Człowiek nie odczuwa poniedziałków tak boleśnie, kiedy nie pracuje na etacie. Właściwie, jak doktorantka i bardzo okolicznościowy wolny strzelec, nie widzę zasadniczych różnic między dniami tygodnia. Dla mnie najbardziej wyczerpujący jest na przykład piątek i to właściwie od czwartku wieczora, bo w piątek mam zajęcia ze studentami, a w czwartek wieczorem grupa z warsztatów pisarskich przesyła mi zadane teksty, które potem mozolnie poprawiam i oceniam, czując, że robię coś pożytecznego dla świata, który będzie bogatszy o circa czternaścioro sprawnie piszących rzemieślników filologicznych. Taką mam przynajmniej nadzieję. Dzisiaj jednak postanowiłam ruszyć rano do miasta, żeby załatwić dwie proste sprawy formalne, czyli zanieść jedną kartkę papieru do Wielkiej Zacności Instytutu, aby ruszyła administracyjna maszyneria, która ma przyjąć moją kartkę papieru, zadrukowaną w wiele numerów, przemielić przez swoje tryby i na drugim swoim końcu wypluć płatność organizatorom konferencji oraz zanieść dwie kartki papieru do Wielkiej Zacności Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych, które to kartki potwierdzają, że ja i Obywatel Małżonek uiściliśmy opłatę za kurs. I tak zaczął się mój rajd po mieście...
Załatwienie sprawy w Wielkiej Zacności Instytucie zajęło łącznie 5 minut, z kserowaniem brakującej kartki papieru włącznie. Załatwienie sprawy w Wielkiej Zacności Studium 3,5 minuty. Cała operacja zajęła godzinę z okładem. Gdyż moje miasto wiosną jest niezwykle zagadkowym tworem przestrzenno-ludzkim.
Wyjechałam z domu, zajechałam do centrum miasta i zaczęłam poszukiwania miejsca parkingowego. Wiem, że jako prawdziwy lewak powinnam pisać o braku ścieżek rowerowych czy niezachęcającej komunikacji miejskiej, ale będę pisać o samochodach. Przemierzyłam wzdłuż i wszerz, ruchem jednostajnym, zygzakowym i posuwistym wszystkie ulice okalające wydział, krzyżujące się z okalającymi i odchodzące od okalających na boki. Nigdzie ani ćwierć miejsca. W piękny, wiosenny poniedziałek wszyscy mieszkańcy aglomeracji postanowili bowiem przyjechać do jej centrum i to każdy, tak jak ja, własnym samochodem. Byłam na to psychicznie gotowa, więc zajechałam ostatecznie aż pod główny kampus uniwersytecki, licząc na miejsce na dziko powstałym parkingu, mieszczącym się na wyjątkowo wyboistym klepisku, pozwalającym na doskonałą imitację udziału w rajdzie Paryż - Dakar. Ale nawet na klepisku, wśród dziur, kałuż, kamieni, gruzu i psich kup, nie było ani jednego względnie normalnego miejsca. Stanęłam więc, ryzykownie, pod siatkowym płotem wzmocnionym żywopłotem, starając się nikogo nie zablokować, nie narazić samochodu na obicie i ogólnie udawać, że mnie nie ma. Jednak aby to osiągnąć, musiałam stanąć tuż przy tym płocie, w związku z czym musiałam wysiadać przez drzwi pasażera. Pobłogosławiłam tedy dżinsy z domieszką syntetyku i płaskie obuwie, bo żadna spódnica i żadne szpilki nie umożliwiłyby mi wykonywania tych salt mortadela wewnątrz corsy bez zaplątania się w drążek zmiany biegów. Teraz już tylko spacerek, mniej więcej 15 minut żwawym krokiem krótkiej nogi, na mój wydział macierzysty. Jakie piękne jest moje miasto w marcowym słońcu... Na Mielęckiego śmierdzi niemiłosiernie kurczakami z rożna. Jak chwalą się właściciele napisem na szybie swojego przybytku, śmierdzi tak już od 40. lat. Mijam Mariacką, o tej porze senną i nieco wymarłą. Przechodzę pod wiaduktem, gdzie wizerunki członków śląskiego podziemia czasów wszelkich zostały pokryte rozmaitymi odcieniami spreju, a byłej dyrektorce mojego LO domalowano gustowny wąs a la Salvador Dali. Na pasach prawie rozjechał mnie dostawczak. Docieram pod wydział, załatwiam, co miałam załatwić i wracam tą samą trasą. Na Mielęckiego na szczęście wieje od takiej strony, że nie czuję 40-letnich kurczaków z rożna. Pan, nieco wczorajszy, a może i przedwczorajszy, a najpewniej przedwieczny, komplementuje grupkę dziewczyn w wieku okołostudenckim: "Dzieeeeefczyny! Ale jesteście, kurwa, piękne! No ja pierdolę, jakie piękne!". Piękne. Dziewczyny w wieku okołostudenckim, przedwieczny pan z reklamówką, poszarzałe elewacje i kurczaki z rożna. Moje miasto. Takie piękne.
Wyjeżdżałam po wulkanicznych kraterach, cudem omijając wszystkie zaparkowane pod kątem, pod skosem, na zakręcie i w dziurze samochody. Potem przeciskałam się między zaparkowanym na zakazie combi a dostawczakiem na awaryjnych na rogu. No patrz, akurat pod sklepem się zepsuł dostawczak, cóż za szczęście w nieszczęściu... Omijając dwie przeszkody i wyjeżdżając z uliczki "na ślepo", uradowana, że jednak nic nie jechało z lewej (bo combi skutecznie zasłaniało mi wszystko), przycisnęłam sobie z fantazją gaz i zaraz hamowałam gwałtownie, bowiem tuż za zakrętem, na środku pasa, na awaryjnych, "zepsuło się" audi. Kierowcy nie ma w środku ani dookoła pewnie dlatego, że akurat wyszedł kupić coś bardzo pilnego do naprawy audi w tym sklepie, do którego zajechał równie zepsuty dostawczak. No co za fatum, patrzcie no.
A potem już tylko chodziłam po galerii handlowej, jednej z tych, które porastają moje miasto bujnie, a jak odgrażają się nasi wspaniali włodarze, porosną jeszcze bujniej, żeby aglomeracja rosła w siłę, a deweloperzy żyli dostatniej, sarkając i klnąc na czym świat stoi w poszukiwaniu prezentu świątecznego dla Obywatela Małżonka. I doszłam do wniosku, że wolałabym mieć Obywatelkę Małżonkę, bo Obywatelkom Małżonkom znacznie łatwiej kupić satysfakcjonujące prezenty. A Obywatel Małżonek? Biżuterii nie kupisz, bo wszystkie rzemyki na nadgarstki wyglądają dokładnie tak samo, a poza tym ma już komplet rzemyków na nadgarstki i nie chce nowych. Torbę dostał na poprzednie święta. Perfumy ma i więcej nie chce. Takoż swetry. I szaliki, które ma w trzech wariantach grubości, a na kolory i wzory wykazuje daleko posuniętą obojętność. Rękawiczki, jedna para, w zupełności wystarczą. Krawatów nie nosi, chyba że musi, a wtedy te 3-4, które posiada, to i tak nadto. Koszul ma wiele, a koszulek całą szufladę i uważa, że nie potrzebuje więcej. Książkę? No kaman, to ma być prezent czy praktyczny podarek z rodzaju niezbędnych skarpet? Poza tym książki, która by go uradowała, na 100% nie znajdę w jakimś kulturalnym megastorze. Póki obecnie używany portfel się nie rozleci, to nowego też nie chce. Dżizus Krajst, wymienię męża niezłego na żonę dowolną. I jest, w końcu, jest, w jednej z popularnych sieciówek są koszulki i chociaż Obywatel Małżonek ma koszulek całą szufladę, to każda kolejna koszulka z Lennonem albo Jaggerem mile widziana. No właśnie, Lennon czy Jagger? Patrzą na mnie zalotnie z męskich koszulek. Nie mogę się zdecydować, dzwonię do Obywatela Małżonka - "Kochanie, skup się, bo mam pytanie zasadnicze: Lennon czy Jagger?" - "Lennon chyba, chociaż Jagger też jest fajny... Jagger?" - "To inaczej, czarną czy białą?" - "Eee... Czarną?" - "Ale Lennon mówi: Imagine, a Jagger coś mniej fajnego" - "To weź Lennona. Chcę Lennona". No więc trzymam w garści tego Lennona, który mówi: Imagine, a w kasie jakaś dziewczyna zwraca czarny sweterek, a telefon w jej torebce nie nadążą z nadawaniem sygnałów z Messengera. Więc czekam potulnie, akurat przy męskich perfumach. No to wącham, z braku lepszych zajęć. Wszystkie męskie i w małych pojemnościach, może to dobry dodatek do prezentu? Wącham pierwsze, wonieją tak mocno, że każdy w promieniu kilometra od Obywatela Małżonka wyłapałby mesydż typu "UWAGA, SAMC! SAMC PRAWDZIWY! SAMC TESTOSTERONOWY! SAMC! TARZAN NIEMALŻE! SAMC! SAMC! SAMC!". A Obywatel Małżonek nie lubi perfum, które zbyt dobitnie informują świat o samczości nosiciela. Wącham więc drugie. Te krzyczą "SAMC! SAMC! JAJA JAK KOKOSY!" jeszcze głośniej od poprzednich. Więc biorę trzecie. O, to jest to. Delikatne, ziołowe... Już je miałam złapać i podać pani przy kasie, aż patrzę na nazwę: Army. No nie będę kupować koszulki z Lennonem i Imagine w zestawie z perfumami Army. Są jakieś granice ironii...
Wiosną moje miasto jest takie piękne. Spaliny i galerie handlowe. Miłego tygodnia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz