Bardzo często ostatnio spotykam się z takimi opowieściami młodych i bardzo młodych dziewczyn. "Ja to się zawsze lepiej dogadywałam z facetami, z nimi to jest prościej, nie robią niepotrzebnej dramy i w ogóle wolę mieć za kumpli facetów". Przez jakiś czas wydawało mi się, że sama należę do takich dziewczyn, które wolą się przyjaźnić z facetami, zwłaszcza odkąd moja najlepsza przyjaciółka z czasów nastolęctwa, Karolina, wyprowadziła się do Gdańska i kontakt nam się najpierw stopniowo poluzowywał, aż całkiem się urwał. Kiedy myślę o moich najbliższych i najdłuższych stażem przyjaciołach, w większości są to faceci. Rudy, Szymon (teraz w pakiecie Szymon+; pakiety są fajne, odwiedzanie się parami też jest fajne; nowe mieszczaństwo, mała stabilizacja, oto nasz pies ze schroniska, oto nasze koty z przytuliska, drobne upominki i te sprawy; dżizus, mieszczanieję jak w mordę strzelił i to z przyjacielem, z którym w wieku 16. lat uważaliśmy się za przedmurze alternatywnej kontrkultury...), w liceum i na początku studiów Wacław. W gimnazjum należałam do czegoś na kształt "chłopackiej paczki" i bywało często tak, że byłam jedyną dziewczyną w towarzystwie. Nie to, żebym nie miała teraz przyjaciółek czy bliskich kumpel, ale zarówno Monikę, jak i Darię mam wpisane we wspólnotę małżeńską, bo dzielę je jako przyjaciółki z Obywatelem Małżonkiem, więc sytuacja "idę na ploty z psiapsiółami" mi się nie zdarza, bo Obywatel Mąż w trakcie plot z psiapsiółą co najwyżej ulatnia się na chwilę, żeby przynieść ze sklepu czwartą butelkę wina (nierozważnie).
Wyjaśnienie, skąd się bierze u dziewczyn syndrom "wolę się przyjaźnić z chłopakami, dziewczyny som gupie" (a sama na ten syndrom cierpiałam...), jest bardzo proste: fajniej jest się kumplować z chłopakami. Bycie dopuszczoną do chłopackiej paczki pozwala się poczuć lepszą (fajniejszą) od bardziej "dziewczyńskich" koleżanek, które trzymają się w swoim rozchichotanym stadku. Wiadomo, lepiej awansować do kasty władców tego świata, z pogardą odrzucić "gupie baby", to wtedy może akurat mnie, mnie jedynej, uda się wyrwać z przeklętego, niższego szczeblem babińca. Może uda mi się wybić na autonomię. Może przeklęty babski los w patriarchalnym świecie mnie nie dotknie. Oczywiście ten syndrom sięga dużo wyżej, niż gimnazjalne "paczki". Prof. Monika Płatek, prawniczka, sama w wywiadach przyznaje, że do pewnego momentu imponowało jej, że na prawniczych konferencjach naukowych jest ona jedna i sami faceci. Ona, ona jedna, awansowała do męskiego klubu. Więc, jak widać, zanim nie spadnie łuska z oka, nawet bardzo wykształcone i bardzo dorosłe prawniczki mogą cierpieć na syndrom "chłopackiej paczki". I to w życiu zawodowym.
Po głębszym namyśle doszłam jednak do wniosku, że zawsze jakoś tak się składało, że przez życie prowadziły mnie Mądre Kobiety. Poza moją matką, która w taką rolę weszła gładko i na mocy pełnionej matczynej funkcji, była Pierwsza Polonistka, która okazała się być Polonistką Jedyną. Zaczęła mnie uczyć w 4. klasie podstawówki i była wtedy chyba niewiele starsza, niż ja teraz. Posyłała mnie na wszelkie polonistyczne konkursy, dawała do czytania książki, dzięki niej w liceum przestudiowałam gruntownie całe "trojaczki" ("Zarys teorii literatury"), od których studenci pierwszego roku dostają nerwowej czkawki i wysypki. Do III LO poszłam tylko dlatego, że liczyłam na to, że Jedyna Polonistka dostanie moją klasę. Nie dostała, co nie przeszkadzało mi chodzić do niej na dokształcanie. Dzięki niej wybrałam jedyne słuszne studia - polonistykę (a wahałam się między polonistyką, filozofią, judaistyką i bohemistyką...). Moją Pierwszą Promotorką była kobieta, moja imienniczka, której najpierw się trochę bałam, a potem nie mogłam pojąć, jak ludzie mogą się bać kogoś tak sympatycznego, dowcipnego i pomocnego. Nie przesadzę, jeśli powiem, że nauczyłam się od niej warsztatu i badawczego, i krytycznoliterackiego (które, oczywiście, wciąż sobie rozwijam), bo czytała i korygowała moje pierwsze wprawki naukowe i recenzenckie. Potem, na studiach magisterskich, zapisałam się na feministycznie sprofilowane seminarium Mistrzyni - i od tej pory pracuję pod jej czujnym, krytycznym okiem. I poczytuję sobie za szczególny zaszczyt, że właśnie ta pani profesor uważa mnie za obiecującą literaturoznawczynię. Poza Mistrzynią dalej prowadzi mnie Magdalena Tulli - rzadko spotykany rodzaj ciepło uśmiechniętej, nieco zwodniczej wiedźmy. I tak pod okiem Mistrzyni daję się prowadzić po literaturze Magdaleny Tulli - miejmy nadzieję, do szczęśliwego końca na obronie doktorskiej.
Chłopackie paczki są fajne. Fajnie jest się czuć "wyjątkową dziewczyną" albo "mądrzejszą dziewczyną", która dostąpiła zaszczytu bycia włączoną w chłopacką paczkę - czy to pryszczatych gimnazjalistów, czy bardzo uczonych profesorów. Ale wokół nas jest mnóstwo Mądrych Kobiet. Często nie są na pierwszym planie. Często wcale się tam nie pchają. Ale jeśli dalej będziemy się chwalić, że fajniej jest być w chłopackiej paczce, to możemy stracić szansę na bycie uczennicą wiedźmy. A wierzcie mi, nie ma nic lepszego w życiu, niż czeladniczy staż u mądrej wiedźmy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz