wtorek, 9 czerwca 2015

Starość i niemożność, czyli rzecz o kontrowersyjnej kampanii

Mili państwo, oficjalnie jestem dojrzała i chyba nieco stara. Z kilku powodów. Ćwierćwiecze stuknie mi za niecałe dwa tygodnie (dowody uznania z tej okazji od wiernych czytelników zawsze mile widziane), to po pierwsze. Jak dzisiaj rano, przed wyjściem na uczelnię, wynosiłam do kontenera puste butelki bezzwrotne, podblokowe drobne pijaczki-obszczymurki zwróciły się do mnie per "szefowo, a to wszystko niesiecie puste?", a jak wiadomo, "szefowa" to dojrzała kobieta, która może dodatnio wpłynąć na los drobnego pijaczka, to po drugie. Po trzecie, najbardziej komfortowo czuję się w towarzystwie stabilnych, mieszczańskich stadeł (M. i Sz., to o Was), najlepiej z dobrym jedzeniem i kieliszkiem wina. Po czwarte, uczciwszy państwa uszy, nie wkurwiam się. A przynajmniej robię to znacznie rzadziej. Jeszcze jakiś czas temu jak czytałam / słyszałam, że jedynym spełnieniem dla kobiety jest macierzyństwo, a wspólne mieszkanie przed ślubem i antykoncepcja hormonalna to obraza moralności publicznej, to dostawałam białej gorączki. A teraz wychodzę z założenia, że skoro ludzie, którzy tak uważają, nie istnieją w mojej codziennej przestrzeni, to nie ma się co pienić, bo w życiu jest za dużo dobrego jedzenia do przeżucia i za dużo długich nocy do przegadania, żeby sobie je skracać zawałem. W związku z czym kretyńska ze wszech miar kampania Fundacji Mamy i Taty, która zbiera baty w tym kawałku Internetu, do którego mam dostęp (jak ustalono podczas minionego weekendu we Wrocławiu, niektórzy nie mają kabla do Frondy na przykład), uczciwszy ponownie państwa uszy, nawet mnie nie podkurwiła. Niemniej jednak jestem przekonana, że skoro na ten temat wypowiedziały się i znane feministki (np. Katarzyna Paprota), i lewackie portale (np. Strajk.eu), i twórcy rozlicznych, mniej lub bardziej śmiesznych memów, a także redaktorka "Tygodnika Powszechnego" i rzesze blogerów, to Internet wyczekuje teraz mojej opinii. Na bank wyczekuje i odświeża Nikczemne Pismo jak USOSa na minutę przed logowaniem (dla szczęśliwców, którzy studiowali przed erą USOSa: odświeża się go kompulsywnymi kliknięciami już na 10 minut przed otwarciem logowania, bo o zapisaniu się do wybranej grupy decydują nanosekundy). Spieszę więc zabrać głos w dyskusji. Gdyby kogoś jakimś cudem ominął spot tej kampanii, to usłużnie link podaję: KLIK.

Otóż w spocie widzimy kobietę pozbawioną wieku, możemy założyć, że jest gdzieś w okolicach 35-45 lat. Kobieta jest elegancko ubrana i przechadza się po stylowej willi z ogrodem, zarazem chwaląc się podróżami (Tokio, Paryż), specjalizacją, kupionym mieszkaniem i wyremontowanym domem. No wypisz, wymaluj kobieta sukcesu i to taka superwoman z Kongresu Kobiet. Nagle, patrząc na pusty ogród, niewypełniony zabawkami oraz dziećmi, słyszy GŁOSY. DZIECIĘCE GŁOSY. I teatralna łza toczy się po jej policzku, w który zapewne wklepała krem za pierdyliard euro. Albo jenów, bo w końcu z Tokio wróciła, więc pewnie nakupowała sobie zbytkownych, genialnych japońskich kremów. Bo zdążyła osiągnąć sukces życiowy (mierzony statusem ekonomicznym), a nie zdążyła zostać matką i żałuje. Ma to nas przekonać do "nieodkładania macierzyństwa na później". Jako niemalże dwudziestopięciolatka, która co prawda w Paryżu była, ale w Tokio nie, do tego z parciem na doktorat, uważam się za target tej kampanii. Pytanie, czy kampania trafiła do targetu. A kretynizmy (które w tytule, dla zachowania pozorów, nazwałam kontrowersjami) pozwolę sobie wyliczyć w punktach.

1. Pewnie istnieją kobiety, które nie zostały matkami i żałują. Pewnie są i takie, które zostały i też żałują. Oraz takie, które nie zostały i nie żałują oraz zostały i nie żałują. Tego kampania nie dostrzega, ale w zalewie mej dobrej woli pragnę uznać, że przecież całego spectrum zjawiska, jakim jest macierzyństwo, nie da się ująć w króciutkim spocie, więc dobrodusznie zakładam, że to jest w niewyrażonych założeniach kampanii.

2. "Seksmisja" to nie tylko mizoginiczna komedia, toż to nasza rzeczywistość. Wedle twórców kampanii możliwą ścieżką rozpłodu jest dzieworództwo. Wszak bohaterka spotu nic nie wspomina o przeszkodzie w postaci braku potencjalnego ojca. Aż dziw bierze, że to spot Fundacji Mamy i Taty. Gdzie ten niedoszły Tata? Może to tak, jak u Mickiewicza, "Tato nie wraca; ranki i wieczory / We łzach go czekam i trwodze; / Rozlały rzeki, pełne zwierza bory / I pełno zbójców na drodze". Ja wiem, że w Polsce dziecko to babski problem (świadczy o tym ściągalność alimentów...), no ale żeby organizacja, która chce promować pełne, dzietne heterorodziny pomijała ojca? No, no, widać zwalczane homolobby z LGBTQIA namieszało i w świadomości członków Fundacji Mamy i Taty. Punkt dla nas, obmierzłe dżendery!

3. Głównym "opóźniaczem" macierzyństwa jest szeroko rozumiana "kariera", specjalizacja, podróże i zarabianie na luksusową willę. Bo przecież kobiety opuszczają domowe obowiązki i własne dziatki wyłącznie z żądzy kariery. Na przykład w zawodzie kasjerki. Nie deprecjonując kasjerek i doceniając ich pracę, bo jest szalenie potrzebna. Tyle że praca zawodowa (z niebagatelnym sukcesem finansowym, a jakże) została w spocie przedstawiona jako fanaberia (podróże, zarówno dom, jak i mieszkanie, wyglądające na drogie wnętrze), a nie konieczność. Bo konieczność to zostanie matką. A byt zapewni ojciec rodziny. Którego nie ma w tym spocie. I jak żyć?

4. Albo praca i podróże, albo dzieci. Choose wisely. Or die alone. To chce nam przekazać spot. Oni tak na serio chcieli z tym trafić do młodych kobiet, które chcą pracować? Nie rozważyli radosnego spotu a la wspomniany już Kongres Kobiet, z superwoman, która godzi wszystkie role życiowe?

Spojrzałam też na dotychczasowe kampanie Fundacji. "Pomyśl o dziecku", "Miłość - lepiej na całe życie" i "Rozwód? Przemyśl to!". W moim wyobrażonym, idealnym świecie ludzie mają tyle dzieci, ile chcą (i jak ktoś chce i czuje się na siłach wychować ich fefnaście, to nic nie stoi mu na przeszkodzie, żeby cieszyć się fefnastką pociech), zakochują się i tworzą stabilne, trwałe związki na całe życie (najlepiej za pierwszym podejściem) oraz... nie rozwodzą się, bo się kochają i tworzą szczęśliwe związki. Ale nie żyjemy w moim wymarzonym świecie. A w tym, w którym żyjemy, ludzi nie stać na drugie bądź trzecie dziecko, chociaż bardzo by chcieli mieć ich gromadkę. I nie stają przed wyborem "kucyk dla jedynaczki czy jednak może młodsza siostrzyczka" (odnoszę się do spotu tej kampanii, gdzie roześmiana dziewczynka w toczku deklaruje, że fajnie mieć kucyka, ale siostrę jeszcze fajniej). Mam zarówno kucyka, jak i siostrę i z mocą eksperta stwierdzam: zarówno kucyka, jak i siostrę kocha się do szaleństwa i ma ochotę przerobić na mielone (średnio raz w tygodniu). Fundacja zwalcza też LGBT (bez reszty literek na ich stronie, wszystkich QIA przepraszam), konwencję antyprzemocową i antykoncepcję hormonalną. I wiadomo, czego się spodziewać po tych ludziach - skoro twórcom spotów i członkom Fundacji wydaje się, że Polki nie rodzą, bo są skupione na karierze, a jeśli już znajdą momencik, odstawią tabletki i zajdą w ciążę, to drugiego dziecka nie chcą, bo wolą kupić pierwszemu kucyka, a jakiekolwiek problemy materialne młodych Polek nie dotyczą, to o czym tu właściwie rozmawiać...? Dlatego nie toczę piany i nie zalewa mnie fala gniewu i frustracji, bo ja już swój strajk rozrodczy ogłosiłam, obrażam moralność publiczną i dobre obyczaje żyjąc bez ślubu (według członków Fundacji grozi mi przedwczesna śmierć z tego powodu), a moja przedłużona edukacja wpływa na moją bezdzietność. Tak długo i tak uparcie kobiety w Polsce są już traktowane jak zbuntowane inkubatory, która dla ich własnego dobra należy zagonić do rozrodu, że zobojętniałam. Tak często i tak uparcie przypomina mi się, że bez dziecka nie dojrzeję nigdy do prawdziwej Kobiecości (chociaż jak słyszę "prawdziwa kobiecość", to trochę mnie to jednak wkurwia), że zaczyna mnie to ryrać.

Przy okazji - Fundację Mama i Tata patronatem objęli Bronisław i Anna Komorowscy. Więc jeśli ktoś się boi "katotalibanu" za prezydentury Andrzeja Dudy, niech się grzmotnie mocno głową o ścianę. I obudzi. Jak już pisałam - żyjemy w Prawii i będziemy żyć w niej dalej. Ku chwale Wielkiej Prawii Niepodległej i Wszystkich Jej Oddanych Inkubatorów.

Dopisek: nie mam nic przeciwko macierzyństwu. Chyba że chodzi o moje. W tym przypadku uważam, że to ja mam najwięcej do powiedzenia.

2 komentarze:

  1. Mam 26 lat, jestem szczęśliwą mężatką, jestem w 7 miesiącu ciąży. Zdążyłam zwiedzić kawał świata, kolejny kawał mam w planach (tym razem już we trójkę). Skończyłam dwa kierunki, robię trzeci, pracuję na pełen etat. Wkurza mnie strasznie, jak słyszę od koleżanek, że jestem szalona, że na dziecko to za wcześnie. Kurde, to moja decyzja, świadoma ! A kampania? Kampania to bzdura! Przeczytałam wpis naszej wspólnej koleżanki, która zwraca uwagę na to, że mamą można zostać zawsze. A macierzyństwo w Polsce? Może Fundacja się powinna zastanowić, czemu kobiety nie chcą rodzić w Polsce, czy mają warunki do tego aby wychować dziecko? I do cholery, gdzie jest w tym wszystkim facet?! Sprowadzamy go tylko do roli sprawcy? Zrobił i uciekł, czy coś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i masz - ekspertom od cudzych macic nigdy nie dogodzisz. Nie chcesz być matką - źle, chcesz - i tak źle, bo albo za wcześnie, albo za późno, albo w ogóle nie tak i zawsze źle i zawsze Twoja wina. Dlatego trzeba to olać i robić swoje i po swojemu - bo to Twoja rodzina i Twoje wybory. Powodzenia w realizacji Twoich planów :)

      Usuń