Język podlega wpływom i przemianom, nie ma się co na to obrażać. Kiedyś polszczyzna była pod przemożnym wpływem niemieckiego, włoskiego, francuskiego, rosyjskiego i innych. Dzisiaj jest pod wpływem angielskiego i trudno się burzyć, bo tak się po prostu dzieje. Kiedyś elegantki musiały wtrącić do rozmowy kilka słówek bądź zwrotów po francusku, choćby parlefransiły niewiele lepiej ode mnie, bo to po prostu tres chic, bon ton i basta. Teraz robimy kalki z angielskiego, wtrącamy zwroty, a Internet tyko to nasila. I nie będę się burzyć przeciwko "sorry", "o maj gad", "fakfakfak", bo nie widzę sensu. Będę się burzyć i obśmiewać moje ulubione kalki z angielskiego przeniesione żywcem do polszczyzny, choćby i miały w niej już inne znaczenie i kontekst. Przodują w tym branże modowa i kosmetyczna, a już zwłaszcza blogerki. A ja siedzę i mnie zalewa. Fala jadu, oczywiście. I uwaga wstępna, acz istotna: nie każdy polonista jest prof. Miodkiem. A na pewno ja nie jestem prof. Miodkiem. Wiedzę językoznawczą mam przyzwoitą jak na magistra specjalizującego się w literaturoznawstwie i jest to wiedza wyceniania przez ekspertów z Instytutu Języka Polskiego pomiędzy 4 a 5. Więc coś tam wiem. Ale wszystkiego nie wiem. Mogę wytłumaczyć, skąd się wzięło "rz" i "ż" i nawet porekonstruować do prasłowiańszczyzny, jak się poważnie skupię, ale szczegółowo wszystkich nieregularnych form deklinacyjnych nie wyjaśnię inaczej, niż "bo to wynika z wielowiekowych przemian i obróbek deklinacji prasłowiańskich, które wyparłam z całą mocą zaraz po zadekretowaniu 4 z gramatyki historycznej przez prof. S.". I nie jestem też w stanie wskazać granicy, do kiedy wpływ obcego języka jest ożywczy, a od kiedy szkodliwy. No, tyle zwierzeń i konfesji, poniżej moje ulubione kalki z angielskiego.
1. Dedykowany
Dedykować można poezyje ukochanej albo piosenkę w radio mamie z okazji Dnia Matki, ale nie krem cerze trądzikowej. Książkę można dedykować, odręcznie nawet można to uczynić, ale kredki powiece się raczej nie dedykuje, a przeznacza do malowania i robienia kresek. Myślałam sobie, że to takie niewinne kaleczenie w obrębie blogów, ale to wypełzło i słyszę ostatnio w reklamie radiowej, że krem jest dedykowany. I to nawet nie komuś (bo może kosmetolog/kosmetolożka stworzyli krem, a owoc swej pracy chcieli zadedykować np. siostrze z przetłuszczającą się strefą T, bo z myślą o niej krem komponowali?), a cerom jest dedykowany. Patrz pan. Nawet cery zyskują teraz odrębną podmiotowość.
2. Zrekreować
Zrekreować styl, zrekreować makijaż, a ja lubię w weekend się zrekreować i pospacerować po lesie. To na szczęście nie wypełzło jeszcze poza blogosferę, ale jak wypełźnie, to uderzy z mocą "stylizacji" (która, jak wiadomo, niekoniecznie jest "na coś", np. ja zakładam okulary i stylizuję się na intelektualistkę; stylizacja jest już nawet wtedy, jak się chwilę zastanowię, jak skomponować spodnie, koszulkę, sweterek i buty, żeby wyglądało w porządku; stylizować można też paznokcie, są nawet odrębne "studia" się tym zajmujące i niekoniecznie chodzi o to, że wystylizują nam paznokcie na szpony "Nosferatu" na przykład... - taka przydługaśna dygresja). Wszystko można wszak zrekreować w ramach rekreacji w wolnym czasie. Z tym powiązane jest jeszcze jedno moje ulubione, robiące ostatnio zawrotną karierę, słówko - KREATOR. "Firma X była kreatorem makijaży na pokazie projektanta Y!", wieszczy nagłówek na portalu. No i może się mylę albo czepiam zbędnie, ale nie wystarczyłoby, że "makijaże wykonała firma X"? Albo że "twórcą makijaży była firma X"? Nie, gdyż pokaz był EPICKI (znaczy długi, narracyjny, wielowątkowy, z wieloma bohaterami i opisami przyrody), więc makijaże miały KREATORA. Dobrze, że nie demiurga, na przykład.
3. Kolaboracja
H&M na przykład kolaboruje nieustannie, zdradzieckie, szwedzkie prosiaki. I to z wielkimi domami mody kolaboruje! Że z francuskimi, to wiadomo, bo jak wiedza powszechna niesie, Francuzi zawsze kolaborują i się poddają (i tu podtekst, nie to co My, Polacy, Powstanie Warszawskie, duma Narodowa, pardon Duma, gdyż nie wiedzieć czemu panuje ostatnio moda na pisanie niektórych Pojęć Wielką Literą, zwłaszcza, jeśli chodzi o Naród, To, Co Polskie i oczywiście Ja z dużej Litery, bo mała mego Ego nie Mieści, a zwłaszcza nie mieści Mojej Dumy. Narodowej.). To na blogu pewnej popularnej "szafiarki" znalazłam (swoją drogą, "szafiarka" fajne słowo, a złośliwcy "szafiarki" nazywają "szatniarkami", co mnie setnie bawi) i co się ubawiłam, to moje. Nie wiem tylko, czy to zgubny wpływ angielszczyzny podparty nieświadomością, czy raczej IPN-u i polskiej polityki historycznej. To byłby temat na magisterium!
4. Kalki z gatunku uroczych
Miałam kiedyś trenera jeździeckiego, uczył mnie skoków przez przeszkody. Wiele czasu spędził w krajach anglojęzycznych i zostały mu z tego pewne maniery językowe i zwroty, które sobie bezwiednie przekopiował. A że był człowiekiem ciepłym, zabawnym i uroczym oraz bardzo otwartym i przyjaznym, to mnie te jego kalki rozczulały. Kiedy dzwoniłam do niego, żeby umówić się na trening, zwykle rozmowa wyglądała tak:
Ja: Dzień dobry, tu Agnieszka od Siwego.
Trener: Aaaa, łobuz, jaksięmasz?
Ja: Dobrze, a pan?
Trener: Dobrze, dziękujębardzo! Co się stało, łobuz?
Ja: Chciałabym się na trening umówić. Na Siwym.
Trener: Aaaaa, poniak! Bardzo lubię twojego poniaka!
Ogólnie "bardzo lubię twojego poniaka" nie wyrażało ciepłych emocji trenera wobec Siwego (choć też), ale przede wszystkim było pochwałą. I like your pony. Chociaż Siwy to wcale nie był poniak. Choć nieduży. Pan trener miał też skłonność do wypowiadania pewnych zwrotów bez przerw. "Jaksięmasz" było jednym wyrazem, podobnie "dziękujębardzo". Ale jego kalki były akurat fajne. A jeśli chodzi o język instruktorów i trenerów jeździectwa, to się nadaje na osobną rozprawę. Fanpejdże poświęcone powiedzonkom trenerów hulają po końskim FB w najlepsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz