamienica i doskonale się niesie, na korytarzu dość głośno wyje RMF FM, aby zagłuszyć przebieg wizyt w gabinetach. A więc - pacjentki w różnym wieku siedzą, przeglądają czasopisma, słuchają RMF-u, gdzie prowadzący z minuty na minutę osiąga wyższy poziom żenujących i niezbyt śmiesznych żarcików, dłubią w telefonach, notują w kalendarzach i wyczekują. Co wchodzi kolejna, to wita się z już siedzącymi, pyta, która ostatnia do doktor M. i czeka. I RMF wyje. Głośno. Wtem - dzwoni telefon. Pani w średnim wieku, z mocno usztywnioną koafiurą i w garsonce odbiera.

- "Halooooo? Noooo? Noooo, u lekarza jestem. Nie, nie, mam dużo czasu, jestem trzecia w kolejce. Noooo, zrobiłam. Noooo, nieeeeeee... No tak, w poczekalni. Co? (podnosi głos) Wiesz, słabo słyszę, bo tu strasznie głośno radio włączone. Nooooo... AHAHAHAHAHA. No, tak. A pączusie dzisiaj jadłeś? A z czym? A ja nie lubię z marmeladą..."

Reszta pacjentek patrzy na siebie nieco zdziwiona, redaktor z RMF-u raczy nas kolejnymi nieśmiesznymi żartami o pączkach, a pani w garsonce, przekrzykując redaktora, opowiada komuś o pączkach, o córce i o całym swoim życiu. W autobusach też to się często zdarza. W ogóle, ciekawa sprawa, że my, Polacy, mamy osobny wyraz twarzy do podróży komunikacją miejską. Smutna, pociągła, apatyczna, z katatonicznym wlepianiem oczu w punkt. Zakładamy taką twarz w momencie, kiedy widzimy, że nasz autobus podjeżdża i solidarnie, wszyscy, trzymamy taką przez cały czas podróży, aż nie wysiądziemy. Wysiadamy, otrzepujemy się jak pies po wyjściu z wody i przybieramy naszą własną minę przewidzianą na ten dzień. Ale w autobusie - nie uchodzi, musi być "mina komunikacji miejskiej". Więc się siedzi tak z tą miną autobusową, patrzy w punkt nieokreślony, wytrwale i niezmiennie jak katatonik, usiłując udawać, że wcale nie słyszymy szczegółów wczorajszej randki tej hałaśliwej licealistki, która siedzi/stoi koło nas. Są prawdziwi rekordziści, którzy potrafią rozpocząć rozmowę tuż po wyjeździe z dworca w centrum Katowic i skończyć dopiero na swoim przystanku (ja wysiadam na Ochojcu, czyli rozmowa, zakładając godziny szczytu, trwa już 30-45 minut i nie zmierza do końca). Opowiada się o wszystkim. O pierdołach, o tym, jak minął dzień, o swojej relacji z matką/ojcem/siostrą/narzeczonym, o swoim życiu osobistym, o przepisach kulinarnych, o stanie zdrowia własnym, matki bądź cioci Józi (tu padają konkretne i soczyste opisy schorzeń, aż człowiek zaczyna rozumieć, czemu językiem medycyny jest martwa łacina, której większość nie rozumie)... I, co najważniejsze, przekrzykuje się otoczenie. Głośno grające radio w poczekalni, huk silnika i godzin szczytu, paplaninę innych.

Jako pointę zacytuję mojego mazurskiego wuja Wiesława:
- "Jakie wyluzuj, jakie wyluzuj?! No przeż to chamstwo czystej wody, no! To tak, jakbym ja przylazł i ci zamieszał palcem w kieliszku, bo JO! A co to jest to JO?! JO to jest pewien procent siły żywej i tyle, a nie jakieś panisko, co nazwisko jego Knyps Tadeusz!"

Ja tylko grzecznie proszę, nie mając swady mazurskiego wuja, żebyście, kochani bliźni, trochę mniej eksponowali swoje JO przez telefony komórkowe w miejscach, gdzie nie można od waszego rozległego JO i poczucia woli mocy uciec. Dziękuję pokornie.

niedziela, 8 lutego 2015

Młoda, zdolna, z nałogami

Tak, to ja. Młoda jestem bez wątpienia, zdolna - głównie do wszystkiego, choć mam parę osiągnięć na potwierdzenie tej śmiałej tezy, z nałogami - jak najbardziej. Wstydliwymi, zgubnymi i szkodliwymi dla zdrowia. I to właśnie o nałogach będzie ta notka. A zwłaszcza o jednym z nich.

Nałogowo kupuję szminki. I błyszczyki. I balsamy do ust. Ogólnie jestem dość rozważna w zakupach, staram się nie kupować rzeczy zbędnych i na wielu polach udaje mi się to osiągnąć. Ale jeśli chodzi o produkty do ust - jestem bezbronna. Nie liczę, ile sztuk na chwilę obecną obejmuje moja kolekcja. Wolę nie wiedzieć. A już czaję się na kolejne. Oczywiście nie jest aż tak źle jak w przypadku blogerek kosmetycznych. Moje zapasy są zużywalne (tzn. jestem w stanie zużyć wszystko przed upływem terminu ważności) i nigdy nie zdarzyło mi się zapomnieć, że mam jakiś odcień w kolekcji i zakupić go w porywie serca ponownie. Ale tak, wstydzę się trochę szminkowego nałogu. Choć nie jest to najbardziej zgubny z moich nałogów.

Jestem uzależniona od porannej kawy. Jak rano nie wypiję kubka, jestem nie do życia. Spuchnięty baniak, procesy myślowe suną powoli i urywają się niespodzianie, oczy jak szparki, zombie w kapciach z jeżykami i z rozkołtunionym włosem w odcieniu "irlandzka czerwień". Nie jestem w stanie nic przeczytać, nic napisać ani pomyśleć o czymś bardziej skomplikowanym niż obsługa kawiarki z IKEA. I nie wyobrażam sobie siedzenia w zakładzie (bo ja mam trzy zakłady: zakład, na którego chwałę pracuję i do którego formalnie przynależę, czyli Zakład Literatury Współczesnej, zakład, do którego przynależę nieformalnie - bo formalnie to tam, gdzie Promotorka formalnie, a nieformalnie tam, gdzie Promotorka sercem - czyli Zakład Literatury Poromantycznej i zakład mego serca i ścisłej współpracy, czyli Zakład Teorii Literatury) bez kawy. Chociaż odkąd jest tam niemiecki ekspres, który wydaje nam stanowcze komendy ("CZEKAJ", "OPRÓŻNIJ ZBIORNIK NA SKROPLINY"), to o jej przygotowanie proszę ludzi kompetentniejszych ode mnie. Ledwo nauczyłam się obsługiwać stary, to jest już nowy, bardziej zaawansowany technologicznie i wydający stanowcze polecenia. To nie jest wstydliwy nałóg, gdyż jest powszechny, a ma on też pewien walor towarzyski i uczuciowy. Na przykład gdybym po ciężkiej imprezie nie poprosiła niejakiego Janka o kubek kawy i kanapkę z serem, to być może dzisiaj nie zastanawiałabym się, jakie buty dobiorę do mojej sukienki ślubnej.

I najwstydliwsze na koniec. Otóż - nałogowo czytam komentarze w Internecie. I to jest nałóg najbardziej zgubny ze wszystkich. Zwiększa ryzyko nadciśnienia i zawału. Stanowczo skraca mi życie. Odbiera mi też podstawowe narzędzie pracy, bo jako humanistka powinnam się człowiekiem jako takim interesować i otaczać go pełną sympatii troską. I wierzyć. W ludzkość i jej możliwości, a także piękne jutro, jakie ta ludzkość zbuduje. A tu, jak na złość, czytam te komentarze i jedyne, co przychodzi mi na myśl, to "Hydropiekłowstąpienie" Lao Che:

"Słuchaj, Noe
Chciałbym na słówko:
Wiesz, tak między nami,
to jestem człowiekiem zaniepokojony.
By nie rzec: rozczarowany.
Bo miałem ambicję stworzyć
taką rezolutną rasę,
a wyście to tak po ludzku,
po ludzku spartolili.

Jestem piekielnie sfrustrowany"

I mam ochotę nie tyle utopić jakąś utopię, co emigrować. Najlepiej na Marsa. Wystrzelić się poza orbitę w ogóle. Ostatnio mam nasilone FUJ (Frenetyczne Ujadanie i Jojczenie) na świat, bo czytałam komentarze pod newsem o decyzji Anny Grodzkiej o kandydowaniu na urząd prezydenta. I pod wpisem koleżanki ze studiów o związkach mieszanych rasowo/etnicznie (zapraszam i polecam, Mustasza). I pod wpisem prof. Moniki Płatek o konwencji antyprzemocowej. Wylała się na mnie z ekranu taka ilość nienawiści, jadu, głupoty, mizoginizmu, transfobii i rasizmu, że mam dość. Jak Karusia z "Romantyczności", po prostu "nie lubię świata". No na boga nieżywego (jak ogłosił Nietzsche), jak ludzie mogą być tak głupi?! Przecież to taka rezolutna rasa... Internet to straszne miejsce, bo każdy może napisać, co myśli. A niektórzy ludzie nie są dobrzy w myśleniu i nie powinni chyba robić tego na własną rękę. Wiem, że to bardzo mało "lewackie i wrażliwe", co właśnie napisałam, ale co innego można pomyśleć, jak się czyta, że:

- Anna Grodzka nie powinna kandydować, bo nie jest osobą poważną (?), bo zmieniła płeć (wprawdzie stosunek ilościowy mężczyzn-głów państw do kobiet-głów państw mógłby wskazywać na co innego, ale czy taki urząd sprawuje się jakimś konkretnym organem płciowym?), bo co o nas pomyślą zagranico, bo się powinna leczyć, bo na urząd powinni kandydować "normalni" ludzie, bo "pedały będą chodzić za rękę po ulicach"...
- Prof. Płatek nie zna treści konwencji antyprzemocowej i nienawidzi mężczyzn, a konwencja sprawi, że mężczyźni nie będą się chcieli żenić, bo jak się pokłócą z żoną, to ona może zadzwonić na policję, a jak urzędnik będzie mediował, to mężowi się nie będzie chciało naprawiać związku... A w ogóle to DŻENDER! Dalej niewiele osób ochoczo i rączo używających tego terminu wie, co on właściwie znaczy, ale kto by się przejmował, DŻENDER przyjdzie i nas zje. I poucina penisy. A obcięte zinwentaryzuje, rozdystrybuuje po kraju metodą centralnego planowania i przemocą przyszyje dziewczynkom. Tak będzie. I feministki będą tym zarządzać i logistycznie ogarniać. Ja już mam obiecaną fuchę w dziale spedycji.
- A teraz ćwiczenia praktyczne z teorii postkolonialnej: biała kobieta w związku z Francuzem o marokańskich korzeniach: a) nie szanuje się, b) łapie "od murzynów" różne choróbska, co to nie wiadomo jak je leczyć, c) nie ma szans na "białego" męża, bo nikt nie zechce takiej "po Arabie", d) zdradza naród i "jedną rasę, białą rasę". Oraz budzenie się obok "tego czegoś", a także widok "tego czegoś" w jasnej pościeli jest obrzydliwy. I nie chciał jej żaden "biały", więc ma "czarnucha". Matko jedyna, skąd się tacy ludzie z takim syfem w głowie biorą?! Jak powiedział kiedyś kolega W., u nas to zaścianek i Mikołów żyje przez tydzień tym, że w 37 czarnoskóry jechał: "Sensacja, murzyn w trzy siódemie jedzie!".

Poza tym na antenie Trójki jest taka audycja, że ludzie dzwonią i mówią, co myślą na zadany temat. Zwykle jest to jakiś "gorący" news. I im bardziej ten news "gorący", tym wypowiedzi ludzi bardziej kretyniczne. I to nie są jakieś chłopki-roztropki, jak z piosenki Silnej Grupy pod Wezwaniem, że "nieważne czyje co je, ważne to je, co je moje", tylko ludzie z jakimś wykształceniem. Bo mówią o tym, że studia jakieś pokończyli, że firmy jakieś prowadzą... Zresztą, nie szukając daleko - czasami moja ukraińska przyjaciółka coś napisze na Facebooku o Ukrainie i Polsce... I zaczyna się piekło. Piekło komentarzy studentów historii UŚ. Wierzę, że w piekle jest osobny krąg, który Dante omyłkowo zapomniał opisać, obsługiwany przez studentów historii UŚ, gdzie opowiadają, co myślą. I nie masz, nie masz nadzieje ani drogi ucieczki i słuchasz tego nacjonalistycznego bełkotu, a na dodatek wyświetlają tekst na telebimach, ze źle powstawianymi przecinkami i źle zastosowanymi wielkimi literami. CAŁĄ WIECZNOŚĆ.

I pewnie jeszcze tak pojojczę, pojojczę, wypiję ze 3 butelki wina z Humanistycznym Obliczem Temidy (jeśli jeszcze nie widzieliście tego oblicza, to też zapraszam i polecam, Humanistyczne Oblicze Temidy), kolejnych kilka z niezrównanym Kołem Teorii Literatury, ustalimy, że będzie lepiej i dalej trzeba ochotnie zapieprzać na rzecz i z nadzieją na lepsze jutro. I weźmiemy się za swoją robotę. Ale chwilowo odmawiam gotowości do życia, mam rodzinę w szpitalu, kolokwium z francuskiego i nie ogarniam subjonctifu i naczytałam się komentarzy. Co koniecznie muszę rzucić, bo bardzo źle mi wpływa na zdrowie.