Wiem, że dawno nic nie pisałam i na swoją obronę mam tylko tyle, że pracowałam nad tekstem na konferencję (i zresztą wczoraj urodziłam, w dwóch podejściach, 15 stron i ponad 30 przypisów; dzisiaj będę się biedzić nad tym, jak poobcinać to do 8 stron, żebym zmieściła się z wygłoszeniem w wymaganej normie czasu) oraz zajmowałam się końmi (znanym już Czytelnikom zabawnym kucykiem Patafianem oraz końmi niestacjonarnymi - Brentiną, Islandią i Irlandią, które pojechały na czempionat, przymierzałam się też do przesiadki na Prawdziwego Konia, ślązaka imieniem Invasol). I dzisiaj chciałam o tym, jak to niefajnie jest za oknem, że "jesień panie, a ja nie mam domu" oraz "na szczęście jest jeszcze myśl Lenina, jesienią ona mnie przy życiu trzyma", jak pisał Tkaczyszyn-Dycki i Kazik pojękiwał. Bo czasami sobie myślę, że ile można, no. Tak się frustrować na ten kraj. Ostatecznie nie wyjechałam i nie zamierzam, z uporem godnym lepszej sprawy trzymamy się wszyscy tego skrawka ziemi, choć lepiej byłoby spakować neseser i ruszyć tam, gdzie już wielu ruszyło, do wyboru, Londyn, Berlin, Chicago, Paryż, Tel Awiw, co tam kto uważa za stosowne. Ruszyć, zadomowić się, uwić gniazdko, dostać pracę, mówić w obcym języku z silnym albo słabym akcentem, przyzwyczaić się, że twoje imię od teraz brzmi raczej "Aniszka", tak wschodnio jakoś, jak Anuszka bardziej, co rozlała olej. Można by... Ale nie. Siedzimy tu, frustrujemy się, desperujemy, czytamy Michalskiego na "Krytyce Politycznej" i jest nam jeszcze gorzej i budzi się w nas zazdrość, że oto rzeczony redaktor Michalski się wycwanił, bo część roku zawsze spędza w Anglii, co pewnie działa ozdrowieńczo na jego relacje z krajem ojczystym, a my wciąż siedzimy tu na kupie starych śmieci, a POlityczny spektakl przestał nas nawet bawić. Choć czasami nie jest tak źle. Przecież jest lepiej. I obiektywnie jest lepiej. Dostatnio bardziej. Wieś polska się bogaci. To już nie te chatynki i gumna, obesrane krowy, co w życiu nie widziały zgrzebła. Wieś polska nowoczesna jest, Unia dofinansowała maszyny rolnicze i suną teraz te arcydzieła inżynierii i mechanizacji rolnictwa przez wsie. Kombajny do zbierania kur po wioskach. Moje miasto się zmienia, zmienia się szalenie. I choć nie jestem fanką wszystkich rozwiązań planistyczno-architektonicznych w tym mieście (na przykład Galerii Katowickiej, choć zdarza mi się w niej kupować, nowego dworca, zamurowanego i wybetonowanego rynku, który mimo ludzików na planach wygląda na jakieś potworne postapokaliptyczne miasto po wybuchu betoniarek, czy na przykład Wertykalnych Ogrodów Uszoka, inspirowanych Semiramidą), to zmienia się. Lepiej jest. Coraz lepiej. To w końcu moje miasto, innego nie mam, więc nic lepszego z nim nie można zrobić, niż pokochać i się przyzwyczaić. Tak jak do niektórych rzeczy w całym tym kraju. Można się przyzwyczaić. No przecież nie jest źle.
Tak słodko-gorzko myślałam sobie do wczoraj. Ale, excusez le mot, kurwa, mam dość (jak twierdzi mój tata, to nie jest tak, że dama nie zna przekleństw - dama zna, i to bardzo dużo, a używa wtedy, kiedy jest to absolutnie nieodzowne). Po wczorajszych tweetach pewnego (chyba permanentnie) nietrzeźwego publicysty mam dość. Napiszę to kolejny raz, ale w JAKIM KRAJU JA DO CHOLERY ŻYJĘ, że wygłaszanie mądrości typu "kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej, niech pierwszy rzuci kamieniem" zdarza się nie tylko pijanym szwagrom Mietkom (wszystkich Mieczysławów, którzy nigdy nikogo nie wykorzystali i ogólnie są przyjaznymi gośćmi, co żywią radykalne przekonanie, że kobieta to człowiek, serdecznie pozdrawiam!) po halbeczce, ale PUBLICYSTOM, oficjalnie, pod nazwiskiem. Nie żeby takie poglądy były mniej oburzające, kiedy są wygłaszane prywatnie, są równie oburzające, ale skoro Ziemkiewicz nie wstydzi się tego napisać pod swoim nazwiskiem to znak, że widać nie uważa, żeby było w tym cokolwiek nie na miejscu. I tak, to mnie przeraża. I obrzydza. A jego drugi tweet, o zaskarżeniu kaszalota, przy którym się budzisz po ciężkiej i nie do końca pamiętnej nocy, o molestowanie seksualne, sprawił, że jest mi źle. Brzydzę się. Co oczywiste, brzydzę się Ziemkiewiczem. Ale brzydzę się wszystkim wokół. Ile, do cholery, można wytrzymywać tę falę mizoginii? Ile? Ile razy można słuchać, że żonę można poszturchiwać (choć potem żonie trochę przykro), że bicie kobiet to część tradycyjnej polskiej rodziny, że pijaną można wykorzystać, bo wszak pijana i w końcu każdy zrobił to choć raz w życiu (można też zgwałcić biegnącą w lesie, wracającą samotnie do domu, żonę - bo to nie gwałt, tylko obowiązek małżeński, taką w za krótkiej spódnicy, albo taką za bardzo męską, żeby wiedziała, gdzie jej miejsce, albo lesbijkę, bo ją to wyleczy... proszę sobie przykłady mnożyć dalej w nieskończoność na własną rękę, Internet będzie pomocny)? Że się jest kaszalotem? Czasami sobie myślę, jak czytam "Codziennik Feministyczny" czy "Zadrę", że to już wszystko było. Tłuczemy w kółko to samo. Czytam wciąż te same teksty, powtarzające, że nie wolno gwałcić ludzi, niezależnie kim są, gdzie są, jak wyglądają, co jedli, pili bądź niuchali, po prostu nie wolno. I myślę sobie, że przecież trąbi się o tym tak głośno, więc chyba już, chyba chwyciliśmy ten przekaz. Ale nie, nie chwyciliśmy. Dlatego mam dość, serdecznie dość, brzydzę się, rzygam i mam drgawki.
Chcę być kaszalotem, takim prawdziwym, wielkim kaszalotem. Albo orką. Wszystko jedno. Chcę się jutro obudzić jako wielki ssak morski, wskoczyć w zimny ocean i (uwaga, wulgaryzm, kto ma o mnie dobre zdanie, niech nie czyta dalej, lojalnie ostrzegam) JEBAĆ TEN KRAJ. I na koniec, jak będę odpływać, pierdolnąć ogonem porządnie, i tyle mnie widzieli.
Mogę nawet zorganizować wielki wymarsz/odpływ kaszalotów płci obojga z tego kraju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz