poniedziałek, 11 maja 2015

Nieplanowana przerwa w nadawaniu

Za nieplanowaną przerwę w nadawaniu przepraszam. Nie nadążam za własnym życiem, odjeżdża mi ono z peronu, a ja nawet nie mam czasu mu pomachać chusteczką na do widzenia. Jakoś nagle zrobiło się milion rzeczy do zrobienia. Choć, gdyby spojrzeć na to z boku, nie zajmuję się niczym, czym nie zwykłyby zajmować się panienki z tzw. dobrych domów pod koniec XIX i na początku XX wieku. Czytuję powieści i poezyje, jeżdżę na konne spacery i mam lekcje francuskiego. Gdybym z ulgą nie porzuciła fortepianu pod koniec podstawówki i gdyby papa abonował mi francuskie pisma dla panien, byłabym niemalże Marią Pawlikowską-Jasnorzewską (może porzuciłam pisanie o niej rozprawy przez nieuświadomione podobieństwo...? ja też jestem w stanie pochłonąć miskę bobu w samotności w trakcie jednego posiedzenia z książką). Tyle że czytywanie powieści i poezyj to mój słabo płatny "zawód" (głównie miłosny; patrz też: R. Barthes: "Przyjemność tekstu"), konne spacery to wyciskanie siódmych potów z siebie i mało urodziwego kucyka (ostatnio pod okiem nowych trenerów, w nowym miejscu i kucykiem dzielę się z małą J., która stawia pierwsze kroki w jeździectwie, zakochała się w niezbyt przepastnych oczach Patafiana i plecie mu warkocze na grzywie i ogonie), a lekcje francuskiego mam nie z guwernantką, z mme G., która wyznaje zasadę bezlitosnego ciśnięcia grupy ku chwale międzynarodowej frankofonii. Za co, oczywiście, jestem jej wdzięczna.

A jak już jestem przy niedzisiejszym pięknoduchostwie i pozuję przed Czytelnikami na nową Lilkę, to podzielę się cytatem z podobnie nieco niedzisiejszego, ale jakże uroczego i czarującego prozaika, do którego mam nieskrywaną słabość. Jacek Dehnel po prostu mi się nie nudzi. A jego felietony trafiają w moje poczucie humoru i przypominając sobie na zajęcia ze studentami jego teksty o neteraturze, przejrzałam z rozpędu po raz nie wiem który całego "Młodszego księgowego". Charakterystykę środowiska literackiego Dehnel robi tyleż złośliwą, co bliską niejako prawdy:

Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu - ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku... i oj, odkuje się!
Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjeżdża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w "Pypciu Prozy", w następnym miesiącu w dziale recenzji "Pępucha Ducha" dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.

J. Dehnel: Prawdziwa cnota: krytyk się boi. W: Tegoż: Młodszy księgowy. O książkach, pisaniu i czytaniu. Warszawa 2013, s. 14. Polecam całość.

No i czyż nie jest cudowne? Jak się Państwu nie podoba, to Państwo nie czują klimatu. A ja jestem psychofanką Jacka Dehnela, co objawiłam bezpośrednio zainteresowanemu, podsuwając mu książkę do podpisu. I informując go, że to ja maile pisałam, licencjat o twórczości popełniłam, a nazajutrz spotkanie z PT autorem w kawiarni w Katowicach poprowadzę. Zawzięty psychofan to jednak psychofan.

Jeśli chodzi o wybory prezydenckie, to spełniłam obywatelski obowiązek i choć miałam szczery zamiar głosować na jedyną słuszną kandydatkę, to jest na Sarnę z Krzesłem na Głowie (In sarna we trust!), to jednak stojąc nad tym smutnym karteluchem, na którym były same smutne nazwiska smutnych panów i jednej pani pozbawionej emocji, która jednak ma dość falliczne nazwisko, zebrała się we mnie powaga przodków, krew za demokrację przelana nie po to, żebym ja głosowała na zwierzęta z przedmiotami na głowach (choć w roli prezydenta Polski wyględna sarna sprawdziłaby się tak samo, jeśli nie lepiej, od niegdyś wąsatego, a teraz gładko ogolonego myśliwego, który do takich saren zwykł mierzyć z dwururki) i skreśliłam nazwisko jednego z kandydatów bez przekonania. A raczej z głębokim przekonaniem, że nie jest to dobry wybór.

Studenci to jednak są zielone świnie (parafrazuję Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a raczej jedną z bohaterek Teatrzyku "Zielona Gęś", Hermenegildę Kociubińską, która tym mianem określiła wszelkich samców). Nie przeczytali mi, ani jeden, ani jedna, Absolutnej amnezji. I jeszcze mi mówią, że to dlatego, że licencjaty pisali. Wszyscy. Dwadzieścia kilka osób poczuło wenę akurat w ubiegłym tygodniu i nic, tylko 24/7 trzaskali prace dyplomowe jak dzicy. A ja specjalnie dla nich koszulkę tematyczną z de Beauvoir założyłam, no.

Wybaczcie ten notatkowo-szczątkowo-nieuczesany fragment dywagacji swobodnych, ale z pisania to ostatnio moją najdłuższą formą był sms. Następnym razem (co nastąpi niebawem) napiszę coś bardziej składnego, spójniejszego tematycznie i rozgarniętego. Jak dogonię ten pociąg z pierwszego akapitu. Mamo, tato, jestem w pralce.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz