Zbliża się koniec roku. Prawdopodobnie jest to dobry moment, żeby się zastanowić, co ja w ogóle robię z moim życiem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że utknęłam w martwej odnodze czasu (oznaczonej nazwiskiem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale o tym zaraz), nie wiem, w co się wpakowałam i czy to, co robię, ma w ogóle jakikolwiek sens (chwilowo myślę, że nie, ale może to kwestia zapaści końcoworocznej i jak zobaczę bombki na choince i będę poluzowywać spódnicę w łazience, bo najadłam się nieprzyzwoicie kapusty z grochem, to mi wiara w sens tego, nad czym spędziłam ostatnie 5 lat się nagle objawi). I w związku z tym, że na blogu piszę nieregularnie i często o sobie, a co za tym idzie nie narzekam na nadmiar czytelników, statystyki na blogspocie nie mogą kłamać, to pozwolę sobie na retrospektywę.
W gruncie rzeczy to był dobry rok. Skończyłam studia, obroniłam się na celujący, od czerwca jestem magistrem filologiem polskim (genderswap na własnym dyplomie!) i dostałam się na studia doktoranckie ze satysfakcjonującym wynikiem na szczycie tabelki. Co dodało mi sił i skrzydeł. Bo odkąd na pierwszym roku doszłam do wniosku, że reżyserką filmową ani reżyserką klipów muzycznych to ja raczej nie będę z braku talentu (na temat moich zdolności twórczych i ogólnego polotu wypowiedział się parokrotnie niejaki Marcin Maziarzewski, a ten moje twórcze erupcje podsumował kiedyś: "No, świetnie, Agnieszko. Komunikatywność: 10. Finezja: 0"), to postanowiłam zostać doktorem nauk. Skorom taka komunikatywna. I zaczęłam przeć w tym kierunku. Właściwie zaczęłam przeć przed tą konstatacją, ale to tylko dlatego, że jak dostaliśmy listę lektur z literatury staropolskiej, to wydawało mi się, że to, co jest na liście obowiązkowej, to takie minimum na zaliczenie, w sensie na 3. A ja miałam wyższe ambicje, więc ścigałam się z czasem i próbowałam przeczytać tyle z nadobowiązkowej, ile się da. Dopiero na egzaminie zorientowałam się, że przeczytanie całej literatury obowiązkowej plus notateczki i opracowania daje 5. Z zamaszystym podpisem prof. Malickiego. A był to mój pierwszy egzamin ustny na studiach. Zdawałam go w terminie zerowym z moim narzeczonym. Wtedy wyjątkowo sympatycznym kolegą ze studiów, który z bliżej nieznanych przyczyn śmiał się ze wszystkich moich żartów. I uciekłam w dygresję i cofnęłam się w czasie za bardzo. W tym roku dostałam się na studia doktoranckie. Na rozmowie kwalifikacyjnej byłam z moim narzeczonym, bo jak zaczęliśmy zdawać razem egzaminy na I roku, to tak nam już zostało do dziś. Ponadto otrzymałam stypendium MNiSW dla najlepszych studentów, opublikowałam kilka tekstów, z niektórych jestem nawet zadowolona. Tak, na uczelni to był naprawdę bardzo dobry rok. A teraz jestem w zapaści i mam dość. Mam dość mojego tematu, zgodnie z poleceniem promotorki czytam znowu całą Pawlikowską i liczę na to, że mnie coś natchnie. Nie natycha, póki co, za to mi się podnosi i mi słabo od tych poezyj. Przychylam się coraz bardziej do zjadliwej opinii Ostapa Ortwina, że większość z jej produkcji literackiej to "karmelki nadziewane marcypanem" i "dobry materiał do kręcenia papilotów przy porannej toalecie". Wiem, że to krzywdząca opinia, ale no nie mogę. Nie mogę z tą poetką. A jak pomyślę, że mam spędzić z jej twórczością najbliższe 4 lata, to mi słabo. Rozważam więc rzucenie w diabły Pawlikowskiej, dwudziestolecia międzywojennego i poezji, a zajęcie się czymś, co mi do tej pory sprawiało radochę, czyli prozą roczników '70 i w ogóle literaturą po 1989 r. Rok z Dehnelem przy licencjacie i dwa lata magisterki z Masłowską to jednak była zabawa. Chociaż rzucałam niewybredne komentarze pod koniec każdej pracy, to jednak. W każdym razie: z doktoratem jestem na zakręcie. Poza tematem mierzi mnie też wszystko inne, a narzekające i wyrzekające oraz wygrażające wykłady prof. K. każą mi się zastanawiać, czy to wszystko rzeczywiście warte tego zachodu. W związku z czym zastanawiam się, czy nie zająć się życiowo czymś innym. Tylko za bardzo nie wiem czym, bo całą energię wpompowałam w studia. Może razem z Moniczką otworzymy cukiernię. Albo będziemy piec ciasta na zamówienia. To mi dalej sprawia frajdę. A ludzie moją produkcję chwalą, więc kto wie?
To był też dobry rok z koniem. No, z kucykiem. Kucykiem Patafianem. Zaczęliśmy jeździć pod okiem p. Anny Piaseckiej, która w sezonie wiosenno-letnim przyjeżdżała do nas przynajmniej raz w miesiącu. Doczekaliśmy się kilku pochwał z jej ust, przede wszystkim za pracowitość (co dotyczyło raczej mnie, niż kucyka) i poprawienie chodów (to już dotyczyło jego). Mimo to dalej jest co robić. Bo tak to już jest z końmi, nigdy nie jest tak, żeby nie dało się czegoś poprawić. Chociaż jak patrzę na postęp, jaki zrobiliśmy, odkąd jesteśmy parą - czyli od listopada 2011 roku - to jest naprawdę dobrze. Z konia, który w ogóle nie galopował w prawo i ochotnie wywoził mnie poza ujeżdżalnię oraz nie był w stanie zrobić koła w galopie jest teraz kucykiem, który galopuje na obie strony bez problemu, kręci koła, nawet małe, zagalopowuje ze stępa i zaczyna robić ustępowania od łydki. Pracujemy też nad rozluźnieniem, które czasami udaje się osiągnąć. Więc naprawdę poszliśmy do przodu. Biorąc pod uwagę, że on już nie taki znowu młody, nie do takich rzeczy do końca stworzony, a ja jestem tylko amatorką, to mamy powody do zadowolenia. Więc kucykowo to też był dobry rok.
Ustaliliśmy z Lubym datę ślubu, zarezerwowaliśmy restaurację, pracujemy nad szczegółami samej imprezy (jako metodę pracy nad zagadnieniem obraliśmy selekcję i eliminację - tzn. "chcemy wesele? - nie; chcemy sesję zdjęciową? - nie; chcemy tort? - o mój borze, za nic, nie!"; itd.), jestem na dobrej drodze do bycia szczęśliwą małżonką. Życie uczuciowe na plus.
Przygarnęliśmy kota do kochania, co było najlepszą decyzją tego roku. Kot jest fantastyczny. Jest z nami mniej więcej od miesiąca i jest wspaniała. Ma na imię Szarotka, ma srebrno-szare futerko z waniliowymi refleksami na głowie i grzbiecie, a za to białe "podwozie" oraz czarny nosek. I właśnie śpi mi na kolanach. Jest najbardziej przytulińskim, kochającym kotem, jakiego znam. Wychodzi nas przywitać. Śpi z nami. Włazi na kolana i na ramiona, kiedy pracujemy. Uwielbia głaskanie, mruczy jak nowy traktor kupiony za unijne dotacje, lubi być noszona na rękach, oblizuje nam nosy, powieki i uszy. Zjada dziwne rzeczy. Lubi szynkę, ale chętnie wciągnie sałatę (którą potrafi ukraść z kanapki), żółty ser, jajecznicę, która nieopatrznie spadnie na podłogę, biały ser i szynkę sojową. Nie wolno zostawiać odkręconego słoika z masłem orzechowym, bo potem nie można jej z niego wydobyć. W kuchni zachowuje się jak pies - staje przy nodze, robi stójkę i daje głos. Jak ją poczęstować jogurcikiem, to włoży cały łebek do kubeczka, żeby przypadkiem nie ominąć żadnej odrobiny. Galopuje bokiem po pokoju, z wyprężonym grzbietem i napuszonym ogonkiem. Zdobywa kolejne meble. No, nie można się z kotem nudzić, to pewna.
Z bardziej naukowych spraw osiągnęliśmy poziom A1 z języka francuskiego i zapisaliśmy się na A2. Czyli w razie gdyby to umiemy samodzielnie zamówić kawę. A jak się skupimy, to i o drogę zapytać, opowiedzieć o swoich wakacjach i przeczytać niezbyt skomplikowany tekst. Czyli w najbliższym czasie tłumaczami Derridy nie zostaniemy.
Byliśmy też w Barcelonie. I były to najlepsze wakacje w moim życiu. Pod hasłem "za hajs z ministerstwa baluj" mogliśmy sobie pozwolić na frykasy, na które nie pozwalaliśmy sobie ani w Dublinie, ani w Londynie. Czyli na przykład sangria wieczorem w niezbyt drogiej knajpie gdzieś w plątaninie uliczek barri gotic. I jedzenie w innych miejscach, niż Subway i inne tego typu franczyzy. I zwiedzanie budowli Gaudiego (no, nie wszystkich, ministerstwo aż tak hojnie mnie nie obdarowało), co bolało w portfelu chyba najbardziej. Wspaniałe wakacje, oczarowanie na twarzy Janka jest warte każdych pieniędzy. Zatrzaśnięcie się na hotelowym balkonie i doprowadzenie tym samym starego Katalończyka z recepcji do dzikich spazmów śmiechu (kiedy przyszedł nas uwolnić po skomplikowanej interwencji, tj. po krzyczeniu do przechodniów, żeby nam pomogli i o naszej niewesołej sytuacji powiadomili recepcję) - bezcenne. No i owoce. I w ogóle jak tam jest nieprzyzwoicie pięknie.
No i założyłam bloga. Może w przyszłym roku warto by było bardziej go dopieścić. I zadbać o poziom i komfort czytelników. O ile jest o czyj komfort dbać ;)
Podsumowując, to był naprawdę bardzo dobry rok. Plan wykonano w 100%. Więc czemu teraz mam ochotę rzucić wszystko w diabły?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz