niedziela, 1 lutego 2015

"Fly me to the moon", czyli Międzyplanetarne Targi Ślubne

Wychodzę za mąż we wrześniu. Zaręczyliśmy się 5.09.2013, pobierzemy się 4.09.2015. Przygotowania są na dość zaawansowanym etapie. Otóż:

1. Znalazłam męża i jest on wielce super,
2. Wybraliśmy wspólnie motyw przewodni i brzmi on "chill out, bro!". Żadnej spinki i napinki. Żadnego zadęcia, sztuczności i tzw. "cipca ślubnego".

Cipiec ślubny to bardzo powszechna choroba, sprytnie nakręcana przez media i sektor usług. Są w stanie wmówić ci, że serwetki oraz słomki do picia są kwestią KLUCZOWĄ dla zawarcia małżeństwa. Podobnie krój poduszeczki pod obrączki. Oraz fontanna czekoladowa, fotobudka, odcień herbacianych róż do dekoracji, sceneria sesji zdjęciowej i tort. Koniecznie trzypiętrowy. I cała masa innych rzeczy, o których nawet mi się nie śniło. My postanowiliśmy przede wszystkim nie robić nic przeciwko sobie i tym bardziej nic przeciwko estetyce i zdrowemu rozsądkowi. W związku z tym:

- bierzemy wyłącznie ślub cywilny, w siedzibie USC
- świadkami będą moja siostra i kuzyn Lubego
- nie robimy wesela (bo nie znosimy wesel, obydwoje), robimy małe przyjęcie z obiadem dla rodziny i najbliższych
- nie będzie wielkiej sukni, welonu, bukietu, tortu, powitania chlebem i solą, sesji ślubnej, specjalnego pojazdu ślubnego z numerami rejestracyjnymi zakrytymi napisem NOWOŻEŃCY, pierwszego tańca i wielu innych rzeczy; robimy też wszystko, żeby NIE BYŁO KICZU, a jest to bardzo, ale to bardzo trudne zadanie w warunkach polskich

Oczywiście nie mam nic przeciwko wielkim sukniom, weselom i sesjom ani tym bardziej przeciwko ludziom, którzy tego wszystkiego chcą. Tyle że my po prostu nie chcemy. Głównie dlatego, że ślub i wesele otacza koszmarny CIPIEC ŚLUBNY, kicz, tandeta i ceny wywindowane w kosmos. Z tego kiczu to nawet mamy wiele zabawy. Ja na przykład lubię opowiadać, że będę mieć wielką suknię "księżniczkę" z masą tiulu, koronek i perełek, rękawiczki bez palców, zahaczone tylko o palec środkowy, białe buty z cyrkoniami, bolerko obrębione perełkami oraz wielkiego koka, w którego wepnę welon i białe różyczki, a po bokach głowy będę miała dwa sztywne, sprasowane lokówką na ostateczność "swobodne loczki, które niesfornie uciekły z koczka", zalane litrem lakieru do włosów. A także, obowiązkowo, toporny french manicure z cyrkoniami i "delikatny" makijaż ślubny, który widać z kilometra. I że będę kroić wielki, biały, ustrojony tort z figurką młodej pary na szczycie trzymając nóż wspólnie z Jankiem. A potem będziemy się tym tortem karmić. I całować na każde gromkie "gorzko, gorzko". I w związku z tym znalezienie czegokolwiek związanego ze ślubem, co zarazem nie byłoby kiczowate, jest naprawdę trudne. Mimo to jednak postanowiliśmy wybrać się na Międzyplanetarne Targi Ślubne. Ta nazwa jest AUTENTYCZNA. Nie zmyśliłam jej złośliwie. Postanowiliśmy się wybrać w nadziei, że znajdziemy firmę robiącą ładne, eleganckie zaproszenia, firmę szyjącą proste sukienki oraz fotografa i być może coś na głowę dla mnie. Wiedzieliśmy, na co się piszemy. Że mają być występy zespołów. Na stronie wydarzenia widziałam zdjęcia przedstawiające "januszów muzyki biesiadnej" - łososiowe koszule z krótkim rękawem, identyczne krawaty, wiek mocno średni, przynajmniej jeden ma na imię Mieczysław albo Waldemar i będą grali "daj mi tę noc, tę jedną noc". Że będą suknie-bezy, wielkie torty i narzeczone z obłędem w oku ganiające od stoiska do stoiska. I producenci wielu rzeczy, o których byśmy nie pomyśleli. Z targów wynieśliśmy niewiele, ale postanowiłam przyznać subiektywne nagrody w rozmaitych kategoriach.

I. Mistrz konkretu i świadomego konsumenctwa

Nagrodę przyznaję mojemu narzeczonemu Jankowi, który ze stoickim spokojem maszerował między stoiskami. Przyznaję ją za rozmowę z panem projektującym i drukującym zaproszenia, którego oferta przypadła nam do gustu. Poniżej rozmowa:
Sprzedawca: To, co państwo tu widzicie, to tylko propozycje spośród tych, jakie zrobiliśmy do tej pory. Wzory można modyfikować, łączyć, przerabiać, możemy zaprojektować też nowe wzory...
Janek: Czy może mi Pan pokazać najbardziej minimalistyczne zaproszenie, jakie Pan zaprojektował?
Sprzedawca (podając trzy różne zaproszenia): To trzy najbardziej minimalistyczne, jakie mam tutaj, ale w firmie mamy jeszcze inne...
Janek (oglądając): To jest za bardzo złote. To nie. Ale to jest bardzo ładne. Jest proste. Dobrze, poproszę wizytówkę firmy, skontaktujemy się. Dziękujemy Panu, do widzenia!

II. Mistrzyni marketingu

Nagrodę przyznaję pani ze stoiska z sukniami ślubnymi, na które patrzyłam bez przekonania. Dialog:
Sprzedawczyni: Może chce pani nasz katalog?
Ja: A macie państwo w ofercie krótkie i proste sukienki?
Sprzedawczyni: Modele są oczywiście dopasowywane, a pani jest drobniutka, więc sukienka na pewno będzie krótsza, niż te, które pani tu widzi...
Ja: Ale ja pytam, czy mają państwo sukienki krótkie, np. takie "w kolanko"?
Sprzedawczyni: No nie... Ale zawsze można skrócić... Tyle że one wtedy stracą nieco fason. Ale skrócić można! W kolanko, nad kolanko albo i krótsze! Tylko nie gwarantuję, że sukienka będzie się wtedy dobrze układać... Staramy się spełnić wszystkie marzenia klientek!

III. Mistrz dziwnych obiektów

Bezapelacyjnie wygrywa pan od świec wodnych. Świece wodne to duży zbiornik, w którym pływa coś bezdennie brzydkiego, np. plastikowa róża, puszka piwa "Tatra" (serio!) albo figurka przedstawiająca młodą parę, a na tym wszystkim płomyczki. Voila!

IV. Mistrzyni obłędu

Tytuł przyznaję niejakiej Ani, której nie widziałam, ale słyszałam jej narzeczonego. Który bardzo żałościwym tonem krzyczał za wybranką, znikającą w tłumie przy stoisku z obrączkami: "Aniu, ale przecież obrączki już mamy!".

V. Mistrzyni szaleństwa cenowego

Tytuł pragnę przyznać autorce jedynej sukni, która, po drobnych przeróbkach, byłaby idealna dla mnie. Prosta, biała, bez żadnych ozdób. Tylko skrócić. Zapytałyśmy o cenę.
Autorka sukni: Ach, ta suknia powstała dwa dni temu, nie ma jeszcze ceny... Ale jest taka prosta, więc nie będzie droga. Do 2 500 zł.
Ja rozumiem, że wielka "księżniczka" z ogromną ilością tiulów, haftów i aplikacji, wykonana z wysokiej jakości materiałów może kosztować kilka ładnych tysięcy. Bo projekt, materiały drogie, w końcu sama robocizna. Ale na boga, sukienka z dość przeciętnego materiału, bardzo prosta i 2 500 zł?! Obserwacja: jeśli do opisu białej sukienki dodasz przymiotnik "ślubna", spokojnie możesz podnieść jej cenę o 2000 zł.

VI. Retorka roku

Tytuł retorki roku, a nawet retorki wszechczasów pragnę przyznać pewnej narzeczonej, która wraz z przyszłym mężem brała udział w jednym z konkursów. Nie wiem, co można było wygrać (z opisu imprezy wynikało, że do wygrania będą suknie, obrączki itd.), ale sam konkurs polegał na tym, żeby jak najpiękniej wyznać wybrankowi/wybrance uczucia. A publiczność za pomocą oklasków wybierze, które wyznania podobają jej się najbardziej, a do zwycięskiej pary gruchających gołąbków polecą cenne fanty. Oto, co usłyszeliśmy ze sceny (dykcja - FA-TAL-NA, niech lepiej poćwiczy przed ślubem, bo marnie widzę przysięgę):
Ona: Rafale... Kocham cię, bo jesteś dobry. Jesteś po prostu dobrym człowiekiem. A to, co dobre, jest czyste. Jest prawdziwe. Jest piękne. A ty jesteś najlepszy. Bo jesteś dobry. Bardzo dobry. Kocham cię!

Drogi Czytelniku, jeśli do tej pory nie wiedziałeś, po co ludzkości poezja, to już wiesz. Czasami lepiej nie myśleć samemu, tylko skorzystać z pracy profesjonalistów. Nie polecam tylko metody z popularnej piosenki, tj. "Kto Tuwima wiersz przepisał, jako własny tobie wysłał, kto, no powiedz kto?", bo można niechcący wysłać to polonistce, ona się zorientuje i klops.


I na koniec: jaki sens ma bycie "księżniczką" na ten jeden, wyjątkowy dzień, wielka suknia, cyrkonie, cyrki i cykorie, hafty, tafty i upięcia, jeśli wraz z ukochanym mieszka się na 37 m2 w gomułkowskim bloku i biega w dżinsach z wyprzedaży?

"Międzyplanetarne" to była dobra nazwa dla tych targów. Były nie z tej Ziemi. Kosmiczne. I z innej galaktyki. Albo to ja jestem z innej galaktyki. I jako że przygotowuję się do ślubu, wątek cipca ślubnego i rozmaitych ślubnych zabaw, kiczów i dziwnych sytuacji na pewno jeszcze powróci. Miłość boli. Głównie w zęby, jak się patrzy na białe róże z niby-satyny w towarzystwie niby-cyrkoni. Na białych butach ślubnych.

wtorek, 20 stycznia 2015

Publicystyka feministyczna a metafizyka ścierek

Wczoraj dostałam nową "Zadrę" i oczywiście rzuciłam się z szałem. Rozerwałam kopertę, przygotowałam lakier do paznokci i herbatę, zaległam na kanapie, kotka położyła się obok. Nałożyłam pierwszą warstwę lakieru (Inglot, odcień "droga we wsi świętokrzyskiej pod koniec marca anno Domini 1940"), upiłam łyk herbaty i przystąpiłam do lektury. Lubię czytać "Zadrę" (a już zwłaszcza lubię czytać i malować paznokcie), jestem w połowie aktualnego numeru i oczywiście odnowię prenumeratę na nowy rok (do czego zachęcam, wydatek niewielki, a chyba jest w tym kraju 500 osób, które są w stanie wydać 24 zł rocznie na feministyczny półrocznik?). I czytam, jak mówi Krzysztof Ibisz, "z zaparciem" feministyczną publicystykę. Na strony wchodzę, "Zadrę" kupuję, robię objazd po blogach. Sama sobie pokątnie i hobbystycznie uprawiam feministyczną publicystykę na własnym poletku blogowym. Staram się nie przesadzić, tzn. żeby nie każdy wpis nadawał się do otagowania jako "feminazi", bo nie samym feminizmem człowiek (kobieta) żyje. Ale ostatnio jakoś tak się składa, że cisną mi się pod klawisze same feministyczne tematy. Pigułka EllaOne, kandydatura dr Ogórek na prezydentkę, bycie kobietą w Polsce. Zaczynałam nawet pisać notki na te tematy. I je usuwałam. Bo miałam wrażenie, że powtarzam to, co już zostało napisane i powiedziane. Że mój tekst będzie kompilacją czegoś z Codziennika Feministycznego, z dwóch blogów i jeden dowcip wprost od autorki. Że przecież na temat przemocy wobec kobiet / praw reprodukcyjnych / ustawy o przeciwdziałaniu przemocy / EllaOne / dr Ogórek / w ogóle o polityczkach / dyskryminacji kobiet w przestrzeni publicznej / terrorze pięknego wyglądu itd. pisano już tak wiele... I wciąż to samo... No i ileż można? Mam wrażenie, że w polskiej publicystyce feministycznej kręcimy się wokół własnej osi. Ciągle to samo, o tym samym, powtarzanie, powtarzanie... No przecież już to wiemy. A potem przeskakuję w tak zwany "mainstream" i okazuje się, że guzik wiemy. Najbardziej oklepane tezy z publicystki feministycznej, o których nawet nie chce nam się dyskutować i dyskretnie poziewujemy, kiedy zostaną wzięte na tapet, w tzw. "mainstreamie" dalej są rewolucyjne i nowatorskie "w opór". I tu nasunęła mi się pewna myśl.

Otóż z publicystyką feministyczną jest jak z każdym przypisanym kulturowo kobiecie zajęciem. Jest uciążliwe, powtarzalne, jego efekty są krótkotrwałe. Ledwie posprzątasz, wypucujesz, umyjesz, przetrzesz, wyszorujesz, wypierzesz, wyprasujesz... I trzeba zacząć od nowa. Ugotujesz, garnków nabrudzisz, płytę piecyka uchlapiesz i co? Jedzenie zniknie w żołądkach domowników, a tobie zostanie sterta naczyń do pozmywania. I tak dookoła Wojtuś, znów i od nowa. O kobiecych pracach domowych pisano wiele i wielce trafnie. Robiła to Simone de Beauvoir w "Drugiej płci", podkreślając, że powtarzalność prac i brak namacalnych efektów czyni z kobiety domową despotkę, z którą nie da się żyć, bo obsesyjnie dba o porządek i niebrudzenie. Robiła to Betty Friedan w "Mistyce kobiecości" dowodząc, że gonienie za kłaczkiem kurzu pod sofą trudno uznać za ukoronowanie życiowych ambicji. Z innej strony rzecz ujęła Jolanta Brach-Czaina w "Szczelinach istnienia", gdzie dowartościowywała "krzątanie się", prace domowe i prozaiczne czynności jako te, które zakorzeniają nas w egzystencji. I z publicystyką feministyczną jest tak samo: powtarzamy wciąż to samo, w kółko i od nowa. Mamy dość. Chciałoby się zająć czymś innym, a nie udowadnianiem kolejny raz, że kobieta ma jakieś prawa. Żeby na przykład nie być bitą i nie być gwałconą, niezależnie gdzie jest, kim jest, z kim jest i w czym jest. Że o swoim ciele powinna decydować ona sama, a nie kapłani dowolnego wyznania / rada starszych / prawicowi politycy. Że pytanie polityczki / dziennikarki / pisarki / naukowczyni lub kobiety pracującej w jakimkolwiek innym zawodzie o to, gdzie kupuje ubrania i jak godzi karierę zawodową z życiem rodzinnym, a jej kolegów o ambicje, trudności i plany to jawny seksizm. I tak dalej, do woli. I czytam feministyczną publicystykę (albo zwykłą z "subtelną nutką feminizmu", parafrazując popularną niegdyś reklamę), znowu czytam to samo i myślę sobie, że widać tak trzeba. Więc poniżej powtórzę raz jeszcze:

1. EllaOne to tabletka ZAPOBIEGAJĄCA OWULACJI I ZAPŁODNIENIU, a nie wczesnoporonna (kto mi nie wierzy, można za darmo zapoznać się z ulotką: KLIK). Oznacza to, że nie dopuszcza ona do zapłodnienia. Jeśli każde moje niezapłodnione jajeczko to już "dziecko" (które można "otruć"), przemnożywszy to przez liczbę wyprodukowanych przez mojego partnera plemników, które zginęły śmiercią tragiczną, nie łącząc się z żadnym jajeczkiem, to proszę zaskarżyć nas o zbrodnie przeciwko ludzkości. Bo ja regularnie, co miesiąc, morduję jedno niezapłodnione jajeczko w naturalnym procesie miesiączkowania. Robię tak, o zgrozo, mniej więcej co miesiąc od mniej więcej 12. roku życia. O podłych mordach partnera zmilczę, bo to szczegóły intymne wielce. Proszę też zaskarżyć większość moich koleżanek, bo większość z nich jest bezdzietna (co nie dziwi w wieku 24. lat, biorąc pod uwagę, że większość z nich studiowała lub studiuje).

2. Nikt tej tabletki nikomu przemocą podawać nie będzie. Jak jej stosowanie jest niezgodne z cudzym sumieniem, to kupować i łykać nikt nie każe. Ja nie jem mięsa, bo zabijanie i zjadanie zwierząt kłóci się z moim sumieniem. Ale w związku z tym nie podejmuję żadnych działań mających na celu odcięcie dostępu do mięsa wszystkim tym, którzy chcą je jeść.

3. Pragnę zapewnić p. Wróbel, że antykoncepcja nie zmniejsza przyjemności z seksu (źródło: KLIK). Chyba że p. Wróbel miała na myśli tzw. metody naturalne. To wyobrażam sobie, że może odebrać wszelką przyjemność, jak człowiek leży, siedzi, podskakuje, zwisa bądź się opiera o ścianę (co kto lubi) i się zastanawia, czy na pewno dobrze dni policzył i czy aby na pewno śluz wyglądał... Tak, to rozprasza i może być stresujące. Jeśli o to chodziło, to zwracam honor.

4. EllaOne kosztuje ponad 100 zł. Nie sądziłam, że jesteśmy aż tak bogatym krajem, żeby każda Polka mogła łykać takie tabletki jak tic-taki. Mnie na pewno nie stać na łykanie EllaOne jak tic-taców.

5. Tak, nastolatki robią głupie rzeczy i mają skłonność do zachowań ryzykownych. Potwierdzam autorytetem własnego doświadczenia, byłam nastolatką nie tak znowu dawno. Dlatego trzeba nastolatków płci obojga rzetelnie i uczciwie edukować w kwestii ich seksualności, a nie ograniczać dostęp do antykoncepcji awaryjnej. Jasne, że przede wszystkim ci, którzy chcą uprawiać seks i zarazem nie zostać rodzicami, powinni stosować ANTYKONCEPCJĘ. Ale żeby mogli to robić skutecznie, to muszą wiedzieć jak. Brak edukacji seksualnej w szkołach im w tym nie pomaga. Wizyty u ginekologa z rodzicem albo dopiero po 18. roku życia też. No i poza tym - EllaOne to nie dropsy na kaszel, o czym wszyscy uwielbiają przypominać. Mają skutki uboczne. Nieprzyjemne (link do ulotki powyżej). I pomijając kwestie finansowe (pokażcie mi, ile nastolatek stać na, dajmy na to, 4 takie tabletki w miesiącu?), dziewczyny nie będą ich łykać z powodu "mody". Bo bóle brzucha i skurcze macicy to średnia przyjemność.

6. Co do dorosłych kobiet i troski o nadużywanie EllaOne przez nas - kobiety mogą się w naszym kraju kształcić. Legalnie. W państwowych szkołach. Naprawdę, jesteśmy piśmienne. Umiemy czytać. Wiem, że niektórym się wydaje, że kobiety to istoty "z natury" głupsze, ale przeczytać ze zrozumieniem ulotkę albo zrozumieć poradę farmaceuty co do stosowania umiemy. Naprawdę.

7. Dziewczyny i kobiety, do jasnej cholery, mówcie w końcu PEŁNYM GŁOSEM! Bo, póki co, wszystko znowu i jak zawsze odbywa się poza nami. A nie jest wesoło i nie idzie to w dobrym dla nas kierunku.

Powtórzyłam znowu garść oczywistości. Traktuję to jak sprzątanie. Po prostu cyklicznie trzeba. Chyba że nam wszystkim nie przeszkadza lepka warstewka na wszystkim dookoła.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Witamy w Prawii!

Tytuł z genialną nazwą państwa - no przyznacie, Prawia jest bardzo wdzięczną nazwą! - pożyczam od Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, z jej dramatu pt. "Baba-Dziwo" z 1939 roku. I chociaż Maria Pawlikowska-Jasnorzewska jest świetnie znana jako poetka, to jako dramatopisarka niekoniecznie. Dramaty i komedie pisała na użytek sceny i na zamówienie, była dostarczycielką repertuaru, popularną w międzywojniu. Nie są to sztuki wybitne, ekscesów formalnych brak, właściwie mają dobry, sprawdzony format klasycznej francuskiej sztuki teatralnej. Komedie dość dowcipne ("Szofer Archibald" mnie szczerze ubawił), dobrze zrobione "typy ludzkie", które doskonale znamy, niemalże wszyscy zamieszkują dworki ziemiańskie, a jeśli nie zamieszkują, to wokół nich orbitują. Z tematów przoduje miłość i małżeństwo (oczywiście niekoniecznie w komplecie, toż to Maria z Kossaków Bzowska-Pawlikowska-Jasnorzewska, co łacno wskazuje, że wiązała miłość z małżeństwem, wielokrotnie), a także macierzyństwo (często jako przymus i nieszczęście). Tyle tytułem wstępu, pozwolę sobie też pokrótce streścić "Babę-Dziwo", bodaj jedyną polityczną sztukę Pawlikowskiej. Otóż w europejskim kraju, Prawii, totalitarne rządy sprawuje Valida Vrana, dyktatorka, tytułowana Wielką Matką. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że dyktatorka wprowadza krwawy matriarchat. Wprost przeciwnie. Vrana jest skończoną mizoginką i antyfeministką. Odbiera kobietom Prawii wszelkie podstawowe prawa. Żony są pod prawną kuratelą mężów, niezamężne panny w "wieku poborowym" mają oddać dwa lata życia w obozach dla rekrutek, w których zajdą w ciążę z przypadkowymi kochankami, a narodzone dzieci oddadzą państwu. W zamian będą mogły legitymować się "zaszczytnym" tytułem Panny Prawii. Ponadto kobiety dzietne, a zwłaszcza matki bliźniąt, są otoczone szczególną opieką i mają prawa do pokoi małżeństw bezdzietnych. Wszelkie zawodowe aspiracje kobiet zostają brutalnie ukrócone - mają tylko rodzić i "kucharzyć z miłością". Bezdzietne mężatki mają się tłumaczyć przed specjalnymi urzędami z braku potomka. Za wypowiadanie zbyt wielu słów kobiecie grożą mandaty. Wedle ustaw Validy Vrany prawdziwa Prawianka ma milczeć, gotować i rodzić jak najwięcej dzieci. Dzieci i dzietność są prawdziwą obsesją Vrany. Dąży ona za wszelką cenę do zwiększenia liczby ludności Prawii, aby kraj rósł w siłę ilością swoich obywateli. W kraju panuje terror prokreacyjny. W końcu dyktatorka, otruta przez zdolną chemiczkę, Petronikę Selen-Gondor (tym razem Gondor przybył, kiedy Rohan go potrzebował...), wyjawia motywację swoich dyktatorskich zapędów i ustaw: otóż zawsze była najbrzydszą dziewczyną, więc jako bezdzietna, a wyłączona z prokreacji kobieta (ma około 55 lat) znajduje szczególne upodobanie w dręczeniu zdolnych i pięknych kobiet. W końcu społeczeństwo się buntuje, słuchając na antenie Radia Prawia zwierzeń zaczadzonej przez bukiet od Petroniki Vrany, dyktatorkę odsyła do domu wariatów, a do władzy wynosi... Normana Gondora, męża Petroniki, zdegradowanego urzędnika państwowego, który popadł w niełaskę Vrany. Wszak za czyny żony, włącznie z tak "niekobiecymi", jak podstępny zamach stanu, odpowiada mąż. W "Babie-Dziwo" dopatrywano się aluzji do faszystowskich Niemiec, sztuka powstała na progu wojny. Trzeba przyznać, że Pawlikowska dobrze przeniosła realia hitlerowskiej III Rzeszy do vranovskiej Prawii. Dlatego we wrześniu 1939 roku Maria Pawlikowska-Jasnorzewska uciekła z kraju, z obawy przed represjami z powodu "Baby-Dziwo". I choć obawy poetki były zapewne niebezpodstawne, to sztuka opisuje nie tylko hitlerowskie Niemcy, czy komunistyczną Rumunię czasów Ceausescu, ale...

... witamy w Prawii! Nie streszczam całej sztuki Pawlikowskiej li tylko ku popularyzacji jej twórczości dramatycznej. Ale jak czasami czytam, co się wypisuje w temacie praw prokreacyjnych Polek, to mam wrażenie, że mieszkam w Prawii. Swoją drogą, Prawia to świetna nazwa zamienna dla Polski, ale to temat na osobną notkę. Otóż obecna dyskusja nad aborcją, antykoncepcją i prawami kobiet jest bardzo podobna do tej, jaka przetoczyła się w II Rzeczpospolitej. Nie jest to moje światłe, autorskie odkrycie. Nie bez powodu i nie bez racji Krytyka Polityczna wznawiała u siebie felietony Tadeusza Boya-Żeleńskiego dotyczące polskich przepychanek o aborcję w międzywojniu (link do Krytyki Politycznej w prawym, o ironio :D, menu). I w podobnym klimacie społecznym powstawała sztuka Pawlikowskiej, zdecydowanie optującej za wyborem kobiet. Dawała temu wyraz w sztukach, ale też w poezji, dedykując nietypowe jak na nią, zaangażowane wiersze dwójce najbardziej rozpoznawalnych bojowników o prawo kobiet do decydowania - Tadeuszowi Boyowi-Żeleńskiemu i Irenie Krzywickiej (np. "Prawo nieurodzonych" z tomu "Śpiąca załoga", 1933, prwdr. "Pamiętnik Warszawski" 1931, z. 5). Więc mamy powtórkę z międzywojnia, choć czytając felietony Boya mam wrażenie, że jeśli chodzi o język, to zrobiliśmy kilka kroków wstecz, przegrywając batalię o język (to też nie moja osobista diagnoza). Piekło rozpęta się teraz na nowo, po decyzji Komisji Europejskiej, że tabletki "72 godziny po" mogą być dostępne bez recepty, choć ostateczna decyzja należy do poszczególnych państw członkowskich. Już się zresztą zaczęło. Pomyślałam o Validzie Vranie i "Babie-Dziwo", kiedy przeczytałam te słowa Małgorzaty Terlikowskiej (którą od Validy Vrany różni to, że doczekała się licznego potomstwa, jest mężatką i na szczęście nie rządzi żadnym krajem):

Dlaczego Komisja Europejska zdecydowała się na taki krok? Po to, "by zwiększyć skuteczność awaryjnej antykoncepcji, bo najlepiej jest, gdy pigułka zażywana jest do 24 godzin po stosunku". Inaczej mówiąc, chodzi po prostu o to, żeby rodziło się coraz mniej Europejczyków. W sytuacji zapaści demograficznej Unia Europejska zamiast walczyć o każde życie, o każde dziecko ułatwia pozbywanie się swoich obywateli. Sami sobie w ten sposób strzelamy w kolano. Jeszcze trochę tego typu uregulowań i wyginiemy. Europa umrze. A w jej miejscu pojawi się kalifat, bo muzułmanki swoich dzieci nie zabijają. 

Źródło:http://rozrywka.dziennik.pl/plotki/artykuly/480003,zdaniem-malgorzaty-terlikowskiej-pigulki-antykoncepcyjne.html

(pisownia zgodna z miejscem, z którego cytuję; oryginał znalazł się na portalu mamadu.pl)

Valida Vrana przemówiła. Walczmy o każdego hipotetycznego małego Europejczyka! O każdy europejski plemnik i każde europejskie jajeczko! Kobieto, "powielaj męża", cytując Pawlikowską. A jak nie masz męża, to powielaj dowolnie wybranego (nikt nie mówi, że przez ciebie) samca.

Witamy w Prawii, kraju, który opierał się skutecznie muzułmanom w XVII wieku, to i dzisiaj, mocami rozpłodowymi swoich Panien Prawii, oprze się kalifatowi!

Potworne. Pisane przez: oficjalny polski inkubator, lat 24, legitymujący się dowodem osobistym wydanym na Agnieszkę Wójtowicz.

piątek, 9 stycznia 2015

Wielka Orkiestra Świątecznej Przemocy, czyli o corocznej awanturze słów kilka

Znowu jest tak, że piszę, chociaż solennie obiecywałam sobie, że akurat o tym pisać nie będę. Nie i już, nie ma mowy, swoje wiem i swoje będę robić, a dyskutować nie będę. Ale nie wytrzymałam - pojutrze kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i w związku z tym od jakiegoś tygodnia możemy w rozmaitych mediach obserwować kolejną okolicznościową naparzankę. Orkiestra, tusz! - i ruszyli. Ci pro i ci contra, większość z jednej i drugiej strony sromotnie niedoinformowana, co ani jednym, ani drugim nie przeszkadza w naparzance.

Byłam wolontariuszką WOŚP kilka razy. Jeszcze w gimnazjum, chociaż bieganie z puszką po mieście było moim marzeniem dużo wcześniej i byłam przeszczęśliwa, kiedy w I klasie gimnazjum rodzice puścili mnie na WOŚP jako wolontariuszkę. I to kwestowanie to jedne z moich najlepszych wspomnień z tego czasu - chociaż różna bywała pogoda, raz był nawet piętnastostopniowy mróz, raz na nas napadnięto (skończyło się porwaną puszką, krwawiącym nosem mojej ówczesnej sympatii oraz podróżą radiowozem na komendę, ale wszystko, co do grosza, udało się od napaści ochronić i w sztabie zdać), po każdym finale byłam tak zmęczona i tak nabuzowana pozytywną energią, że zarazem słaniałam się i nie mogłam zasnąć. Uwielbiałam to. Lubiłam zarówno te pozytywne aspekty kwestowania (czyli wszystkich tych, co wrzucali z uśmiechem i to nie tylko pieniądze - w swojej WOŚPowej karierze zebrałam dwa złote pierścionki, z czego jeden zdjęty bezpośrednio z ręki pewnej pani, a drugi, najpewniej zaręczynowy, smętnie wrzucony przez bardzo nieszczęśliwego młodziana), jak i negatywne (do dziś frapuje mnie, dlaczego pewien pan "na zboczeńców i pederastów nie daje" - że kto jest pederastą i zboczeńcem? Owsiak? Ja? Dzieci z wadami serca? Do dziś nie wiem). Mieliśmy trochę przygód. No, w każdym razie - było cudownie, było to dla mnie jako dzieciaka istotne, coroczne wydarzenie (niektóre przyjaźnie zawiązywały się na WOŚPach - tak, Piaseczny, jeśli to czytasz, to o Tobie mówię, cośmy się zaprzyjaźnili, kiedyśmy się wzajem a niechcący ochlapali ciepłym żurkiem w sztabie po całym dniu kwestowania). Dalej mi cieplej na sercu, jak zimą zakładam wiśniowe martensy do kolan, które były niezrównanymi butami finałowymi i na każą pogodę (i jakie niezawodne, po dziś dzień od gimnazjum noszę!). Trzeba Jurkowi Owsiakowi jedno przyznać - żeby zerwać młodzież do zbierania pieniędzy w styczniu, w niedzielę, na leczenie dzieci, to trzeba mieć kawał charyzmy i samozaparcia, które się udziela. Tak, Jurek Owsiak był dla mnie jako nastolatki autorytetem, to pewna.Czy jest nim nadal? Nie, bo jestem starsza i nie przyjmuję wszystkiego tak bezkrytycznie. Mam teraz inne autorytety. I chociaż uważam, że WOŚP robi świetną robotę i na pewno wrzucę coś do puszki w tym roku i w następnym, i jak długo Orkiestra będzie grała - "do końca świata i jeden dzień dłużej" - to trochę zastrzeżeń mam. Do WOŚP i do Przystanku Woodstock. Zwłaszcza do tego drugiego.

Otóż nie bardzo podoba mi się kierunek, w którym to wszystko zmierza. Nie będę się tu kreować na "starą woodstockową chuligankę", bo nią nie jestem, ale zwłaszcza po ostatnim Woodstocku mam bardzo mieszane uczucia. Otóż z Woodstockiem jest taki problem, jak powiedziała G., "jak tu jestem, to mi się średnio podoba, ale gdyby mnie tu nie było, to bym strasznie żałowała". No i właśnie. Impreza wymyka się spod kontroli, a to głównie dlatego, że jest po prostu OLBRZYMIA i niebiletowana. Nie da się ogarnąć kilkuset tysięcy ludzi, więc incydenty się zdarzają. Niemniej jednak, są dość sporadyczne, biorąc pod uwagę ilość ludzi i ilość piwa. Więc jak na taką masę, to jest tam bardzo bezpiecznie. Serio. Jeśli chodzi o narkotyki - jasne, że są, nawet jak ktoś przyjedzie niezaopatrzony, to może się bezproblemowo zaopatrzyć na miejscu. Że to wbrew idei Owsiaka? No jasne, że wbrew. Ale podkreślam - kilkuset tysięcy ludzi nie upilnujesz. Zawsze się ktoś zaleje w trupa albo coś wciągnie. Woodstock ma szereg wad: do wszystkiego, ale to absolutnie do wszystkiego są monstrualne kolejki. Każda najprostsza życiowa czynność zamienia się w eskapadę (np. wyprawa na siku to 30 minut, jeśli jest się w pobliżu toi toiów, a 60 minut, jeśli się jest w oddali; umycie się to sprawa jeszcze bardziej skomplikowana i czasochłonna). Toitoie szybko osiągają stan klęski żywiołowej - ma to taką niekwestionowaną zaletę, że panowie jeżdżący odciągarką toitoiowej zawartości i dezynfekujący wnętrza stają się bohaterami, przy każdym skupisku toitoiów witani są głośnymi wiwatami. Człowiek docenia najprostsze rzeczy. Ale to są niedogodności Woodstocku, z którymi się trzeba liczyć i już. To, co mi się nie podoba, to postępująca komercjalizacja imprezy. Przystanek Woodstock robi się wielkim bannerem reklamowym. Sponsorzy dzielą się na mniej i bardziej oczywistych. Oczywistym sponsorem jest jakaś marka piwa. Nie da się inaczej - marka ma monopol na terenie festiwalu, w strefach piwnych są parasole z logo, kubki, puszki i bannery. Ale Lech mógłby nie robić konkurencyjnej imprezy w postaci swojego "łup łup dens dens party". Nie po to jadę przez całą Polskę wzdłuż zachodniej granicy, żeby siedząc pod zielonym parasolem słuchać Bijąse. Są też sponsorzy nieco mniej oczywiści, niż marka piwa. W zeszłym roku były to: Play (z wielką strefą Play, gdzie była, a jakże, kolejna łup łup impreza i szereg atrakcji w fioletowych kolorach), Allegro (z diabelskim młynem, do którego była kilometrowa kolejka), Lidl (który otworzył sobie supermarket, do którego, a jakże, była kilometrowa kolejka), Lucky Strike (do zakupu kilku paczek dawali płócienne torby; jedną z nich mamy, na zakupy bardzo fajna) oraz... MasterCard. Wielkie, świecące logo MasterCard, umieszczone na wzgórzu, gdzie było ASP i NGOsy, górowało nad całą imprezą. Piękna kontrkultura. Za wszystko zapłacisz MasterCard. W przerwach od muzyki można było usłyszeć długaśną litanię do św. Sponsorów, zachwalającą rozmaite atrakcje, jakie św. Sponsorzy przygotowali. Woodstock stał się billboardem. Wszystko jest omarkowane, otagowane i oklejone plakatami sponsorów. Podobnie WOŚP staje się słupem reklamowym. Ma ku temu doskonałe warunki - jest rozpoznawalna, głośna, Jurek jest doskonale widoczny, ma czas antenowy, większości (bądź co bądź, skądś się te pieniądze, bijące kolejne rekordy co roku, biorą) dobrze się kojarzy - kto by nie chciał być partnerem akcji. Tylko ile przestrzeni Woodstocku i Orkiestry można oddać św. Sponsorom?

Nie chcę rzucać smarkulowymi sloganami typu "Owsiak się sprzedał" - rozumiem, że sponsorzy są potrzebni i to bardzo, a skoro sponsorują, to chcą coś (wiele) z tego mieć. Rozumiem, że im głośniej o WOŚP, tym lepiej. Że promocja akcji jest ważna, a sponsorzy w tym pomagają. Że takiej akcji jak WOŚP nie da się robić po cichu, "po alternatywnemu" i bez kompromisów. Nie da się też zrobić bezpłatnej, wielkiej imprezy muzycznej (muzycznej? czy na pewno wciąż muzycznej?) bez sponsorów. Ale ile jeszcze miejsca na tego typu imprezach można oddać Playowi, Allegro i MasterCard? Lech, poza swoją strefą z odrębną muzyką i "schładzarką", zasponsorował publiczne prysznice (logo), a rano jeździła budka w kolorach marki, z której rozdawano jajecznicę. Chyba tylko w Pokojowej Wiosce Krishny nie było żadnego logo. Poza kwiatem lotosu.

Tylko problem jest taki, że oczywiście tzw. opinia publiczna podzieliła się na obozy, które oznaczył swoje terytoria i koniec. Albo jesteś bezwzględnie za, albo bezwzględnie przeciw. A ja ogólnie jestem za, chociaż nie wszystko mi się podoba. No i co teraz?

No i teraz najlepiej siedzieć cicho, bo Wielka Orkiestra Świątecznej Przemocy już gra, naparzanka i umacnianie pozycji trwa. Dalejże, "hej, kto szlachta, za Kmicicem!".

niedziela, 21 grudnia 2014

Opowieści wigilijne, czyli Polska mistrzem Polski

Zainspirowana świąteczną opowieścią z dzieciństwa Pawiana przy Drodze (link w menu) postanowiłam na Święta też podzielić się jakąś wigilijną opowieścią i przypomniały mi się jasełka. Otóż w podstawówce, do której chodziłam, co roku oczywiście odbywały się jasełka i parokrotnie przygotowywała je moja klasa. Głównie dlatego, że wychowawczyni miała jakieś niespełnione, reżyserskie ambicje i właściwie co roku coś wystawialiśmy. Ja to bardzo lubiłam, miałam ładną dykcję i umiałam recytować, szybko uczyłam się tekstu na pamięć i rok szkolny bez występu był dla mnie rokiem straconym. Z nieznanych mi bliżej przyczyn marzyłam o roli Maryi. Być może dlatego, że była to jedyna rola żeńska w całych jasełkach - anioły są bliżej niezdefiniowane płciowo. Zwierzyłam się więc jednej koleżance, że chciałabym być Maryjką w szkolnych jasełkach. A ona mi na to, że pewnie będę, bo jestem blondynką z niebieskimi oczami (tak, moje naturalne włosy to ciemny blond, a jak byłam młodsza, to dochodziły do tego miodowe refleksy). Kiedy spytałam, dość zdziwiona, jaki związek mają blond włosy z Maryją (przy okazji robiąc szybki przegląd wizerunków Maryi w prywatnej, użytkowej kolekcji ludowej sztuki sakralnej mojej babci Marianny - gdzie Maryjki, wszystkie, były brunetkami w błękitnych zawojach), koleżanka odparła niemniej zdziwiona, że przecież Maryja była blondynką. Z niebieskimi oczami. Jako wyszczekana dziewięciolatka (i przy okazji dziecko filosemity) odparłam, że Żydówki rzadko bywają jednak niebieskookimi blondynkami. Jeszcze rzadziej bywają nimi Żydówki z Nazaretu, bo w Europie to nie takie rzeczy się zdarzały (tego nie dodałam, bo nie byłam aż tak bystrą dziewięciolatką). Szok i niedowierzanie. Jak to - Żydówką? Maryja? Konsternacja minęła, Maryją została blondynka, ale nie ja - ja zostałam archaniołem Gabrielem. I zwiastowałam. Miałam piękne skrzydła i białą sukienkę. Też fajnie, ale marzenia o Maryjce nie porzuciłam. Kolejna okazja do zostania Maryjką przyszła bodaj w czwartej klasie, kiedy znowu nasza klasa przygotowywała jasełka. Tym razem postanowiłam zawalczyć o swoje i zgłosiłam reżyserce, że najchętniej byłabym Maryjką. Reżyserka obiecała, że owszem, ona wie i Maryją będę. Przychodzi co do czego, patrzę na obsadę - a tam jak wół stoi - Agnieszka Wójtowicz - Żyd. Zasadniczo nie ma nic dziwnego w obecności Żydów przy narodzeniu Jezusa, nie licząc trzech króli i trzody oraz chórów anielskich, to wszyscy zgromadzeni nimi byli. Tyle że w obsadzie byli Pastuszek I, Pastuszek II, Pastuszek III, Józef, Maryja, stadko aniołków i Żyd. Przeczytałam rolę - oczywiście rymowaną, nie zgadniecie, ile rymów można znaleźć do "aj waj"! - i strzeliłam drugi raz w życiu focha aktorskiego i odmówiłam występowania (pierwszy raz strzeliłam focha, kiedy w "Kopciuszku" dostałam, zamiast znowu obiecanej roli Kopciuszka, rolę dobrej wróżki; 6 lat później, w przypadku mojej siostry, reżyserka dotrzymała w końcu słowa i Ania dostała rolę Śpiącej Królewny - tyle że dreptała trochę po scenie na początku, śpiewała jedną piosenkę, a potem schodziła na całe przedstawienie i wracała w scenie finałowej, więc była srodze zawiedziona, zwłaszcza, że babcia Marysia, krawcowa, uszyła jej doskonałą kopię błękitnej, balowej sukni Aurory z filmu Disneya). Jak się potem okazało, całkiem słusznie, bo Żyd jasełkowy nie dość, że mówił mową wiązaną, targował się, był chciwy i każda jego kwestia zawierała co najmniej jedno "aj waj", to jeszcze miał pejsy, jarmułkę i chałat. W Ziemi Świętej, przy narodzeniu Jezusa, przypominam. I jako jedyny w tym całym zamieszaniu w Judei był Żydem. W podstawówce miałam wiedzy i zdolności krytycznych na tyle, żeby ocenić, że coś tu grubo nie gra.

Nie wiem, jak wyglądają obecnie szkolne jasełka, czy są w nich Żydzi w chałatach i czy Maryjki to blondwłose dziewczynki z buzią w ciup. Z własnego doświadczenia jasełkowego wiem, że Polska jak zawsze mistrzem Polski, jak dowodził już w XVII wieku Wojciech Dembołecki (Dębołecki) - " Na który stopień oczywisty prawdy wstąpiwszy, łacno się znowu dorachować, iż pierwotny język syryjski, którem Jadam, Noe, Sem i Jafet gadali, nie inszy był, tylko słowieński." (źródło: Wywod jedynowłasnego państwa świata...). Więc "zaczym wątpić się nie może, iż ten jest najstarszy na świecie i on własny, o którym Genes. 2 mamy: Omne quod cocavit Adam animae viuentis, ipsum est nomen eius. Dla tegoż się słowieńskim, jakoby pierwotnem i jedynoprawdziwe słowa mającem, zowie" (tamże), to i Żydzi między temi Słowiany się w Judei w czasach chrystusowych zdarzali. W chałatach, aj waj! Vivat Sarmatia po wsze czasy! I oczywiście, wesołych Świąt!

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Czas podsumowań, czyli co ja, u licha, wyprawiam

Zbliża się koniec roku. Prawdopodobnie jest to dobry moment, żeby się zastanowić, co ja w ogóle robię z moim życiem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że utknęłam w martwej odnodze czasu (oznaczonej nazwiskiem Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale o tym zaraz), nie wiem, w co się wpakowałam i czy to, co robię, ma w ogóle jakikolwiek sens (chwilowo myślę, że nie, ale może to kwestia zapaści końcoworocznej i jak zobaczę bombki na choince i będę poluzowywać spódnicę w łazience, bo najadłam się nieprzyzwoicie kapusty z grochem, to mi wiara w sens tego, nad czym spędziłam ostatnie 5 lat się nagle objawi). I w związku z tym, że na blogu piszę nieregularnie i często o sobie, a co za tym idzie nie narzekam na nadmiar czytelników, statystyki na blogspocie nie mogą kłamać, to pozwolę sobie na retrospektywę.

W gruncie rzeczy to był dobry rok. Skończyłam studia, obroniłam się na celujący, od czerwca jestem magistrem filologiem polskim (genderswap na własnym dyplomie!) i dostałam się na studia doktoranckie ze satysfakcjonującym wynikiem na szczycie tabelki. Co dodało mi sił i skrzydeł. Bo odkąd na pierwszym roku doszłam do wniosku, że reżyserką filmową ani reżyserką klipów muzycznych to ja raczej nie będę z braku talentu (na temat moich zdolności twórczych i ogólnego polotu wypowiedział się parokrotnie niejaki Marcin Maziarzewski, a ten moje twórcze erupcje podsumował kiedyś: "No, świetnie, Agnieszko. Komunikatywność: 10. Finezja: 0"), to postanowiłam zostać doktorem nauk. Skorom taka komunikatywna. I zaczęłam przeć w tym kierunku. Właściwie zaczęłam przeć przed tą konstatacją, ale to tylko dlatego, że jak dostaliśmy listę lektur z literatury staropolskiej, to wydawało mi się, że to, co jest na liście obowiązkowej, to takie minimum na zaliczenie, w sensie na 3. A ja miałam wyższe ambicje, więc ścigałam się z czasem i próbowałam przeczytać tyle z nadobowiązkowej, ile się da. Dopiero na egzaminie zorientowałam się, że przeczytanie całej literatury obowiązkowej plus notateczki i opracowania daje 5. Z zamaszystym podpisem prof. Malickiego. A był to mój pierwszy egzamin ustny na studiach. Zdawałam go w terminie zerowym z moim narzeczonym. Wtedy wyjątkowo sympatycznym kolegą ze studiów, który z bliżej nieznanych przyczyn śmiał się ze wszystkich moich żartów. I uciekłam w dygresję i cofnęłam się w czasie za bardzo. W tym roku dostałam się na studia doktoranckie. Na rozmowie kwalifikacyjnej byłam z moim narzeczonym, bo jak zaczęliśmy zdawać razem egzaminy na I roku, to tak nam już zostało do dziś. Ponadto otrzymałam stypendium MNiSW dla najlepszych studentów, opublikowałam kilka tekstów, z niektórych jestem nawet zadowolona. Tak, na uczelni to był naprawdę bardzo dobry rok. A teraz jestem w zapaści i mam dość. Mam dość mojego tematu, zgodnie z poleceniem promotorki czytam znowu całą Pawlikowską i liczę na to, że mnie coś natchnie. Nie natycha, póki co, za to mi się podnosi i mi słabo od tych poezyj. Przychylam się coraz bardziej do zjadliwej opinii Ostapa Ortwina, że większość z jej produkcji literackiej to "karmelki nadziewane marcypanem" i "dobry materiał do kręcenia papilotów przy porannej toalecie". Wiem, że to krzywdząca opinia, ale no nie mogę. Nie mogę z tą poetką. A jak pomyślę, że mam spędzić z jej twórczością najbliższe 4 lata, to mi słabo. Rozważam więc rzucenie w diabły Pawlikowskiej, dwudziestolecia międzywojennego i poezji, a zajęcie się czymś, co mi do tej pory sprawiało radochę, czyli prozą roczników '70 i w ogóle literaturą po 1989 r. Rok z Dehnelem przy licencjacie i dwa lata magisterki z Masłowską to jednak była zabawa. Chociaż rzucałam niewybredne komentarze pod koniec każdej pracy, to jednak. W każdym razie: z doktoratem jestem na zakręcie. Poza tematem mierzi mnie też wszystko inne, a narzekające i wyrzekające oraz wygrażające wykłady prof. K. każą mi się zastanawiać, czy to wszystko rzeczywiście warte tego zachodu. W związku z czym zastanawiam się, czy nie zająć się życiowo czymś innym. Tylko za bardzo nie wiem czym, bo całą energię wpompowałam w studia. Może razem z Moniczką otworzymy cukiernię. Albo będziemy piec ciasta na zamówienia. To mi dalej sprawia frajdę. A ludzie moją produkcję chwalą, więc kto wie?

To był też dobry rok z koniem. No, z kucykiem. Kucykiem Patafianem. Zaczęliśmy jeździć pod okiem p. Anny Piaseckiej, która w sezonie wiosenno-letnim przyjeżdżała do nas przynajmniej raz w miesiącu. Doczekaliśmy się kilku pochwał z jej ust, przede wszystkim za pracowitość (co dotyczyło raczej mnie, niż kucyka) i poprawienie chodów (to już dotyczyło jego). Mimo to dalej jest co robić. Bo tak to już jest z końmi, nigdy nie jest tak, żeby nie dało się czegoś poprawić. Chociaż jak patrzę na postęp, jaki zrobiliśmy, odkąd jesteśmy parą - czyli od listopada 2011 roku - to jest naprawdę dobrze. Z konia, który w ogóle nie galopował w prawo i ochotnie wywoził mnie poza ujeżdżalnię oraz nie był w stanie zrobić koła w galopie jest teraz kucykiem, który galopuje na obie strony bez problemu, kręci koła, nawet małe, zagalopowuje ze stępa i zaczyna robić ustępowania od łydki. Pracujemy też nad rozluźnieniem, które czasami udaje się osiągnąć. Więc naprawdę poszliśmy do przodu. Biorąc pod uwagę, że on już nie taki znowu młody, nie do takich rzeczy do końca stworzony, a ja jestem tylko amatorką, to mamy powody do zadowolenia. Więc kucykowo to też był dobry rok.

Ustaliliśmy z Lubym datę ślubu, zarezerwowaliśmy restaurację, pracujemy nad szczegółami samej imprezy (jako metodę pracy nad zagadnieniem obraliśmy selekcję i eliminację - tzn. "chcemy wesele? - nie; chcemy sesję zdjęciową? - nie; chcemy tort? - o mój borze, za nic, nie!"; itd.), jestem na dobrej drodze do bycia szczęśliwą małżonką.  Życie uczuciowe na plus.

Przygarnęliśmy kota do kochania, co było najlepszą decyzją tego roku. Kot jest fantastyczny. Jest z nami mniej więcej od miesiąca i jest wspaniała. Ma na imię Szarotka, ma srebrno-szare futerko  z waniliowymi refleksami na głowie i grzbiecie, a za to białe "podwozie" oraz czarny nosek. I właśnie śpi mi na kolanach. Jest najbardziej przytulińskim, kochającym kotem, jakiego znam. Wychodzi nas przywitać. Śpi z nami. Włazi na kolana i na ramiona, kiedy pracujemy. Uwielbia głaskanie, mruczy jak nowy traktor kupiony za unijne dotacje, lubi być noszona na rękach, oblizuje nam nosy, powieki i uszy. Zjada dziwne rzeczy. Lubi szynkę, ale chętnie wciągnie sałatę (którą potrafi ukraść z kanapki), żółty ser, jajecznicę, która nieopatrznie spadnie na podłogę, biały ser i szynkę sojową. Nie wolno zostawiać odkręconego słoika z masłem orzechowym, bo potem nie można jej z niego wydobyć. W kuchni zachowuje się jak pies - staje przy nodze, robi stójkę i daje głos. Jak ją poczęstować jogurcikiem, to włoży cały łebek do kubeczka, żeby przypadkiem nie ominąć żadnej odrobiny. Galopuje bokiem po pokoju, z wyprężonym grzbietem i napuszonym ogonkiem. Zdobywa kolejne meble. No, nie można się z kotem nudzić, to pewna.

Z bardziej naukowych spraw osiągnęliśmy poziom A1 z języka francuskiego i zapisaliśmy się na A2. Czyli w razie gdyby to umiemy samodzielnie zamówić kawę. A jak się skupimy, to i o drogę zapytać, opowiedzieć o swoich wakacjach i przeczytać niezbyt skomplikowany tekst. Czyli w najbliższym czasie tłumaczami Derridy nie zostaniemy.

Byliśmy też w Barcelonie. I były to najlepsze wakacje w moim życiu. Pod hasłem "za hajs z ministerstwa baluj" mogliśmy sobie pozwolić na frykasy, na które nie pozwalaliśmy sobie ani w Dublinie, ani w Londynie. Czyli na przykład sangria wieczorem w niezbyt drogiej knajpie gdzieś w plątaninie uliczek barri gotic. I jedzenie w innych miejscach, niż Subway i inne tego typu franczyzy. I zwiedzanie budowli Gaudiego (no, nie wszystkich, ministerstwo aż tak hojnie mnie nie obdarowało), co bolało w portfelu chyba najbardziej. Wspaniałe wakacje, oczarowanie na twarzy Janka jest warte każdych pieniędzy. Zatrzaśnięcie się na hotelowym balkonie i doprowadzenie tym samym starego Katalończyka z recepcji do dzikich spazmów śmiechu (kiedy przyszedł nas uwolnić po skomplikowanej interwencji, tj. po krzyczeniu do przechodniów, żeby nam pomogli i o naszej niewesołej sytuacji powiadomili recepcję) - bezcenne. No i owoce. I w ogóle jak tam jest nieprzyzwoicie pięknie.

No i założyłam bloga. Może w przyszłym roku warto by było bardziej go dopieścić. I zadbać o poziom i komfort czytelników. O ile jest o czyj komfort dbać ;)

Podsumowując, to był naprawdę bardzo dobry rok. Plan wykonano w 100%. Więc czemu teraz mam ochotę rzucić wszystko w diabły?

sobota, 6 grudnia 2014

Czy w Twojej lodówce też mieszka Pola Dwurnik? Czyli jak rozdmuchać sprawę niewartą rozdmuchania

Miałam nie pisać o Poli Dwurnik, bo wszyscy piszą o Poli Dwurnik, ekscytują się i okopują na z góry upatrzonych pozycjach. A ja, tak mi się wydaje, szczęśliwie nie należę ani do jednych, ani do drugich. Bo wydaje mi się, że naprawdę nie warto, a rozdmuchując sprawę do niczego nie dotrzemy. Poza tym, że jedni drugim będą mogli wytknąć, że są mizoginami albo przeintelektualizowanymi koleżkami inkryminowanej.

Przeczytałam felietony Poli Dwurnik. Przeczytałam też tekst Engelkinga, obśmiewający Polę Dwurnik. Linków nie daję, bo i tak hulają radośnie po sieci. Tak, uśmiałam się. Szczerze. Nie, nie polubiłam profilu "Beka z Poli Dwurnik", bo po pierwsze nie lubię sformułowania "beka z..." bądź "toczyć bekę z...", a po drugie sprawa nie wydała mi się w ogóle frapująca. Ot, w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej" dwa grafomańskie felietony popełniła artystka mieszkająca w Berlinie. Śmieszne? Tak. Pretensjonalne i egzaltowane? I to jak. Ale żeby się ekscytować, obśmiewać, profile zakładać - no bez przesady. A potem się nagle okazało, że lawina ruszyła. Na stronach i podstronach "GW" zaczęła się akcja uderzająca w "toczących bekę", jeden artykuł z gatunku artylerii ciężkiej (dużo Bourdieu, dużo odniesień, "vivat academia, vivant professores"), drugi z lekkiej. Ruszyła też "Krytyka Polityczna". I co? I uważam, że strzelają kulami w płot. Nie dlatego, żeby pisali nieprawdę. Tylko że strzelają z armaty do komarów.

Nie, nie twierdzę, że internetowe wyśmiewanie i to na masową skalę to pryszcz. Tylko uważam, że sprawę zanadto rozdmuchano. Trzeba obrońcom przyznać, że gdyby Pola Dwurnik była Apoloniuszem Dwurnikiem, krytyka przybrałaby inny kierunek. Niektórzy komentujący wypominają jej jednorazowego kochanka, z którym je śniadanie w knajpie. Jak dla mnie mogłaby je jeść z trzynastoma kochankami płci wszelkich, bo mnie życie erotyczne Poli Dwurnik zupełnie nie interesuje ani nie oburza to, że przespała się z kimś jednorazowo i pod wpływem. Ja tak nie robię i nie widzę w tym frajdy, ale ja to nie Pola Dwurnik, więc skoro ona tak robi, to niech robi. Że ma znane nazwisko i ją stać na śniadania w berlińskich knajpach i imprezowanie - no trudno, mnie nie stać, na inne rzeczy też mnie nie stać, a w Berlinie nigdy nie byłam. I może to właśnie najbardziej wkurza "toczących bekę" - połączenie marnego stylu literackiego (nie będę cytować, bo cytowanie tego uważam za pastwienie się nad autorką i ew. czytelnikami), wysokiej (przynajmniej z perspektywy polskiej) stopy życiowej i zwyczajna pretensjonalność. I nie, nie chodzi tu o to, że artysta na emigracji ma przymierać głodem, jeść farby i zapijać rozpuszczalnikiem oraz tęsknić za ojczyzną. I tworzyć w szale. Chodzi o to, że Dwurnik napisała dwa złe felietony o tym, jak się fajnie żyje w Berlinie młodej artystce. I że ją znajomi wyciągają z pracowni, aby zabalowała. Nie wiem, może złe felietony to najnowszy projekt artystyczny Dwurnik, który jest zaangażowany i udowadnia. Dobitnie. Coś. Na przykład, że artysta plastyk niekoniecznie jest dobrym felietonistą i vice versa. Zarazem pragnę zauważyć, że pisanie o urokach życia to stąpanie po kruchym lodzie - jak się to robi zgrabnie literacko, to będą to czytać ludzie, których na opisane uroki życia nie stać i będą zadowoleni, że im felietonista przybliżył nieznane światy. Jak się to zrobi źle, pretensjonalnie, z koszmarnymi metaforami i stylistyką oraz egzaltacją małolaty u progu XIX wieku, to ludzi zacznie kłuć, że ktoś żyje sobie wygodnie i przyjemnie i jeszcze ma czelność o tym pisać w tak fatalnym stylu. Dlatego właśnie ja nigdy nie piszę o urokach życia i poświęcam się z oddaniem marudzeniu, krytykowaniu i narzekaniu - to można robić w przeciętnym stylu i nie narażać się na bycie niechlubną gwiazdą Internetu.

Podsumowując - naprawdę nie wydarzyło się i nie wydarza nic ważniejszego? I koniecznie trzeba kruszyć kopie o dwa słabe felietony w lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej"? Uważam, że skala zainteresowania sprawą jest wysoce niewspółmierna dla znaczenia sprawy. I dotyczy to zarówno "beki", jak i obrony. Dejta, ludzie, spokój.