Piszę dzisiaj zainspirowana pewnym artykułem, który na Facebooka podrzuciła M., mama mojego najlepszego przyjaciela z czasów podstawówkowo-gimnazjalnych. Artykuł napisał Rafał Drzewiecki, zatytułował go "Nasze dzieci to największe pierdoły na świecie? Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są" i można go przeczytać tutaj. Artykuł zapowiada się naprawdę obiecująco: "Hodujemy zombi, które nie wiedzą,
kim są i dokąd zmierzają. Żyją w
tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko,
że mają równe szanse, że wystarczy
chcieć, by mieć. A nie potrafią
poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z
krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za
innych." Fakt, żyjemy w tyranii optymizmu, sukcesu (często mierzonego stanem posiadania) i bycia fit. A świat jest na chwilę obecną skonstruowany tak, że naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Nie wiem, o co chodzi z nieradzeniem sobie z komarem (ok, są upierdliwce, których żadną miarą nie da się zatłuc, nawet ścierą kuchenną na suficie, ale mniemam, że akurat nie to autor miał na myśli) i związku, jaki zachodzi między komarami a braniem odpowiedzialności za innych (może o to, że jak kogoś kochasz, to utłuczesz mu komara na czole, zanim zdąży ugryźć i w ten sposób jesteś odpowiedzialny za innych...?), ale może to się rozjaśni później.
Artykuł jest przede wszystkim, jak na standardy internetowe, strasznie długi - stąd i mój komentarz do niego będzie kilometrowy. Zaczyna się od cytowania rodziców, którzy mają pewne obawy dotyczące posłania dzieci na obóz harcerski. Tu można się zgodzić z autorem, że rodzice przesadzają. Jeśli nie chcesz, żeby dziecko zmokło i chcesz, żeby codziennie brało ciepłą kąpiel, najprawdopodobniej obóz harcerski to nie jest odpowiednie miejsce dla twojego dziecka. Polecam obóz językowy w Wielkiej Brytanii albo, jeśli absolutnie nie może zmoknąć, na Malcie. Dalej zaczynają się wyrzekania byłego harcmistrza, który zawsze chciał być Bearem Gryllsem, chociaż w jego dawnych dobrych czasach jeszcze nie było programu Beara Gryllsa. Czyli tak - mamy do czynienia z typowym wyrzekaniem byłych harcmistrzów "na tę dzisiejszą młodzież" oraz tęsknotę za "dawnymi dobrymi czasami". Nihil novi sub sole, zawsze "kiedyś to były czasy", a dzisiejsza młodzież to nie udźwignie schedy pradziadów - wystarczy poczytać sobie niektóre utwory XVII-wieczne, żeby się przekonać, że i nasi dzielni Sarmaci mieli z młodzi chowaniem problemy. I zawsze ta młódź nie taka, jakby sobie starszyzna wymarzyła. Dalej leci znana wszystkim litania "my, chowani w latach '80, to mieliśmy życie, bo rodzice na nas nie chuchali i nie dmuchali". Z tezą, że współcześnie rodzice bywają nadopiekuńczy, można się zgodzić, bo bywają. Dzieci bywają często bezczelne, roszczeniowe, leniwe i rozpieszczone. Takie historie słyszę od wszystkich, którzy zawodowo lub pół zawodowo mają do czynienia z dziatwą w wieku szkolnym i - co gorsza - z niektórymi rodzicami dziatwy w wieku szkolnym. Stąd budzi się jeszcze większa nostalgia za "dawnymi dobrymi czasami", zwłaszcza, jeśli w pracy trzeba sobie z takimi nadopiekuńczymi rodzicami radzić. "Nikt
mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał
się uczyć sam, a za błędy ortograficzne
ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu
sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie
było wtedy tak postępowe jak dziś" - dysgrafia, o ile wiem, to nie to samo, co dysleksja, ale kto by się tam przejmował, wszystkie dys-cośtam można wyleczyć kilkoma solidnymi klapsami. Nie wiem, jak wy, ale ja osobiście wolę "nadorzekanie" o dysleksji niż "spranie" dziecka za błędy ortograficzne. No, ale ja jestem dzisiejsza i postępowa, uważam więc, że dzieci w ogóle nie wolno bić. A już zwłaszcza za błędy ortograficzne. "Gdy z
kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników,
społecznych kampanii ostrzegających przez
skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani
żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A
skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło." - to jest, proszę państwa, typowy dowód z dupy. Skoro mnie ani moim znajomym się coś nie przydarzyło, to znaczy, że to się nie dzieje. Twarde dowody statystyczne, nie ma co. "Gdy
rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym
składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole
sińce pod oczyma nie zaalarmowały
wychowawców i do rodziców nie przyjechała z
interwencją opieka społeczna w obstawie policji.
Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która
uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym
człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu
przekraczać jego prywatnej strefy, więc
jeśli rodzice go biją, powinien to
zgłosić." - jasne, niech sińce pod oczami i na całym ciele dziecka nie alarmują nikogo. W końcu większą szkodę wyrządzimy dziecku, pytając, czy wszystko w porządku, jeśli naprawdę poobijało się na rowerze albo rolkach, niż jeśli będziemy udawać, że nie widzimy siniaków na dziecku, które nie ma rowerka. Ani rolek. Kolejna mądrość dotyczy tego, że mężczyzna powinien rozwiązywać konflikty siłą. I nie płakać, nigdy nie płakać. I zejść na zawał tuż po 40., kiedy kolejny konflikt będzie nie do rozwiązania prawym sierpowym, mimo nauk tatusia.
Dalej jest tylko lepiej. Albo raczej gorzej. Młodzież jest mniej sprawna, łatwo się zniechęca i robi wszystko dla lajaczy na fejsie. A to wszystko podparte... panoptykonem Michela Foucaulta. No, no, kto by się tego spodziewał, taki dość jednak postępowy myśliciel w takim "kiedyś-to-były-czasy" artykule. Zaskoczenie. Szkoda tylko, że myśl Foucalta została spłaszczona do przymusu lansowania się na fejsie. Świat jednorazówek i przedmiotów nienaprawialnych pochłonął nas nie dlatego, że rynek napędza się w ten sposób, że naprawa sprzętu jest droższa niż nowy sprzęt, tylko dlatego, że jesteśmy pierdołami. No ba. Inżynierowie po MIT też są pierdołami. Ale jeśli macie jakieś wątpliwości, co jest odpowiedzialne za ten katastrofalny stan rzeczy, to odpowiedzi udzieli wam, cytowana przez autora, prof. Moczydłowska z Politechniki Białostockiej - "Zastąpiliśmy zasady i wartości
hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na
manowce". Brak zasad i wartości, moje drogie, zepsute, hiperliberalne wydmuszki. Pani profesor politechniki kontynuuje swoje proste jak kątownik i nieomylne jak poziomica wywody: "Przede wszystkim równość to
fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni,
inteligentni i gamonie.". Bo równość, oczywiście, polega na tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami, a nie że wszyscy mamy równe prawa mimo tego, że jesteśmy różni. Wiadomka. Dalej słuszna obserwacja, że wysoka ilość matur i dyplomów w społeczeństwie nie świadczy jeszcze o ich wartości, staje się podstawą twierdzenia, że kiboli trzeba raczej zostawić ich siłkom i ciężarkom, bo jakakolwiek próba edukowania tylko ich unieszczęśliwi. Jak wcześniej dowodziła pani profesor, nic na to nie poradzisz, genetyka, panie.
Dalej mamy długi wywód o tym, że kaski i ochraniacze nie pozwalają dziecku poczuć konsekwencji swoich głupich działań, bo nie będzie odpowiednio bolało. Autor wyrzeka też na tzw. "żółwiki", czyli kamizelki ochronne na kręgosłup do jazdy konnej. Akurat na tym się znam i nienawidziłam żółwika jako dziecko. I uważam, że dzieci powinny nosić żółwiki przy jeździe konnej. Głównie dlatego, że konie to zwierzęta piękne, silne, mądre... oraz płochliwe i nieprzewidywalne. Dla przykładu: jestem dorosła, jeżdżę wcale nieźle, do tego siedziałam akurat na niepłochliwym, milutkim hucule i nie wykonywałam żadnych trudnych ćwiczeń ani nie skakałam przez przeszkody. Byłam na ogrodzonej ujeżdżalni. I co? I koń się potknął, wyglebił aż miło, a ja zaryłam czubkiem głowy w piach. Bez kasku z ochroną potylicy raczej nie prezentowałabym się tak wyjściowo, jak obecnie. O ile w ogóle bym się prezentowała. Autor uważa, że ból to najlepszy nauczyciel. Cóż, ma prawo do swoich przekonań. Nawet jeśli są głupie. A gwarantuję, że upadek w kasku też boli, czasami nawet mocno. Tyle, że jest większa szansa na wyciągnięcie nauki z takiego wypadku w kasku.
Kolejne akapity mówią o tym, że trzeba dzieci raczej motywować do ciężkiej pracy i chwalić za jej efekty, niż chwalić je na starcie za to, jakie są mądre. Nie znam się w ogóle na wychowywaniu dzieci, ale może... zaryzykować obie te rzeczy? Tzn. chwalić i zachęcać do ciężkiej pracy i zarazem mówić, że da sobie radę, bo jest mądre? Moi rodzice mniej więcej tak robili. Ale może popełnili błąd, skoro wyrosłam na osobę hiperliberalną i "postępową", przez co pozbawioną "zasad i wartości". Więc taktyka moich rodziców pozostaje nieco podejrzana. Potem znowu jest o biciu. Że lepiej karać dzieci fizycznie, niż wychowywać je "bezstresowo" (cokolwiek to znaczy).
Potem znowu prof. Moczydłowska mówi o kryzysie wartości, który przeżywamy. Poza kryzysem wartości mamy też kryzys tożsamości i w ogóle kryzys. "Poprawność polityczna obowiązująca w
przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery
prywatne. Rozmyły się tradycyjne role
społeczne obu płci, obowiązuje
uniseksualność. – Jak dziś
wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo
często chłopca wychowuje samotna matka wspierana
przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to
też najczęściej kobieta. Chłopak
rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o
paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce.
Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od
praw natury, gdzie każda płeć ma swoje
uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce". Czyli znowu DŻĘDER! Bo kobiety wychowują dzieci, te dzieci z siusiakami też, w związku z czym dzieci z siusiakami zaczynają dbać o paznokcie, nie wiedzą, kim są i nie potrafią się odnaleźć. Świetnie, czyli znaleźliśmy odpowiedź na pytanie Puszkina - "czy można dzielnym człowiekiem być i o paznokcie mieć staranie?" - nie, nie można. Zaskarżę więc moją teściową i śp. babcię Obywatela Małżonka, bo to one temu winne, że używa odżywki do włosów i skończył filologię polską. I nie jest Żelaznym Janem (por. "Żelazny Jan", Robert Bly), tylko moim Jankiem, trochę podobnym do Jona Snowa, trochę do Kylo Rena, a trochę do Szlomy, najprzystojniejszego w całym sztetl. Ale ja nie o tym chciałam, tylko o tym niesamowitym rozmyciu pojęć. Czyli tak - chłopak rozwija się w kobiecej sferze (i zapewne nie ma to żadnego związku z tym, że kobiety tradycyjnie zajmują się opieką, dziećmi, wychowaniem...), więc przejmuje kobiece wzorce (bo wszystkie kobiety przede wszystkim dbają o ciało i paznokcie, w zasadzie też nie mają nic innego do przekazania dziatwie, jak reguły wykonania idealnego mani). A teraz zdanie mistrzowskie: "Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce". Od praw natury odeszliśmy już całkiem dawno. Pomogła nam w tym medycyna, między innymi, ale też rozwój cywilizacji w ogóle. A za tym poszły przemiany kulturowe. Ale to są nieistotne szczegóły. Najważniejsze jest to, że "każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce". No to biologicznie czy kulturowo? Jak już lecimy opozycjami binarnymi, to co nam definiuje płeć: natura czy kultura? I czy przypadkiem pojęcie natury nie jest... wytworem kultury? Widać kiedy chodzi o słuszną sprawę, czyli o młodzi wychowanie, można sobie żonglować pojęciami dowolnie i miksować ją w nieźle brzmiącą, ale bezsensowną papkę. Bo albo mamy płeć wynikającą tylko i wyłącznie z natury (tutaj: biologii) i wtedy pozamiatane, chłopiec jest chłopcem niezależnie od stanu paznokci i chłopcy są zawsze tacy sami, albo mamy kulturowe wzorce płci... I tu jest gorzej, bo natura jest niezmienna (a w każdym razie: dużo wolniej zmienna), a kultura jest bardziej problematyczna, bo zmieniać, ewoluować i mutować się lubi, poza tym - co czas i miejsce, to inna kultura. O tym, jak to się wszystko lubi pozmieniać i pokiełbasić w odniesieniu do płci i seksualności w różnych miejscach i czasach, pisał przywoływany w artykule Foucault (i nie tylko, rzecz jasna). Niestety, z płcią jest taki problem, że niezwykle trudno jest wyznaczyć ostre cięcie między tym, co w koncepcji płci kulturowe, a co biologiczne - o czym obszernie, ale chyba dla niektórych niezbyt jasno, pisała Judith Butler.
Cały artykuł, trafnie dostrzegając problemy współczesnych dzieciaków, a przede wszystkim - problemy współczesnych rodziców w odniesieniu do tych dzieciaków, trafia niestety kulą w płot. O wszystko obwinia Potfora Dżędera i hiperliberalny brak wartości (bo, jak powszechnie wiadomo, coś takiego jak "liberalne wartości" po prostu nie istnieje), koncentrując się na nostalgii typu "za moich czasów nie było ADHD i bezstresowego wychowania i kasków na rower i jakoś wszyscy żyjemy, to dopiero było dzieciństwo". Niektóre zawarte w artykule tezy i poglądy są po prostu szkodliwe - jak to, że kary fizyczne nie krzywdzą dziecka, a wręcz stymulują je do rozwoju albo że pożądanym jest, aby uczyć chłopców, że mają nigdy w życiu nie okazywać słabość i zwalczać przemoc przemocą. Ciekawe, że tak mało tu o dziewczynkach, ale być może "hiperliberalne wychowanie pozbawione zasad i wartości" aż tak źle na nie nie wpływa. Ostatecznie, to tylko dziewczynki.
Może ten artykuł jest ostatnim, dramatycznym zrywem Żelaznych Janów? Jeśli tak, to mógł się ten Żelazny Jan Autor bardziej wysilić, a nie serwować ciężkostrawny miks nostalgii za wyidelizowanym dzieciństwem, myślowej konserwy i straszenia dżęderem oraz odejściem od praw natury. Bo zamiast brzmieć groźnie i sierioznie, w tonie alarmującym, brzmi to raczej jak gorzki żal za "dawnymi dobrymi czasami". A ja tak tylko nadmienię, że bywały w historii Europy okresy, kiedy mężczyźni nosili zdobną biżuterię, makijaże i buty na obcasie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz