poniedziałek, 1 września 2014

Powidoki z podróży - Barcelona

Londyn i Barcelona. Miasta, do których mogę wracać bez przerwy. Właściwie mogłabym kursować między nimi. Zupełnie inne, całkiem do siebie niepodobne, a jednak, obydwa mają w sobie coś, co każe mi tam wracać. W Londynie byłam 5 razy, w Barcelonie - 3. Wróciłam raptem tydzień temu, jeszcze nie zagoiły się moje przysmażone na rubin stopy (uwaga: przy alergii słonecznej i cerze w odcieniu "jak mnie zobaczą w szwedzkiej ambasadzie, to od razu przytulą do piersi, wydadzą paszport i skierują do macierzy na mocy azylu klimatycznego dla osób ulepionych z najbielszego śniegu" myślenie typu "stóp nie posmaruję kremem z SPF 50, bo i tak je zagrzebię w piachu" kończy się przysmażeniem), a już mogłabym się pakować. I nie będę popadać w takie oczywistości, jak katalońska pogoda w porównaniu z wczesną jesienią, która powitała nas w Katowicach, moczenie stóp w Morzu Śródziemnym vs przemoczone cichobiegi na wyboistym katowickim chodniku albo jabłko "putinówka" w porównaniu z pachnącą papają albo kokosem sprzedawanym na plaży jak u nas jagodzianki... Chociaż skłamałabym, że to wszystko stanowi też o niezwykłym uroku Barcelony. Owszem, stanowi. Ale ja chciałabym o tym, czego nie tylko Barcelończykom, ale wszystkim Hiszpanom zazdroszczę. Hiszpania od kilku lat rozczula mnie i frustruje. Tam po prostu pewne rzeczy są jakby bardziej oczywiste i przedstawię je poniżej w formie kilku powidoków z podróży.

Powidok I

Jesteśmy w centrum handlowym, przerobionym z areny do corridy (szczęśliwie w Katalonii zakazanej), zjeżdżamy z tarasu widokowego schodami ruchomymi do części ze sklepami. W przeciwnym kierunku jedzie bardzo zakochana para. Patrzą sobie głęboko w oczy, śmieją się głośno i równie głośno i szybko rozmawiają. Jedno wisi drugiemu na szyi i wymierza soczystego całusa w policzek. Są to dwaj młodzi, nieprzyzwoicie przystojni Hiszpanie (tudzież Katalończycy). I co? I nic. Jak w przypadku każdej innej, zakochanej pary, zupełnie obojętnej na otoczenie, tak i w tym przypadku otoczenie uważa, że skoro zakochani, to niech się przytulają, choć na schodach ruchomych jest to niebezpieczne (vide: J. Nohavica: "Na stacji Jerzego z Podebrad"). Takich powidoków mam więcej: dwie kobiety z pieskiem w parku, dwóch Anglików (!) przy kolejce linowej, w końcu dwóch nastolatków na najwyraźniej pierwszej randce (cała nieporadność, niedojrzałość, nieśmiałość i "chciałabym, ale boję się" w pełnej krasie). Ja bym bardzo chciała, żeby i u nas stało się to tak oczywiste, jak ja wisząca Jankowi na szyi na schodach ruchomych. Po prostu. I, jak nie znoszę kiczu weselnego i dostaję od niego bólu zębów, to chciałabym, nie, nie chciałabym, ja ŻĄDAM kiczowatych figurek na torty weselne we wszystkich kombinacjach! No, ale skoro udało się to w "katolickiej Hiszpanii", to wciąż możemy mieć nadzieję w "katolickiej Polsce". Czego sobie i wszystkim parom, bez względu na płciowe konfiguracje, życzę.

Powidok II

Siedzimy na placu George'a Orwella przy stolikach obłożonych ceratą w owoce, Janek wcina wegańskie sajgonki w sosie teriyaki, ja popijam wino i zastanawiam się, jak to jest, że w Barcelonie najprzystojniejsi kelnerzy są w wegetariańskich knajpach (Ma Siostra Anna piątego dnia pobytu w Barcelonie zastrajkowała i oprotestowała jedzenie falafeli na obiad kolejny dzień z rzędu tylko dlatego, żebym ja mogła jeszcze raz popatrzeć na Katalońskiego Jareda Leto z Dredami), bo ten, który nas obsługuje, ma obezwładniający uśmiech. Wtem podchodzi starsza pani z teczką rysunków (art naif), zaczepia gości restauracji, mówi dużo i po katalońsku. Pan Kelner z Uśmiechem podchodzi do niej i zamiast, naszym zwyczajem, przegonić natręta, co śmie gościom przeszkadzać, udziela jej swojego boskiego uśmiechu, rozmawia, ogląda jej rysunki, sadza przy stoliku i przynosi fantę. Kiedy pani urażonym gestem wyrzuca ze szklanki kostki lodu na stół, Pan Kelner podchodzi, uśmiechnięty, zbiera porozrzucany lód i znowu rozmawia ze starszą panią. Ja nie wiem, czy to kwestia pogody, aury, dobrego jedzenia, słońca, diety wegetariańskiej czy czego, ale czekam z utęsknieniem na dzień, kiedy będziemy dla siebie trochę życzliwsi. A zwłaszcza dla starszych pań, które mogą wydawać się nieco pomylone (to zaznaczam głównie dlatego, że sama pewnie stanę się pomyloną starszą panią, która gada dużo i nie bardzo wiadomo, o czym i chciałabym wtedy, żeby ktoś mnie potraktował tak, jak ten kelner).

Powidok III

Hiszpania kojarzy mi się z tatuażami i piercingiem. Bo mam wrażenie, że tylko naprawdę wiekowi Katalończycy, pamiętający rządy Jaumego I, nie mają żadnego tatuażu ani kolczyka (a i to nie wszyscy). Chciałabym po prostu jeszcze raz zobaczyć Katalonkę z burzą loków, lekkim zezem dużych, brązowych oczu oraz srebrnym kółkiem w nosie, która sprzedawała mi bilet zbiorczy na 6 muzeów. Bo była najbardziej radosnym i dowcipnym pracownikiem Informacji Turystycznej, z jakim w życiu się zetknęłam. Jest poza tym w całym tym mieście pewna bezpretensjonalność i totalny luz. Symbolem tego luzu może być duża dość i obfita pani w lekkiej sukience w kwiatki, w różowych klapkach, która stała na placyku za katedrą i śpiewała rozmaite arie operowe przy akompaniamencie pana, który minął się z powołaniem. Otóż akompaniował, na keybordzie YAMAHA, śpiewaczce operowej na placu za katedrą, a najwyraźniej wolałby jazzowe improwizacje w zadymionym klubie. A przynajmniej na to wskazywała jego mina i czasami jazzująca, na przekór śpiewaczce, gra. Z kolei pani zarazem ożywiała operę dla pokaźnego tłumu słuchaczy, zachowując gesty i mimikę opery, stojąc w klapkach i sukience w kwiatki. Robiła też trochę operetkę, przedrzeźniając operowe "standardy". Jednym słowem, diva. Diva w klapkach. A jej głos niesamowicie niósł się po gotyckich murach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz