Na filologii polskiej znajduje się kilka zasadniczych typów studentów. Bez wchodzenia w szczegóły można ich podzielić na:
- grupę miłośników i pasjonatów - to ci, którzy przyszli na te studia, bo po prostu kochają książki,
- grupę pod kryptonimem "ireny" (określenie zawdzięczam nieocenionym w złośliwościach, a bujną fantazją obdarzonym Miśce i Adamowi), czyli dziewczyny, które właściwie nie wiedzą, po co znalazły się na polonistyce albo na studiach w ogóle i na piątym roku potrafią się rozkosznie zdziwić, np. tym, że Derrida to jednak ważny jest,
- "dawcy numerów PESEL", czyli studenci-widmo; nie interesuje ich studiowanie, interesuje ich tytuł magistra bądź czego. Uczelnię z kolei interesuje, żeby pozostali na studiach, więc relację dawca PESEL - uczelnia można określić mianem symbiotycznej.
I najbardziej oszukani są ci pierwsi. Nikt ich na pierwszym roku nie ostrzega. Nikt ich nie odwodzi od pomysłu studiowania filologii. A filologia odbierze im to, co ich przygnało na ten wydział. Filologia odbierze im nieprzespane noce z latarką pod kołdrą. Filologia odbierze im przyjemność czytania książek dla samego śledzenia fabuły. Filologia odbierze im zaskoczenie tym, "co będzie dalej". I radość z utożsamienia z bohaterem. Uzbroi ich w narzędzia, pojęcia, terminy i techniki analizy i interpretacji. Da do ręki metodologię, nauczy robić wiwisekcję poezji i prozy. I skończy się to czytanie z wypiekami na twarzy. Będą pochłaniać książki na kilogramy, to jasne, będą rzetelnymi studentami. Ale odkąd jestem na studiach filologicznych, to tylko raz udało mi się wyrwać z żelaznego uścisku kompetencji czytelniczych filologa i czytać z wypiekami na twarzy. To byli "Trzej muszkieterowie". Ponoć wstydliwa lektura. Oczywiście, filologia da im inne przyjemności lektury. Wyposaży ich w terminy, techniki i metodologie. Będą mogli rozbierać teksty, czytać je głębiej, widzieć więcej, otworzą im się nieoczekiwane portale, przejścia, pasaże, ukryte wiadomości. W tym też jest, muszę przyznać, wiele frajdy. Ale innej frajdy. Wypieki nie wrócą. Co najwyżej triumfujące odkrycia, przenikliwe interpretacje. Ale nie wypieki. A jednak o tych wypiekach się marzy i każdy przebłysk niczym nieskrępowanej, czytelniczej frajdy cieszy jak porządnie rozbujana huśtawka w dzieciństwie. Ucisk w dołku, kiedy się leci w dół i lekki zawrót głowy, kiedy z rozbujanej huśtawki można zobaczyć niebo, zawisając poziomo w powietrzu. A cóż daje większą czytelniczą frajdę, niż porządna, gruba powieść? Saga? Taka, co się nie kończy? Wiem, że w tym pragnieniu nie jestem odosobniona.
Jak pisze (znany w pewnych kręgach...) Krzysztof Uniłowski, cytując Ryszarda Koziołka (też znanego w pewnych kręgach...):
Do tęsknoty za tradycyjną, opasłą powieścią w twardych okładkach oraz ze złoconym grzbietem przyznają się nie tylko czytelnicy naiwni albo niedzielni. Czynią tak również - choć można podejrzewać, że ich motywacje okażą się dużo bardziej złożone - pasjonaci literatury oraz profesjonaliści. Na przykład Ryszard Koziołek: "Zawsze lubiłem grube książki. Pycha opowieści, która chce ogarnąć świat. (...) Uczucie kresu <<wciągającej>> książki wywołuje żal, rozczarowanie, złość. Od dawna nie doznałem takiego uczucia".
(Krzysztof Uniłowski: "Mit powieści mieszczańskiej". W: Tegoż: "Kup pan książkę! Szkice i recenzje". Katowice 2008, s. 192. Ryszard Koziołek: "Zapomniane radości". "FA-art" 1999, nr 3, s . 19.)
W erze twittera i komentarzy typu "tl;dr"", kiedy notka albo post nie mogą być za długie, jednocześnie pragniemy sagi. Dlatego taką karierę robi "Gra o tron". Spełnia nam funkcję realistycznej powieści w odcinkach. Śledzimy ją dokładnie tak samo, zmieniło się tylko medium. A ja na fali tych pragnień wróciłam do "Wiedźmina". Tak, tak. Do "Wiedźmina". Przeczytałam setki (serio, setki) znacznie lepszych powieści. Nie tyle, ile bym sobie życzyła, ale jednak całkiem sporo arcydzieł literatury. Ale "Wiedźmin" jest dla mnie książką, którą czytałam z latarką pod kołdrą. Mając naście lat. Jak czytałam po kilka rozdziałów w jednym rzucie, żeby szybko wrócić do wątku Ciri. A po skończeniu rozdziału o Ciri znowu na wyprzódki czytałam dalej, żeby powrócić do mojej ulubionej bohaterki. W powrocie do "Wiedźmina" sprzyjają mi wakacje, które właśnie rozpoczęłam oraz... gra. Tak, gra. Nie znam się na grach W OGÓLE. Moje doświadczenie z grami obejmuje pasjansa, Simsy i... "Wiedźmina". Egzotyczny zestaw. Do zagrania w "Wiedźmina" namówił mnie Luby. I wsiąknęłam. Potrafiłam ocknąć się o 3. w nocy, chociaż miałam wrażenie, że siedzę przed komputerem od 15 minut zaledwie. Chociaż mój styl gry jest rozpaczliwy (najniższy poziom trudności, zero finezji i ładowanie w żywotność; po prostu wiedźmin-czołg, który idzie przed siebie i nic nie jest w stanie go ubić, a on bezmyślnie wali mieczem w ofiarę; o unikach, rzucaniu znaków albo parowaniu ciosów w wykonaniu mojego Geralta można zapomnieć), to śledziłam fabułę z wypiekami na twarzy. Więc zanim zagram w trzecią część (którą całą przez ramię prześledziłam, kiedy grał Luby), wróciłam do czytania sagi. Czy mam te moje upragnione wypieki na policzkach? Frajdę? Nie. Po pierwsze, już to czytałam, mniej więcej pamiętam fabułę, więc frajdy z odkrywania nie ma. Z porwania fabułą też nie. Nie jest to przecież najlepsza powieść... Ale jednak nie mogę się oderwać. I czytam, nierozsądnie, do 3. w nocy. Już bez latarki, bo obok Luby, wyprzedzając mnie o jeden tom, łoi prozę Sapkowskiego. On ma wymówkę, że w celach naukowych, bo artykuł do tomu będzie pisał. Ale ja? Dla przyjemności. Chociaż teraz ta przyjemność to głównie przyjemność inżyniera Mamonia: podoba mi się, bo to znam. Już to czytałam. Choć odkrycie, że Geralt na uczcie u królowej Calanthe w Cintrze przebiera się za szlachcica z Czteroroga i ma taki sam herb, jak Kmicic w "Potopie" - panna z rozpuszczonymi włosami i rękami uniesionymi w górę jedzie na niedźwiedziu - jednak sprawiło mi frajdę. I dowcip Sapkowskiego, zarazem intertekstualny i knajacki oraz rubaszny, też daje frajdę. Ze śledzenia rejestrów. Z tropienia śladów innych opowieści. Frajda. Ale to już nie to samo. Ostrzegam więc przyszłych filologów: coś zyskacie, coś stracicie. Zróbcie uczciwy rachunek zysków i strat zanim pójdziecie na filologię. Bo zatęsknicie za śledzeniem fabuły, oj, zatęsknicie. A ze ścieżki filologa nie ma powrotu.
DOPISEK: Luby zapytał mnie, czy grając w "Wiedźmina" wybiorę romans z Triss Merigold, czy z Yennefer. Oczywiście, że z Yennefer. Zawsze z Yennefer. Bo wierzę w prawdziwą miłość na całe życie (inaczej jaki byłby sens wychodzenia za Lubego...?), choć podobno dorosłym ludziom nie przystoi taka wiara. A Luby na to: "Bo w Internecie niektórzy piszą, że wolą Triss... Bo Yennefer jest złośliwa, zawsze robi swoje, nie zważając na innych i radzi sobie sama. A Triss jest słodka. I trzeba jej pomóc. A to jest takie typowe. I takie nudne... Yennefer, tylko Yennefer. Nie ma to jak związać się ze złośliwą, nieprzewidywalną babą, która wie swoje i robi swoje". Czuję, że to będzie udane małżeństwo...
Ireny nazywam Marzenkami; tatuś inżynier, mamusia - główna księgowa. A Marzenka lubi czytać... Chmielewską.
OdpowiedzUsuńObiły mi się o uszy jeszcze Żanetki. Ja nie mam doświadczenia w tej materii, ale czy zdarza się, choćby raz na dekadę, że przychodzi Marzenka/Żanetka/Irenka, co lubi czytać Chmielewską, a po roku, dwóch latach budzi się w niej pasja i pochłania, dajmy na to, powieści realistyczne? To byłby sukces dydaktyczny!
Usuń