poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Z cyklu: przygody na orbicie ślubnej. Jeden cytat, dwóch filologów, długie godziny z nosem w książkach

Po ostatnim wpisie na temat organizacji ślubu i wesela, zaskakująco popularnym jak na standardy tego bloga, przyszedł czas na kolejną wycieczkę do krainy tiulu, koronek, sztucznej satyny, żenujących rymów i odcisków zjełczałych szminek na policzkach młodej pary. Otóż poczyniliśmy znaczące postępy w organizacji naszego ślubu i wesela. Stan na 20.04.2015:
- znaleźliśmy współmałżonka
- mamy zarezerwowaną restaurację i podpisaną umowę
- zapisaliśmy się w USC na interesujący nas termin
- dopięliśmy listę gości
- mam sukienkę, buty i ogólną WIZJĘ; tu ciekawostka: przez rok twierdziłam, że chcę prostą, kremową sukienkę "w kolanko" bez żadnych ozdób. Plan niemalże udało się zrealizować. Bo mam sukienkę. Z tym, że jest różowo-kremowa i koronkowa. No, ale jak pisała Pawlikowska-Jasnorzewska,"Zamiast sukni białej, trumiennego symbolu, różowa. Zawsze się boję tych ślubnych sukienek. Ponure, prawda? Mają coś z męczennicy, coś z procesji, a coś też z wielkanocnego indyka, w białym strzyżonym papierze, z gałązką bukszpanu. O, nie lubię. Różowy tiul, różowy kapelusz, to co innego, to wróży różową przyszłość." (Ama, "Szofer Archibald", 1924 r.).
- wybraliśmy wzór zaproszeń

I o tym ostatnim chcę co nieco opowiedzieć. Sam wybór wzoru nie był sprawą skomplikowaną. Z Międzyplanetarnych Targów Ślubnych (do relacji własnej odsyłam - KLIK) wynieśliśmy trzy ulotki trzech firm oferujących względnie minimalistyczne zaproszenia. Z ich stron internetowych wyselekcjonowałam kilka propozycji. Na prowadzenie wysuwali się "gramatyczni i typograficzni naziści", którzy doliczali sobie za poprawianie literówek, błędów ortograficznych oraz zmiany z caps locka na normalny format. Zarzekali się też, że nie przyjmują zamówień, w których liczba czcionek na jeden tekst jest większa niż 2. Ostatecznie po konsultacjach społecznych (mój organizacyjny dream team - Matka Jolanta i Siostra Anna) zdecydowaliśmy się na eleganckie zaproszenie z możliwie niewielką ilością zdobień, wstążek, kryształków i marszczeń. Wszystko szło gładko - ostatecznie cóż to za wysiłek dla dwóch polonistów, żeby napisać tekst zaproszenia i poodmieniać imiona i nazwiska gości w bierniku? Sprawdziliśmy wszystko ze trzy razy, wyeliminowaliśmy literówki, potknięcia, ustaliliśmy formę nazwisk kłopotliwych (Zublów czy Zubli?) i zadowoleni z siebie wypełnialiśmy kolejne pola formularza. Stanęliśmy na polu "wierszyk/cytat".

Ja: Chcemy jakiś cytat? No ja nie wiem... Nasza robota polega na cytatach, może dajmy se spokój... Poza tym wszystkie cytaty, jakie przychodzą mi do głowy w związku z małżeństwem, nie napawają przesadnym optymizmem...
Luby: A na przykład jakie ci przychodzą?
J: "Gdy na dziewczynę zawołają: żono! Już ją żywcem pogrzebiono!". Masz coś lepszego?
L: Pewnie, że mam! Z "Wesela"! "Topi się, kto bierze żonę! - Nie utonę, nie utonę!"
J: No i sam widzisz, nic, tylko się powiesić...
L: ...ostał ci się jeno sznur...

Więc stanęło na tym, że bez cytatu. Chcę wysłać formularz, a on się wysłać nie chcę. I wyskakuje mi komunikat na czerwono: "PROSZĘ UZUPEŁNIĆ KOLUMNĘ: WIERSZYK".

J: Noż by ich...! Wierszyk, pies ich trącał, wierszyk! A co ja jestem, rozśpiewany przedszkolak, żeby wierszyki znać?!
L: O małżeństwie to może być "Na kanapie leży leń / Nic nie robi cały dzień"...
J: Ja im znajdę wierszyk! Ja im znajdę taki wierszyk, że...! (filologiczny zapał rośnie) To co dajemy? Może coś związanego z nami? W sensie - poderwałeś mnie na "Ulissesa" i "W poszukiwaniu straconego czasu", ale nie szukałabym tam dobrego cytatu na zaproszenie na ślub.
L: No wiesz, unię dusz poczuliśmy, jak równocześnie na zajęciach powiedzieliśmy: "Gra w klasy". Ale to też nie jest dobre. (pauza) EPITALAMIUM! No przecież na staropolce się poznaliśmy!

Następną godzinę poświęciliśmy na wertowanie posiadanych przez nas wyborów poezji staropolskich pisarzy, googlowaniu epitalamium, przeglądaniu staropolska.pl -polecam uwadze! i przerzucaniu podręcznika Czesława Hernasa pt. "Barok". No i kiszka, nic nie znaleźliśmy. To znaczy - co się ubawiliśmy, to nasze, ale wszystko było stanowczo za długie jak na kilka linijek cytaciku na zaproszeniu. Zrezygnowaliśmy z pomysłu cytowania ojców literatury narodowej. Janek zaczął szaleć. Znalazł jakiś fragment w "Finnegan's Wake". Wyzwałam go od pretensjonalnych bubków. Zaproponował coś z Luce Irigaray. Kazałam mu spadać. Kontrowałam cytatami z "Drugiej płci" Simone de Beauvoir, ale ona jest lepsza raczej na zaproszenia na "divorce party" (podobno w Hameryce takie są), bo jej stosunek do instytucji małżeństwa można eufemistycznie określić jako chłodny. Znaleźliśmy parę niezłych aforyzmów w nieocenionych a przepastnych zbiorach myśli Oscara Wilde'a. Nie zawiodła też Magdalena Samozwaniec. Jednakowoż większość z tego, co znaleźliśmy, było do małżeństwa nastawione, delikatnie mówiąc, sceptycznie. Schopenhauer nie był akurat najbardziej pesymistycznym cytowanym z całej stawki. A jak już było coś o małżeństwie albo szerzej - o miłości pozytywnego, to było kiczowate albo z bardzo słabej literatury (celuje w tym Coehlo, oczywiście). Siadamy na kanapie w poczuciu filologicznej klęski.

J: Janek, nosz kurde... Dwóch magistrów filologii polskiej, ba, dwóch doktorantów z ambicjami i co?! Polegliśmy na CYTACIE NA NASZE ZAPROSZENIE NA ŚLUB!
L: Bo to z nadmiaru kompetencji. Jak widzimy cytat aprobujący małżeństwo, to widzimy, jak słaby i kiczowaty jest. A jak widzimy niekiczowaty, to się boimy, że wyjdziemy na pretensjonalnych bubków. A normalni ludzie cytują Wojtyłę i mają z głowy.

Ostatecznie w uwagach do zamówienia wpisaliśmy, że bez cytatu poprosimy. I bez wierszyka będzie.

Dwie godziny deliberowania nad zaproszeniami i szukanie cytatu. Potem wybór czcionki i koloru wstążeczki. Spieszę donieść: cipiec ślubny zaczyna mnie ogarniać. Nie masz, nie masz nadzieje!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz