czwartek, 1 października 2015

Drogeryjne macantki, czyli jak liberalna ironistka skłania się ku krwawym karom cielesnym

Uwielbiam kosmetyki. Każdy ma jakieś słabości. Ja uwielbiam kosmetyki, ze szczególnym naciskiem na szminki. Lubię używać, kupować, oglądać, mieć. Uspokaja mnie to. Po ciężkim dniu, jeśli nie mogę jechać do stajni i zabrać kopytnego do lasu, zrelaksować się miarowym przesuwaniem szczotki po końskim grzbiecie, posłuchać, jak szumi las i wygalopować frustracji na łące, oglądam kosmetyki. W Internecie na przykład, wchodzę sobie na strony internetowych drogerii i oglądam. Nie żeby od razu kupować, po prostu sam ich widok mnie uspokaja. Jak już pisałam, każdy ma jakieś wstydliwe słabości. Lubię robić zakupy w drogerii. No, tak mam i trudno. Trzymam nałóg w ryzach, nie kupuję za dużo, nie przysypują nas hałdy cieni do powiek i z szuflad nie wysypują się róże do policzków. I jedyne, co odbiera mi przyjemność z mojego grzesznego nałogu, to drogeryjne macantki. Babony, które jak niewierny Tomasz, muszą wrazić paluch w kosmetyk, bo inaczej nie uwierzą, że zaiste jest na półce i można nabyć za walutę krajową. Ileż razy zdarzyło mi się kupić tusz do rzęs, który zmienił formułę z nowoczesnej, płynnej, na nieco retro - w kamieniu, bo drogeryjna macantka musiała go otworzyć z miesiąc temu i tak sobie wysychał na półce, aż go nie kupiłam. Albo znaleźć szminkę, która wyglądała na ugryzioną. Przez niedźwiedzia, oceniając po odciskach szczęki.  W niektórych drogeriach foliują kosmetyki albo obklejają je taśmą klejącą. Ale drogeryjnej macantki nic nie powstrzyma. Dlatego jeśli się zdecyduję na zakup czegoś, to najpierw, zanim zaniosę to do kasy i pozbędę się uciułanego grosza, otwieram i sprawdzam, czy ktoś nie wraził palucha w mój krem do ciała. Albo nie przejechał sobie szminką po ręce. Albo, co gorsza, po ustach. Nie upaćkał nakrętki błyszczyka. Uratowało mnie to kilkakrotnie przed zakupem takiego towaru drugiej świeżości. Doprowadza mnie to do szału, owszem, ale jestem zawodowo, jako humanistka, wykształcona do podejmowania niekończących się prób zrozumienia człowieka. I choć uważam otwieranie kosmetyków przeznaczonych na sprzedaż (nie testerów, kosmetyków przeznaczonych na sprzedaż! choć wystawiony tester i tak nie chroni wystawionych na sprzedaż sztuk przed zmacaniem przez armię drogeryjnych macantek) za rzecz naganną i nie do obrony, to z zawodowego obowiązku jestem w stanie zrozumieć, dlaczego macantki to robią. Oto, co wymyśliłam:

- bo muszą sprawdzić, jak wygląda kolor podkładu / korektora / szminki,
- bo muszą wiedzieć, jaką ma konsystencję,
- bo muszą wiedzieć, jak pachnie (chociaż odrywanie aluminiowych zabezpieczeń w kremach do ciała, żeby sobie je poniuchać, uważam za grube przegięcie),
- bo daje im to namiastkę posiadania tego kosmetyku, gdyż...
- ...są zachłyśnięte późnokapitalistycznym nadmiarem dóbr i usług, a że nie są Kim Kardashian i nie mogą mieć ich wszystkich, to chociaż wszystkich osobiście dotkną.

Ale dzisiaj macantki przeszły same siebie. Otóż kupiłam w drogerii wazelinę. Zwykłą, najzwyklejszą wazelinę w plastikowym słoiczku. Przezroczystą, bezzapachową, pozbawioną absolutnie jakichkolwiek bajerów. WAZELINĘ. Otwieram ją w domu, celem aplikacji na odrapany od ciągłego smarkania nos i co widzę? Odcisk palucha z malowniczym rozmazem. Taki znak, taka wiadomość, "Tu byłam, Ilona". I ogarnęła mnie pasja. Dziki szał. Furia. No kto maca bezzapachową wazelinę w ekonomicznym opakowaniu?! Nie pachnie, ma konsystencję, no... WAZELINY! Nie ma w niej nic, co trzeba sprawdzić przed zakupem, bo jest to najzwyklejsza WAZELINA, nieobiecująca, że uczyni nas pięknymi, młodymi, pachnącymi albo stylowymi. WAZELINA, do kroćset!

Dlatego postuluję, aby drogeryjne macantki karać, jak onegdaj karano złodziei. Odrąbaniem ręki, która została zanurzona w niebędącym testerem kremie, podkładzie, po której jeżdżono różowobeżową szminką. Na miejscu i przy świadkach. Przysięgam, jak następnym razem zobaczę w moim pobliżu drogeryjną macantkę, to o ile nie będę mieć przy sobie ostrego narzędzia do odrąbania ręki, wytargam za kłaki, że mnie Ilona razem z Żanetą do końca życia popamiętają. I jeszcze ostrzegą Mariolę, że w Rossmannie jakaś furiatka kłaki ludziom niezbyt dobrej woli wyrywa.


Wnioski: nie otwierajcie kosmetyków w drogeriach, bo nigdy nie wiecie, kiedy ktoś wam za to wyszarpie wszystkie kłaki z głowy, odreagowując w ten sposób wszystkie swoje smutne frustracje. Dziękuję za uwagę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz