Chyba nie ma takiej siły, która sprawiłaby, żebym pisała regularnie. Dlatego nigdy z blogowania nie będzie piniądzów i nigdy nie zostanę twarzą rajstop, suplementów diety albo sprzętu AGD/RTV. Ostatnio siedzę głównie nad tzw. literaturą podmiotu w sprawie własnego mego doktoratu, nad kotami, które okazują się nie tak znowu różne od dzieci w wieku przedszkolnym, nad kosztorysem konferencji, który powstał już w miliardzie wersji - co jest najlepszym dowodem na to, że byłabym marną księgową, nad fejsbukowym ogarnianiem wydarzeń, w które się włączyłam i nad wózkiem w supermarkecie (choć w tym wypadku to akurat stoję i drepczę, a nie siedzę). Toteż moje życie nie obfituje w głębokie przemyślenia poboczne (tj. niedotyczące bezpośrednio prozy Magdaleny Tulli), a w efekcie - nie mam nic ciekawszego do zaprezentowania, niż kilka obrazków z codzienności.
Obrazek I
Postanowiłam dzisiaj zakupić prezent mikołajkowy dla Obywatela Małżonka. Jako że notorycznie jestem brana za smarkulę, postanowiłam na okoliczność zakupu tego prezentu ubrać się jak dorosły człowiek, żeby nie wzbudzać sensacji, kiedy zapytana przez asystenta sprzedaży bezpośredniej w czym można mi pomóc, odpowiem "szukam prezentu dla męża". Taki ze mnie przemyślny szlachcic Don Quijote z Manchy. A więc, od góry lecąc, czerwona szminka w klasycznym, obecnym na rynku od lat 50. odcieniu czerwieni "Fire&Ice". Granatowa sukienka. Kozaki na irracjonalnie wysokim obcasie, pamiątka z podróży poślubnej do Włoch - bo czyż można przywieźć z Włoch lepszą pamiątkę, niż kozaki na obcasie?! Płaszcz granatowy, po Pani Matce. Paznokć czerwony. No, jednym słowem, przebranie za dorosłą kobietę, mężatkę. Wchodzę zatem do sklepu z konfekcją męską, oglądam wystawiony towar i zagaja mnie subiekt, na oko w moim wieku, bardzo piękny obiekt męski w błękitnej koszuli i granatowym swetrze:
- Czy mogę pani w czymś pomóc?
A ja na to, z pewnością siebie:
- Szukam prezentu dla MĘŻA, chciałabym kardigan, ale cieńszy niż ten, który pan ma na sobie.
Subiekt wywala błękitne oczy, pod które dobrał sobie najwyraźniej koszulę, ale zachowując się profesjonalnie, jak go na szkoleniu uczyli, prezentuje mi dwa warianty towaru "kardigan męski ciemny". Bardzo usilnie próbuje zamaskować zdziwienie tym, że smarkacz przebrany za dorosłego człowieka chce kupić sweter dla MĘŻA. Wybieram kardigan, idziemy do kasy. Nie, wcale nie widać, że przy płaceniu obczaja mą prawicę w poszukiwaniu straconego czasu, tj. obrączki. Znalazł. Zdziwienie nie ustąpiło.
Obrazek II
Wieczór, wracamy do domu, ja płacę wysoką cenę za moją maskaradę. Mam ochotę wyć z rozpaczy w kozakach na wysokim obcasie. Czuję się jak mała syrenka z andersenowskiej baśni, która przehandlowała głos za nogi i teraz przy każdym kroku ma wrażenie, że chodzi boso po ostrzach noży. Usiłując nie krzyczeć w ciemną, katowicką noc i nie skręcić kostki na nierównym, ochojeckim bruku, mówię do Obywatela Małżonka:
- Jak kupowałam te obłędnie piękne buty w Rzymie to nie mogłeś mi powiedzieć: "kochanie, nie kupuj tego szczytowego osiągnięcia włoskiego szewstwa, bo co prawda są piękne i wyobrażasz sobie, że będziesz w nich wysoka, smukła, ponętna i z zadkiem wypiętym jak pawian, ale ty, kochanie moje, jesteś lebiodą stworzoną do chodzenia w martensach, a nie we włoskich kozakach na irracjonalnym obcasie"?!
- Ale jakbym ci tak powiedział, to byś mnie ofukała i się obraziła.
- Nie. Bo to była podróż poślubna i byłam ciężko zakochana.
Obrazek III
Przygotowujemy konferencję naukową i podjęłam się, heroicznie, działki "kosztorys". Zapomniałam, jak to wyglądało w 2013 roku i na własne życzenie zostałam najgorszą księgową w historii rozliczeń. Powstało już miliard wersji tego dokumentu i został on dwukrotnie zakwestionowany przez Instancję Wyższą. Poprawiając go dzisiaj kolejny raz, nuciłam sobie w tle Domowe Melodie: "Grażka, Grażka, weź przestań, bo do nieba nie pójdziesz"... Żart hermetyczny i to bardzo, ale znając skądinąd przekrój moich czytelników, to większość zrozumie. A uwagi Instancji w zasadzie były słuszne. Ja po prostu jestem do rzyci księgową. Nawet mimo moich zapierających dech w piersiach referencji od referentki z wydziałowego działu kosztów, która kiedyś podsumowała mój arcypoprawny opis faktury słowami "no, w końcu się pani czegoś na studiach nauczyła!". Umiem opisywać faktury (a przynajmniej umiałam), a teraz to już degrengolada, płacz, zgrzytanie zębów i tabelki z wydatkami.
Obrazek IV
Znowu jestem u weterynarza. Na przemian z obydwoma kotami. Od końca października, kiedy przygarnęliśmy Inkę, jestem z którymś albo z obydwoma kotami na raz średnio dwa razy w tygodniu w przychodni dla zwierząt. Jak nie oczko, to nosek. Jak nie nosek, to ogonek. Odrobaczanie. Szczepionka. Rzadka kupa. Jeden kot. Albo drugi. Albo oba w jednym czasie. Jedna się wyleczy, to się zarazi zaraz od drugiej. Kołomyja. Ostatnio byłam we wtorek. Z kotem młodszym na okoliczność łzawienia i kichania. Dostałam leki i instrukcję reperacji kotka, nie omieszkałam się też pochwalić, że młoda może i nie domaga, ale starsza za to jest okazem zdrowia, jutro kończymy stosowanie kropelek do oczu i oczęta kocie prezentują się pięknie. Wróciłam do domu. Oczko Szartoki, lewe, leczone, zaiste prezentowało się pięknie, duże, żółte i szeroko otwarte. Natomiast prawe, do tej pory zdrowe, wyglądało tak, jakby kot postanowił wrazić sobie w nie patyk i jeszcze nim pomajtać. Jak dzieci w wieku przedszkolnym, zarażają się od siebie błyskawicznie i naprzemiennie. Może wykupię w przychodni dla zwierząt jakiś abonament...? A może przy uporczywym leczeniu dwóch kotów leczenie trzeciego gratis i przygarniemy jeszcze jakąś kocią bidę z nyndzom?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz