Uderzyła mnie dzisiaj w twarz moja dorosłość. Szłam po supermarkecie, pchając przed sobą wózek, stukając butami na obcasie, w spódnicy, która nie podoba się mojej siostrze i w płaszczu zwężanym po mojej matce. I nagle uderzyło mnie to, że mam 25. lat, męża, tytuł magistra, kozaki na obcasie i idę przez supermarket, żeby kupić wędzoną makrelę. Kiedy to się właściwie stało?! Jestem dodatkowo w takim wieku, że moje koleżanki z liceum także wychodzą za mąż albo już wyszły i teraz spodziewają się dziecka. Widzę to wszystko na fejsie i serce roście. A wzięło mnie tak sentymentalnie, bo po powrocie z supermarketu (z makrelą) przeglądałam katalog firmy Avon, z której katalogami nie miałam kontaktu od liceum. A teraz zdarzyło się tak, że przyjaciółka mojej siostry sprzedaje te kosmetyki i zrobiłam sobie wizualną podróż sentymentalną. Właściwie niespecjalnie mnie to ruszało na początku - zamówiłam kredkę do oczu i waniliowe kosmetyki do ciała, bo pasjami uwielbiam kosmetyki waniliowe. Ale dzisiaj natrafiłam na pachnącą karteczkę z perfumami "Incandessence", co okazało się być proustowską magdalenką. Przed oczami przeleciało mi w trybie przyspieszonym całe liceum. Które, jak się okazało, pachnie dla mnie "Incandessence". Próby teatralne w starej kotłowni w szkole. Fajki palone w bramie na Stawowej. Baleriny z H&M, czarne, z czaszkami w środku - nigdy nie miałam tak wygodnych balerin, regularnie zadeptywanych co weekend na kolejnych imprezach w "Strasznym Dworze", który był wtedy jednym z nielicznych klubów w Katowicach. A Cafe Zaszyta jedną z niewielu knajp. Kiedy jeszcze nie było zakazu palenia w lokalach, więc po każdym listopadowym wieczorze w pubie człowiek śmierdział jak stary Kubańczyk. Kiedy miałam czarny golf, grube czarne oprawki i marzenie, że kiedyś będę jak Kazimiera Szczuka, tyle że bez wady wymowy. Kiedy jeszcze mi się chciało chodzić na pomarańczową trasę Kultu. I kiedy S., świadek na naszym ślubie, był dla mnie tylko kolegą z Internetu, którego znałam wyłącznie ze zdjęć i długich rozmów na Gadu-Gadu. Gadu-Gadu! Dobry Jeżu Anaszpanie, ileż ja tam egzystencjalnych rozmów odbyłam! Ile drżeń serca przy zmieniających się kolorach słoneczek! Rozwodnione tyskie w każdej knajpie, waniliowe papierosy, smak błyszczyka z Maybelline. Zapach materacy przy sali gimnastycznej. Czerwony nos i podwiewający kieckę zimny wiatr na 11. listopada, kiedy stałam w poczcie sztandarowym III LO pod pomnikiem konnym (jak głosi legenda, natchniony rzeźbiarz uczynił z Kasztanki ogiera - bo przecież wielki dowódca musi jeździć na ogierze - i na szybko odpiłowywano Kasztance zbędne atrybuty) wąsatego Marszałka. Mapa Imperium Rzymskiego, która wisiała w naszej klasie nawet w momencie, w którym uczyliśmy się o II wojnie światowej. Nieco przerażający półmrok pracowni geograficznej, w którym czaiła się prof. D., zawsze obstawiona milionem map i wykresów, kolorową kredą i globusami. Nurkowanie w koszach i między wieszakami lumpeksu w Superjednostce, z charakterystycznym smrodkiem ciuchów z lumpa. Wiedziona przeznaczeniem, wydałam jakąś astronomiczną kwotę na "Teorie literatury XX wieku. Podręcznik" Burzyńskiej i Markowskiego w EMPiKu. Wtedy nie miałam pojęcia, kim są Burzyńska i Markowski. Teraz mogę z detalami opowiedzieć, jak Markowski dał w twarz znanemu pisarzowi i jaka wynikła z tego awantura. A "Teorie literatury XX wieku" czytałam od deski do deski, kilkakrotnie, od przodu, od tyłu i na wyrywki. Rok, w którym poznałam zascenie teatru Korez, jadłam najlepsze lody w Turynie i myślałam, że będę kiedyś reżyserką. Kiedy wydawało mi się, że jestem strasznie poważna i strasznie dorosła i zaczytywałam się Kurtem Vonnegutem. Długi sweter w czarno-czerwone pasy i wiśniowe martensy, które miałam od gimnazjum, a które rozpadły się dopiero w zeszłym roku. Złamany obcas w dniu odbierania świadectw.
Jesień za oknem, zmarznięte stopy, makrela w lodówce i "Incandessence" wciągane łapczywie ze stron katalogu i oto proszę - człowiek robi się sentymentalny i go bierze na wspominki. Czy cofnęłabym się do tych czasów? BROŃ BORZE! Więc czemu poważnie rozważam zakup tanich perfum tylko po to, żeby je wąchać raz po raz...?
Kot w młodości nie zaczytywał się Vonnegotem, na starość będzie łajdakiem ;)
OdpowiedzUsuńliterówka, "u" miało być, a nie "o"
OdpowiedzUsuń