W tytule odwołuję się do jednego z pierwszych tekstów teoretycznych, jakie przeczytałam na studiach. Jonathan Culler "Co to jest literatura i czy pytanie to ma jakiekolwiek znaczenie?", w "Teoria literatury. Bardzo krótkie wprowadzenie", polecam przeczytać całość, nawet jak się nie jest literaturoznawcą, to przyjemnie się czyta, przystępnie napisane i są w środku obrazki-dowcipaski. Drugim tekstem, który przeczytałam na studiach, była "Poetyka w świetle językoznawstwa" Jakobsona, co naznaczyło mnie na całe życie, gdyż zwątpiłam w sens, własną inteligencję (przeczytałam tekst chyba ze 3 razy przed zajęciami i dalej nie bardzo wiedziałam, o co też może chodzić) oraz chęć do zajmowania się literaturą, bo jeśli ma to polegać na czymś takim, to ja dziękuję, ja wysiadam, jednak zostanę wizażystką. I jak już jestem przy konfesjach, trzecim tekstem, który przy okazji zrobił mi z mózgu kaszę, było "Che cos'e la poesia?" Derridy, z którego zrobiłam, w dobrej wierze, notatkę. Notatka brzmiała: "Poezja - jeż na autostradzie". Stan kaszy mózgowej utrzymuje się do dziś, jako dowód mogę powiedzieć, że jako absolwentka polonistyki i doktorantka literaturoznawstwa dalej nie bardzo wiem, czym jest literatura. Ale przynajmniej mogę o tym długo mówić/pisać i dodać parę przypisów. I bibliografię.
A więc, przechodząc do pytania postawionego w tytule, co to jest doktorant i czy pytanie to ma jakiekolwiek znaczenie? Odpowiadam: nie wiadomo i właściwie dla nikogo nie ma to znaczenia. Poza samym doktorantem, oczywiście, który z tytułu bycia doktorantem ma ego rozdęte do granic możliwości, wyobraża sobie bóg wie co na własny temat oraz z powagą i namaszczeniem dzierży klucz do zakładu, do którego jest podpięty i otwiera zamek z trzaskiem, żeby wszyscy na korytarzu słyszeli, że oto DOKTORANT otwiera ZAKŁAD. KLUCZEM. Co mu ten klucz wydali na portierni. Gdyż ma upoważnienie. Gdyż jest DOKTORANTEM. Na szczęście doktorancka kluczowa ekstaza mnie nie dotyczy, bo klucz do Zakładu Teorii Literatury został mi udostępniony jeszcze na studiach, jako przewodniczącej Studenckiego Koła Naukowego Teorii Literatury i mogę zdradzić, że otwieranie zakładu nie różni się specjalnie niczym od otwierania innych pomieszczeń. Co do ego niektórych doktorantów, przytoczę anegdotkę, opowiedzianą mi przez Moniczkę, która to Moniczka jest doktorantką podwójnie - na UŚowym literaturoznawstwie i UJotowym prawie, więc zgodnie z postępem matematycznym powinna mieć ego dwa razy większe, a nie ma. Otóż Moniczka opowiedziała mi anegdotkę o pewnej świeżo upieczonej doktorantce (przyjętej na studia w lipcu), która, odbierając decyzję o przyjęciu na studia III stopnia w drugiej połowie lipca w studium doktoranckim, odbyła następującą rozmowę z pracownicą tegoż studium (poza obowiązkami administracyjnymi, także doktorantką):
Doktorantka w charakterze pracownicy studium (DwCPS): Gratuluję pani i życzę udanych wakacji!
Doktorantka świeżo przyjęta (DŚP - z dumą, zadęciem itd.): MY, NAUKOWCY nie mamy wakacji!
Kurtyna.
Także tego, doktoranci bywają przekonani, że są już nawet nie mgr omcd (o mało co doktor), ale mgr niemalże profesor, zresztą, jaki tam profesor, niech się posuną i zwolnią etaty te stare pryki, hołdujące przestarzałym metodologiom (w skrócie: mgr nmzjtpnspizetsphpm). Publikacji tak wiele, dorobek tak olbrzymi, osiągnięcia naukowe szokujące dla środowiska etc. Jeśli doktorant ma takie ego i mniemanie, najlepiej posłać go na inaugurację roku akademickiego albo po prostu wśród ludzi. Na inauguracji sama miałam przyjemność być (przyjemność, bo chór uniwersytecki jest ekstra i posłuchać go to zawsze przyjemność, a i rektora Koziołka posłuchać też zawsze warto) i przekonać się, że pytanie o to, kim jest doktorant, nie ma żadnego znaczenia. Gdyż siedzimy sobie, my, dekoracja doktorancka, służąca do wyjścia w odpowiednim momencie, złożenia ślubowania, a potem odebrania indeksu i uścisku dłoni od Rektora i grzecznego oraz w rządku powrotu na miejsce, w rzędzie nad dekoracją studencką (powołaną w tym samym celu, choć liczniejszą). Siedzi nas czwóreczka, kolejno: geolożka, literaturoznawczyni, politolog i prawniczka. Podchodzi pan z mikrofonem z radia i zagaja:
- Studenci pierwszego roku?
A ja na to, z uśmiechem:
- Nie, tu są doktoranci, studenci tutaj (wskazuje na rząd poniżej).
I pan, bez słowa i uśmiechu, spłynął do studentów i jął im zadawać pytania. Popatrzyliśmy po sobie, no ale cóż, bywa i tak. Za chwilę kolejny pan z mikrofonem z radia, znowu podchodzi do nas i znowu dialog:
- Studenci?
- Doktoranci i studenci - nauczeni doświadczeniem wskazujemy uprzejmie rządek poniżej.
- A mogą być i doktoranci! - schodzi poniżej i rozpoczyna rozmowę ze studentką. My na to:
- Tam studenci, tu doktoranci.
- Aaa, lepiej studenci.
Bo widzicie państwo, doktoranta najlepiej zdefiniować poprzez rozkrok. Otóż doktorant jest w wiecznym rozkroku - nie jest studentem jak wszyscy inni, bo dostaje do prowadzenia zajęcia ze studentami, a tacy na przykład studenci studiów magisterskich uzupełniających nie dostają w ramach praktyk do prowadzenia zajęć dla studentów studiów licencjackich. Więc doktorant to trochę więcej, niż student. Więc może doktorant to pracownik? A gdzie, skąd, a stfu, zapomnij. To, że ma godziny dydaktyczne i może otrzymać klucz do otwarcia zakładu, nie czyni go pracownikiem. Bo doktorant, w dzisiejszych realiach i w mojej dyscyplinie, nie jest zatrudniony. Jak dorwie jakąś cząstkę etatu, to jakby pana boga za nogi złapał. Więc raczej student. Legitymację ma, indeks ma, zniżki na komunikację zachowuje. Ale zniżek na pizzę w "Dominium", kino, teatr i wszelkie bilety wstępu nie zachowuje. Bo już nie student, a słuchacz. A słuchaczom nie przysługuje zniżka. Więc czym jest doktorant? Nie wiadomo. I dla nikogo nie ma to znaczenia. No chyba że dla organizatorów inauguracji roku akademickiego - wtedy zaproszą cię do wystąpienia w charakterze "drzewa" i w nagrodę dadzą bluzę z kapturem z godłem uniwersytetu i wielkim napisem "UNIWERSYTET ŚLĄSKI". Żeby, jak wyjdziesz na swoją dzielnię, wszystkie ziomki z Gieksy i wszystkie ziomki z Ruchu wiedziały, że jesteś fanatykiem i chuliganem uniwersytetu.
I może to jest odpowiedź na to, czym jest doktorant?
Chciałabym mieć taką bluzę (rozmarzyła się), a tak na marginesie - to było zaraz po potopie szwedzkim, gdy zostałam doktorantką, dokładnie takie same myśli przebiegły mnie po czymś tam. Co oznacza, że nasza noblistka kłamie, bo przecież: "nic dwa razy się nie zdarza".
OdpowiedzUsuńBluza fajna, ciepła, tyle że najmniejszy dostępny rozmiar to M, dlatego mam ją do połowy uda. Co ma pewne zalety (ciepło, ziomlaski wygląd), ale i pewne wady (wygląda się jak w pożyczonym od starszego brata atlety). A to się zdarza cały czas - na dowód link do Radykalnego Uniwersytetu (https://www.facebook.com/radykalnyuniwersytet/posts/1467954900135365?fref=nf) :)
OdpowiedzUsuńZa moich czasów funkcjonowało jeszcze w sferach administracyjnych rozróżnienie: "doktorant" i "tylko doktorant" ("Pani jest tylko doktorantką?"). "Tylko doktorant" miał nie lada problem z rozliczeniem delegacji, grantem etc., bo przecież, jak mi kiedyś osobiście powiedziała Sama Pani Kwestor, jest on osobą prawnie zupełnie niezwiązaną z UŚ. Doktorant choćby z 1/45 etatu już był związany, ale tego zaszczytu nigdy nie dostąpiłam.
OdpowiedzUsuńPoza tym - smutna prawda, jest tak samo źle, a nawet gorzej (finansowo).
Doktoranci są w ogóle niczym nie związani. Nawet nie są związani podstawowymi, ludzkimi potrzebami - skoro nie ma dla nich pieniędzy (poza garsteczką na, umówmy się, niezbyt oszałamiającym finansowo stypendium), mają najwyraźniej hulać po szczytach piramidy Maslowa, a na niższe jej piętra patrzeć z pogardą. Kto by tam jadł i mył się w ciepłej wodzie, skoro można czytać francuskich filozofów i polskich poetów!
UsuńZaskoczę Cię może, ale jako doktoranci nie mamy zniżek w KZK GOP. Tzn. taki doktorant jak ja, czyli mający więcej lat niż 26. Nieistotne, że dalej "studiuję", przecież nie jestem już studentem, jestem "za stara". Tak to u nas miło jest na Śląsku pod tym względem...
OdpowiedzUsuń