Dorosłość polega na tym, że ma się obowiązki. Jedne z nich nakładamy na siebie sami - zawierając małżeństwo, przygarniając kota z ropniem zamiast oka, zapisując się na studia. Inne wynikają z naszego tzw. stosunku pracy i konieczności comiesięcznego płacenia rachunków: jak nie skończysz tych projektów na czas, to cię wyleją, a jak cię wyleją, to kawalerka w wielkiej płycie się sama nie opłaci. Jest też cała masa obowiązków, które wynikają z ról i funkcji społecznych: córki, siostry, matki, obywatelki. Niektóre z tych obowiązków reguluje nasze poczucie przyzwoitości, inne reguluje prawo. Są i takie, które powinny być regulowane przez obydwie te instancje. Należy do nich płacenie zasądzonych alimentów na własne potomstwo, nawet jeśli cholernie nie lubimy ich ojca/matki. Nawet jeśli postanowimy swoje geny przekazać dalej i zakładamy nową rodzinę, to jej założenie nie znosi praw dzieci z poprzedniego związku.
Nie będę tu dochodzić, na jaką kwotę Mateusz Kijowski zalega z płaceniem alimentów, ile ich zapłacił, czy w ogóle płacił i dlaczego. Prawdy w tej materii się nie dojdzie - "Gazeta Wyborcza" napisze, że płacił, ile mógł, i że wcale tak dużo nie zalega i w ogóle sprawa jest złożona, "Do Rzeczy" z kolei napisze, że zalega na milijony i nie płaci, bo liczy na to, że Petru zapłaci za niego. Faktem jest, że nie płacił tyle, ile miał zasądzone. I że to odbija się na jego działalności społecznej, czyli na Komitecie Obrony Demokracji. Czy działacze społeczni są pomnikami ze spiżu? Nie są. Mają prawo do swoich błędów i niedoskonałości, jednakowoż mimo wszystko uważam, że domaganie się praworządności w sytuacji, kiedy zalega się z płaceniem alimentów na własne dzieci jest cokolwiek marne. Jasnym jest, że gdyby Kijowski nie stał na czele KODu, to byłby tylko kolejnym we wcale licznej armii "alimenciarzy". Teraz jest "alimenciarzem" z pierwszych stron gazet. Więc skoro nie o Kijowskim, nie o jego alimentacyjnych długach i obowiązkach oraz ich stanie rzeczywistym, to o czym właściwie chcę pisać? Ano, o jednoosobowym Komitecie Obrony Dzieciorobów, Jacku Żakowskim.
Czasami mam wrażenie, że Jacek Żakowski orbituje wokół naszej planety i czasami tak mu trajektoria wypadnie, że nie wie, co tu się dzieje. Ale ostatnio to już popłynął. Krytą żabką na dystans. Otóż oznajmił, że skoro Kijowski działa społecznie, to dzieci muszą ponieść koszty. Wybrane cytaty w formie gorzkich memów przygotował "ASZdziennik" tutaj. Bo przecież zawsze tak było, że jak mężczyźni idą na wojnę, to Matka Polka zęby w tynk. Jak "brutalnie" sam zauważył red. Żakowski. I gdyby tak nie było, to nie mielibyśmy takich fajowych powstań. I konspiracji. I "Solidarności". No i że taki jest porządek wszechrzeczy, że ojciec bagnet na broń, a matka niech się martwi, jak wykarmić dziatki. A wykarmić trzeba, bo kto będzie walczył w kolejnych powstaniach? Piękny popis patriarchalnego Braterstwa Siusiaków w Słusznej Sprawie. Jest nadzieja dla tego podzielonego narodu - i ci bardziej z prawa i ci bardziej z lewa jednoczą się w Braterstwie Siusiaków, kiedy Sprawa woła. Cudnie, mamy płaszczyznę porozumienia! O taki breweriach, o jakich pisała Agata Komosa tutaj - że kobiety też brały udział w powstaniach, w "Solidarności" i że mimo to zawsze miały z tyłu głowy, że jest jakaś granica, bo jak one pójdą siedzieć, to kto się dziećmi zajmie (i że niewiele ma to wspólnego z równością, czy coś...) - w ogóle Żakowskiemu nie przychodzi do głowy. Dla tego niby to lewicowego publicysty historia Polski wygląda tak jak na tym filmiku Bagińskiego. I nadal powinna tak wyglądać. Bo przecież mężczyzna idzie na wojnę, a kobieta płacze, tuląc do czarnej spódnicy gromadkę dziatek.
Jak się ma dzieci, to ma się obowiązki. Niezależnie od tego, kim się jest i co się w życiu robi. Zaniechanie obowiązków wobec własnych dzieci jest haniebne i choćby najszczytniejsza działalność społeczna tego nie równoważy. O takim drobiazgu jak to, że Kijowski nie zalega z alimentami od listopada - czyli od powstania KOD - nie wspominając. Widać długo był na tej mentalnej wojnie. A może bił się z myślami - płacić czy nie płacić? Zaleganie z alimentami to nie jest "poświęcenie" i "cena" jaką muszą zapłacić dzieci. A domaganie się płacenia alimentów nie jest "ckliwym kawałeczkiem o dzieciach". Pozwolę sobie, jako bezczelna smarkula, udzielić red. Żakowskiemu rady, której i tak zapewne nie przeczyta, a już tym bardziej do serca sobie nie weźmie: to, że ma się fallusa, a przez to ma się głos, jeszcze wcale nie znaczy, że zawsze warto go zabierać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz