sobota, 2 kwietnia 2016

Triumfalny powrót teorii o homunkulusach

Piątkowe popołudnie, nieco dusznawa sala z niewygodnymi krzesłami, w powietrzu unosi się mocno wyczuwalny smrodek dydaktyczny, zwany też zaduchem, który został w spadku po poprzedniej grupie. Prowadzę ze studentami warsztaty pisarskie i zadaję im materiały na przyszły tydzień, kiedy będziemy pracować nad pisaniem felietonu. Każę im czytać Kłosińską.
- Jej felieton znajdziecie państwo w zbiorze "Miniatury. Czytanie i pisanie >>kobiece<<"...
Nagle słyszę coś między jękiem a westchnięciem, a dźwięk toczących się i przewracających gałek ocznych szumi mi w uszach. Lokalizuję źródło dźwięków. Pan student. Panie studentki trochę chichoczą. Nie jestem szczególnie zaskoczona, chociaż moje doświadczenie dydaktyczne to dwa semestry, żaden tam ze mnie stary wyga akademicki (chociaż niby-tweedową marynarkę z łatami na łokciach mam, na wypadek potrzeby dodania sobie animuszu i powagi). Ale nie jestem zaskoczona, chociaż wszelkie przesłanki powinny wskazywać na to, że będę jednak zaskoczona. Primo, bo pan student jest w grupie jeden, a reszta, jak patrzę, same dziewczyny. I ja. Też dziewczyna, choć stateczna pani mężatka i matka kotów. Więc, patrząc na rozkład genderowy (tak, użyłam tego słowa! nie mam żadnych barier i zahamowań!) grupy, czytanie i pisanie kobiece powinno, choć na jednych zajęciach, się pojawić. Secundo, to studenci pierwszego roku, o postkolonializmie nie słyszeli, więc zakładam, że o feministycznej krytyce literackiej też nie. A nie zaszkodzi, żeby studenci tego zacnego instytutu, którzy mogą nie dotrwać do studiów magisterskich uzupełniających, a przez to do zajęć "carewney pheminismu i badań genderycznech na Szlonsku" (by Kacper K.), autorki "Miniatur...", chociaż trochę otarli się o to, co się w tym instytucie jawnie wyprawia. Tertio, co to za marudzenie i ócz wywracanie na zadane lektury! Ale jednak, mimo wszystko, nie dziwię się. Nie dziwię się, że jeden facet w babskiej grupie, na babskim kierunku i na zajęciach prowadzonych, a jakże, przez babę (która jeszcze ma czelność nosić materiały dydaktyczne w pamiątkowej, manifowej torbie z napisem "FEMINIZM DLA ZDROWIA") ma czelność i odwagę wyrażać swoje niezadowolenie z tematyki kobiecej na zajęciach. Przecież wiadomo, że jak kobiece, znaczy się tego, panie, babskie, to gorsze, głupsze, jakieś takie niezrozumiałe, a jak do tego feministyczne, to już w ogóle, hahaha, niedopchnięte stare panny se nawymyślały jakieś teorie swoje chore z frustracji seksualnych i nóg niegolenia. Poza tym pan jest facetem. Młodym. I białym. Więc może i wie, że może.


Co ma na celu ten przydługawy wstęp i jaki jest związek pewności siebie białych mężczyzn z tryumfalnym powrotem teorii homunkulusa? Na pozór odległy, związek ten jest zasadniczy. Mój student miał odwagę i czelność wyrażać swoje lekceważenie dla czytania i pisania "kobiecego", chociaż (stawiam na to mojego konia z rzędem) nie ma pojęcia, czym to się je, nie dlatego, że jest mizoginistycznym bucem. Pewnie nie jest. Jestem prawie pewna, że się za takiego nie uważa. Miał czelność wyrazić lekceważenie, bo lata socjalizacji i edukacji nauczyły go, że "kobiece" znaczy "gorsze". Że "robić coś jak dziewczyna" (względnie: "jak baba") to obelga. Że można polityczkę, naukowczynię albo gwiazdę ekranu pytać o dzieci, męża i wybór kreacji, podczas kiedy jej kolegów po fachu pyta się o politykę, naukę albo rolę w filmie. Że kobieta to przede wszystkim matka (najlepiej: powstańca) i że kobiety, nawet polityczki, naukowczynie i ekspertki można traktować nieco protekcjonalnie. Więc czemu nieco protekcjonalnie nie potraktować propozycji lekturowych prowadzącej...?

To, oczywiście, drobiazgi. Same w sobie niezbyt szkodliwe. Jednak protekcjonalne traktowanie kobiet to nie tylko lekceważenie, poklepywanie po główce i uśmieszki politowania. Zawsze można je olać i wyrobić w sobie pewność siebie przeciętnego, białego mężczyzny, prąc do przodu po swoje jak lokomotywa parowa. To też wiedzenie lepiej. Co kobieta powinna, czego nie powinna, z czym sobie poradzi, a z czym nie, przed czym trzeba ją chronić. Jak wiadomo, trzeba ją chronić przede wszystkim przed samą sobą, bo nawet dorosła kobieta to trochę dziecko. I to umiarkowanie rozgarnięte, a do tego nieprzewidywalne i złośliwe. Dlatego nie można jej pozwolić na korzystanie z antykoncepcji awaryjnej bez recepty. Bo wiadomo, słodkie toto, ale głupiutkie, wartości pieniądza w ogóle nie zna, więc będzie żarła te tabletki "po" zawsze, kiedy ją najdzie ochota na małe conieco. Przecież, głupiątko, ulotki na pewno nie przeczyta, farmaceuty/tki o zagrożenia i skutki uboczne nie zapyta, lekką ręką wyda stówkę z hakiem na pojedynczą tabletkę. Po której bynajmniej nie będzie się czuła rozkosznie jak po drogiej i luksusowej belgijskiej pralince, także sprzedawanej na sztuki. Tak, trzeba ochronić kobiety przed nadużywaniem drogiej antykoncepcji awaryjnej.

Ale, jak wiadomo, kobieta to nie tylko duże i nieodpowiedzialne dziecko. To także matka. Każda kobieta to matka, mniej lub bardziej potencjalna. A jeśli nowa ustawa o ochronie życia poczętego i morderstwie prenatalnym zostanie przyjęta, znacznie mniej potencjalna. "Dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej." - głosi projekt ustawy. Tak właśnie triumfalnie powróciła teoria o homunkulusie. Czym jest homunkulus?

Nie jestem historyczką medycyny, ale czytam dużo. A o macicach i teoriach z nimi związanych czytam bardzo dużo, z racji obszaru badawczego. Na rozmaite, historyczne teorie dotyczące ludzkiej płodności i ciąży natykałam się przeto raz po raz. Otóż na przełomie XVII i XVIII wieku Nicolas Hartsoeker zauważył w obserwowanej przez mikroskop spermie małe ludziki. Mieszkające, konkretnie, w plemnikach. Te małe ludziki nazwał homunkulusami. Miały one być, wedle uczonego, w pełni ukształtowanymi organizmami ludzkimi, tylko bardzo, bardzo, bardzo miniaturowymi. Miały wszystko. Małe główki, małe stópki, małe rąsie, małe wątróbki i małe serduszka. Maleńkie, maciupeńkie człowieczki, które potem wydostawały się z plemników i potem już tylko rosły i puchły w organizmie matki. Doskonale i w pełni ukształtowane już na starcie. Matka była, właściwie, tylko kokonem, pokrowcem na tego małego człowieczka ze spermy. Oczywiście pojawił się pogląd odwrotny, że homunkulusy nie mieszkają w plemnikach, a w jajach, a dźgnięte plemnikiem po prostu zaczynają rosnąć. Niezależnie jednak od tego, gdzie żyją pierwotnie homunkulusy, czy w plemniku, czy w jaju, pewnym jest, że to od razu w pełni ukształtowane, maleńkie istoty ludzkie. Mimo że teoria o homunkulusach została obalona i jest teraz epizodem, może trochę zabawnym, w historii medycyny, powróciła teraz triumfalnie. Gdyż "dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej", od razu dzieckiem, od razu człowiek, ani chybi - maleńki homunkulus!

Dlatego nie można tym nierozważnym, głupiutkim, a ponadto złośliwym i chutliwym kobietom pozwolić na zabijanie małych homunkulusków! Nawet nieumyślnie! Kara więzienia za mordowanie homunkulusków, co od połączenia plemnika z jajem mają małe stópki! I rąsie! I tak dalej! Przecież to byłaby tragedia, gdyby te małe, różowe bobasy były w bestialski sposób mordowane!

A że zginą w pełni ukształtowane, dorosłe (albo i nie...) kobiety? Furda! Że narodzą się dzieci z gwałtów? Furda! To nie wina dziecka, że ojciec zgwałcił matkę (naprawdę, to cytat, ludzie mają czelność nazywać gwałcicieli ojcami). Że narodzą się dzieci, które w swoim krótkim życiu poznają tylko cierpienie? Albo w swoim długim życiu? Furda! Najważniejsze są małe homunkuluski, które mogą ginąć milionami, niczego nieświadome, tragicznie pomordowane przez występne i nieodpowiedzialne, a ponadto puszczalskie i chutliwe matki. No wyobraźcie sobie te miniaturowe bobaski, kształtujące się od razu w momencie połączenia plemnika z jajem... No jakże można, no! Nie dopuścimy! Nie pozwolimy!

Tak właśnie triumfalnie powraca teoria o homunkulusach.





Posłuchajcie Beyonce. Naprawdę, nie każdy wytrysk zasługuje na imię.

1 komentarz:

  1. Od razu na wstępie zaznaczę, że całej "debacie" na aborcyjne tematy nie przysłuchuję się z prostego powodu, odwykam od mediów pojętych szeroko. Ale myślę, że trochę spłaszczony ten temat tu, bo o ile definicja ustawowa, owszem, nieco śmieszna, to już przekonanie, że wszystkie kobiety na pewno nie korzystają z afterków dla zabawy, za to z nabożną miną studiując ulotkę za każdym razem, też wydaje mi się dużym uproszczeniem. Polecam w tej materii przykład UK, tam zaiste i naprawdę aborcja dla przeciętnej nastolatki nie jest niczym dziwnym, ani nowym, a afterki (darmowe, dodam) schodzą jak gorące bułki w niemal każdy poniedziałek rano. Sytuacja chora w drugą stronę, zaiste. Był kiedyś świetny tekst na ten temat na anatomii kultury, ale jakoś nie mogę go znaleźć w tej chwili.
    W każdym razie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń