Kobieca genealogia jest tyleż ważna, co zapomniana. Ginie w mrokach dziejów. Matki noszą nazwiska naszych ojców (najczęściej), my będziemy nosić nazwiska naszych mężów (a jak dobrze pójdzie, może niektóre z nas będą nosić nazwiska swoich żon; albo udzielą swoich nazwisk swoim żonom; albo jakoś inaczej to sobie zorganizują w USC). Nawet te z nas, które zdecydują się dokleić nazwiska swoich mężów do swoich nazwisk panieńskich, będą nosić dwa nazwiska: ojca i męża. W formularzach najczęściej wystarczy imię ojca. Imię matki opcjonalnie. Genealogia matek zaciera się w coraz bardziej rozrośniętych drzewach rodowych. Stąd mój tytułowy gest, powtórzony po Jolancie, córce Ireny, wnuczce Bronisławy, prawnuczce Ludwiki (Brach-Czaina, "Błony umysłu"). A dziś to temat nieprzypadkowy, bo mamy Dzień Matki.
Mam to niebywałe szczęście, że mam cudowną matkę. I nie piszę tego tylko dlatego, że "26.05 po prostu wypada dobrze o matce". Moja matka jest świetną matką. Prawdopodobnie jest najlepszą matką w historii macierzyństwa. A z pewnością zawsze starała się być. Mam z mamą świetne relacje. Dzwonię do niej średnio co drugi dzień, choć widzimy się często i mieszkamy w tym samym mieście. Opowiadam jej o wszystkim. O moich studentach, o moich nagłych olśnieniach i zamroczeniach, lękach i porażkach, sukcesach i kocie. I koniu. I praniu i sprzątaniu. I o tym, jakie buty sobie kupiłam. Co wczoraj robiłam i co będę robić jutro. I ona mi opowiada o tym samym. A potem przyjeżdżam i przy herbacie w kuchni dostaję chrypki od gadania. Dużo się śmiejemy. Mamy podobne poczucie humoru. I wiem, że taka relacja to skarb. Z reguły nie rozmawiamy o niczym ważnym, o niczym przełomowym, ani o niczym epokowym. Ale czy codzienność nie jest przypadkiem ważniejsza od przełomów? Codzienność przydarza nam się znacznie częściej, niż epokowe wydarzenia. A to codzienność buduje relacje. I dlatego jest ważniejsza, niż kwiaty i czekoladki raz do roku.
Dzisiaj było słodko. Zabrałyśmy mamę (ja i Siostra Ma Anna) do Miss Cupcake, gdzie jadłyśmy babeczki z kremem i ciasto marchewkowe. I dałyśmy mamie prezent i bardzo zmoknięty bukiecik konwalii. Gadałyśmy znowu o wszystkim i o niczym i wymieniałyśmy się talerzykami ze słodkościami. Tradycja zabierania mamy do kawiarni w Dzień Matki narodziła się z mojej inspiracji, kiedy byłam w klasie maturalnej. Postanowiłam sprzedać zbędne już podręczniki, żeby za uzyskane w ten sposób pieniądze zaprosić mamę do herbaciarni Fanaberia. Pamiętam, że niemiłosiernie obtarłam sobie stopy w turkusowych sandałkach na korkowej koturnie (w liceum miałam jeszcze niepoważne ciągoty do obcasów i butów na koturnie, z których studia skutecznie i trwale mnie wyleczyły). A skoro przed Dniem Matki biegałam z podręcznikami po mieście w sandałkach (anno Domini 2009), to coś jest nie tak z pogodą w tym roku.
A że nie byłabym sobą, gdybym nie sprzedała Państwu trochę "feministycznego ideolo", to w Dniu Matki chcę się odwołać do ciekawej książki Agnieszki Graff "Matka feministka" (Warszawa 2014) i przypomnieć conieco o matce i macierzyństwie codziennym, a nie takim od święta:
O co mi chodzi konkretnie z tym "upolitycznianiem macierzyństwa" i koniecznością zmiany? o to wszystko, co w polskiej rzeczywistości budzi rozgoryczenie, wściekłość, a często wręcz rozpacz matek, a nie znajduje żadnego oddźwięku w debacie publicznej. Z jednej strony mamy rodzinne "ideolo": wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie - jak wiadomo - najważniejsze jest dobro dziecka. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym dzieckiem - czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym - czyni w Polsce pariasa.
Żyjemy w społeczeństwie, które nieustannie deklaruje szacunek dla rodziny i macierzyństwa - a zatem dla więzi pomiędzy matką a dzieckiem - ale jednocześnie organizuje ludziom życie zgodnie z indywidualistycznym założeniem, że jednostki są bytami odrębnymi, autonomicznymi i w pełni odpowiedzialnymi za siebie. Te byty mają zarabiać kasę, płacić podatki, odkładać na emerytury, oczywiście każdy na swoją. Im bardziej osobno, tym lepiej. (...) Poświęć się dziecku, karm piersią, pracuj na pełnym etacie, rozwijaj się, inwestuj w rozwój dziecka. A przede wszystkim: radź sobie sama i nie zawracaj nam głowy swoimi potrzebami. (s. 8-10)
Tyle Graff, mogłabym pół jej książki przepisać tutaj, zamiast tego - polecam lekturę, choć nie we wszystkich punktach mogę się z autorką zgodzić. A zwłaszcza przeczytać polecam "specom od polityki prorodzinnej" i urzędnikom miejskim - może z okazji Dnia Matki doczekamy się infrastruktury przyjaznej dla matek z wózkami (a że skorzystają na niej nie tylko matki z wózkami - ekstra!)? Skoro tak kochamy nasze mamy (a kolejki w kwiaciarniach wskazują, że kochamy, i to wszyscy - pani w średnim wieku, łysy pan bez szyi, czternastolatka w adidasach, pan z brzuszkiem itd.), to bądźmy solidarni z matkami. I pamiętajmy nie tylko o kwiatkach, ale o codzienności. Codzienności naszych prywatnych matek i wszystkich innych matek w tym kraju (a jak ogarniemy własne podwórko, to warto też pomyśleć o tych matkach bardziej globalnie; ale na spokojnie, metodą małych kroczków, nie ma co wymagać za wiele na raz).
* - mam dwie babcie ze strony mamy, Danutę i Marię, siostry; ale to już osobna, długa historia o macierzyństwie, odpowiedzialności i poświęceniu...
Kocham Cię Córeńko...
OdpowiedzUsuń