Chyba nie ma takiej siły, która sprawiłaby, żebym pisała regularnie. Dlatego nigdy z blogowania nie będzie piniądzów i nigdy nie zostanę twarzą rajstop, suplementów diety albo sprzętu AGD/RTV. Ostatnio siedzę głównie nad tzw. literaturą podmiotu w sprawie własnego mego doktoratu, nad kotami, które okazują się nie tak znowu różne od dzieci w wieku przedszkolnym, nad kosztorysem konferencji, który powstał już w miliardzie wersji - co jest najlepszym dowodem na to, że byłabym marną księgową, nad fejsbukowym ogarnianiem wydarzeń, w które się włączyłam i nad wózkiem w supermarkecie (choć w tym wypadku to akurat stoję i drepczę, a nie siedzę). Toteż moje życie nie obfituje w głębokie przemyślenia poboczne (tj. niedotyczące bezpośrednio prozy Magdaleny Tulli), a w efekcie - nie mam nic ciekawszego do zaprezentowania, niż kilka obrazków z codzienności.
Obrazek I
Postanowiłam dzisiaj zakupić prezent mikołajkowy dla Obywatela Małżonka. Jako że notorycznie jestem brana za smarkulę, postanowiłam na okoliczność zakupu tego prezentu ubrać się jak dorosły człowiek, żeby nie wzbudzać sensacji, kiedy zapytana przez asystenta sprzedaży bezpośredniej w czym można mi pomóc, odpowiem "szukam prezentu dla męża". Taki ze mnie przemyślny szlachcic Don Quijote z Manchy. A więc, od góry lecąc, czerwona szminka w klasycznym, obecnym na rynku od lat 50. odcieniu czerwieni "Fire&Ice". Granatowa sukienka. Kozaki na irracjonalnie wysokim obcasie, pamiątka z podróży poślubnej do Włoch - bo czyż można przywieźć z Włoch lepszą pamiątkę, niż kozaki na obcasie?! Płaszcz granatowy, po Pani Matce. Paznokć czerwony. No, jednym słowem, przebranie za dorosłą kobietę, mężatkę. Wchodzę zatem do sklepu z konfekcją męską, oglądam wystawiony towar i zagaja mnie subiekt, na oko w moim wieku, bardzo piękny obiekt męski w błękitnej koszuli i granatowym swetrze:
- Czy mogę pani w czymś pomóc?
A ja na to, z pewnością siebie:
- Szukam prezentu dla MĘŻA, chciałabym kardigan, ale cieńszy niż ten, który pan ma na sobie.
Subiekt wywala błękitne oczy, pod które dobrał sobie najwyraźniej koszulę, ale zachowując się profesjonalnie, jak go na szkoleniu uczyli, prezentuje mi dwa warianty towaru "kardigan męski ciemny". Bardzo usilnie próbuje zamaskować zdziwienie tym, że smarkacz przebrany za dorosłego człowieka chce kupić sweter dla MĘŻA. Wybieram kardigan, idziemy do kasy. Nie, wcale nie widać, że przy płaceniu obczaja mą prawicę w poszukiwaniu straconego czasu, tj. obrączki. Znalazł. Zdziwienie nie ustąpiło.
Obrazek II
Wieczór, wracamy do domu, ja płacę wysoką cenę za moją maskaradę. Mam ochotę wyć z rozpaczy w kozakach na wysokim obcasie. Czuję się jak mała syrenka z andersenowskiej baśni, która przehandlowała głos za nogi i teraz przy każdym kroku ma wrażenie, że chodzi boso po ostrzach noży. Usiłując nie krzyczeć w ciemną, katowicką noc i nie skręcić kostki na nierównym, ochojeckim bruku, mówię do Obywatela Małżonka:
- Jak kupowałam te obłędnie piękne buty w Rzymie to nie mogłeś mi powiedzieć: "kochanie, nie kupuj tego szczytowego osiągnięcia włoskiego szewstwa, bo co prawda są piękne i wyobrażasz sobie, że będziesz w nich wysoka, smukła, ponętna i z zadkiem wypiętym jak pawian, ale ty, kochanie moje, jesteś lebiodą stworzoną do chodzenia w martensach, a nie we włoskich kozakach na irracjonalnym obcasie"?!
- Ale jakbym ci tak powiedział, to byś mnie ofukała i się obraziła.
- Nie. Bo to była podróż poślubna i byłam ciężko zakochana.
Obrazek III
Przygotowujemy konferencję naukową i podjęłam się, heroicznie, działki "kosztorys". Zapomniałam, jak to wyglądało w 2013 roku i na własne życzenie zostałam najgorszą księgową w historii rozliczeń. Powstało już miliard wersji tego dokumentu i został on dwukrotnie zakwestionowany przez Instancję Wyższą. Poprawiając go dzisiaj kolejny raz, nuciłam sobie w tle Domowe Melodie: "Grażka, Grażka, weź przestań, bo do nieba nie pójdziesz"... Żart hermetyczny i to bardzo, ale znając skądinąd przekrój moich czytelników, to większość zrozumie. A uwagi Instancji w zasadzie były słuszne. Ja po prostu jestem do rzyci księgową. Nawet mimo moich zapierających dech w piersiach referencji od referentki z wydziałowego działu kosztów, która kiedyś podsumowała mój arcypoprawny opis faktury słowami "no, w końcu się pani czegoś na studiach nauczyła!". Umiem opisywać faktury (a przynajmniej umiałam), a teraz to już degrengolada, płacz, zgrzytanie zębów i tabelki z wydatkami.
Obrazek IV
Znowu jestem u weterynarza. Na przemian z obydwoma kotami. Od końca października, kiedy przygarnęliśmy Inkę, jestem z którymś albo z obydwoma kotami na raz średnio dwa razy w tygodniu w przychodni dla zwierząt. Jak nie oczko, to nosek. Jak nie nosek, to ogonek. Odrobaczanie. Szczepionka. Rzadka kupa. Jeden kot. Albo drugi. Albo oba w jednym czasie. Jedna się wyleczy, to się zarazi zaraz od drugiej. Kołomyja. Ostatnio byłam we wtorek. Z kotem młodszym na okoliczność łzawienia i kichania. Dostałam leki i instrukcję reperacji kotka, nie omieszkałam się też pochwalić, że młoda może i nie domaga, ale starsza za to jest okazem zdrowia, jutro kończymy stosowanie kropelek do oczu i oczęta kocie prezentują się pięknie. Wróciłam do domu. Oczko Szartoki, lewe, leczone, zaiste prezentowało się pięknie, duże, żółte i szeroko otwarte. Natomiast prawe, do tej pory zdrowe, wyglądało tak, jakby kot postanowił wrazić sobie w nie patyk i jeszcze nim pomajtać. Jak dzieci w wieku przedszkolnym, zarażają się od siebie błyskawicznie i naprzemiennie. Może wykupię w przychodni dla zwierząt jakiś abonament...? A może przy uporczywym leczeniu dwóch kotów leczenie trzeciego gratis i przygarniemy jeszcze jakąś kocią bidę z nyndzom?
czwartek, 19 listopada 2015
poniedziałek, 26 października 2015
"Bo nieważne, czyje co je, ważne to je, co je moje"
Znacie utwór "To je moje"? Jeśli nie, to koniecznie posłuchajcie, do wyboru nowszy Kazik albo klasyczny Grześkowiak: To je moje, Silny Kazik Pod Wezwaniem, Kazimierz Grześkowiak. Niestety, niektóre charakterystyki nigdy nie przestają być celne. Solidarność społeczna jest u nas bliska zeru, zgodnie z zasadą "bo nieważne, czyje co je, ważne to je, co je moje". To wyjaśnia sukcesy, bądź co bądź, zarówno Korwin-Mikkego, jak i Petru. Piszę sprowokowana komentarzem, jaki przeczytałam na Facebookowym profilu znajomej, która pisała o wyniku wczorajszych wyborów. Ja tam osobiście szat nie rozdzieram - będzie tak, jak było, tylko trochę gorzej. PiS ma tę zaletę, że nie zwodzi nikogo, jak usiłowało to robić PO. Wiadomo, że nie będzie związków partnerskich, wyprowadzenia religii ze szkół, liberalizacji (albo chociaż przestrzegania obecnej...) ustawy aborcyjnej, porządku w ustawie o in vitro czy ogólnie rzecz biorąc - świeckiego państwa. Świeckiej służby zdrowia. Świeckiej edukacji. Poszanowania praw wszelkiej maści mniejszości oraz wspierania praw kobiet (w tym, przede wszystkim, praw reprodukcyjnych - wiadomo, wszystko sprywatyzować, macice upaństwowić). I przynajmniej wiemy to od początku i wiemy, czego dalej można się spodziewać. Polityki wprost z zakrystii, podlanej narodową dumą i martyrologią. Jacek Dehnel tak powiedział o tandecie martyrologicznej w naszym kraju: "Że zaleje? Dawno zalało. Teraz po prostu podnosi się poziom wód" (źródło tutaj) - i tak będzie ze wszystkim innym. Po prostu poziom wód się podniesie. Różnica jest w zasadzie taka, że PO próbuje udawać liberalną, nowoczesną partię, a PiS nie próbuje. Więc wszystko to, co do tej pory było półjawne, będzie całkiem jawne. Wszelkiej maści dziwokom mojego pokroju zostaje zacisnąć zęby, zainwestować w coś na ciśnienie i za cztery lata (a być może wcześniej) znów zagłosować z nadzieją na podobnych sobie dziwoków z fioletowym sztandarem. Ale ja nie o tym, a o komentarzu, który napisała znajoma znajomej. Otóż, parafrazując, napisała, że chociaż nie jest wyborczynią PiSu, to PO jej nie żal (mnie też nie) i ostatecznie nie będzie wiele gorzej, niż było (też tak sądzę), a takie na przykład małżeństwa homoseksualne nie są kwestią palącą. I tu we mnie zawrzało dziko. Nie odpisywałam na komentarz, bo pomimo tego, co sądzą o takich jak ja tzw. "prawacy", mam jakieś zasady, a naczelną z nich jest - nie wdawać się w pyskówki z obcymi ludźmi na Facebooku, bo to tylko przybliża do zdiagnozowanych wrzodów, a żadnych pozytywnych skutków nie przynosi. Dlatego sobie założyłam bloga, gdzie ulewam nadmiaru jadu i uspokajam ciśnienie. A więc, raz, dwa, trzy, jadymy:
Pewnie, że małżeństwa homoseksualne, czy, w wersji light, związki partnerskie, nie są kwestią palącą. Zwłaszcza, kiedy się nie jest osobą homoseksualną albo biseksualną. Dla mnie nie są kwestią palącą w ogóle - od niedawna jestem mężatką, bo mam "poprawną" orientację i to szczęście w życiu, że stosunkowo wcześnie spotkałam miłość swojego życia. Mnie ten problem nie dotyczy. Się znaczy, nie jest palący. A że sprawa wygląda trochę inaczej z perspektywy ludzi, którzy wiedzą, że mogą nigdy nie zawrzeć żadnego oficjalnego związku w jakiejkolwiek formie w swoim kraju, to już mnie nie obchodzi. To nie jest aż takie ważne. Temat zastępczy, ot co. A ważna jest gospodarka! Na przykład, "gdyby Petru mógł, oddałby Polskę w leasing do GE Money Bank" (Make Life Harder) i to jest jakiś pomysł na gospodarkę. Jak jesteś silny, sprytny i pracowity, to ciebie nie odda w leasing do GE Money Banku - bo to ty będziesz szefem GE Money Banku. Wszyscy możemy nim być. Jeśli tylko na to ciężko zapracujemy. Tak, zdecydowanie są ważniejsze i bardziej palące kwestie do rozwiązania, niż związki partnerskie osób jednopłciowych. Na przykład, ten parszywy komuch Zandberg chce zabrać wam wszystkim 75% dochodów! Swoją drogą, sądząc po facebookowym poruszeniu, sporo mamy w kraju krezusów. I jeszcze więcej ciołków, ale to akurat żadna nowość. W zasadzie, wszystko jest ważniejsze od równości małżeńskiej - zwłaszcza, że miażdżąca część społeczeństwa może sobie legalnie poślubić upatrzoną osobę. Za jej zgodą, oczywiście. Żeby się tak nie żołądkować, zacytuję Marię Janion, bo zawsze dobrze jest czytać i cytować Marię Janion. Pisząc o miłości jako filarze kultury europejskiej - miłości koncentrującej się na jednym obiekcie, będącej nie tylko pożądaniem, ale także pragnieniem tej właśnie, jedynej, konkretnej osoby, "ty - albo żadna, ty - albo nikt" - pisze też, że "miłość, która jest równocześnie wolnością i oddaniem, może połączyć ludzi w małżeństwie albo poza nim, osoby przeciwnej płci lub tej samej, jednostki różnych ras i rozmaitych stanów społecznych i majątkowych" (M. Janion: Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji. Warszawa 2001, s. 348). Jednak "jeśli wyrzekniemy się miłości w jej odwiecznym europejskim rozumieniu, stracimy jeden z najważniejszych filarów podtrzymujących naszą cywilizację. (...) Przywrócenie jej obecności, przywrócenie właściwego jej ideału wolności i oddania musiałoby się stać powrotem do wyobrażenia osoby, jej niepowtarzalności, niezamienialności, jedyności, tej osoby, która tkwi u podstaw Europy" (s. 356-357). Więc jeśli jeszcze mamy w Europie jakichś straceńców, którzy chcą umacniać europejską wizję osoby i miłości i wspólnym wysiłkiem podpierać ten filar cywilizacji, to czemu im nie pozwolić publicznie i prawnie zadeklarować "ty - albo żadna, ty - albo nikt"? To jest paląca sprawa. Teraz uwaga, odrobina sentymentalizmu i tandety: bo cóż jest ważniejszego na tym świecie niż to, że ludzie, mimo wszystko, jeszcze się kochają? A więc apeluję: wyjrzyjmy czasem poza swoją zagrodę, bo tam są ludzie. Świat nie kończy się za stodołą, a wspólnymi siłami można więcej, niż w duecie "ja ze szwagrem". I z korzyścią dla wszystkich, a nie tylko dla siebie samych.
Pewnie, że małżeństwa homoseksualne, czy, w wersji light, związki partnerskie, nie są kwestią palącą. Zwłaszcza, kiedy się nie jest osobą homoseksualną albo biseksualną. Dla mnie nie są kwestią palącą w ogóle - od niedawna jestem mężatką, bo mam "poprawną" orientację i to szczęście w życiu, że stosunkowo wcześnie spotkałam miłość swojego życia. Mnie ten problem nie dotyczy. Się znaczy, nie jest palący. A że sprawa wygląda trochę inaczej z perspektywy ludzi, którzy wiedzą, że mogą nigdy nie zawrzeć żadnego oficjalnego związku w jakiejkolwiek formie w swoim kraju, to już mnie nie obchodzi. To nie jest aż takie ważne. Temat zastępczy, ot co. A ważna jest gospodarka! Na przykład, "gdyby Petru mógł, oddałby Polskę w leasing do GE Money Bank" (Make Life Harder) i to jest jakiś pomysł na gospodarkę. Jak jesteś silny, sprytny i pracowity, to ciebie nie odda w leasing do GE Money Banku - bo to ty będziesz szefem GE Money Banku. Wszyscy możemy nim być. Jeśli tylko na to ciężko zapracujemy. Tak, zdecydowanie są ważniejsze i bardziej palące kwestie do rozwiązania, niż związki partnerskie osób jednopłciowych. Na przykład, ten parszywy komuch Zandberg chce zabrać wam wszystkim 75% dochodów! Swoją drogą, sądząc po facebookowym poruszeniu, sporo mamy w kraju krezusów. I jeszcze więcej ciołków, ale to akurat żadna nowość. W zasadzie, wszystko jest ważniejsze od równości małżeńskiej - zwłaszcza, że miażdżąca część społeczeństwa może sobie legalnie poślubić upatrzoną osobę. Za jej zgodą, oczywiście. Żeby się tak nie żołądkować, zacytuję Marię Janion, bo zawsze dobrze jest czytać i cytować Marię Janion. Pisząc o miłości jako filarze kultury europejskiej - miłości koncentrującej się na jednym obiekcie, będącej nie tylko pożądaniem, ale także pragnieniem tej właśnie, jedynej, konkretnej osoby, "ty - albo żadna, ty - albo nikt" - pisze też, że "miłość, która jest równocześnie wolnością i oddaniem, może połączyć ludzi w małżeństwie albo poza nim, osoby przeciwnej płci lub tej samej, jednostki różnych ras i rozmaitych stanów społecznych i majątkowych" (M. Janion: Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji. Warszawa 2001, s. 348). Jednak "jeśli wyrzekniemy się miłości w jej odwiecznym europejskim rozumieniu, stracimy jeden z najważniejszych filarów podtrzymujących naszą cywilizację. (...) Przywrócenie jej obecności, przywrócenie właściwego jej ideału wolności i oddania musiałoby się stać powrotem do wyobrażenia osoby, jej niepowtarzalności, niezamienialności, jedyności, tej osoby, która tkwi u podstaw Europy" (s. 356-357). Więc jeśli jeszcze mamy w Europie jakichś straceńców, którzy chcą umacniać europejską wizję osoby i miłości i wspólnym wysiłkiem podpierać ten filar cywilizacji, to czemu im nie pozwolić publicznie i prawnie zadeklarować "ty - albo żadna, ty - albo nikt"? To jest paląca sprawa. Teraz uwaga, odrobina sentymentalizmu i tandety: bo cóż jest ważniejszego na tym świecie niż to, że ludzie, mimo wszystko, jeszcze się kochają? A więc apeluję: wyjrzyjmy czasem poza swoją zagrodę, bo tam są ludzie. Świat nie kończy się za stodołą, a wspólnymi siłami można więcej, niż w duecie "ja ze szwagrem". I z korzyścią dla wszystkich, a nie tylko dla siebie samych.
niedziela, 11 października 2015
"Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi!", czyli nie wiesz kiedy odnajdziesz swoją magdalenkę
Uderzyła mnie dzisiaj w twarz moja dorosłość. Szłam po supermarkecie, pchając przed sobą wózek, stukając butami na obcasie, w spódnicy, która nie podoba się mojej siostrze i w płaszczu zwężanym po mojej matce. I nagle uderzyło mnie to, że mam 25. lat, męża, tytuł magistra, kozaki na obcasie i idę przez supermarket, żeby kupić wędzoną makrelę. Kiedy to się właściwie stało?! Jestem dodatkowo w takim wieku, że moje koleżanki z liceum także wychodzą za mąż albo już wyszły i teraz spodziewają się dziecka. Widzę to wszystko na fejsie i serce roście. A wzięło mnie tak sentymentalnie, bo po powrocie z supermarketu (z makrelą) przeglądałam katalog firmy Avon, z której katalogami nie miałam kontaktu od liceum. A teraz zdarzyło się tak, że przyjaciółka mojej siostry sprzedaje te kosmetyki i zrobiłam sobie wizualną podróż sentymentalną. Właściwie niespecjalnie mnie to ruszało na początku - zamówiłam kredkę do oczu i waniliowe kosmetyki do ciała, bo pasjami uwielbiam kosmetyki waniliowe. Ale dzisiaj natrafiłam na pachnącą karteczkę z perfumami "Incandessence", co okazało się być proustowską magdalenką. Przed oczami przeleciało mi w trybie przyspieszonym całe liceum. Które, jak się okazało, pachnie dla mnie "Incandessence". Próby teatralne w starej kotłowni w szkole. Fajki palone w bramie na Stawowej. Baleriny z H&M, czarne, z czaszkami w środku - nigdy nie miałam tak wygodnych balerin, regularnie zadeptywanych co weekend na kolejnych imprezach w "Strasznym Dworze", który był wtedy jednym z nielicznych klubów w Katowicach. A Cafe Zaszyta jedną z niewielu knajp. Kiedy jeszcze nie było zakazu palenia w lokalach, więc po każdym listopadowym wieczorze w pubie człowiek śmierdział jak stary Kubańczyk. Kiedy miałam czarny golf, grube czarne oprawki i marzenie, że kiedyś będę jak Kazimiera Szczuka, tyle że bez wady wymowy. Kiedy jeszcze mi się chciało chodzić na pomarańczową trasę Kultu. I kiedy S., świadek na naszym ślubie, był dla mnie tylko kolegą z Internetu, którego znałam wyłącznie ze zdjęć i długich rozmów na Gadu-Gadu. Gadu-Gadu! Dobry Jeżu Anaszpanie, ileż ja tam egzystencjalnych rozmów odbyłam! Ile drżeń serca przy zmieniających się kolorach słoneczek! Rozwodnione tyskie w każdej knajpie, waniliowe papierosy, smak błyszczyka z Maybelline. Zapach materacy przy sali gimnastycznej. Czerwony nos i podwiewający kieckę zimny wiatr na 11. listopada, kiedy stałam w poczcie sztandarowym III LO pod pomnikiem konnym (jak głosi legenda, natchniony rzeźbiarz uczynił z Kasztanki ogiera - bo przecież wielki dowódca musi jeździć na ogierze - i na szybko odpiłowywano Kasztance zbędne atrybuty) wąsatego Marszałka. Mapa Imperium Rzymskiego, która wisiała w naszej klasie nawet w momencie, w którym uczyliśmy się o II wojnie światowej. Nieco przerażający półmrok pracowni geograficznej, w którym czaiła się prof. D., zawsze obstawiona milionem map i wykresów, kolorową kredą i globusami. Nurkowanie w koszach i między wieszakami lumpeksu w Superjednostce, z charakterystycznym smrodkiem ciuchów z lumpa. Wiedziona przeznaczeniem, wydałam jakąś astronomiczną kwotę na "Teorie literatury XX wieku. Podręcznik" Burzyńskiej i Markowskiego w EMPiKu. Wtedy nie miałam pojęcia, kim są Burzyńska i Markowski. Teraz mogę z detalami opowiedzieć, jak Markowski dał w twarz znanemu pisarzowi i jaka wynikła z tego awantura. A "Teorie literatury XX wieku" czytałam od deski do deski, kilkakrotnie, od przodu, od tyłu i na wyrywki. Rok, w którym poznałam zascenie teatru Korez, jadłam najlepsze lody w Turynie i myślałam, że będę kiedyś reżyserką. Kiedy wydawało mi się, że jestem strasznie poważna i strasznie dorosła i zaczytywałam się Kurtem Vonnegutem. Długi sweter w czarno-czerwone pasy i wiśniowe martensy, które miałam od gimnazjum, a które rozpadły się dopiero w zeszłym roku. Złamany obcas w dniu odbierania świadectw.
Jesień za oknem, zmarznięte stopy, makrela w lodówce i "Incandessence" wciągane łapczywie ze stron katalogu i oto proszę - człowiek robi się sentymentalny i go bierze na wspominki. Czy cofnęłabym się do tych czasów? BROŃ BORZE! Więc czemu poważnie rozważam zakup tanich perfum tylko po to, żeby je wąchać raz po raz...?
Jesień za oknem, zmarznięte stopy, makrela w lodówce i "Incandessence" wciągane łapczywie ze stron katalogu i oto proszę - człowiek robi się sentymentalny i go bierze na wspominki. Czy cofnęłabym się do tych czasów? BROŃ BORZE! Więc czemu poważnie rozważam zakup tanich perfum tylko po to, żeby je wąchać raz po raz...?
niedziela, 4 października 2015
Disco polo(nistyka)!
Jak zapewne Czytelnikom już wiadomo, jestem z wykształcenia polonistką, doktorantką Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej. Więc, jak mawia prof. K., "moim zawodem jest Polska", w całej rozkosznej dwuznaczności tego stwierdzenia. Niezmiennie fascynuje mnie fenomen disco polo. I choć nie mam żadnych kompetencji, żeby wypowiadać się o disco polo z perspektywy muzykologicznej, niemalże żadnych, żeby wypowiadać się z perspektywy folkloroznawczej czy socjologicznej, zaryzykuję dziś podzielenie się kilkoma moimi obserwacjami i fascynacjami. Będzie też sporo o tekstach, rymach i potędze Matki Filologii i córy jej, Poetyki Opisowej. Kto ciekaw, niech czyta dalej.
Otóż disco polo wróciło do łask. Z mojego okresu licealno-osiemnastkowego pamiętam, że disco polo owszem, bywało na imprezach, ale raczej, jak to mawia młodzież, "dla beki". Czy, jak mawiają hipsterzy, ironicznie. Poleciało jakieś "Jesteś szalona", tłum ruszał w tany, ale wiadomo było, że to tak trochę z przymrużeniem oka. No nie na serio przecież. A przynajmniej nie w moim środowisku, na które składali się głównie uczniowie "elitarnych" i "prestiżowych" liceów katowickich - każdy oczywiście przekonany o supremacji już to Mickiewicza, już to Kopernika, już to Konopnickiej. A teraz disco polo wróciło do łask otwarcie i przeżywa szalony renesans w klubach. Tak przynajmniej donosi mój szpieg w krainie clubbingu, Siostra Ma Anna. I to właśnie Siostra Ma Anna podrzuciła mi arcydzieło w postaci utworu "Ona czuje we mnie piniądz" zespołu Łobuzy. Obejrzenie tego teledysku będzie konieczne do dalszej lektury tego wpisu, więc obejrzyjcie "Ona czuje we mnie piniądz" i wróćcie do lektury.
Obejrzałam to i spłakałam się ze śmiechu, rozpoznając utwór jako parodię. Podzieliłam się moją refleksją z Anią, która powiedziała, że to nie jest parodia. Bo na imprezach to leci i ludzie tańczą do tego i słuchają całkiem na serio, jak każdego innego disco polo w rodzaju "Słodka kotka" czy "Ruda tańczy jak szalona". Zaczęłam więc śledztwo i udało mi się ustalić, że zespół Łobuzy nagrał tylko jeden utwór, ale za to znaleźli się na liście hitów radia VOX, specjalizującego się w disco polo. I że zespół składa się z muzyków Eweliny Lisowskiej (tej, co włączała niskie ceny w Media Expert) i Dawida Kwiatkowskiego. Jak ustaliło moje dalsze śledztwo, Lisowska i Kwiatkowski to gwiazdki muzyki pop, ale nie disco polo. Zaczęłam więc, jak Matka Filologia i córa jej Poetyka Opisowa nakazują, szukać wyznaczników tekstowych - bo autorskie już mamy, Łobuzy to nie zespół sceny disco polo, zresztą, co to za pseudonimy: Discomił, DJ Yalla i DJ Yolo, a żart profesjonalnych muzyków. Doceniam natomiast pseudonim Discomił: jest kwintesencją disco polo, z przedrostkiem disco i końcówką -mił, charakterystyczną dla słowiańskich imion. Perfekcyjny w tym kontekście. Jak całe disco polo, jest wypadkową naszego przaśno-siermiężno-pszenno-buraczanego folkloru wiejsko-miejskiego i naszych wyobrażeń o zachodnim clubbingu i zabawie. Jak mawia mój znajomy ze studiów, Polska jest Radomiem Europy. A jeśli chodzi o wyznaczniki tekstowe, to jest nim przede wszystkim tytułowy "piniądz", zwrot tyleż gwarowy, co kolokwialny. W zwrotkach pojawiają się charakterystyczne dla disco polo rymy dokładne, często gramatyczne, np. dyla - krokodyla, błyszczy - zapiszczy, skanuję - obserwuje itd. Por. z rymami "szalona - ona", "lalę - wspaniałe", "kotka - słodka - fotka - frotka - toto lotka" (źródła: "Ruda tańczy jak szalona" oraz "Słodka kotka", absolutny majstersztyk). Jednak to, co wybija się w tej strukturze, to niezwykle pomysłowy, refrenowy i często powtarzający się rym "piniądz - Beyonce", wypowiadany jako "bijons". To mój koronny dowód na to, że utwór ten jest parodystyczny. Zrymować kolokwializm z niepoprawnie wymawianym imieniem gwiazdy pop w sposób niedokładny - no sorry, to przewyższa możliwości piewców słodkich kotek. Dodatkowo mamy sygnały w teledysku: dmuchany krokodyl, przebijające symbole dolarów oraz sam gwarowy "piniądz", pokazujący dystans autora do opisywanej w tekście sytuacji - podrywu w dyskotece. Ponadto, kaman, szota jej funduje i po tym czuć ten "piniądz"?! Litości... Jakby modżajto jakieś, to ja rozumiem, ale szota?! To, jak mawiają miłośnicy anglicyzmów, "opcja budżetowa". Jako że utwór został wypuszczony w lipcu i, jak deklarują ironicznie autorzy, klip został nakręcony w Dubaju - o czym mają świadczyć stroje "na szejków", ostrze satyry zostało wycelowane w "dubajskie modelki" - pośród dziewczyn oddających się szejkom za grube miliony miały być ponoć także polskie gwiazdki (można o tym poczytać tu, na ile to jest prawdziwe - nikt nie wie...).
Inna sprawa, że ta parodia (a raczej - pastisz) została odczytana poza kontekstem parodystycznym i znalazła się na listach przebojów disco polo. Nie pierwszyzna to - parodiujący boysbandy utwór T.Love "Chłopaki nie płaczą", choć jest bardziej czytelny jako parodia, jest bodaj najpopularniejszą piosenką T.Love, poza "Warszawą", a z kolei "Trzepała Zośka dywan" jednym z hitów Kukiza i Piersi (i nie mógł przy parodiowaniu radiowych hitów pozostać...?).
Polonistyka jest królową - gdzie indziej nauczyłabym się tyle o rymach i mogła to wykorzystać do słuchania disco polo?! A samo disco polo jest czymś rdzennie polskim na bardzo głębokich pokładach. Nie ma się czego wstydzić - więc bez zgrywania się, kochani, i następnym razem jak usłyszycie "Jesteś szalona", to nie wybrzydzać, nie marudzić, nie udawać, że wolimy jakieś dark electro, tylko ruszyć w tany, bo to niemalże patriotyczny obowiązek. Nie prześnijmy kolejnej rewolucji - rewolucji disco polo(nistyki)!
Otóż disco polo wróciło do łask. Z mojego okresu licealno-osiemnastkowego pamiętam, że disco polo owszem, bywało na imprezach, ale raczej, jak to mawia młodzież, "dla beki". Czy, jak mawiają hipsterzy, ironicznie. Poleciało jakieś "Jesteś szalona", tłum ruszał w tany, ale wiadomo było, że to tak trochę z przymrużeniem oka. No nie na serio przecież. A przynajmniej nie w moim środowisku, na które składali się głównie uczniowie "elitarnych" i "prestiżowych" liceów katowickich - każdy oczywiście przekonany o supremacji już to Mickiewicza, już to Kopernika, już to Konopnickiej. A teraz disco polo wróciło do łask otwarcie i przeżywa szalony renesans w klubach. Tak przynajmniej donosi mój szpieg w krainie clubbingu, Siostra Ma Anna. I to właśnie Siostra Ma Anna podrzuciła mi arcydzieło w postaci utworu "Ona czuje we mnie piniądz" zespołu Łobuzy. Obejrzenie tego teledysku będzie konieczne do dalszej lektury tego wpisu, więc obejrzyjcie "Ona czuje we mnie piniądz" i wróćcie do lektury.
Obejrzałam to i spłakałam się ze śmiechu, rozpoznając utwór jako parodię. Podzieliłam się moją refleksją z Anią, która powiedziała, że to nie jest parodia. Bo na imprezach to leci i ludzie tańczą do tego i słuchają całkiem na serio, jak każdego innego disco polo w rodzaju "Słodka kotka" czy "Ruda tańczy jak szalona". Zaczęłam więc śledztwo i udało mi się ustalić, że zespół Łobuzy nagrał tylko jeden utwór, ale za to znaleźli się na liście hitów radia VOX, specjalizującego się w disco polo. I że zespół składa się z muzyków Eweliny Lisowskiej (tej, co włączała niskie ceny w Media Expert) i Dawida Kwiatkowskiego. Jak ustaliło moje dalsze śledztwo, Lisowska i Kwiatkowski to gwiazdki muzyki pop, ale nie disco polo. Zaczęłam więc, jak Matka Filologia i córa jej Poetyka Opisowa nakazują, szukać wyznaczników tekstowych - bo autorskie już mamy, Łobuzy to nie zespół sceny disco polo, zresztą, co to za pseudonimy: Discomił, DJ Yalla i DJ Yolo, a żart profesjonalnych muzyków. Doceniam natomiast pseudonim Discomił: jest kwintesencją disco polo, z przedrostkiem disco i końcówką -mił, charakterystyczną dla słowiańskich imion. Perfekcyjny w tym kontekście. Jak całe disco polo, jest wypadkową naszego przaśno-siermiężno-pszenno-buraczanego folkloru wiejsko-miejskiego i naszych wyobrażeń o zachodnim clubbingu i zabawie. Jak mawia mój znajomy ze studiów, Polska jest Radomiem Europy. A jeśli chodzi o wyznaczniki tekstowe, to jest nim przede wszystkim tytułowy "piniądz", zwrot tyleż gwarowy, co kolokwialny. W zwrotkach pojawiają się charakterystyczne dla disco polo rymy dokładne, często gramatyczne, np. dyla - krokodyla, błyszczy - zapiszczy, skanuję - obserwuje itd. Por. z rymami "szalona - ona", "lalę - wspaniałe", "kotka - słodka - fotka - frotka - toto lotka" (źródła: "Ruda tańczy jak szalona" oraz "Słodka kotka", absolutny majstersztyk). Jednak to, co wybija się w tej strukturze, to niezwykle pomysłowy, refrenowy i często powtarzający się rym "piniądz - Beyonce", wypowiadany jako "bijons". To mój koronny dowód na to, że utwór ten jest parodystyczny. Zrymować kolokwializm z niepoprawnie wymawianym imieniem gwiazdy pop w sposób niedokładny - no sorry, to przewyższa możliwości piewców słodkich kotek. Dodatkowo mamy sygnały w teledysku: dmuchany krokodyl, przebijające symbole dolarów oraz sam gwarowy "piniądz", pokazujący dystans autora do opisywanej w tekście sytuacji - podrywu w dyskotece. Ponadto, kaman, szota jej funduje i po tym czuć ten "piniądz"?! Litości... Jakby modżajto jakieś, to ja rozumiem, ale szota?! To, jak mawiają miłośnicy anglicyzmów, "opcja budżetowa". Jako że utwór został wypuszczony w lipcu i, jak deklarują ironicznie autorzy, klip został nakręcony w Dubaju - o czym mają świadczyć stroje "na szejków", ostrze satyry zostało wycelowane w "dubajskie modelki" - pośród dziewczyn oddających się szejkom za grube miliony miały być ponoć także polskie gwiazdki (można o tym poczytać tu, na ile to jest prawdziwe - nikt nie wie...).
Inna sprawa, że ta parodia (a raczej - pastisz) została odczytana poza kontekstem parodystycznym i znalazła się na listach przebojów disco polo. Nie pierwszyzna to - parodiujący boysbandy utwór T.Love "Chłopaki nie płaczą", choć jest bardziej czytelny jako parodia, jest bodaj najpopularniejszą piosenką T.Love, poza "Warszawą", a z kolei "Trzepała Zośka dywan" jednym z hitów Kukiza i Piersi (i nie mógł przy parodiowaniu radiowych hitów pozostać...?).
Polonistyka jest królową - gdzie indziej nauczyłabym się tyle o rymach i mogła to wykorzystać do słuchania disco polo?! A samo disco polo jest czymś rdzennie polskim na bardzo głębokich pokładach. Nie ma się czego wstydzić - więc bez zgrywania się, kochani, i następnym razem jak usłyszycie "Jesteś szalona", to nie wybrzydzać, nie marudzić, nie udawać, że wolimy jakieś dark electro, tylko ruszyć w tany, bo to niemalże patriotyczny obowiązek. Nie prześnijmy kolejnej rewolucji - rewolucji disco polo(nistyki)!
czwartek, 1 października 2015
Drogeryjne macantki, czyli jak liberalna ironistka skłania się ku krwawym karom cielesnym
Uwielbiam kosmetyki. Każdy ma jakieś słabości. Ja uwielbiam kosmetyki, ze szczególnym naciskiem na szminki. Lubię używać, kupować, oglądać, mieć. Uspokaja mnie to. Po ciężkim dniu, jeśli nie mogę jechać do stajni i zabrać kopytnego do lasu, zrelaksować się miarowym przesuwaniem szczotki po końskim grzbiecie, posłuchać, jak szumi las i wygalopować frustracji na łące, oglądam kosmetyki. W Internecie na przykład, wchodzę sobie na strony internetowych drogerii i oglądam. Nie żeby od razu kupować, po prostu sam ich widok mnie uspokaja. Jak już pisałam, każdy ma jakieś wstydliwe słabości. Lubię robić zakupy w drogerii. No, tak mam i trudno. Trzymam nałóg w ryzach, nie kupuję za dużo, nie przysypują nas hałdy cieni do powiek i z szuflad nie wysypują się róże do policzków. I jedyne, co odbiera mi przyjemność z mojego grzesznego nałogu, to drogeryjne macantki. Babony, które jak niewierny Tomasz, muszą wrazić paluch w kosmetyk, bo inaczej nie uwierzą, że zaiste jest na półce i można nabyć za walutę krajową. Ileż razy zdarzyło mi się kupić tusz do rzęs, który zmienił formułę z nowoczesnej, płynnej, na nieco retro - w kamieniu, bo drogeryjna macantka musiała go otworzyć z miesiąc temu i tak sobie wysychał na półce, aż go nie kupiłam. Albo znaleźć szminkę, która wyglądała na ugryzioną. Przez niedźwiedzia, oceniając po odciskach szczęki. W niektórych drogeriach foliują kosmetyki albo obklejają je taśmą klejącą. Ale drogeryjnej macantki nic nie powstrzyma. Dlatego jeśli się zdecyduję na zakup czegoś, to najpierw, zanim zaniosę to do kasy i pozbędę się uciułanego grosza, otwieram i sprawdzam, czy ktoś nie wraził palucha w mój krem do ciała. Albo nie przejechał sobie szminką po ręce. Albo, co gorsza, po ustach. Nie upaćkał nakrętki błyszczyka. Uratowało mnie to kilkakrotnie przed zakupem takiego towaru drugiej świeżości. Doprowadza mnie to do szału, owszem, ale jestem zawodowo, jako humanistka, wykształcona do podejmowania niekończących się prób zrozumienia człowieka. I choć uważam otwieranie kosmetyków przeznaczonych na sprzedaż (nie testerów, kosmetyków przeznaczonych na sprzedaż! choć wystawiony tester i tak nie chroni wystawionych na sprzedaż sztuk przed zmacaniem przez armię drogeryjnych macantek) za rzecz naganną i nie do obrony, to z zawodowego obowiązku jestem w stanie zrozumieć, dlaczego macantki to robią. Oto, co wymyśliłam:
- bo muszą sprawdzić, jak wygląda kolor podkładu / korektora / szminki,
- bo muszą wiedzieć, jaką ma konsystencję,
- bo muszą wiedzieć, jak pachnie (chociaż odrywanie aluminiowych zabezpieczeń w kremach do ciała, żeby sobie je poniuchać, uważam za grube przegięcie),
- bo daje im to namiastkę posiadania tego kosmetyku, gdyż...
- ...są zachłyśnięte późnokapitalistycznym nadmiarem dóbr i usług, a że nie są Kim Kardashian i nie mogą mieć ich wszystkich, to chociaż wszystkich osobiście dotkną.
Ale dzisiaj macantki przeszły same siebie. Otóż kupiłam w drogerii wazelinę. Zwykłą, najzwyklejszą wazelinę w plastikowym słoiczku. Przezroczystą, bezzapachową, pozbawioną absolutnie jakichkolwiek bajerów. WAZELINĘ. Otwieram ją w domu, celem aplikacji na odrapany od ciągłego smarkania nos i co widzę? Odcisk palucha z malowniczym rozmazem. Taki znak, taka wiadomość, "Tu byłam, Ilona". I ogarnęła mnie pasja. Dziki szał. Furia. No kto maca bezzapachową wazelinę w ekonomicznym opakowaniu?! Nie pachnie, ma konsystencję, no... WAZELINY! Nie ma w niej nic, co trzeba sprawdzić przed zakupem, bo jest to najzwyklejsza WAZELINA, nieobiecująca, że uczyni nas pięknymi, młodymi, pachnącymi albo stylowymi. WAZELINA, do kroćset!
Dlatego postuluję, aby drogeryjne macantki karać, jak onegdaj karano złodziei. Odrąbaniem ręki, która została zanurzona w niebędącym testerem kremie, podkładzie, po której jeżdżono różowobeżową szminką. Na miejscu i przy świadkach. Przysięgam, jak następnym razem zobaczę w moim pobliżu drogeryjną macantkę, to o ile nie będę mieć przy sobie ostrego narzędzia do odrąbania ręki, wytargam za kłaki, że mnie Ilona razem z Żanetą do końca życia popamiętają. I jeszcze ostrzegą Mariolę, że w Rossmannie jakaś furiatka kłaki ludziom niezbyt dobrej woli wyrywa.
Wnioski: nie otwierajcie kosmetyków w drogeriach, bo nigdy nie wiecie, kiedy ktoś wam za to wyszarpie wszystkie kłaki z głowy, odreagowując w ten sposób wszystkie swoje smutne frustracje. Dziękuję za uwagę.
- bo muszą sprawdzić, jak wygląda kolor podkładu / korektora / szminki,
- bo muszą wiedzieć, jaką ma konsystencję,
- bo muszą wiedzieć, jak pachnie (chociaż odrywanie aluminiowych zabezpieczeń w kremach do ciała, żeby sobie je poniuchać, uważam za grube przegięcie),
- bo daje im to namiastkę posiadania tego kosmetyku, gdyż...
- ...są zachłyśnięte późnokapitalistycznym nadmiarem dóbr i usług, a że nie są Kim Kardashian i nie mogą mieć ich wszystkich, to chociaż wszystkich osobiście dotkną.
Ale dzisiaj macantki przeszły same siebie. Otóż kupiłam w drogerii wazelinę. Zwykłą, najzwyklejszą wazelinę w plastikowym słoiczku. Przezroczystą, bezzapachową, pozbawioną absolutnie jakichkolwiek bajerów. WAZELINĘ. Otwieram ją w domu, celem aplikacji na odrapany od ciągłego smarkania nos i co widzę? Odcisk palucha z malowniczym rozmazem. Taki znak, taka wiadomość, "Tu byłam, Ilona". I ogarnęła mnie pasja. Dziki szał. Furia. No kto maca bezzapachową wazelinę w ekonomicznym opakowaniu?! Nie pachnie, ma konsystencję, no... WAZELINY! Nie ma w niej nic, co trzeba sprawdzić przed zakupem, bo jest to najzwyklejsza WAZELINA, nieobiecująca, że uczyni nas pięknymi, młodymi, pachnącymi albo stylowymi. WAZELINA, do kroćset!
Dlatego postuluję, aby drogeryjne macantki karać, jak onegdaj karano złodziei. Odrąbaniem ręki, która została zanurzona w niebędącym testerem kremie, podkładzie, po której jeżdżono różowobeżową szminką. Na miejscu i przy świadkach. Przysięgam, jak następnym razem zobaczę w moim pobliżu drogeryjną macantkę, to o ile nie będę mieć przy sobie ostrego narzędzia do odrąbania ręki, wytargam za kłaki, że mnie Ilona razem z Żanetą do końca życia popamiętają. I jeszcze ostrzegą Mariolę, że w Rossmannie jakaś furiatka kłaki ludziom niezbyt dobrej woli wyrywa.
Wnioski: nie otwierajcie kosmetyków w drogeriach, bo nigdy nie wiecie, kiedy ktoś wam za to wyszarpie wszystkie kłaki z głowy, odreagowując w ten sposób wszystkie swoje smutne frustracje. Dziękuję za uwagę.
środa, 16 września 2015
Wyszłam za mąż, zaraz wracam
Przerwa w nadawaniu spowodowana była zamążpójściem piszącej, które to zamążpójście okazało się bardzo absorbujące - czas, uwagę i pieniądze. Cipca ślubnego się nie uniknie. Można tylko minimalizować straty. I choć na ślubie i przyjęciu cieniem położyły się znaczące nieobecności bliskich nam ludzi, którzy żadną mocą nie mogli z nami być tego dnia, to wyszłam za mąż i nie zwariowałam. Chyba. I teraz z pozycji ekspertki, o małżeńskim stażu wynoszącym, uwaga, 12 dni, będę się wypowiadać o organizacji przyjęć. I małżeństwie. I wariactwie. Jak było widać w poprzednim wpisie, bez nerwów się nie obyło. Bez drobnych katastrof też.
Po pierwszej, nie ufajcie kosmetyczkom. Ja już żadnej nie zaufam. W kwestii urody i pielęgnacji jestem samosią. Czytam w Internetach, oglądam filmik instruktażowy i robię wszystko sama. Tylko włosy ścina mi nieoceniona imienniczka z salonu na ul. Jankego. Ale ślub to ślub i lepiej niektóre rzeczy oddać w zarząd armii profesjonalistów. Nie ma nic gorszego, niż profesjonaliści. Fryzjerka, jak zawsze, stanęła na wysokości zadania, a zadanie nie było łatwe - uczesać na ślub kogoś ściętego, jak ładnie mówią na to cięcie w krajach anglojęzycznych, na "pixie" - chochlika, to wyzwanie. Ale pani Agnieszka ze wszystkim sobie poradzi. W wyczarowaną przez nią konstrukcję wsunęłam opaskę z kamyczkami i było cudnie. We władanie profesjonalistek postanowiłam też oddać stopy i dłonie. Błąd. Trzeba było zrobić to chałupniczo. Mało, że ponoć pancerny lakier hybrydowy, który miał wytrzymać na moich paznokciach w stanie nienaruszonym trzy tygodnie, rwanie włosów z głowy oraz układanie kostki Bauma we wszystkich mały miasteczkach w Polsce gołymi ręcami, zaczął odpryskiwać już dzień po nałożeniu. Mało, że zabieg momentami był bolesny, bo kosmetyczka postanowiła rozprawić się ze wszystkim ogniem, mieczem i acetonem. Moje mikrostopy w rozmiarze 35 okazały się jednak zbyt dużym wyzwaniem. Niemal na każdym placu zostawiła mi strupki przy paznokciach. Takiej sieczki na stopach to nie miałam chyba nawet wtedy, kiedy nosiłam glany w upalne lato anno Domini 2004. Dobrze, że szłam w czółenkach, bo gdyby to były sandały, zalałabym się rzewną łzą. Nigdy więcej nie pójdę do kosmetyczki. Ze szczególnym uwzględnieniem manikiurzystek. Jak wściekła na wszystko opowiadałam o tej sieczce ze stóp mojemu ojcu, on jak zawsze wykazał się empatią:
Ja: No i mam sieczkę ze stóp. Co za babon, a niby to miała być profesjonalistka!
Ojciec: No ale wiesz... Może to jest jakaś, nie wiem, ekonomistka albo specjalistka od PR, która nie znalazła pracy w zawodzie i zrobiła kurs na kosmetyczkę...
Ja: To znaczy, że jest do dupy w aż dwóch wyuczonych zawodach.
Dobrze, że pomalowałam się sama, bo po doświadczeniach z manikiurzystką podejrzewam, że mogłabym wyglądać jak drag queen po całonocnym show w najbardziej podłym klubie w południowej Arizonie. I choć kultura drag mnie fascynuje, to nie na tyle, żeby stać się marną kopią kampowej kopii. Nie dla mnie ten poziom postmoderny.
Po drugie, nie ufajcie urzędnikom. Wydaje wam się, że tacy jesteście świeccy, nowocześni i hop do przodu, że jak weźmiecie sobie ślub cywilny, to nie czekają was żenujące przemowy celebrującego wasz ślub? Błąd! Może jak pojedziecie sobie do Słupska, żeby was nie do końca świętym węzłem związał Biedroń, to wam to nie grozi. W każdym innym przypadku bądźcie gotowi na:
- seksizm,
- żenujące żarty prowadzącego,
- cytaty z czapy,
- obraźliwe uwagi,
- homofobiczne spostrzeżenia dotyczące małżeństw
... i wiele innych w pakiecie. My to otrzymaliśmy od kierownika USC. Który się spóźnił, miał przekrzywiony łańcuch, zrobił z naszego ślubu szopkę (i to nie bożonarodzeniową w stylu krakowskim) i dostarczył tematów do żartów i dyskusji zgromadzonym pracownikom, studentom i doktorantom Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ, którzy przybyli tłumnie. Podobno wśród gości szły zakłady, czy rzucę się na urzędnika z szałem i czy w końcu przestanę się uśmiechać. Teraz to się z tego śmiejemy, no bo cóż począć? Płakać? Najważniejsze, że jesteśmy małżeństwem. Ale dla tych, co nie byli, a być chcieli, zaprezentuję poniżej krótki wyciąg z przemowy urzędnika wraz z komentarzem:
- "Mężczyzna musi być silny, mężny i logiczny, choć nigdy nie zrozumie uczuciowego, emocjonalnego świata kobiety, to te światy będą się uzupełniać" - jestem przekonana, że słyszałam wtedy chichot Moniki i Sary, a także czołowych szyderczyń dżenderowych, reprezentujących Zakład Literatury Poromantycznej oraz Zakład Literatury Baroku i Dawnej Książki.
- "Poznali się na studiach i zamiast uczyć się do egzaminów, patrzyli sobie w oczy. No ale jakoś te egzaminy zdali..." - tak było, potwierdzam. A stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia otrzymałam za to, że znalazłam heteroseksualnego mężczyznę na filologii polskiej. Rzadki ponoć okaz. Jak mawiała nieoceniona Małgorzata Szalona Filolożka, faceci na filologii najczęściej mają już chłopaka na kulturoznawstwie.
- "Małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny i bronimy tego jak niepodległości" - abstrahując od moich i Obywatela Małżonka poglądów na ten temat (a brzmią one: miłość nie wyklucza, małżeństwa i żenujące wpadki ślubne dla wszystkich!), poczułam, jakby mi ktoś lodu nasypał do trzewi. Przede wszystkim ze względu na bardzo bliskie mnie i Obywatelowi Małżonkowi osoby na sali. Które są jedną z najbardziej uroczych par, jakie nosiła ta ziemia. A przed którymi się tej instytucji małżeństwa broni "jak niepodległości".
- mój Obywatel Małżonek ma mieć szpony jak orzeł na godle Polski - na sali reprezentowany przez dywan, na modłę radziecką powieszony na ścianie - aby bronić swojego gniazda jak Ojczyzny. Nasuwa mi się tylko jedno: ojaprdle. Godło na dywanie już nam zostało przyobiecane jako podarek ślubny. Od dżenderowej szyderczyni Pawiana przy Drodze.
- "Bo jeden plus jeden daje w tym wypadku jedenaście. A jak będziecie mieć dzieci, to 111. A jak więcej dzieci, to więcej jedynek, które tworzą całość" - nie wiem, czy dobrze przytoczyłam, bo się zagubiłam jakoś w tej algebrze. Ale ja nigdy nie byłam orłem (ze szponami) z matematyki. I to Obywatel Małżonek ma być silny i logiczny. Może mi, biednemu głupiątku, kiedyś objaśni te zawiłości matematyczne.
- "Faceci są wzrokowcami i mąż musi być jak Książę w <<Małym Księciu>> - będzie widział wszystkie te piękne róże wokół i będzie widział, że są tak piękne albo piękniejsze od jego róży. Ale on nie zostawi swojej róży, bo jest za nią ODPOWIEDZIALNY!" - no biedny ten mój logiczny, a zarazem prosty i wiecznie pobudzony przez doznania wzrokowe Obywatel Małżonek. I jedyne, co go trzyma przy mnie, to poczucie odpowiedzialności. Bo pokusa czeka na każdym rogu. A facet, to wiadomo. Wzrokowiec i naturalny poligamista.
Sypał jeszcze jak z rękawa cytatami z "Małego Księcia", "Człowieka Ringu" (sic!) i Gałczyńskiego. Gałczyński był najbardziej na miejscu - w końcu to wszystko przypominało "Teatrzyk Zielona Gęś". Czekałam, aż zza węgła wyskoczy na przykład Porfirion Osiełek albo Hermenegilda Kociubińska. No, ale będzie co wspominać. Goście też łatwo nie zapomną tego ślubu. Ale jeśli to miała być reprezentacja powagi urzędu i powagi instytucji małżeństwa, które w Polsce jest ponoć święte i traktowane z czcią nabożną jako podstawa zdrowego społeczeństwa, to brak mi słów. Groteska widać weszła nam w krew.
Po trzecie, nie ma ślubu bez disco polo. Nawet jeśli ułożyliśmy własną playlistę na przyjęcie. Braki pośpiesznie uzupełnił Pan Samochodzik, który w drodze na ślub puszczał nam ckliwe, sentymentalne ballady pseudorockowe o miłości, a w drodze na przyjęcie miłosne disco polo. Disco polo nie unikniesz. Dziedzictwo muzyczne szanuj i do ludu się zbliż, a nie się teraz wyzłośliwasz, niby lewicowa humanistka, a proszę, z pogardą dla muzyki klasy pracującej. Wyszło szydło z worka.
Przydługi ten wpis skończę tylko uwagą, że z fryzury, która miała przetrwać 24 godziny ślubu i przyjęcia, a więc była utrwalona wedle procedur opracowanych przez niemiecki przemysł ciężki (nie mogę się uwolnić od tego Różyckiego, no nie mogę...), bardzo trudno wydłubuje się ryż jaśminowy. Ostatnie ziarenka spłynęły dopiero po namaczaniu tej konstrukcji dnia następnego rano... I jak w ostatniej księdze "Pana Tadeusza" - "Kochajmy się!".
Po pierwszej, nie ufajcie kosmetyczkom. Ja już żadnej nie zaufam. W kwestii urody i pielęgnacji jestem samosią. Czytam w Internetach, oglądam filmik instruktażowy i robię wszystko sama. Tylko włosy ścina mi nieoceniona imienniczka z salonu na ul. Jankego. Ale ślub to ślub i lepiej niektóre rzeczy oddać w zarząd armii profesjonalistów. Nie ma nic gorszego, niż profesjonaliści. Fryzjerka, jak zawsze, stanęła na wysokości zadania, a zadanie nie było łatwe - uczesać na ślub kogoś ściętego, jak ładnie mówią na to cięcie w krajach anglojęzycznych, na "pixie" - chochlika, to wyzwanie. Ale pani Agnieszka ze wszystkim sobie poradzi. W wyczarowaną przez nią konstrukcję wsunęłam opaskę z kamyczkami i było cudnie. We władanie profesjonalistek postanowiłam też oddać stopy i dłonie. Błąd. Trzeba było zrobić to chałupniczo. Mało, że ponoć pancerny lakier hybrydowy, który miał wytrzymać na moich paznokciach w stanie nienaruszonym trzy tygodnie, rwanie włosów z głowy oraz układanie kostki Bauma we wszystkich mały miasteczkach w Polsce gołymi ręcami, zaczął odpryskiwać już dzień po nałożeniu. Mało, że zabieg momentami był bolesny, bo kosmetyczka postanowiła rozprawić się ze wszystkim ogniem, mieczem i acetonem. Moje mikrostopy w rozmiarze 35 okazały się jednak zbyt dużym wyzwaniem. Niemal na każdym placu zostawiła mi strupki przy paznokciach. Takiej sieczki na stopach to nie miałam chyba nawet wtedy, kiedy nosiłam glany w upalne lato anno Domini 2004. Dobrze, że szłam w czółenkach, bo gdyby to były sandały, zalałabym się rzewną łzą. Nigdy więcej nie pójdę do kosmetyczki. Ze szczególnym uwzględnieniem manikiurzystek. Jak wściekła na wszystko opowiadałam o tej sieczce ze stóp mojemu ojcu, on jak zawsze wykazał się empatią:
Ja: No i mam sieczkę ze stóp. Co za babon, a niby to miała być profesjonalistka!
Ojciec: No ale wiesz... Może to jest jakaś, nie wiem, ekonomistka albo specjalistka od PR, która nie znalazła pracy w zawodzie i zrobiła kurs na kosmetyczkę...
Ja: To znaczy, że jest do dupy w aż dwóch wyuczonych zawodach.
Dobrze, że pomalowałam się sama, bo po doświadczeniach z manikiurzystką podejrzewam, że mogłabym wyglądać jak drag queen po całonocnym show w najbardziej podłym klubie w południowej Arizonie. I choć kultura drag mnie fascynuje, to nie na tyle, żeby stać się marną kopią kampowej kopii. Nie dla mnie ten poziom postmoderny.
Po drugie, nie ufajcie urzędnikom. Wydaje wam się, że tacy jesteście świeccy, nowocześni i hop do przodu, że jak weźmiecie sobie ślub cywilny, to nie czekają was żenujące przemowy celebrującego wasz ślub? Błąd! Może jak pojedziecie sobie do Słupska, żeby was nie do końca świętym węzłem związał Biedroń, to wam to nie grozi. W każdym innym przypadku bądźcie gotowi na:
- seksizm,
- żenujące żarty prowadzącego,
- cytaty z czapy,
- obraźliwe uwagi,
- homofobiczne spostrzeżenia dotyczące małżeństw
... i wiele innych w pakiecie. My to otrzymaliśmy od kierownika USC. Który się spóźnił, miał przekrzywiony łańcuch, zrobił z naszego ślubu szopkę (i to nie bożonarodzeniową w stylu krakowskim) i dostarczył tematów do żartów i dyskusji zgromadzonym pracownikom, studentom i doktorantom Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ, którzy przybyli tłumnie. Podobno wśród gości szły zakłady, czy rzucę się na urzędnika z szałem i czy w końcu przestanę się uśmiechać. Teraz to się z tego śmiejemy, no bo cóż począć? Płakać? Najważniejsze, że jesteśmy małżeństwem. Ale dla tych, co nie byli, a być chcieli, zaprezentuję poniżej krótki wyciąg z przemowy urzędnika wraz z komentarzem:
- "Mężczyzna musi być silny, mężny i logiczny, choć nigdy nie zrozumie uczuciowego, emocjonalnego świata kobiety, to te światy będą się uzupełniać" - jestem przekonana, że słyszałam wtedy chichot Moniki i Sary, a także czołowych szyderczyń dżenderowych, reprezentujących Zakład Literatury Poromantycznej oraz Zakład Literatury Baroku i Dawnej Książki.
- "Poznali się na studiach i zamiast uczyć się do egzaminów, patrzyli sobie w oczy. No ale jakoś te egzaminy zdali..." - tak było, potwierdzam. A stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia otrzymałam za to, że znalazłam heteroseksualnego mężczyznę na filologii polskiej. Rzadki ponoć okaz. Jak mawiała nieoceniona Małgorzata Szalona Filolożka, faceci na filologii najczęściej mają już chłopaka na kulturoznawstwie.
- "Małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny i bronimy tego jak niepodległości" - abstrahując od moich i Obywatela Małżonka poglądów na ten temat (a brzmią one: miłość nie wyklucza, małżeństwa i żenujące wpadki ślubne dla wszystkich!), poczułam, jakby mi ktoś lodu nasypał do trzewi. Przede wszystkim ze względu na bardzo bliskie mnie i Obywatelowi Małżonkowi osoby na sali. Które są jedną z najbardziej uroczych par, jakie nosiła ta ziemia. A przed którymi się tej instytucji małżeństwa broni "jak niepodległości".
- mój Obywatel Małżonek ma mieć szpony jak orzeł na godle Polski - na sali reprezentowany przez dywan, na modłę radziecką powieszony na ścianie - aby bronić swojego gniazda jak Ojczyzny. Nasuwa mi się tylko jedno: ojaprdle. Godło na dywanie już nam zostało przyobiecane jako podarek ślubny. Od dżenderowej szyderczyni Pawiana przy Drodze.
- "Bo jeden plus jeden daje w tym wypadku jedenaście. A jak będziecie mieć dzieci, to 111. A jak więcej dzieci, to więcej jedynek, które tworzą całość" - nie wiem, czy dobrze przytoczyłam, bo się zagubiłam jakoś w tej algebrze. Ale ja nigdy nie byłam orłem (ze szponami) z matematyki. I to Obywatel Małżonek ma być silny i logiczny. Może mi, biednemu głupiątku, kiedyś objaśni te zawiłości matematyczne.
- "Faceci są wzrokowcami i mąż musi być jak Książę w <<Małym Księciu>> - będzie widział wszystkie te piękne róże wokół i będzie widział, że są tak piękne albo piękniejsze od jego róży. Ale on nie zostawi swojej róży, bo jest za nią ODPOWIEDZIALNY!" - no biedny ten mój logiczny, a zarazem prosty i wiecznie pobudzony przez doznania wzrokowe Obywatel Małżonek. I jedyne, co go trzyma przy mnie, to poczucie odpowiedzialności. Bo pokusa czeka na każdym rogu. A facet, to wiadomo. Wzrokowiec i naturalny poligamista.
Sypał jeszcze jak z rękawa cytatami z "Małego Księcia", "Człowieka Ringu" (sic!) i Gałczyńskiego. Gałczyński był najbardziej na miejscu - w końcu to wszystko przypominało "Teatrzyk Zielona Gęś". Czekałam, aż zza węgła wyskoczy na przykład Porfirion Osiełek albo Hermenegilda Kociubińska. No, ale będzie co wspominać. Goście też łatwo nie zapomną tego ślubu. Ale jeśli to miała być reprezentacja powagi urzędu i powagi instytucji małżeństwa, które w Polsce jest ponoć święte i traktowane z czcią nabożną jako podstawa zdrowego społeczeństwa, to brak mi słów. Groteska widać weszła nam w krew.
Po trzecie, nie ma ślubu bez disco polo. Nawet jeśli ułożyliśmy własną playlistę na przyjęcie. Braki pośpiesznie uzupełnił Pan Samochodzik, który w drodze na ślub puszczał nam ckliwe, sentymentalne ballady pseudorockowe o miłości, a w drodze na przyjęcie miłosne disco polo. Disco polo nie unikniesz. Dziedzictwo muzyczne szanuj i do ludu się zbliż, a nie się teraz wyzłośliwasz, niby lewicowa humanistka, a proszę, z pogardą dla muzyki klasy pracującej. Wyszło szydło z worka.
Przydługi ten wpis skończę tylko uwagą, że z fryzury, która miała przetrwać 24 godziny ślubu i przyjęcia, a więc była utrwalona wedle procedur opracowanych przez niemiecki przemysł ciężki (nie mogę się uwolnić od tego Różyckiego, no nie mogę...), bardzo trudno wydłubuje się ryż jaśminowy. Ostatnie ziarenka spłynęły dopiero po namaczaniu tej konstrukcji dnia następnego rano... I jak w ostatniej księdze "Pana Tadeusza" - "Kochajmy się!".
środa, 26 sierpnia 2015
"Kiedy rozum śpi, budzą się demony..."
Przerwa w nadawaniu spowodowana była tym, że w moim życiu nie działo się nic szczególnie interesującego bądź pobudzającego do pisania. Niestety, moje życie codziennie nie jest tak fascynujące, jak innych blogerek i nie wszystko, co się dzieje w moim życiu, warte jest zdjęcia i notki. Ostatnio na przykład głównie pisałam artykuł o literackich celebrytach i napłodziłam tego 22 strony, dziś czeka mnie korekta. Na myśl o tym jest mi słabo. Spędziłam dwa miesiące, skrzętnie katalogując wpisy na Pudelku o pisarzach. I przygotowywałam się do ślubu. Właściwie wszystko jest dopięte, pozostały już drobne, kosmetyczne sprawy, wieczór panieński i wyjść. Za mąż. Niestety, zauważyłam niepokojące symptomy w moim zachowaniu i w moich snach. Otóż intensywnie śnię ślub. Zawsze w jakichś fatalnych wariantach i o krok od katastrofy - albo po prostu śnię katastrofę - i z ulgą budzę się na nieco zdezelowanej kanapie BEDDINGE obok narzeczonego, dochodząc do wniosku, że to był tylko zły sen i ostatecznie wyjdę za właśnie tego mężczyznę, który śpi obok z porozrzucanymi po poduszce czarnymi lokami i kotem zwiniętym na klatce piersiowej. I zdążę. Na pewno zdążę.
Sen I
Śni mi się, że z niczym nie wyrabiamy. Nie zdążyłam pójść do fryzjera, więc na głowie mam kompozycję własną, a na dodatek "bad hair day". Nie miałam czasu zrobić sobie mojego dopracowanego, sumiennie zaprojektowanego i przećwiczonego makijażu, więc tylko pociągnęłam rzęsy dwa razy tuszem, a usta bezbarwną pomadką (makijaż typu "dwie grahamki i pełnoziarnisty krojony poproszę"). Zapomniałam założyć moją piękną opaskę z kamyczkami i jestem wściekła, bo to jedyna okazja w moim życiu, żeby założyć tą śliczną opaskę z kamyczkami. Przyjeżdżamy na miejsce, tacy nieco niedorobieni, zziajani i i tak spóźnieni, urzędnik na nas krzywo patrzy... I wtedy gdzieś zza węgła wychodzi Piotrek, świadek Janka i jego kuzyn. Piotruś uśmiecha się szeroko i bardzo przyjemnie. Ubrany jest bardzo modnie i bardzo elegancko. Zakładając, że mamy XVIII wiek. Ma białą peruczkę z loczkami, upudrowaną twarz i różowe poliki. Turkusowy, wzorzysty surducik. Koszulę z żabotem i wystające, koronkowe mankiety. Wielki, kurka siwa, pierścień z oczkiem. Złote pantalony, białe podkolanówki i buty na obcasie i z klamerką. Złotą. Ponadto podpiera się laseczką. Budzę się zlana potem.
Sen II
Śni mi się, że zajeżdżamy pod urząd, a tam pustka. Stoją tylko świadkowie, jacyś tacy smutni, szarzy, brzydcy jacyś, jakby żywcem wyjęci z kina moralnego niepokoju. W ogóle cała sceneria jak z kina moralnego niepokoju. Rodzice też, moralny niepokój. A poza tym - nikogo. No, po prostu nikogo. Nikt nie przyszedł. Dalsza rodzina, przyjaciele, 3/4 Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej, no po prostu nikt nie przyszedł. W grobowej i moralnie niepokojącej atmosferze bierzemy ślub. W równie grobowej i moralnie niepokojącej atmosferze, a ponadto nie w ładnej restauracji, a w obskurnym barze szybkiej obsługi z boazerią na ścianach i menu wypisanym na tekturowej tacce od frytek siorbiemy barszcz z tytki. Budzę się zlana potem.
Sen III
Śni mi się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Ja wyglądam jak milion dolarów na wysoko oprocentowanej lokacie, Luby, jak to Luby, wygląda jak dwa miliony dolarów, odsetki rentiera i Jon Snow w garniturze. Goście dopisali. Wszyscy się do mnie uśmiechają. I już mamy wchodzić na tę salę, kiedy moje dwa miliony dolarów, odsetki i Jon Snow w garniturze w jednym znikają. No nigdzie go nie ma. Ślub trzeba brać, a pan młody zniknął. Jestem bliska załamania. Ale prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Z pomocą rzuca się niejaki Adam Barabasz, kolega ze studiów, który ofiarnie proponuje, że skoro pana młodego nie ma, a czas goni, to on w zastępstwie się ze mną ożeni. I że nikt się nie zorientuje, na spokojnie. Ocieram łzy, trochę mi to nie w smak, bo ostatecznie, choć Adam jest miłym kolegą, to chciałam wyjść za Janka. Ale robię szybki rachunek zysków i strat, na konto Adama doliczając, że za darmo będzie mnie uczył francuskiego i ostatecznie ocieram łzy i z mieszanymi uczuciami wychodzę za Adama. Janek zjawia się tuż po ceremonii. Na fajce był. Budzę się zlana potem, ale obok Janka, więc zasypiam ponownie.
Codziennie trę zęby mieszanką białej glinki z Ukrainy i sody oczyszczonej, raz po raz zapytując Janka, czy mam dostatecznie białe zęby, żeby się ze mną ożenił. On prycha i mówi, żebym nie przesadzała, bo hollywoodzka biel z błękitnym połyskiem a la Tom Cruise mu się nie podoba. A poza tym nie mogę mieć za białych zębów, bo on będzie wyglądał głupio przy mnie. Pierwszy raz od studniówki idę na profesjonalny manikir do kosmetyczki. I na czesanie do fryzjera. Nauczona doświadczeniem mojej matki, poszłam na fryzurę próbną, chociaż mojej fryzjerce o oczach smutnego jamniczka ufam - ona wie, co ja mam na myśli i czego chcę. Moja mama w roku '88 nie poszła na fryzurę próbną. Nie poszła też do swojego fryzjera. Poszła do tego, którego miała najbliżej bloku na ul.Miłej na Giszowcu. I wyszła z czymś, co Tomasz Różycki w "Dwunastu stacjach" nazwał szczytowym osiągnięciem niemieckiego przemysłu ciężkiego - śląską fryzurą odświętną. Wyglądało to mniej więcej jak blond chałka, natapirowana i utwardzona lakierem do włosów. I tak moja matka wyszła za mąż z żydowskim wypiekiem na głowie. Człowiek uczy się na błędach, a powinien na uniwersytecie, jak mawia mój Ociec. Który z kolei ze ślubu ma bardzo korzystne zdjęcia, na których ma szeroko otwarte oczy i brwi podjeżdżające mu pod linię włosów. Ręce mu się pomyliły i moja mama szepcze do niego "Jasiu... Jasiu... NIE TA RĘKA". Na wszelki wypadek przećwiczyłam z moim Jankiem ręce. Jak na próbach przed inauguracją roku akademickiego, kiedy starannie wyselekcjonowana grupa świeżo upieczonych studentów i doktorantów powtarzała, którą rękę podać rektorowi, a którą odebrać indeks. Cztery razy. I jeszcze dla pewności tuż przed inauguracją.
Nie da się wyjść za mąż i nie zwariować. No, po prostu nie da się. Próbowałam i zaświadczam - nie ma takiej opcji. Rozdeptuję codziennie moje buty na obcasie. Te dodatkowe dziewięć centymetrów sprawi, że nie będę wyglądać jak Bubamara przy Grdze Piticiu Młodszym. Kto nie widział "Czarnego kota, białego kota", niech sobie zobaczy, o: tak się właśnie poznali.
Sen I
Śni mi się, że z niczym nie wyrabiamy. Nie zdążyłam pójść do fryzjera, więc na głowie mam kompozycję własną, a na dodatek "bad hair day". Nie miałam czasu zrobić sobie mojego dopracowanego, sumiennie zaprojektowanego i przećwiczonego makijażu, więc tylko pociągnęłam rzęsy dwa razy tuszem, a usta bezbarwną pomadką (makijaż typu "dwie grahamki i pełnoziarnisty krojony poproszę"). Zapomniałam założyć moją piękną opaskę z kamyczkami i jestem wściekła, bo to jedyna okazja w moim życiu, żeby założyć tą śliczną opaskę z kamyczkami. Przyjeżdżamy na miejsce, tacy nieco niedorobieni, zziajani i i tak spóźnieni, urzędnik na nas krzywo patrzy... I wtedy gdzieś zza węgła wychodzi Piotrek, świadek Janka i jego kuzyn. Piotruś uśmiecha się szeroko i bardzo przyjemnie. Ubrany jest bardzo modnie i bardzo elegancko. Zakładając, że mamy XVIII wiek. Ma białą peruczkę z loczkami, upudrowaną twarz i różowe poliki. Turkusowy, wzorzysty surducik. Koszulę z żabotem i wystające, koronkowe mankiety. Wielki, kurka siwa, pierścień z oczkiem. Złote pantalony, białe podkolanówki i buty na obcasie i z klamerką. Złotą. Ponadto podpiera się laseczką. Budzę się zlana potem.
Sen II
Śni mi się, że zajeżdżamy pod urząd, a tam pustka. Stoją tylko świadkowie, jacyś tacy smutni, szarzy, brzydcy jacyś, jakby żywcem wyjęci z kina moralnego niepokoju. W ogóle cała sceneria jak z kina moralnego niepokoju. Rodzice też, moralny niepokój. A poza tym - nikogo. No, po prostu nikogo. Nikt nie przyszedł. Dalsza rodzina, przyjaciele, 3/4 Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej, no po prostu nikt nie przyszedł. W grobowej i moralnie niepokojącej atmosferze bierzemy ślub. W równie grobowej i moralnie niepokojącej atmosferze, a ponadto nie w ładnej restauracji, a w obskurnym barze szybkiej obsługi z boazerią na ścianach i menu wypisanym na tekturowej tacce od frytek siorbiemy barszcz z tytki. Budzę się zlana potem.
Sen III
Śni mi się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Ja wyglądam jak milion dolarów na wysoko oprocentowanej lokacie, Luby, jak to Luby, wygląda jak dwa miliony dolarów, odsetki rentiera i Jon Snow w garniturze. Goście dopisali. Wszyscy się do mnie uśmiechają. I już mamy wchodzić na tę salę, kiedy moje dwa miliony dolarów, odsetki i Jon Snow w garniturze w jednym znikają. No nigdzie go nie ma. Ślub trzeba brać, a pan młody zniknął. Jestem bliska załamania. Ale prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Z pomocą rzuca się niejaki Adam Barabasz, kolega ze studiów, który ofiarnie proponuje, że skoro pana młodego nie ma, a czas goni, to on w zastępstwie się ze mną ożeni. I że nikt się nie zorientuje, na spokojnie. Ocieram łzy, trochę mi to nie w smak, bo ostatecznie, choć Adam jest miłym kolegą, to chciałam wyjść za Janka. Ale robię szybki rachunek zysków i strat, na konto Adama doliczając, że za darmo będzie mnie uczył francuskiego i ostatecznie ocieram łzy i z mieszanymi uczuciami wychodzę za Adama. Janek zjawia się tuż po ceremonii. Na fajce był. Budzę się zlana potem, ale obok Janka, więc zasypiam ponownie.
Codziennie trę zęby mieszanką białej glinki z Ukrainy i sody oczyszczonej, raz po raz zapytując Janka, czy mam dostatecznie białe zęby, żeby się ze mną ożenił. On prycha i mówi, żebym nie przesadzała, bo hollywoodzka biel z błękitnym połyskiem a la Tom Cruise mu się nie podoba. A poza tym nie mogę mieć za białych zębów, bo on będzie wyglądał głupio przy mnie. Pierwszy raz od studniówki idę na profesjonalny manikir do kosmetyczki. I na czesanie do fryzjera. Nauczona doświadczeniem mojej matki, poszłam na fryzurę próbną, chociaż mojej fryzjerce o oczach smutnego jamniczka ufam - ona wie, co ja mam na myśli i czego chcę. Moja mama w roku '88 nie poszła na fryzurę próbną. Nie poszła też do swojego fryzjera. Poszła do tego, którego miała najbliżej bloku na ul.Miłej na Giszowcu. I wyszła z czymś, co Tomasz Różycki w "Dwunastu stacjach" nazwał szczytowym osiągnięciem niemieckiego przemysłu ciężkiego - śląską fryzurą odświętną. Wyglądało to mniej więcej jak blond chałka, natapirowana i utwardzona lakierem do włosów. I tak moja matka wyszła za mąż z żydowskim wypiekiem na głowie. Człowiek uczy się na błędach, a powinien na uniwersytecie, jak mawia mój Ociec. Który z kolei ze ślubu ma bardzo korzystne zdjęcia, na których ma szeroko otwarte oczy i brwi podjeżdżające mu pod linię włosów. Ręce mu się pomyliły i moja mama szepcze do niego "Jasiu... Jasiu... NIE TA RĘKA". Na wszelki wypadek przećwiczyłam z moim Jankiem ręce. Jak na próbach przed inauguracją roku akademickiego, kiedy starannie wyselekcjonowana grupa świeżo upieczonych studentów i doktorantów powtarzała, którą rękę podać rektorowi, a którą odebrać indeks. Cztery razy. I jeszcze dla pewności tuż przed inauguracją.
Nie da się wyjść za mąż i nie zwariować. No, po prostu nie da się. Próbowałam i zaświadczam - nie ma takiej opcji. Rozdeptuję codziennie moje buty na obcasie. Te dodatkowe dziewięć centymetrów sprawi, że nie będę wyglądać jak Bubamara przy Grdze Piticiu Młodszym. Kto nie widział "Czarnego kota, białego kota", niech sobie zobaczy, o: tak się właśnie poznali.
Subskrybuj:
Posty (Atom)