Tak, to ja. Młoda jestem bez wątpienia, zdolna - głównie do wszystkiego, choć mam parę osiągnięć na potwierdzenie tej śmiałej tezy, z nałogami - jak najbardziej. Wstydliwymi, zgubnymi i szkodliwymi dla zdrowia. I to właśnie o nałogach będzie ta notka. A zwłaszcza o jednym z nich.
Nałogowo kupuję szminki. I błyszczyki. I balsamy do ust. Ogólnie jestem dość rozważna w zakupach, staram się nie kupować rzeczy zbędnych i na wielu polach udaje mi się to osiągnąć. Ale jeśli chodzi o produkty do ust - jestem bezbronna. Nie liczę, ile sztuk na chwilę obecną obejmuje moja kolekcja. Wolę nie wiedzieć. A już czaję się na kolejne. Oczywiście nie jest aż tak źle jak w przypadku blogerek kosmetycznych. Moje zapasy są zużywalne (tzn. jestem w stanie zużyć wszystko przed upływem terminu ważności) i nigdy nie zdarzyło mi się zapomnieć, że mam jakiś odcień w kolekcji i zakupić go w porywie serca ponownie. Ale tak, wstydzę się trochę szminkowego nałogu. Choć nie jest to najbardziej zgubny z moich nałogów.
Jestem uzależniona od porannej kawy. Jak rano nie wypiję kubka, jestem nie do życia. Spuchnięty baniak, procesy myślowe suną powoli i urywają się niespodzianie, oczy jak szparki, zombie w kapciach z jeżykami i z rozkołtunionym włosem w odcieniu "irlandzka czerwień". Nie jestem w stanie nic przeczytać, nic napisać ani pomyśleć o czymś bardziej skomplikowanym niż obsługa kawiarki z IKEA. I nie wyobrażam sobie siedzenia w zakładzie (bo ja mam trzy zakłady: zakład, na którego chwałę pracuję i do którego formalnie przynależę, czyli Zakład Literatury Współczesnej, zakład, do którego przynależę nieformalnie - bo formalnie to tam, gdzie Promotorka formalnie, a nieformalnie tam, gdzie Promotorka sercem - czyli Zakład Literatury Poromantycznej i zakład mego serca i ścisłej współpracy, czyli Zakład Teorii Literatury) bez kawy. Chociaż odkąd jest tam niemiecki ekspres, który wydaje nam stanowcze komendy ("CZEKAJ", "OPRÓŻNIJ ZBIORNIK NA SKROPLINY"), to o jej przygotowanie proszę ludzi kompetentniejszych ode mnie. Ledwo nauczyłam się obsługiwać stary, to jest już nowy, bardziej zaawansowany technologicznie i wydający stanowcze polecenia. To nie jest wstydliwy nałóg, gdyż jest powszechny, a ma on też pewien walor towarzyski i uczuciowy. Na przykład gdybym po ciężkiej imprezie nie poprosiła niejakiego Janka o kubek kawy i kanapkę z serem, to być może dzisiaj nie zastanawiałabym się, jakie buty dobiorę do mojej sukienki ślubnej.
I najwstydliwsze na koniec. Otóż - nałogowo czytam komentarze w Internecie. I to jest nałóg najbardziej zgubny ze wszystkich. Zwiększa ryzyko nadciśnienia i zawału. Stanowczo skraca mi życie. Odbiera mi też podstawowe narzędzie pracy, bo jako humanistka powinnam się człowiekiem jako takim interesować i otaczać go pełną sympatii troską. I wierzyć. W ludzkość i jej możliwości, a także piękne jutro, jakie ta ludzkość zbuduje. A tu, jak na złość, czytam te komentarze i jedyne, co przychodzi mi na myśl, to "Hydropiekłowstąpienie" Lao Che:
"Słuchaj, Noe
Chciałbym na słówko:
Wiesz, tak między nami,
to jestem człowiekiem zaniepokojony.
By nie rzec: rozczarowany.
Bo miałem ambicję stworzyć
taką rezolutną rasę,
a wyście to tak po ludzku,
po ludzku spartolili.
Jestem piekielnie sfrustrowany"
I mam ochotę nie tyle utopić jakąś utopię, co emigrować. Najlepiej na Marsa. Wystrzelić się poza orbitę w ogóle. Ostatnio mam nasilone FUJ (Frenetyczne Ujadanie i Jojczenie) na świat, bo czytałam komentarze pod newsem o decyzji Anny Grodzkiej o kandydowaniu na urząd prezydenta. I pod wpisem koleżanki ze studiów o związkach mieszanych rasowo/etnicznie (zapraszam i polecam, Mustasza). I pod wpisem prof. Moniki Płatek o konwencji antyprzemocowej. Wylała się na mnie z ekranu taka ilość nienawiści, jadu, głupoty, mizoginizmu, transfobii i rasizmu, że mam dość. Jak Karusia z "Romantyczności", po prostu "nie lubię świata". No na boga nieżywego (jak ogłosił Nietzsche), jak ludzie mogą być tak głupi?! Przecież to taka rezolutna rasa... Internet to straszne miejsce, bo każdy może napisać, co myśli. A niektórzy ludzie nie są dobrzy w myśleniu i nie powinni chyba robić tego na własną rękę. Wiem, że to bardzo mało "lewackie i wrażliwe", co właśnie napisałam, ale co innego można pomyśleć, jak się czyta, że:
- Anna Grodzka nie powinna kandydować, bo nie jest osobą poważną (?), bo zmieniła płeć (wprawdzie stosunek ilościowy mężczyzn-głów państw do kobiet-głów państw mógłby wskazywać na co innego, ale czy taki urząd sprawuje się jakimś konkretnym organem płciowym?), bo co o nas pomyślą zagranico, bo się powinna leczyć, bo na urząd powinni kandydować "normalni" ludzie, bo "pedały będą chodzić za rękę po ulicach"...
- Prof. Płatek nie zna treści konwencji antyprzemocowej i nienawidzi mężczyzn, a konwencja sprawi, że mężczyźni nie będą się chcieli żenić, bo jak się pokłócą z żoną, to ona może zadzwonić na policję, a jak urzędnik będzie mediował, to mężowi się nie będzie chciało naprawiać związku... A w ogóle to DŻENDER! Dalej niewiele osób ochoczo i rączo używających tego terminu wie, co on właściwie znaczy, ale kto by się przejmował, DŻENDER przyjdzie i nas zje. I poucina penisy. A obcięte zinwentaryzuje, rozdystrybuuje po kraju metodą centralnego planowania i przemocą przyszyje dziewczynkom. Tak będzie. I feministki będą tym zarządzać i logistycznie ogarniać. Ja już mam obiecaną fuchę w dziale spedycji.
- A teraz ćwiczenia praktyczne z teorii postkolonialnej: biała kobieta w związku z Francuzem o marokańskich korzeniach: a) nie szanuje się, b) łapie "od murzynów" różne choróbska, co to nie wiadomo jak je leczyć, c) nie ma szans na "białego" męża, bo nikt nie zechce takiej "po Arabie", d) zdradza naród i "jedną rasę, białą rasę". Oraz budzenie się obok "tego czegoś", a także widok "tego czegoś" w jasnej pościeli jest obrzydliwy. I nie chciał jej żaden "biały", więc ma "czarnucha". Matko jedyna, skąd się tacy ludzie z takim syfem w głowie biorą?! Jak powiedział kiedyś kolega W., u nas to zaścianek i Mikołów żyje przez tydzień tym, że w 37 czarnoskóry jechał: "Sensacja, murzyn w trzy siódemie jedzie!".
Poza tym na antenie Trójki jest taka audycja, że ludzie dzwonią i mówią, co myślą na zadany temat. Zwykle jest to jakiś "gorący" news. I im bardziej ten news "gorący", tym wypowiedzi ludzi bardziej kretyniczne. I to nie są jakieś chłopki-roztropki, jak z piosenki Silnej Grupy pod Wezwaniem, że "nieważne czyje co je, ważne to je, co je moje", tylko ludzie z jakimś wykształceniem. Bo mówią o tym, że studia jakieś pokończyli, że firmy jakieś prowadzą... Zresztą, nie szukając daleko - czasami moja ukraińska przyjaciółka coś napisze na Facebooku o Ukrainie i Polsce... I zaczyna się piekło. Piekło komentarzy studentów historii UŚ. Wierzę, że w piekle jest osobny krąg, który Dante omyłkowo zapomniał opisać, obsługiwany przez studentów historii UŚ, gdzie opowiadają, co myślą. I nie masz, nie masz nadzieje ani drogi ucieczki i słuchasz tego nacjonalistycznego bełkotu, a na dodatek wyświetlają tekst na telebimach, ze źle powstawianymi przecinkami i źle zastosowanymi wielkimi literami. CAŁĄ WIECZNOŚĆ.
I pewnie jeszcze tak pojojczę, pojojczę, wypiję ze 3 butelki wina z Humanistycznym Obliczem Temidy (jeśli jeszcze nie widzieliście tego oblicza, to też zapraszam i polecam, Humanistyczne Oblicze Temidy), kolejnych kilka z niezrównanym Kołem Teorii Literatury, ustalimy, że będzie lepiej i dalej trzeba ochotnie zapieprzać na rzecz i z nadzieją na lepsze jutro. I weźmiemy się za swoją robotę. Ale chwilowo odmawiam gotowości do życia, mam rodzinę w szpitalu, kolokwium z francuskiego i nie ogarniam subjonctifu i naczytałam się komentarzy. Co koniecznie muszę rzucić, bo bardzo źle mi wpływa na zdrowie.
Musimy się stanowczo wyleczyć z tego nałogu, to naprawdę grozi poważnymi chorobami, u mnie skończyło się dzisiaj "Polsko-wstrętem". Chciałabym odnieść się do wszystkiego, ale Polska komentatorska dała mi dzisiaj trochę w pysk i nie wiem nawet od czego zacząć, bo przy każdej linijce zaczynam mieć histeryczne ataki śmiechu, bo taka jest Polska.
OdpowiedzUsuńWięc w sumie zakończę miłym akcentem, że czytam Cię zawsze z cicha, z cicha też zazdroszcząc umiejętności operowania erudycją w tekstach bardziej na luzie, no bo w sumie Polska komentatorska wielu aluzji by nie złapała, także jak się przeniesiesz na onet to jest szansa że nie zrozumieją, ale wtedy i tak Ci się oberwie. Czemu? Jak to czemu, no bo padło słowo gender.
Dziękuję za komplementy i podczytywanie :) Dobrze mi na blogspocie, bo ryzyko, że jakiś wielki portal udostępni mój wpis i będę miała najazd Hunów (jeśli chodzi o poziom elokwencji i finezji) na komentarze jest niewielki. Przez to też oddźwięk czytelniczy mam niewielki, ale, jeśli można tak powiedzieć o czytelnikach, "gatunkowo dobry" ;) Zastanawia mnie tylko ta potrzeba skomentowania, naubliżania, wyśmiania itd... Skąd to się w ludziach bierze? To dlatego, że nie mamy już w Europie publicznych egzekucji i w związku z tym przenieśliśmy je do internetowych komentarzy?
Usuń