Miałam nie pisać o Poli Dwurnik, bo wszyscy piszą o Poli Dwurnik, ekscytują się i okopują na z góry upatrzonych pozycjach. A ja, tak mi się wydaje, szczęśliwie nie należę ani do jednych, ani do drugich. Bo wydaje mi się, że naprawdę nie warto, a rozdmuchując sprawę do niczego nie dotrzemy. Poza tym, że jedni drugim będą mogli wytknąć, że są mizoginami albo przeintelektualizowanymi koleżkami inkryminowanej.
Przeczytałam felietony Poli Dwurnik. Przeczytałam też tekst Engelkinga, obśmiewający Polę Dwurnik. Linków nie daję, bo i tak hulają radośnie po sieci. Tak, uśmiałam się. Szczerze. Nie, nie polubiłam profilu "Beka z Poli Dwurnik", bo po pierwsze nie lubię sformułowania "beka z..." bądź "toczyć bekę z...", a po drugie sprawa nie wydała mi się w ogóle frapująca. Ot, w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej" dwa grafomańskie felietony popełniła artystka mieszkająca w Berlinie. Śmieszne? Tak. Pretensjonalne i egzaltowane? I to jak. Ale żeby się ekscytować, obśmiewać, profile zakładać - no bez przesady. A potem się nagle okazało, że lawina ruszyła. Na stronach i podstronach "GW" zaczęła się akcja uderzająca w "toczących bekę", jeden artykuł z gatunku artylerii ciężkiej (dużo Bourdieu, dużo odniesień, "vivat academia, vivant professores"), drugi z lekkiej. Ruszyła też "Krytyka Polityczna". I co? I uważam, że strzelają kulami w płot. Nie dlatego, żeby pisali nieprawdę. Tylko że strzelają z armaty do komarów.
Nie, nie twierdzę, że internetowe wyśmiewanie i to na masową skalę to pryszcz. Tylko uważam, że sprawę zanadto rozdmuchano. Trzeba obrońcom przyznać, że gdyby Pola Dwurnik była Apoloniuszem Dwurnikiem, krytyka przybrałaby inny kierunek. Niektórzy komentujący wypominają jej jednorazowego kochanka, z którym je śniadanie w knajpie. Jak dla mnie mogłaby je jeść z trzynastoma kochankami płci wszelkich, bo mnie życie erotyczne Poli Dwurnik zupełnie nie interesuje ani nie oburza to, że przespała się z kimś jednorazowo i pod wpływem. Ja tak nie robię i nie widzę w tym frajdy, ale ja to nie Pola Dwurnik, więc skoro ona tak robi, to niech robi. Że ma znane nazwisko i ją stać na śniadania w berlińskich knajpach i imprezowanie - no trudno, mnie nie stać, na inne rzeczy też mnie nie stać, a w Berlinie nigdy nie byłam. I może to właśnie najbardziej wkurza "toczących bekę" - połączenie marnego stylu literackiego (nie będę cytować, bo cytowanie tego uważam za pastwienie się nad autorką i ew. czytelnikami), wysokiej (przynajmniej z perspektywy polskiej) stopy życiowej i zwyczajna pretensjonalność. I nie, nie chodzi tu o to, że artysta na emigracji ma przymierać głodem, jeść farby i zapijać rozpuszczalnikiem oraz tęsknić za ojczyzną. I tworzyć w szale. Chodzi o to, że Dwurnik napisała dwa złe felietony o tym, jak się fajnie żyje w Berlinie młodej artystce. I że ją znajomi wyciągają z pracowni, aby zabalowała. Nie wiem, może złe felietony to najnowszy projekt artystyczny Dwurnik, który jest zaangażowany i udowadnia. Dobitnie. Coś. Na przykład, że artysta plastyk niekoniecznie jest dobrym felietonistą i vice versa. Zarazem pragnę zauważyć, że pisanie o urokach życia to stąpanie po kruchym lodzie - jak się to robi zgrabnie literacko, to będą to czytać ludzie, których na opisane uroki życia nie stać i będą zadowoleni, że im felietonista przybliżył nieznane światy. Jak się to zrobi źle, pretensjonalnie, z koszmarnymi metaforami i stylistyką oraz egzaltacją małolaty u progu XIX wieku, to ludzi zacznie kłuć, że ktoś żyje sobie wygodnie i przyjemnie i jeszcze ma czelność o tym pisać w tak fatalnym stylu. Dlatego właśnie ja nigdy nie piszę o urokach życia i poświęcam się z oddaniem marudzeniu, krytykowaniu i narzekaniu - to można robić w przeciętnym stylu i nie narażać się na bycie niechlubną gwiazdą Internetu.
Podsumowując - naprawdę nie wydarzyło się i nie wydarza nic ważniejszego? I koniecznie trzeba kruszyć kopie o dwa słabe felietony w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej"? Uważam, że skala zainteresowania sprawą jest wysoce niewspółmierna dla znaczenia sprawy. I dotyczy to zarówno "beki", jak i obrony. Dejta, ludzie, spokój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz