niedziela, 21 grudnia 2014

Opowieści wigilijne, czyli Polska mistrzem Polski

Zainspirowana świąteczną opowieścią z dzieciństwa Pawiana przy Drodze (link w menu) postanowiłam na Święta też podzielić się jakąś wigilijną opowieścią i przypomniały mi się jasełka. Otóż w podstawówce, do której chodziłam, co roku oczywiście odbywały się jasełka i parokrotnie przygotowywała je moja klasa. Głównie dlatego, że wychowawczyni miała jakieś niespełnione, reżyserskie ambicje i właściwie co roku coś wystawialiśmy. Ja to bardzo lubiłam, miałam ładną dykcję i umiałam recytować, szybko uczyłam się tekstu na pamięć i rok szkolny bez występu był dla mnie rokiem straconym. Z nieznanych mi bliżej przyczyn marzyłam o roli Maryi. Być może dlatego, że była to jedyna rola żeńska w całych jasełkach - anioły są bliżej niezdefiniowane płciowo. Zwierzyłam się więc jednej koleżance, że chciałabym być Maryjką w szkolnych jasełkach. A ona mi na to, że pewnie będę, bo jestem blondynką z niebieskimi oczami (tak, moje naturalne włosy to ciemny blond, a jak byłam młodsza, to dochodziły do tego miodowe refleksy). Kiedy spytałam, dość zdziwiona, jaki związek mają blond włosy z Maryją (przy okazji robiąc szybki przegląd wizerunków Maryi w prywatnej, użytkowej kolekcji ludowej sztuki sakralnej mojej babci Marianny - gdzie Maryjki, wszystkie, były brunetkami w błękitnych zawojach), koleżanka odparła niemniej zdziwiona, że przecież Maryja była blondynką. Z niebieskimi oczami. Jako wyszczekana dziewięciolatka (i przy okazji dziecko filosemity) odparłam, że Żydówki rzadko bywają jednak niebieskookimi blondynkami. Jeszcze rzadziej bywają nimi Żydówki z Nazaretu, bo w Europie to nie takie rzeczy się zdarzały (tego nie dodałam, bo nie byłam aż tak bystrą dziewięciolatką). Szok i niedowierzanie. Jak to - Żydówką? Maryja? Konsternacja minęła, Maryją została blondynka, ale nie ja - ja zostałam archaniołem Gabrielem. I zwiastowałam. Miałam piękne skrzydła i białą sukienkę. Też fajnie, ale marzenia o Maryjce nie porzuciłam. Kolejna okazja do zostania Maryjką przyszła bodaj w czwartej klasie, kiedy znowu nasza klasa przygotowywała jasełka. Tym razem postanowiłam zawalczyć o swoje i zgłosiłam reżyserce, że najchętniej byłabym Maryjką. Reżyserka obiecała, że owszem, ona wie i Maryją będę. Przychodzi co do czego, patrzę na obsadę - a tam jak wół stoi - Agnieszka Wójtowicz - Żyd. Zasadniczo nie ma nic dziwnego w obecności Żydów przy narodzeniu Jezusa, nie licząc trzech króli i trzody oraz chórów anielskich, to wszyscy zgromadzeni nimi byli. Tyle że w obsadzie byli Pastuszek I, Pastuszek II, Pastuszek III, Józef, Maryja, stadko aniołków i Żyd. Przeczytałam rolę - oczywiście rymowaną, nie zgadniecie, ile rymów można znaleźć do "aj waj"! - i strzeliłam drugi raz w życiu focha aktorskiego i odmówiłam występowania (pierwszy raz strzeliłam focha, kiedy w "Kopciuszku" dostałam, zamiast znowu obiecanej roli Kopciuszka, rolę dobrej wróżki; 6 lat później, w przypadku mojej siostry, reżyserka dotrzymała w końcu słowa i Ania dostała rolę Śpiącej Królewny - tyle że dreptała trochę po scenie na początku, śpiewała jedną piosenkę, a potem schodziła na całe przedstawienie i wracała w scenie finałowej, więc była srodze zawiedziona, zwłaszcza, że babcia Marysia, krawcowa, uszyła jej doskonałą kopię błękitnej, balowej sukni Aurory z filmu Disneya). Jak się potem okazało, całkiem słusznie, bo Żyd jasełkowy nie dość, że mówił mową wiązaną, targował się, był chciwy i każda jego kwestia zawierała co najmniej jedno "aj waj", to jeszcze miał pejsy, jarmułkę i chałat. W Ziemi Świętej, przy narodzeniu Jezusa, przypominam. I jako jedyny w tym całym zamieszaniu w Judei był Żydem. W podstawówce miałam wiedzy i zdolności krytycznych na tyle, żeby ocenić, że coś tu grubo nie gra.

Nie wiem, jak wyglądają obecnie szkolne jasełka, czy są w nich Żydzi w chałatach i czy Maryjki to blondwłose dziewczynki z buzią w ciup. Z własnego doświadczenia jasełkowego wiem, że Polska jak zawsze mistrzem Polski, jak dowodził już w XVII wieku Wojciech Dembołecki (Dębołecki) - " Na który stopień oczywisty prawdy wstąpiwszy, łacno się znowu dorachować, iż pierwotny język syryjski, którem Jadam, Noe, Sem i Jafet gadali, nie inszy był, tylko słowieński." (źródło: Wywod jedynowłasnego państwa świata...). Więc "zaczym wątpić się nie może, iż ten jest najstarszy na świecie i on własny, o którym Genes. 2 mamy: Omne quod cocavit Adam animae viuentis, ipsum est nomen eius. Dla tegoż się słowieńskim, jakoby pierwotnem i jedynoprawdziwe słowa mającem, zowie" (tamże), to i Żydzi między temi Słowiany się w Judei w czasach chrystusowych zdarzali. W chałatach, aj waj! Vivat Sarmatia po wsze czasy! I oczywiście, wesołych Świąt!

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Czas podsumowań, czyli co ja, u licha, wyprawiam

Zbliża się koniec roku. Prawdopodobnie jest to dobry moment, żeby się zastanowić, co ja w ogóle robię z moim życiem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że utknęłam w martwej odnodze czasu (oznaczonej nazwiskiem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale o tym zaraz), nie wiem, w co się wpakowałam i czy to, co robię, ma w ogóle jakikolwiek sens (chwilowo myślę, że nie, ale może to kwestia zapaści końcoworocznej i jak zobaczę bombki na choince i będę poluzowywać spódnicę w łazience, bo najadłam się nieprzyzwoicie kapusty z grochem, to mi wiara w sens tego, nad czym spędziłam ostatnie 5 lat się nagle objawi). I w związku z tym, że na blogu piszę nieregularnie i często o sobie, a co za tym idzie nie narzekam na nadmiar czytelników, statystyki na blogspocie nie mogą kłamać, to pozwolę sobie na retrospektywę.

W gruncie rzeczy to był dobry rok. Skończyłam studia, obroniłam się na celujący, od czerwca jestem magistrem filologiem polskim (genderswap na własnym dyplomie!) i dostałam się na studia doktoranckie ze satysfakcjonującym wynikiem na szczycie tabelki. Co dodało mi sił i skrzydeł. Bo odkąd na pierwszym roku doszłam do wniosku, że reżyserką filmową ani reżyserką klipów muzycznych to ja raczej nie będę z braku talentu (na temat moich zdolności twórczych i ogólnego polotu wypowiedział się parokrotnie niejaki Marcin Maziarzewski, a ten moje twórcze erupcje podsumował kiedyś: "No, świetnie, Agnieszko. Komunikatywność: 10. Finezja: 0"), to postanowiłam zostać doktorem nauk. Skorom taka komunikatywna. I zaczęłam przeć w tym kierunku. Właściwie zaczęłam przeć przed tą konstatacją, ale to tylko dlatego, że jak dostaliśmy listę lektur z literatury staropolskiej, to wydawało mi się, że to, co jest na liście obowiązkowej, to takie minimum na zaliczenie, w sensie na 3. A ja miałam wyższe ambicje, więc ścigałam się z czasem i próbowałam przeczytać tyle z nadobowiązkowej, ile się da. Dopiero na egzaminie zorientowałam się, że przeczytanie całej literatury obowiązkowej plus notateczki i opracowania daje 5. Z zamaszystym podpisem prof. Malickiego. A był to mój pierwszy egzamin ustny na studiach. Zdawałam go w terminie zerowym z moim narzeczonym. Wtedy wyjątkowo sympatycznym kolegą ze studiów, który z bliżej nieznanych przyczyn śmiał się ze wszystkich moich żartów. I uciekłam w dygresję i cofnęłam się w czasie za bardzo. W tym roku dostałam się na studia doktoranckie. Na rozmowie kwalifikacyjnej byłam z moim narzeczonym, bo jak zaczęliśmy zdawać razem egzaminy na I roku, to tak nam już zostało do dziś. Ponadto otrzymałam stypendium MNiSW dla najlepszych studentów, opublikowałam kilka tekstów, z niektórych jestem nawet zadowolona. Tak, na uczelni to był naprawdę bardzo dobry rok. A teraz jestem w zapaści i mam dość. Mam dość mojego tematu, zgodnie z poleceniem promotorki czytam znowu całą Pawlikowską i liczę na to, że mnie coś natchnie. Nie natycha, póki co, za to mi się podnosi i mi słabo od tych poezyj. Przychylam się coraz bardziej do zjadliwej opinii Ostapa Ortwina, że większość z jej produkcji literackiej to "karmelki nadziewane marcypanem" i "dobry materiał do kręcenia papilotów przy porannej toalecie". Wiem, że to krzywdząca opinia, ale no nie mogę. Nie mogę z tą poetką. A jak pomyślę, że mam spędzić z jej twórczością najbliższe 4 lata, to mi słabo. Rozważam więc rzucenie w diabły Pawlikowskiej, dwudziestolecia międzywojennego i poezji, a zajęcie się czymś, co mi do tej pory sprawiało radochę, czyli prozą roczników '70 i w ogóle literaturą po 1989 r. Rok z Dehnelem przy licencjacie i dwa lata magisterki z Masłowską to jednak była zabawa. Chociaż rzucałam niewybredne komentarze pod koniec każdej pracy, to jednak. W każdym razie: z doktoratem jestem na zakręcie. Poza tematem mierzi mnie też wszystko inne, a narzekające i wyrzekające oraz wygrażające wykłady prof. K. każą mi się zastanawiać, czy to wszystko rzeczywiście warte tego zachodu. W związku z czym zastanawiam się, czy nie zająć się życiowo czymś innym. Tylko za bardzo nie wiem czym, bo całą energię wpompowałam w studia. Może razem z Moniczką otworzymy cukiernię. Albo będziemy piec ciasta na zamówienia. To mi dalej sprawia frajdę. A ludzie moją produkcję chwalą, więc kto wie?

To był też dobry rok z koniem. No, z kucykiem. Kucykiem Patafianem. Zaczęliśmy jeździć pod okiem p. Anny Piaseckiej, która w sezonie wiosenno-letnim przyjeżdżała do nas przynajmniej raz w miesiącu. Doczekaliśmy się kilku pochwał z jej ust, przede wszystkim za pracowitość (co dotyczyło raczej mnie, niż kucyka) i poprawienie chodów (to już dotyczyło jego). Mimo to dalej jest co robić. Bo tak to już jest z końmi, nigdy nie jest tak, żeby nie dało się czegoś poprawić. Chociaż jak patrzę na postęp, jaki zrobiliśmy, odkąd jesteśmy parą - czyli od listopada 2011 roku - to jest naprawdę dobrze. Z konia, który w ogóle nie galopował w prawo i ochotnie wywoził mnie poza ujeżdżalnię oraz nie był w stanie zrobić koła w galopie jest teraz kucykiem, który galopuje na obie strony bez problemu, kręci koła, nawet małe, zagalopowuje ze stępa i zaczyna robić ustępowania od łydki. Pracujemy też nad rozluźnieniem, które czasami udaje się osiągnąć. Więc naprawdę poszliśmy do przodu. Biorąc pod uwagę, że on już nie taki znowu młody, nie do takich rzeczy do końca stworzony, a ja jestem tylko amatorką, to mamy powody do zadowolenia. Więc kucykowo to też był dobry rok.

Ustaliliśmy z Lubym datę ślubu, zarezerwowaliśmy restaurację, pracujemy nad szczegółami samej imprezy (jako metodę pracy nad zagadnieniem obraliśmy selekcję i eliminację - tzn. "chcemy wesele? - nie; chcemy sesję zdjęciową? - nie; chcemy tort? - o mój borze, za nic, nie!"; itd.), jestem na dobrej drodze do bycia szczęśliwą małżonką.  Życie uczuciowe na plus.

Przygarnęliśmy kota do kochania, co było najlepszą decyzją tego roku. Kot jest fantastyczny. Jest z nami mniej więcej od miesiąca i jest wspaniała. Ma na imię Szarotka, ma srebrno-szare futerko  z waniliowymi refleksami na głowie i grzbiecie, a za to białe "podwozie" oraz czarny nosek. I właśnie śpi mi na kolanach. Jest najbardziej przytulińskim, kochającym kotem, jakiego znam. Wychodzi nas przywitać. Śpi z nami. Włazi na kolana i na ramiona, kiedy pracujemy. Uwielbia głaskanie, mruczy jak nowy traktor kupiony za unijne dotacje, lubi być noszona na rękach, oblizuje nam nosy, powieki i uszy. Zjada dziwne rzeczy. Lubi szynkę, ale chętnie wciągnie sałatę (którą potrafi ukraść z kanapki), żółty ser, jajecznicę, która nieopatrznie spadnie na podłogę, biały ser i szynkę sojową. Nie wolno zostawiać odkręconego słoika z masłem orzechowym, bo potem nie można jej z niego wydobyć. W kuchni zachowuje się jak pies - staje przy nodze, robi stójkę i daje głos. Jak ją poczęstować jogurcikiem, to włoży cały łebek do kubeczka, żeby przypadkiem nie ominąć żadnej odrobiny. Galopuje bokiem po pokoju, z wyprężonym grzbietem i napuszonym ogonkiem. Zdobywa kolejne meble. No, nie można się z kotem nudzić, to pewna.

Z bardziej naukowych spraw osiągnęliśmy poziom A1 z języka francuskiego i zapisaliśmy się na A2. Czyli w razie gdyby to umiemy samodzielnie zamówić kawę. A jak się skupimy, to i o drogę zapytać, opowiedzieć o swoich wakacjach i przeczytać niezbyt skomplikowany tekst. Czyli w najbliższym czasie tłumaczami Derridy nie zostaniemy.

Byliśmy też w Barcelonie. I były to najlepsze wakacje w moim życiu. Pod hasłem "za hajs z ministerstwa baluj" mogliśmy sobie pozwolić na frykasy, na które nie pozwalaliśmy sobie ani w Dublinie, ani w Londynie. Czyli na przykład sangria wieczorem w niezbyt drogiej knajpie gdzieś w plątaninie uliczek barri gotic. I jedzenie w innych miejscach, niż Subway i inne tego typu franczyzy. I zwiedzanie budowli Gaudiego (no, nie wszystkich, ministerstwo aż tak hojnie mnie nie obdarowało), co bolało w portfelu chyba najbardziej. Wspaniałe wakacje, oczarowanie na twarzy Janka jest warte każdych pieniędzy. Zatrzaśnięcie się na hotelowym balkonie i doprowadzenie tym samym starego Katalończyka z recepcji do dzikich spazmów śmiechu (kiedy przyszedł nas uwolnić po skomplikowanej interwencji, tj. po krzyczeniu do przechodniów, żeby nam pomogli i o naszej niewesołej sytuacji powiadomili recepcję) - bezcenne. No i owoce. I w ogóle jak tam jest nieprzyzwoicie pięknie.

No i założyłam bloga. Może w przyszłym roku warto by było bardziej go dopieścić. I zadbać o poziom i komfort czytelników. O ile jest o czyj komfort dbać ;)

Podsumowując, to był naprawdę bardzo dobry rok. Plan wykonano w 100%. Więc czemu teraz mam ochotę rzucić wszystko w diabły?

sobota, 6 grudnia 2014

Czy w Twojej lodówce też mieszka Pola Dwurnik? Czyli jak rozdmuchać sprawę niewartą rozdmuchania

Miałam nie pisać o Poli Dwurnik, bo wszyscy piszą o Poli Dwurnik, ekscytują się i okopują na z góry upatrzonych pozycjach. A ja, tak mi się wydaje, szczęśliwie nie należę ani do jednych, ani do drugich. Bo wydaje mi się, że naprawdę nie warto, a rozdmuchując sprawę do niczego nie dotrzemy. Poza tym, że jedni drugim będą mogli wytknąć, że są mizoginami albo przeintelektualizowanymi koleżkami inkryminowanej.

Przeczytałam felietony Poli Dwurnik. Przeczytałam też tekst Engelkinga, obśmiewający Polę Dwurnik. Linków nie daję, bo i tak hulają radośnie po sieci. Tak, uśmiałam się. Szczerze. Nie, nie polubiłam profilu "Beka z Poli Dwurnik", bo po pierwsze nie lubię sformułowania "beka z..." bądź "toczyć bekę z...", a po drugie sprawa nie wydała mi się w ogóle frapująca. Ot, w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej" dwa grafomańskie felietony popełniła artystka mieszkająca w Berlinie. Śmieszne? Tak. Pretensjonalne i egzaltowane? I to jak. Ale żeby się ekscytować, obśmiewać, profile zakładać - no bez przesady. A potem się nagle okazało, że lawina ruszyła. Na stronach i podstronach "GW" zaczęła się akcja uderzająca w "toczących bekę", jeden artykuł z gatunku artylerii ciężkiej (dużo Bourdieu, dużo odniesień, "vivat academia, vivant professores"), drugi z lekkiej. Ruszyła też "Krytyka Polityczna". I co? I uważam, że strzelają kulami w płot. Nie dlatego, żeby pisali nieprawdę. Tylko że strzelają z armaty do komarów.

Nie, nie twierdzę, że internetowe wyśmiewanie i to na masową skalę to pryszcz. Tylko uważam, że sprawę zanadto rozdmuchano. Trzeba obrońcom przyznać, że gdyby Pola Dwurnik była Apoloniuszem Dwurnikiem, krytyka przybrałaby inny kierunek. Niektórzy komentujący wypominają jej jednorazowego kochanka, z którym je śniadanie w knajpie. Jak dla mnie mogłaby je jeść z trzynastoma kochankami płci wszelkich, bo mnie życie erotyczne Poli Dwurnik zupełnie nie interesuje ani nie oburza to, że przespała się z kimś jednorazowo i pod wpływem. Ja tak nie robię i nie widzę w tym frajdy, ale ja to nie Pola Dwurnik, więc skoro ona tak robi, to niech robi. Że ma znane nazwisko i ją stać na śniadania w berlińskich knajpach i imprezowanie - no trudno, mnie nie stać, na inne rzeczy też mnie nie stać, a w Berlinie nigdy nie byłam. I może to właśnie najbardziej wkurza "toczących bekę" - połączenie marnego stylu literackiego (nie będę cytować, bo cytowanie tego uważam za pastwienie się nad autorką i ew. czytelnikami), wysokiej (przynajmniej z perspektywy polskiej) stopy życiowej i zwyczajna pretensjonalność. I nie, nie chodzi tu o to, że artysta na emigracji ma przymierać głodem, jeść farby i zapijać rozpuszczalnikiem oraz tęsknić za ojczyzną. I tworzyć w szale. Chodzi o to, że Dwurnik napisała dwa złe felietony o tym, jak się fajnie żyje w Berlinie młodej artystce. I że ją znajomi wyciągają z pracowni, aby zabalowała. Nie wiem, może złe felietony to najnowszy projekt artystyczny Dwurnik, który jest zaangażowany i udowadnia. Dobitnie. Coś. Na przykład, że artysta plastyk niekoniecznie jest dobrym felietonistą i vice versa. Zarazem pragnę zauważyć, że pisanie o urokach życia to stąpanie po kruchym lodzie - jak się to robi zgrabnie literacko, to będą to czytać ludzie, których na opisane uroki życia nie stać i będą zadowoleni, że im felietonista przybliżył nieznane światy. Jak się to zrobi źle, pretensjonalnie, z koszmarnymi metaforami i stylistyką oraz egzaltacją małolaty u progu XIX wieku, to ludzi zacznie kłuć, że ktoś żyje sobie wygodnie i przyjemnie i jeszcze ma czelność o tym pisać w tak fatalnym stylu. Dlatego właśnie ja nigdy nie piszę o urokach życia i poświęcam się z oddaniem marudzeniu, krytykowaniu i narzekaniu - to można robić w przeciętnym stylu i nie narażać się na bycie niechlubną gwiazdą Internetu.

Podsumowując - naprawdę nie wydarzyło się i nie wydarza nic ważniejszego? I koniecznie trzeba kruszyć kopie o dwa słabe felietony w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej"? Uważam, że skala zainteresowania sprawą jest wysoce niewspółmierna dla znaczenia sprawy. I dotyczy to zarówno "beki", jak i obrony. Dejta, ludzie, spokój.

piątek, 21 listopada 2014

Odloty na lewicy, czyli jak się babo nie obrócisz, tak zawsze dupa z tyłu

Wiem, że miało być o sosnowieckich dziadkach w kolejnym odcinku, ale przerywam program, by nadać ważny komunikat. Komunikat dotyczy tekstu Jasia Kapeli na Krytyce Politycznej (Dlaczego coraz więcej Polek będzie nosić hidżaby?), który musiałam przetrawić. Nie dlatego, żeby był skomplikowany (przepraszam, ale nic, co Jasia Kapela napisał, z poezjami włącznie, nie jest skomplikowane, co może być zarówno wadą, jak i zaletą - to już zależy, gdzie i z czym się człowiek mierzy) albo przeorganizował mi myślenie o świecie. Jest tylko dowodem na to, że KP czasami odlatuje. Albo odleciał sam Kapela, a nie stoi za nim żadna partnerka, która mogłaby przeczytać jego tekst i podrzucić jakieś pomysły (piję do sprawy Sierakowski-Dimitrova, która była również dowodem, że na KP czasem odlatują) lub też powiedzieć "Jasiu, może zamiast tego felietonu wysmaruj ze trzy wiersze w obronie planety?". Wyzłośliwiam się i ironizuję, ale doprawdy nie wiem, co Kapela robi w gronie felietonistów KP. Parę tekstów mu się udało, przyznaję, ale no żesz. Gdzie jego felietonom do Agaty Bielik-Robson, Cezarego Michalskiego (który trochę mękoli na jedną nutę, ale za to stylistycznie świetnie i cytując Łonę, "jest jeden średnik, więc literacko to się jakoś broni") czy Dunin? Ale ja nie chciałam rozważać meandrów polityki redakcyjnej, choć zaiste Kapela jest dla mnie zagadką. Jego ostatnie dziełko traktuje o kobietach w przestrzeni publicznej. Czyli głównie o tym, że nie jest to łatwa sprawa. Bo kobieta w Polsce (ale i w innych miejscach, o czym świadczą akcje Hollaback!) w przestrzeni publicznej jest jak schab w mięsnym. Do komentowania, wybierania, poszturchiwania i poklepywania, fizycznie bądź werbalnie. Nie będę z siebie robić flagowej ofiary takich zachowań, bo skoro urodę mam jak Maria Czubaszek - nienachalną, to nie zdarzało mi się często być takim schabem tudzież udźcem. Ale zdarzało. Jasne, ja wiem, że niektórym kobietom to schlebia i czują się od tego lepiej. A jak mają się czuć, skoro zostały wychowane i żyją w przekonaniu, że ich wygląd jest najważniejszy, a jego docenienie przez samca jeszcze bardziej? Więc za każdym razem w jakiejkolwiek dyskusji o dowolnej formie napastowania kobiet w przestrzeni publicznej znajdą się takie, co powiedzą "no dajcie spokój, to komplement" albo ewentualnie "no dajcie spokój, to takie nieudolne podrywy". Jaś Kapela słusznie pisze, że tak jest, że tak być nie powinno i że bycie kobietą w Polsce jest sprawą trudną. A jakakolwiek reakcja i próba obrony swojej godności jako człowieka (który, wbrew przekazom, nie składa się tylko z cycków i tyłka, nóg ewentualnie) stawia po stronie wściekłych i niedopchniętych feministek. I do tej pory wszystko jasne. Potem wkracza wątek muzułmański, z którym też trudno się nie zgodzić. Bycie muzułmaninem albo muzułmanką w Polsce też nie jest łatwe. I skoro kobieta sama, na mocy suwerennej decyzji, chce nosić hidżab, to powinna mieć takie prawo. I nie być narażoną na jakiekolwiek ataki Zgadzam się w zupełności. Że pani, z którą wywiad cytuje Kapela, dobrze się czuje w takim stroju - jej prawo i jej wybór, nie mnie oceniać. Jej pytanie "jak ubranie może zniewolić" jest zupełnie absurdalne, no ale skoro tak uważa... Skoro hidżab daje jej wolność, poczucie mocy i co tam jeszcze, to niech go nosi, na zdrowie! Ale hidżab nie rozwiązuje problemu traktowania kobiety jako obiektu seksualnego w przestrzeni publicznej. On tylko blokuje spojrzenia i komentarze. Nie blokuje samego mechanizmu kulturowego, który te komentarze wytwarza i pozwala na ich bujny porost i funkcjonowanie. Postawa pani noszącej hidżab to tylko "nie dam wam na siebie patrzeć". Nie kwestionuje prawa do patrzenia. I na tym polega też błąd Kapeli. Ostatni akapit to potworne bredzenie. Aż zacytuję:

Nic dziwnego, że strona „Nie dla islamizacji Europy” zdobywa serca wciąż nowych panów (pozdrawiam), skoro czekają nas takie srogie obostrzenia w życiu społecznym i kulturalnym naszej ojczyzny. Nic dziwnego, że coraz więcej Polek będzie przechodzić na islam, skoro nie mając ochoty na bycie obiektem seksualnym, mogą milczeć, zostać wściekłą feministką albo założyć hidżab. Nie każda dziewczyna ma ochotę przez całe swoje życie awanturować się o bycie traktowaną jak człowiek. Niektóre chcą mieć po prostu święty spokój. Mijając laskę w hidżabie, nikt jej raczej nie powie, że ma dobrą dupę. Bo nie będzie wiedział, jaką ma dupę. Choć w sumie Polacy są tacy mądrzy i przenikliwi, że pewnie potrafią to oceniać niezależnie od okoliczności. I nic ich nie powstrzyma przez chamskimi żartami. Tak też może być. Ale nie wiem, czy to powód, żeby się cieszyć. Wtedy może honoru swoich żon będą musieli bronić ich mężowie i może się zrobić naprawdę nieprzyjemnie. Ale o tym już szanowni komentatorzy wiedzą lepiej ode mnie, wszak „oglądają telewizję i czytają książki”.

Że tak z angielska spytam: WTF?! Rozumiem poetykę Kapeli, miało być szokująco, pospinał dwa w jakimś sensie pokrewne wątki i zamknął szokującą pointą, że Polki będą nosić hidżaby, bo mają dość agresji w przestrzeni publicznej. Tyle że wyszło jak zwykle. Hidżaby nie mają magicznej mocy upodmiotowienia noszącej go kobiety. One "mówią" tylko tyle, że ciało kobiety jest do oglądania dla mężczyzn, ale nie dla wszystkich. I kobieta w związku z tym powinna się skromnie zasłonić, żeby nie prowokować mężczyzn swoim nieprzystojnym ubiorem. Bo mężczyźni, jak wiadomo, w ogóle się nie kontrolują. Jak widzą pupę, to klepną. Jak widzą pijaną, to wykorzystają. Dlatego nie należy im dawać pretekstów. Czyli ogólnie: Jaś Kapela chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Popłynął w lunatycznym pitoleniu.

I nazwijcie mnie szaloną radykałką, ale ja tam wolę pyszczyć i reagować. Jednak, jak widać, Jaś Kapela doradzałby hidżab, który rozwiąże wszystkie moje problemy. Miejcie litość nad Kapelą. On ogólnie ma dobre chęci i dobre serduszko. Ale dar felietonistyczny i umiejętność argumentacji oraz logicznego prowadzenia wywodu raczej nietęgie.

sobota, 8 listopada 2014

W poszukiwaniu korzeni, czyli wyznania kundelka cz. I.

Jestem kundelkiem. To znaczy, ja wiem, że w Europie mówienie o czystości etnicznej jest bardzo śmieszne (póki nie zrobi się bardzo niebezpieczne), ale jednak człowiek wolałby wiedzieć. Przynajmniej mniej więcej - skąd ród mój? I o ile ktoś herbowy, to ma łatwiej, bo to zawsze Czetwertyńscy, Radziwiłłowie i kuzynki Sapieżanki, te tańce w pałacu Pod Baranami itd. Porządny krakówek też się zawsze odnajdzie. A zasiedziany Ślązak to już w ogóle wie, skąd jest. Mnie też się wydawało, że wiem. Urodziłam się w Katowicach i spędziłam tu całe moje 24-letnie życie. Jestem stąd, widzę jak to miasto się zmienia (jak byłam dzieckiem, to byłam przekonana, że Kościół Mariacki jest zbudowany z ciemnoszarej, prawie czarnej cegły - a tu psikus - on jest kremowy). Ale nie jestem ze śląskiej rodziny. Nie godom. Ledwie poradza. Więcej niż mój rodowodowo śląski narzeczony, ale wciąż - słabo. Mój tata przyjechał tu z pięknej wsi Orzelec Duży w powiecie staszowskim, woj. świętokrzyskie. A mama z Sosnowca. I jak to bywa w patriarchalnym społeczeństwie, więcej wiem o rodzinie ojca i "kraju ojca", niż o rodzinie i "kraju" matki. Znam imiona pradziadków, ba, nawet znam ich powiedzonka, zachowania, właściwie jakbym ich trochę znała. Kiedy tata mówi do mnie i Janka, że "wyglądacie jak babcia Rózia i dziadek Antoni", to wiem, że odnosi się do wzrostu.  Prababcia była malutką kobietką, pradziadek - wielkim, tyczkowatym chłopem. Ogólnie to jest coś na rzeczy. Tata był z dziadkami bardzo związany i wiele o nich opowiada. Stąd wiem, że pradziadkowie Wójtowiczowie byli przedziwnym małżeństwem. Mało, że dzieliło ich około pół metra wzrostu. Babcia była też sporo starsza, żyła dalej na początkach XX wieku, choć wkoło szalały lata '60 i kolejne plany gospodarcze, a do tego babcia miała kontakt ze światem pozagrobowym. Widziała duchy. I południce. Dusze krążyły koło płotów na równi z żywymi. Cały post jadła wyłącznie kaszę i ziemniaki w mundurkach. Była uduchowiona na XIX-wieczny, chłopski sposób. Pradziadek z kolei, legionista i piłsudczyk, sceptyk i racjonalista, miał trzeźwe podejście do rzeczywistości i w prababcine przemarsze dusz nie wierzył. Jeździł do miasta po gazetę. I wstał z grobu - stąd może jego sceptycyzm. Otóż w legionach zapadł na tyfus i został uznany za nieboszczyka, a potem umieszczony w kostnicy. W której się ocknął goły i otoczony gołymi trupami. Więc zaczął walić w drzwi kostnicy i domagać się korekty w przydziale i przywrócenia go do żywych zasobów brygady. Nie do końca tymi słowy zapewne. I przestraszył śmiertelnie (...) strażnika, który, oswojony z myślą, że pilnuje trupów, wobec jednego z nich podejrzanej żywotności i roszczeniowości po prostu zwiał. W trakcie kolejnej wojny poił Rosjan wodą z chrzanem, jak się skończyła wódka. Palić - paliło, efekt na drugi dzień w głowie łagodniejszy, a gdzie indziej - piorunujący. Barwnych miałam pradziadków. Toteż nie dziwota, że spłodzili barwnego syna, mojego dziadka Jana Wójtowicza. Po którym odziedziczyłam odstające lewe ucho - herb rodu, miał je mój pradziad, mój dziad, mój ojciec - mam i ja. I sławetną "minę Wójtowicza". Bo Wójtowicz się łatwo pod...denerwowuje, co każdy, kto miał do czynienia z kimkolwiek z tego rodu, poświadczy. I wtedy robi minę. To ten moment, że lepiej uciekać i nie oglądać się za siebie. Dziadek był mistrzem "cylowania". Cylował bezbłędnie. Z dokładnością co do półdupka (bo też okrągła tarcza cudzych pośladków służyła mu najczęściej za cel). Potrafił miotać ręcznie kamykami w tyłki kuzynostwa (co kończyło się brawurową ucieczką przed kuzynem uzbrojonym w kosę i siniaka na pośladku) oraz za pomocą bata - ziemniakami. To szczególnie udana historia. Otóż dziadek, miłośnik koni (to też rodowe), musiał sprzedać swojego konia. I sprzedał niezbyt dobremu człowiekowi, który tego konia bił i nie karmił. W dziadku się gotowało, ale co mógł zrobić. Otóż kiedyś przyszła chwila zemsty. Zły sąsiad, co konia źle traktował, robił coś w swoim polu, a dziadek w swoim, gdzie miał ziemniaki. Obmyślił więc plan. Na końcu bata zrobił pętelkę, w którą wsadził ziemniaka. Kiedy sąsiad się schylił i nie patrzył, dziadek wziął zamach, zakręcił swoją batoprocą nad głową i posłał sąsiadowi z tej wyrzutni ziemniaka w nerki. Musiało zaboleć. Sąsiad wstaje z rykiem, a dziadek najspokojniej opiera się o sprzęt rolniczy, patrzy i kurzy papierosa. A że odległość szła w setki metrów, był poza podejrzeniem. Taki był mój dziadek. Obiecywał mnie wychować na "handlorza-skurczybyka" (oczywiście, handlorza koni), niestety, nie dożył, zostałam filolożką polską i amatorską amazonką. Ale chyba nie byłby zawiedziony. Zmarł, kiedy miałam zaledwie roczek. Więc znam go tylko z opowieści. Znam natomiast dobrze babcię Wójtowiczową, nie tak dawno zmarłą w słusznym wieku 90 lat. Babcia też jest historiogenna. Już była staruszką, a ja już byłam ostrzyżona króciutko, kiedy wciskała mi w rękę na odjezdnym banknot i mówiła: "Kupisz sobie w mieście wstążeczki do warkoczy (tu patrzy bardzo, bardzo krytycznie na moją fryzurę)... albo cosik innego". Zalecała mi też szybkie zamążpójście "póki jesteś w miarę ładna" i podjęcie pracy w sklepie ogólnobranżowym zamiast matury i studiów. Wiem, że chciała dobrze. Dała mi dwie chusty - bo babcia należała jeszcze do tego pokolenia wiejskich kobiet, które nosiło na głowie zawiązane pod brodą (wersja jesień - wiosna) albo na karku (wersja na upalne lato) chusty. Mam więc dwie. Czerwoną w jesienne liście, bardzo frędzlastą i czarną w różowe róże, którą dostała od mojego taty (przywieziona z samej Moskwy!). Ostatnio na konferencji w Częstochowie było tak zimno i padało, a ja nie wzięłam parasolki, że pierwszego dnia z kolacji wracałam w babcinej chuście zawiązanej pod brodą.

Mój stosunek do świętokrzyskiego to hassliebe. Jako dziecko jeździłam tam strasznie często, z Orzelcem wiążą się moje najpiękniejsze wspomnienia. Tam postanowiłam zostać weterynarzem i leczyć zwierzęta gospodarskie - dokładnie po tym, jak rozpoznałam akcję porodową u świni, zawezwałam wujka i potem odbierałam z jego rąk małe prosiaczki, wycierałam je suchą słomą i kładłam przy matce. Wszystko to jako mniej-więcej czterolatka. Zostałam też wylizana krowim językiem, szukałam jajek w drewutni i kąpałam się w rzeczułce z Najlepszym Psem Świata - Puszkiem. Najlepszym, bo najmądrzejszym i pierwszym moim wiernym kompanem zabaw. Podobno, zanim skończyłam roczek, bawiłam się z olbrzymią suką doga niemieckiego, która ku mej radości przewalała mnie między łapami. A pierwsze kroki stawiałam na podwórku, trzymając się kudłatej Lessity, która była idealnego wzrostu, żeby asystować dziecku w chodzeniu. Dalej lubię tam wracać. Mam tam rodzinę, tam są konie, poza tym - Sandomierz i Krzyżtopór bronią się same. I "krówki opatowskie" - najlepsze cukierki typu "krówka" na świecie, bo nie mordoklejne, a kruche. A zarazem, jak patrzę na tą, za Stasiukiem, radosną "słowiańską rozpierduchę", bajzel, na ten wspaniały Krzyżtopór, którym nikt się nie potrafi zająć i zrobić go tak popularnym, jak na to zasługuje (Sandomierz ma "Ojca Mateusza"), to szlag mnie trafia. I ta mentalność. Taki polski odpowiednik południowej "maniany". Zwłaszcza rzucającej się w oczy na imprezach hodowlanych, w których bierzemy udział od strony stajni, jako wystawcy koni. Bajzel, burdel, wszystko na ostatnią chwilę i żadnego planu. Maniana. Jak ktoś ma mentalność typu "muszę raz na jakiś czas pojechać do Ikei, bo tam odzyskuję spokój duszy", to szlag go trafia. Ja tak mam.

Więc jak to jest z tym świętokrzyskim i moimi korzeniami? Nie wiem, ale zawsze w torebce mam scyzoryk.

Część druga, o sosnowcu i sosnowieckich dziadkach, następnym razem.

sobota, 18 października 2014

Eksperckie społeczeństwo wybitnych teoretyków

Jestem, co się rzadko zdarza, pozytywnie zbudowana i podniesiona na duchu. Otóż żyję w społeczeństwie eksperckim. Mało jest społeczeństw tak eksperckich, jak nasze. I nie będę pisać o tym, że każdy Polak, a już najbardziej taki wąsaty, lepiej by się sprawdził jako trener kadry narodowej w piłce nożnej niż ten obecnie urzędujący. I że każdy Polak zna się na medycynie, a taki, co to obejrzał całego "Doktora House'a", to ma co najmniej dwie specjalizacje, z czego jedną z neurochirurgii dziecięcej. I że absolutnie każdy byłby lepszym premierem/premierką, niż obecnie urzędujący/urzędująca (co jest pewnie czkawką po wolnej elekcji, bo kiedy inne narody w pokorze znosiły, że rządzi nimi owoc lędźwi poprzedniego władcy i nikt nie ma na to wpływu - przynajmniej do Rewolucji Francuskiej - to nasza szlachta swobodnie wybierała sobie jaśnie panującego, mając zarazem głębokie przeświadczenie, że nawet jeśli się ma tylko dwie chude krowy, jeszcze chudszą żonę, dziurę w dachu i długi, to i tak można zostać Najjaśniejszym Panem Rzplitej Polskiej; przynajmniej teoretycznie). To wiadomo. Ale ostatnio spotykam się z superludźmi. Superekspertami w każdej dziedzinie. Fachowymi i kompetentnymi. Bardzo chciałabym umieć zrobić taką kompetentną minę, mogłabym nią nadrabiać braki we wzroście, urodzie i lekturze. Ale nie, bo jak postulował na swoim blogu niegdysiejszy kolega ze studiów, ja się wstydzę. I tu akurat Adam (kto ma ochotę poczytać Adama, to polecam: http://bara-barasz.pinger.pl/) by mnie pochwalił, bo ja się wstydzę dość często, za siebie i za innych, co tego wstydu mają niedomiar. Palnę coś głupiego i przeżywam cztery lata, płoniąc się za każdym razem. Nie wiem czegoś, co powinnam wiedzieć i mi głupio. Ktoś powie coś głupiego bezdennie (na zajęciach na przykład), wykazując się elementarnym brakiem ogaru (bo to się już nie kwalifikuje pod brak wiedzy - oburzanie się, że autor z końcówki XIX wieku ma Indian za bandę przygłupów i jak tak można w ogóle pisać, chociaż jest się studentką IV roku i jest się w połowie semestru zajęć poświęconych literaturze kolonialnej...), a ja czuję, jakby mi kto lodu do kiszek nasypał i pocą mi się dłonie. No ale to ja. To, że ja tak mam i kilka znajomych mi osób, nie czyni tego ogólnie obowiązującym prawem psychologii stosowanej. Inni tak nie mają. Bo są kompetentni i zorientowani, zorganizowani, zwarci i gotowi. Ten typ "sprytny i wybitny" (szczegółową charakterystykę podaje Karolina Czarnecka, do obejrzenia i posłuchania TUTAJ), co wie i zna się, ma też wiele opinii na wiele tematów i uważa te opinie za tak cenne, że koniecznie musi się nimi podzielić z ogółem.

Przodują w tej konkurencji oczywiście komentatorzy internetowi, którzy są obeznani z każdym tematem. Więcej o tym pisała Małgorzata Łukowiak z bloga "zimno" (link do artykułu na "Wysokich Obcasach"), komentując cenne rady dotyczące macierzyństwa, niedoczasu i ogólnego ogarniania rzeczywistości, kiedy się pracuje i ma kilkoro dzieci, których udzielają bezdzietni. Bezdzietni doskonale wiedzą, jak można sobie perfekcyjnie zorganizować życie i jeszcze zrobić manikiur, mając trójkę pociech, pracę, dom, psa, zepsutą pralkę i gości na kolacji. Bo ich mama miała X dzieci i... Albo ich ciocia, która z kolei... Jednak w konkurencji eksperckiej wygrywają, jak zawsze, doktoranci. Ci to dopiero mają jakąś opinię na każdy temat. No doprawdy, siedzę na tych wykładach z dydaktyki akademickiej i jestem oczarowana. Zbudowana. Dumna, że jestem w otoczeniu tak wybitnych i kompetentnych jednostek. Siedzą bowiem ci doktoranci w obszernej auli Wydziału Nauk Społecznych i teoretycznie mają słuchać, jak kompetentna pani profesor mówi o tym, jak prowadzić dydaktykę szkoły wyższej. I siedzą ci doktoranci ze wszystkich wydziałów. I poza tym, że dość dobrzy w swojej dziedzinie - jako młodzi prawnicy, fizycy, psychologowie, geolodzy, kulturoznawcy i kto tam jeszcze - to część z nich jest jeszcze kompetentna w każdej innej dziedzinie. Ja tam siedzę i chciałabym się dowiedzieć czegokolwiek o prowadzeniu zajęć, bo dostanę studentów w przyszłym semestrze i jestem przerażona. Nigdy nikogo nie uczyłam. Dwa razy prowadziłam warsztaty o literaturze w liceum, raz miałam ucznia na korepetycjach (co było porażką dydaktyczną z mojej strony na pełnej linii). I wiem, że uczenie to rozpoznanie bojem i 20 godzin wykładów z dydaktyki nie zrobi ze mnie tego nauczyciela ze "Stowarzyszenia umarłych poetów", ale czułabym się lepiej, gdyby mi ktoś (najlepiej pani profesor, która zjadła zęby na dydaktyce i od lat uczy innych, jak uczyć) coś podpowiedział. Więc chodzę na te wykłady. Ale po co duża część współdoktorantów tam chodzi, jest dla mnie zagadką. Garść swobodnych przykładów:

1.  Wiele osób bardzo pewnie i swobodnie wypowiada się o tym, jaki powinien być dobry wykładowca akademicki. Oni wiedzą, jak powtórzyć ich sukces. Ja jestem pod wrażeniem i milczę w pokorze, bo choć znam kilkoro fantastycznych wykładowców i wykładowczyń, to za chińskiego boga nie wiem, jak być tak dobrą wykładowczynią, jak moi mistrzowie i mistrzynie. W ogóle wszyscy wypowiadający się na ten temat brzmią tak, jakby wykładali i to z pokaźnymi sukcesami, od jakichś 20 lat. Matko, ja chyba pomyliłam sale. To miał być wykład dla doktorantów, żółtodziobów, a to chyba jakieś seminarium królów dydaktyki.
2. Wszyscy doskonale znają się na systemie edukacji i swobodnie krytykują go z każdej strony. No wszystko jest źle, coraz gorzej i ogólnie banda kretynów. Pouczają panią profesor, bo co dydaktyczka pracująca z przyszłymi nauczycielami i pracująca nad programami szkolnymi może wiedzieć o polskiej szkole i jej bolączkach. Oni wiedzą.
3. I wisienka: królowie argumentacji. Oni wiedzą, jakie jest obecne pokolenie licealistów. Wiedzą doskonale. Bo mają kuzynkę w klasie maturalnej i ona... Ci bardziej zorientowani mają siostrę albo brata w klasie maturalnej, więc doskonale wiedzą, jakie jest pokolenie z rocznika '96. Ja znowu siedzę w niemym zachwycie, bo chociaż sama mam siostrę w klasie maturalnej, to mogę co najwyżej powiedzieć, jaka jest moja siostra, czego chce, o czym myśli i co planuje (z pewnym marginesem błędu). Na wyższym poziomie uogólnienia mogę ewentualnie powiedzieć, jaka jest moja siostra i jej koleżanki. Ale żeby całe pokolenie? I żeby od razu takie zupełnie inne od nas? No kaman, to tylko 5-6 lat różnicy. Może i są trochę inni, ale żeby tak całkiem? No dobra, moja siostra Ania jest zupełnie inna niż ja (do tego stopnia, że gdybyśmy nie były minimalnie podobne fizycznie, to byłabym przekonana, że jednak podrzuciły ją żaboludy, jak usiłowałam ją przekonać jakieś 15 lat temu), ale do tej pory nie wydawało mi się, żeby ta różnica sięgała pokoleń. A to psikus.
4. Nowe technologie. Ileż to cennych minut wykładu zeszło nam na dyskutowanie o Internecie. Ogólna teza jest taka, że młodsze pokolenie jest głupie, bo nie umie czytać strony tekstu i non stop klika i wiecznie te Internety. Jak pisała Pawian przy drodze, "Czasy się zmieniły. Coś jakby przełom z ruchomą czcionką Gutenberga. My jesteśmy średniowieczni, a oni już nowocześni. My przepisujemy manuskrypty, a oni walą Psałterz moguncki w kolorze. Proszę nie wrzeszczeć, nie krytykować, tylko z zadziwieniem patrzeć na rewolucję dokonującą się na naszych oczach. Nie zrozumiemy ich, tak samo, jak oni nie zrozumieją nas. Mają kciuki wyrobione od ekspresowego pisania sms-ów." (źródło: http://pawianprzydrodze.wordpress.com/2011/06/29/bezradnosc-czy-innosc-czyli-pokoleniowa-zmiana-warty/). No i wszystko fajnie, pani Pawian jest wykładowczynią w instytucie, w którym ja robię doktorat. I pisała to o MOIM pokoleniu, bo w 2011 roku byłam na III roku studiów. No, ale jak się jest magistrem z perspektywą na bycie doktorem, to się już nie wali "Psałterza mogunckiego" w kolorze, tylko wraca do manuskryptów. Ja tam nie wiem, ja tam walę "Psałterz..." w kolorze.
5. I na koniec, powszechna głupota. No wszyscy są głupi (poza śmietanką, która zebrała się właśnie na tym wykładzie, tu są sami eksperci w każdej sprawie). A najgłupsi to są studenci. Ci, co teraz przyjdą i co będziemy mieć z nimi zajęcia. I koledzy z roku też byli głupi. No, dobra, nie podejmę się dowodzenia, że cała ponad dwusetka, która była ze mną na roku, to nobliści. Tak, byli ze mną na roku ludzie bezdennie głupi i jeszcze z siebie zadowoleni. Ale żeby tak od razu skreślać wszystkich? Może tak jest łatwiej - założyć, że studenci to kretyni, więc i tak nic z nimi nie osiągniemy, więc nie ma sensu się wysilać, tylko dalej przechadzać się we własnej glorii i chwale. Jeszcze jeden kolega dodał, że to pokolenie (obecnych maturzystów) jest głupie, bo jego siostra nie wie, co to znaczy "kobieta w wieku balzakowskim", ale wie, że Hanka Mostowiak wjechała w kartony i umarła. I że to pokolenie odwołuje się tylko do popkultury, a my wyłącznie do kultury wyższej. No ba. Ja w życiu żadnego mema nie widziałam. Ani "Gwiezdnych Wojen". Tylko Balzac. A z muzyki to żadne Rihanny, jeno Jan Sebastian Bach i ewentualnie Mozart dla urozmaicenia.

Przepraszam, że tak się dzisiaj rozpisałam, ale zebrało się we mnie wiele zachwytu. Zachwytu dla współdoktorantów, że oni tak potrafią, a ja nie. No, ale przynajmniej jest mi dane poobcować z takimi wybitnymi jednostkami.

sobota, 4 października 2014

Co to jest doktorant i czy pytanie to ma jakiekolwiek znaczenie?

W tytule odwołuję się do jednego z pierwszych tekstów teoretycznych, jakie przeczytałam na studiach. Jonathan Culler "Co to jest literatura i czy pytanie to ma jakiekolwiek znaczenie?", w "Teoria literatury. Bardzo krótkie wprowadzenie", polecam przeczytać całość, nawet jak się nie jest literaturoznawcą, to przyjemnie się czyta, przystępnie napisane i są w środku obrazki-dowcipaski. Drugim tekstem, który przeczytałam na studiach, była "Poetyka w świetle językoznawstwa" Jakobsona, co naznaczyło mnie na całe życie, gdyż zwątpiłam w sens, własną inteligencję (przeczytałam tekst chyba ze 3 razy przed zajęciami i dalej nie bardzo wiedziałam, o co też może chodzić) oraz chęć do zajmowania się literaturą, bo jeśli ma to polegać na czymś takim, to ja dziękuję, ja wysiadam, jednak zostanę wizażystką. I jak już jestem przy konfesjach, trzecim tekstem, który przy okazji zrobił mi z mózgu kaszę, było "Che cos'e la poesia?" Derridy, z którego zrobiłam, w dobrej wierze, notatkę. Notatka brzmiała: "Poezja - jeż na autostradzie". Stan kaszy mózgowej utrzymuje się do dziś, jako dowód mogę powiedzieć, że jako absolwentka polonistyki i doktorantka literaturoznawstwa dalej nie bardzo wiem, czym jest literatura. Ale przynajmniej mogę o tym długo mówić/pisać i dodać parę przypisów. I bibliografię.

A więc, przechodząc do pytania postawionego w tytule, co to jest doktorant i czy pytanie to ma jakiekolwiek znaczenie? Odpowiadam: nie wiadomo i właściwie dla nikogo nie ma to znaczenia. Poza samym doktorantem, oczywiście, który z tytułu bycia doktorantem ma ego rozdęte do granic możliwości, wyobraża sobie bóg wie co na własny temat oraz z powagą i namaszczeniem dzierży klucz do zakładu, do którego jest podpięty i otwiera zamek z trzaskiem, żeby wszyscy na korytarzu słyszeli, że oto DOKTORANT otwiera ZAKŁAD. KLUCZEM. Co mu ten klucz wydali na portierni. Gdyż ma upoważnienie. Gdyż jest DOKTORANTEM. Na szczęście doktorancka kluczowa ekstaza mnie nie dotyczy, bo klucz do Zakładu Teorii Literatury został mi udostępniony jeszcze na studiach, jako przewodniczącej Studenckiego Koła Naukowego Teorii Literatury i mogę zdradzić, że otwieranie zakładu nie różni się specjalnie niczym od otwierania innych pomieszczeń. Co do ego niektórych doktorantów, przytoczę anegdotkę, opowiedzianą mi przez Moniczkę, która to Moniczka jest doktorantką podwójnie - na UŚowym literaturoznawstwie i UJotowym prawie, więc zgodnie z postępem matematycznym powinna mieć ego dwa razy większe, a nie ma. Otóż Moniczka opowiedziała mi anegdotkę o pewnej świeżo upieczonej doktorantce (przyjętej na studia w lipcu), która, odbierając decyzję o przyjęciu na studia III stopnia w drugiej połowie lipca w studium doktoranckim, odbyła następującą rozmowę z pracownicą tegoż studium (poza obowiązkami administracyjnymi, także doktorantką):

Doktorantka w charakterze pracownicy studium (DwCPS): Gratuluję pani i życzę udanych wakacji!
Doktorantka świeżo przyjęta (DŚP - z dumą, zadęciem itd.): MY, NAUKOWCY nie mamy wakacji!

Kurtyna.

Także tego, doktoranci bywają przekonani, że są już nawet nie mgr omcd (o mało co doktor), ale mgr niemalże profesor, zresztą, jaki tam profesor, niech się posuną i zwolnią etaty te stare pryki, hołdujące przestarzałym metodologiom (w skrócie: mgr nmzjtpnspizetsphpm). Publikacji tak wiele, dorobek tak olbrzymi, osiągnięcia naukowe szokujące dla środowiska etc. Jeśli doktorant ma takie ego i mniemanie, najlepiej posłać go na inaugurację roku akademickiego albo po prostu wśród ludzi. Na inauguracji sama miałam przyjemność być (przyjemność, bo chór uniwersytecki jest ekstra i posłuchać go to zawsze przyjemność, a i rektora Koziołka posłuchać też zawsze warto) i przekonać się, że pytanie o to, kim jest doktorant, nie ma żadnego znaczenia. Gdyż siedzimy sobie, my, dekoracja doktorancka, służąca do wyjścia w odpowiednim momencie, złożenia ślubowania, a potem odebrania indeksu i uścisku dłoni od Rektora i grzecznego oraz w rządku powrotu na miejsce, w rzędzie nad dekoracją studencką (powołaną w tym samym celu, choć liczniejszą). Siedzi nas czwóreczka, kolejno: geolożka, literaturoznawczyni, politolog i prawniczka. Podchodzi pan z mikrofonem z radia i zagaja:
- Studenci pierwszego roku?
A ja na to, z uśmiechem:
- Nie, tu są doktoranci, studenci tutaj (wskazuje na rząd poniżej).
I pan, bez słowa i uśmiechu, spłynął do studentów i jął im zadawać pytania. Popatrzyliśmy po sobie, no ale cóż, bywa i tak. Za chwilę kolejny pan z mikrofonem z radia, znowu podchodzi do nas i znowu dialog:
- Studenci?
- Doktoranci i studenci - nauczeni doświadczeniem wskazujemy uprzejmie rządek poniżej.
- A mogą być i doktoranci! - schodzi poniżej i rozpoczyna rozmowę ze studentką. My na to:
- Tam studenci, tu doktoranci.
- Aaa, lepiej studenci.
Bo widzicie państwo, doktoranta najlepiej zdefiniować poprzez rozkrok. Otóż doktorant jest w wiecznym rozkroku - nie jest studentem jak wszyscy inni, bo dostaje do prowadzenia zajęcia ze studentami, a tacy na przykład studenci studiów magisterskich uzupełniających nie dostają w ramach praktyk do prowadzenia zajęć dla studentów studiów licencjackich. Więc doktorant to trochę więcej, niż student. Więc może doktorant to pracownik? A gdzie, skąd, a stfu, zapomnij. To, że ma godziny dydaktyczne i może otrzymać klucz do otwarcia zakładu, nie czyni go pracownikiem. Bo doktorant, w dzisiejszych realiach i w mojej dyscyplinie, nie jest zatrudniony. Jak dorwie jakąś cząstkę etatu, to jakby pana boga za nogi złapał. Więc raczej student. Legitymację ma, indeks ma, zniżki na komunikację zachowuje. Ale zniżek na pizzę w "Dominium", kino, teatr i wszelkie bilety wstępu nie zachowuje. Bo już nie student, a słuchacz. A słuchaczom nie przysługuje zniżka. Więc czym jest doktorant? Nie wiadomo. I dla nikogo nie ma to znaczenia. No chyba że dla organizatorów inauguracji roku akademickiego - wtedy zaproszą cię do wystąpienia w charakterze "drzewa" i w nagrodę dadzą bluzę z kapturem z godłem uniwersytetu i wielkim napisem "UNIWERSYTET ŚLĄSKI". Żeby, jak wyjdziesz na swoją dzielnię, wszystkie ziomki z Gieksy i wszystkie ziomki z Ruchu wiedziały, że jesteś fanatykiem i chuliganem uniwersytetu.

I może to jest odpowiedź na to, czym jest doktorant?