Tytuł jest parafrazą z lorda Czarnej Żmii, z sezonu "Rozważny i romantyczny" (w roli głównej nienachalnie przystojny Rowan Atkinson). Zawsze to zdanie przychodzi mi do głowy, kiedy mam zupełnie dość. Moja siostra przygnieciona drugim semestrem studiowania technologii chemicznej rozważa rzucenie tego wszystkiego, wyjechanie w Bieszczady i uprawę orzeszków nerkowca. Ja jednak obstawałabym przy kozie w Nepalu. Bieszczady są zdecydowanie za blisko tej choroby dwubiegunowej, która objawia się w pierwszej kolejności obywatelstwem polskim.
W kraju, w którym, jak nauczała siejąca postrach, grozę i terror prof. Drozd w III LO w Katowicach, było onegdaj sześć pór roku, teraz występują dwie: listopad i żar tropików. Listopad zaczyna się w październiku i trwa nieprzerwanie przynajmniej do maja. W drugiej połowie maja zaczyna się już żar tropików. Ów listopad, przeciągnięty ponad ludzką miarę na ponad pół roku daje się mocno we znaki, przynajmniej mnie. Ileż można wytrzymać tej szarówy za oknem? Krajobrazu jak ze starego, zepsutego telewizora, który śnieży? A listopad to niebezpieczna dla Polaków pora, jak wiadomo.
To, że rząd i prezydent głęboko nie szanują jakiejś, lekko licząc, połowy narodu, to mi nie nowina. Żenująca walka między dwiema partiami, z których jedna jest bardzo na prawo, a druga po prostu na prawo, a przedstawiają się jako zupełnie różne, jest już tylko męcząca. Teatr ma tę przewagę nad polską polityką, że nawet najgorsze przedstawienie zakończy miłościwa kurtyna. Tutaj nie ma nadziei.
Teatrzyk "Zielona Gęś" ma zaszczyt przedstawić polski dramat polityczno-eschatologiczny pt. "Naród i Ustrój".
Występują:
Naród
Ustrój
Gżegżółka
Naród: Ustroju, gdzie jesteś?
Ustrój: ...
Naród (głośniej): Ustroju, gdzie jesteś?!
Ustrój: ...
Naród: Ustroju, gdzie jesteś?!!!
Ustrój: ...
Naród: Ustrój nie odpowiada narodowi!
Gżegżółka: (przerażony do ostateczności spuszcza Kurtynę)
Konstanty Ildefons Gałczyński, 1946
Ponadto mam oficjalny Tydzień Tematów Trudnych. Najpierw zmagałam się z doskonałą książką Eda Vulliamy'ego o wojnie w Bośni, już to płonąc z moralnego oburzenia, już to tracąc wiarę w jakiekolwiek wartości. A płonęłam z moralnego oburzenia nawet nie ze względu na zbrodnie popełniane w Srebrenicy, Omarskiej, Keratermie i Trnopolje, bo to nie była dla mnie nowina. Zaletą bycia córką jugonostalgiczki jest oglądanie filmów Emira Kusturicy i Jasmili Zbanić, czytanie powieści Vedrany Rudan i esejów Dubravki Ugresić, wycieczki na Bałkany oraz przeglądanie studenckich albumów matki ze zdjęciami z Sarajeva. Moralne oburzenie wzniecało we mnie to, co opisywał Vulliamy jako obojętność państw tak zwanego cywilizowanego Zachodu i cyniczne "ugrywanie" zysków dla wielkich korporacji. Oraz przerażające opisy rozsiewania, kiełkowania i kwitnienia nacjonalizmów. W międzyczasie słuchaliśmy nowej płyty Marii Peszek i chociaż nie ma co porównywać "Karabinu" z "Jezus Maria Peszek" (jej trzecia płyta szarpała duszę na frędzle), to jednak słuchanie o wojnie i nienawiści doskonale zbiegło się ze świetnym seminarium o topice Zagłady. A wczoraj poszliśmy na "Spotlight", po którym dziarsko pomaszerowałam po flaszkę wina-grubaska, bo po tym, co zobaczyłam, trzeba się było napić. Ze spraw mniejszej wagi w skali globalnej, ale dokuczliwych i ręce-opadających tu i teraz - żadne ze śląskich czasopism kulturalnych nie otrzymało dofinansowania z MKiDN. Nagle otrzymałam wiadomość, że niestety muszę oddać zajęcia z literatury nowoczesnej, bo jeden z etatowych pracowników potrzebuje ich do swojego pensum. A promotorka, w dobrej wierze i ponad wszelką wątpliwość słusznie (i nie mam pretensji do jej porad i decyzji, żeby była jasność) orzekła, że używanie w tytule pracy doktorskiej brzydkiego słowa na "f" oraz brzydkiego słowa na "g"/"dż" to średni pomysł dla młodej naukowczyni na tak wczesnym etapie tzw. kariery naukowej i że to strzał w kolano. I choć mam perspektywę na rychłe otwarcie przewodu, jasny plan pracy, genialny temat i genialną pisarkę "na warsztacie" oraz absolutnie wyjątkową promotorkę i bardzo fajną grupę studentów z I roku - to mam dość. I rozważam niezwłoczne wyjechanie do Nepalu, aby wieść tam żywot w charakterze kozy. Z tego wynikała też przerwa w pisaniu. Jakoś humor i dowcip się mnie nie trzymają ostatnio i choć zabierałam się kilkakrotnie za napisanie czegoś lekkiego albo chociaż czegoś ironicznie rozdrażnionego, to nie mam siły. Wybaczcie, garstko zainteresowanych czytelników, którzy z bliżej nieznanych mi powodów tu wchodzą.
Może jak przyjdzie wiosna, zakwitnie cokolwiek, koty przestaną zrzucać sierść, powietrze zacznie pachnieć spalinami i odrobiną nadziei, to mi się poprawi. Chwilowo mam wisielczy nastrój, który leczę starannie dobranymi dawkami wina-grubaska. Na szczęście, póki co w promocji w Tesco. A może to właśnie ten promyczek nadziei...? Na zdrowie!
Świetne, gratuluję!
OdpowiedzUsuń