Katowicki poradnik weekendowy dedykuję naszym przyjaciołom, M. i Sz., którzy zgodnie z naszą tradycją weekendowych wymian i odwiedzin przyjechali kolejny raz na Śląsk. I wyjechali tak nieprzyzwoicie obżarci i zachwyceni, jak obżarci i zachwyceni my pozostaliśmy, a taką przynajmniej mam nadzieję. A opracowaliśmy weekendowy plan rozrywek w Katowicach (dla wrocławskiej hipsteriady...) i w związku z tym mam parę refleksji.
1. Jeśli ktoś się w Katowicach nudzi, to sam jest sobie winien. I choć jestem sceptyczna wobec wielu nowych rozwiązań w mieście (np. wobec galeriomanii...), to muszę przyznać, że poważnie nie doceniałam mojego miasta. Sobotę zaczęliśmy od wyprawy do centrum i obiadu w Bellmer Cafe. Miejsce zdecydowanie zyskało na przenosinach z Teatru Śląskiego na Plac Wolności. Gotują przepysznie, stosunkowo niedrogo, a w środku jest jak w domu: pachnie trochę obiadem, a trochę starymi książkami, które zresztą można na miejscu zakupić, a zawartość biblioteczki prezentuje się nieźle. Przyszli ludzie z psami, trzy wesołe kundelki biegały między krzesłami i trącały nas łapami, domagając się, abyśmy się podzielili obiadem. Z okazji ładnej pogody pokolebaliśmy się tramwajem do Parku Śląskiego.
2. Park Śląski to jest naprawdę perełka. Zaczęliśmy od przejażdżki Elką i trzepaniem kurzu z butów do paśników dla ludzi - bud z grillem z parasolami z Coca-Coli (kto umieścił kolejkę nad jadłodajniami albo jadłodajnie bezpośrednio pod kolejką?!). Nowa Elka jest naprawdę wygodna, bezpieczna, widoki są cudowne, a nadawanie gondolom imion "zasłużonych dla regionu" i uwzględnienie takich nazwisk, jak von Giesche, Bienek i "Magik" Łuszcz, było zaiste doskonałym pomysłem. Potem przespacerowaliśmy się od Wesołego Miasteczka do bramy ZOO, po drodze zatrzymując się przy "Dronie" Julity Wójcik. Przystanek obowiązkowo przy budkach z przekąskami na lody świderki, watę cukrową i rurkę z kremem. Potem podziwianie "Żyrafy", która zaczęła mi przypominać monstrualną konstrukcję z kijów golfowych i powrót tramwajem na rynek. I tak rozpoczęliśmy cykl atrakcji wieczornych, rozsiadając się w "Białej Małpie" na piwo. Po kilku piwach przyszedł głód, więc przeszliśmy się katowicką arterią imprezową aż na koniec Mariackiej, gdzie, śmiem twierdzić, znajduje się najlepsza pizzeria w Katowicach, o ile nie w całej Polsce południowej. Bar-a-boo. I chyba nie tylko ja tak sądzę, bo dorwanie tam stolika graniczy z cudem, w środku gwar, śmiech i zapach pizzy. Żeby spalić nierozsądnie późną i nierozsądnie kaloryczną kolację pognaliśmy naszych gości "szlakiem moderny" przez ulice Francuską, Ligonia, Wita Stwosza, Jordana, przecięliśmy Kościuszki i gen. Zajączka, lądując na Mikołowskiej, skąd zwiał nam autobus do domu. Po drodze snuliśmy morskie opowieści o graffiti i o Szwedzkim, cytując obficie nasze ulubione prace. A że autobus nam zwiał i trafiliśmy na martwą godzinę, kiedy dzienne już nie jeżdżą, a nocne jeszcze nie zaczęły, to pojechaliśmy na Ligotę i przedefilowaliśmy przez dwie dzielnice aż do Ochojca, gdzie popadaliśmy jak muchy.
3. Niedzielny poranek rozpoczęliśmy pankejkami, które awansowały na mój śniadaniowy popis miszczoski (Moniko z Humanistycznym Obliczem Temidy, po następnej filonasiadówie spodziewaj się pankejków zamiast nieśmiertelnej jajecznicy!), a potem wybraliśmy się na eksplorowanie Strefy Kultury. No i to jest clou tego wpisu. Centrum Kongresowe, NOSPR i nowe Muzeum Śląskie są naprawdę cudowne. Trawa na dachu centrum, taras widokowy, cudowny pomnik Sławika, estakada od centrum do NOSPR, sam NOSPR i towarzyszący mu park z labiryntem odtwarzającym układ katowickich ulic z 1926 roku - po prostu niesamowite! I czwórka dorosłych, dość poważnych ludzi pieczołowicie obchodząca wszystkie alejki i macająca wszystko, co poddawało się obmacaniu piechurów. Jeśli ktoś uważa, że nowe Muzeum Śląskie to "szklarnie wujka Józka", to jest trąba i nie wie, co gada. Muzeum, choć otwarte tylko częściowo, robi wrażenie oszałamiające. Byliśmy na wystawie "Metropolis" i byłam bardzo zaskoczona, jaka ilość ludzi w porze obiadowej, na dodatek w niedzielę, w Katowicach, czuje potrzebę kontaktu z wideo-artem. Sz. i M. zapadli na syndrom japońskiego turysty i obfotografowywali wszystko. Ja natomiast odkrywałam moje miasto na nowo i chyba pierwszy raz czułam, że można mi pozazdrościć miasta, w którym mieszkam. Katowice pięknieją. Katowice normalnieją. I robią się coraz bardziej "dla ludzi". Tak, nawet z nowym rynkiem, który może takiego szału jak Strefa Kultury nie robi, ale ostatecznie wszystko jest chyba lepsze niż to, co wcześniej było rynkiem.
4. Na koniec obiad w "Bo Tak", który, po dniu z nowoczesną architekturą i sztuką, spotęgował moje wrażenie "szwedzkości". Otóż "Bo Tak" organizował zabawy dla dzieci i po lokalu pałętała się olbrzymia liczba pędraków w różnym wieku i w różnym stanie przyodziewku. Była nawet bardzo radosna blondyneczka, beztrosko brykająca w samych majtasach. Na relaksie. Rodzice z dziećmi siedzący na miękkich pufach, porozrzucane pluszowe marchwie i brokuły, przekrzykiwania "Pola, Pola, no chodź, zupki zjesz, pomidorowa, dobra, z makaronem, no chodź... Nie, ciasteczka będą później, no chodź na zupkę!", ogólnie klimat pt. "wszystkie dzieci nasze są" i "mały klient - nasz pan". I, jako osoba niedzieciata (patrz wpis poniżej o wychowaniu a la polonaise), muszę z pełną mocą stwierdzić - tak mi pasuje. Tak mi się podoba. Trzylatka tarzająca się po ziemi z pluszowym brokułem w łapkach, kiedy jej rodzice spokojnie dojadają wegańskie desery, bardzo mi odpowiada. Jest fajnie, na luzie i bez spiny. W totalnej kontrze do zasłyszanego niedawno w pizzerii w galerii handlowej, kiedy ja i Luby dobieraliśmy się do pizzy łapami, "Mateusz, sztućce weź, w lokalu jesteś, zachowuj się!". Pola, w lokalu jesteś, więc zjedz zupki pomidorowej, a potem możesz pobawić się z innymi dzieciakami.
Po tym przydługim opisie moich prywatnych, weekendowych rozrywek, czas na pointę: Katowice się zmieniają i to zmieniają się na lepsze. Jasne, że jest na co marudzić. I jasne, że nie jest idealnie. Ale doceńmy to, co mamy. Bo mamy wiele, a będziemy mieć jeszcze więcej. Podobają mi się takie Katowice: dumne z tego, jakie są i skąd się wywodzą, ale nadążające za swoją epoką. A patrząc na Strefę Kultury, to chyba nie będę przesadzać, jeśli powiem, że doganiają liderów.
Jeśli więc nudzisz się w Katowicach i marudzisz, że wszystko jest o kant rzyci roztrzaś, to wyjdź w końcu z domu. Jest co robić.
Wpis NIE JEST sponsorowany przez Urząd Miasta Katowice, ani przez Miasto Ogrodów, ani przez Park Śląski, ani przez Bellmer Cafe, Białą Małpę, Bar-a-boo lub Bo Tak. Po prostu myślę, że jest dobrze. I sądzę, że Sz. i M. się ze mną zgodzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz