poniedziałek, 4 stycznia 2016

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... kobiety też się starzały

UWAGA: jeśli jeszcze nie widziałeś ostatniej części "Gwiezdnych Wojen: Przebudzenia Mocy", to ten wpis może Ci nieco zepsuć zabawę z oglądania. Czyli, opierając się na anglicyzmach, SPOILER ALERT.

"Gwiezdne Wojny" zaczęły być obecne w moim życiu stosunkowo niedawno, bo jakoś na początku mojego spotykania się z obecnym Obywatelem Małżonkiem. Obywatel Małżonek jest wielkim fanem serii i w głowie mu się nie mieściło, że dziewczyna, którą upatrzył sobie na towarzyszkę życia, może nie znać "Gwiezdnych Wojen". Więc mi puścił. Wszystkie 6 części w porządku ukazywania się, a nie chronologicznym. Po obejrzeniu postanowiłam zostać wookieem i zamieszkać na Kashyyyk. Z niemałym opóźnieniem, wynikającym z czekania, aż cała nasza gwiezdna drużyna się zbierze i będzie miała czas pójść do kina, obejrzeliśmy epizod VII. Wyszłam z kina umiarkowanie zadowolona. Film nie wgniótł mnie w fotel, ale też nie rozczarował. Całość opiera się na schemacie "znacie to? - tak. - to posłuchajcie...", czyli mamy:
- tytułowe przebudzenie Mocy u bohaterki, która się tego nie spodziewa i która mieszka na piaszczystym zadupiu galaktyki, ale jest dobra w naprawianiu i uzdatnianiu wszelkich droidów;
- rozkosznego droida, który ma misję przekazania danych komu trzeba;
- konflikt ojca i syna, stojących po dwóch stronach Mocy;
- Rebelię i pogrobowców Imperium, gdzie jedni są ogólnie fajni, a ci drudzy eksterminują wszystko, co stanie na ich drodze;
- jeszcze większą Gwiazdę Śmierci, którą trzeba zniszczyć umiejętnie rozwalając kluczową jej część. Co robi fajny, sprytny i butny pilot;
- mistrza Jedi, który zaszył się na zielonym i lesistym zadupiu galaktyki, a młodziak, w którym przebudziła się Moc, musi go tam odnaleźć;
- Sokoła Millenium, który być może i jest kosmicznym odpowiednikiem 20-letniego BMW, ale przecież kochamy Sokoła Millenium, więc dalej jest w użytku, choć dalej się psuje na potęgę;
- kantynę, w której roi się od najdziwniejszych stworów;
- Hana Solo, który znowu szmugluje, co się da i mówi "I have a bad feeling about this"
... i wiele, wiele innych elementów, które składały się na dotychczasowe 6 epizodów. Z nowości z kolei mamy kuliste droidy, które dzięki swej kulistej budowie wyrażają więcej emocji, głównymi bohaterami są młoda dziewczyna, której nie trzeba ratować, bo sama doskonale się ogarnia w galaktyce oraz czarnoskóry zbieg z armii szturmowców, a za hełmem Kylo Rena nie kryje się zdeformowana facjata doświadczonego bad guya, a dość uroczy pyś młodzieńca szarganego Weltschmerzem, ale nie trądzikiem. Są też stare i mądre kobiety, czyli Maz Kanata, mała, żółta, pomarszczona, w golfie, bezrękawniku i goglach. Ma jakieś tysiąc lat, prowadzi wielki i radosny bar dla wszystkich ras, przypomina trochę zwariowaną staruszkę, ale Widzi Rzeczy. Czyli widzi, że Rey jest niezwykła. Wedle schematu Włodzimierza Proppa Maz Kanata jest donatorem: daje Rey miecz świetlny, który należał kolejno do Anakina, a potem Luke'a Skywalkerów. Ze starych i mądrych kobiet mamy też generałkę Rebeliantów, Leię Organę, w którą kolejny raz wcieliła się Carrie Fisher. Która ma, podobnie jak jej bohaterka, 59 lat i nieco skomplikowane życie za sobą. I jest piękną kobietą tuż przed 60. rokiem życia, która nie próbuje udawać, że ledwie przekroczyła wiek chrystusowy. Nie trzeba było długo czekać na internetową gównoburzę, zwłaszcza, że Fisher odmówiła schudnięcia do roli i wyśmiała obsesyjnie przywiązanie do młodości i piękna w Hollywood. My tu w Polsce wiemy, że obraza uczuć religijnych źle się kończy, a Fisher obraziła najgłębsze dogmaty Hollywood, mówiąc, że kobiety się starzeją. I, najwyraźniej, dawno, dawno temu w odległej galaktyce też się starzały.

Nie przyszło mi do głowy podczas seansu, że Leia jest stara i gruba i w ogóle nie powinna tak wyglądać. Han Solo też jest stary. Być może dlatego, że grane przez nich postacie nie są już młode. Przypomnijmy więc, kim jest Leia Organa: jest córką Anakina Skywalkera i Padme Amidali. Padme umarła przy porodzie, Anakin przeszedł na ciemną stronę Mocy i stał się Darthem Vaderem. Bliźnięta Skywalker, Luke'a i Leię, rozdzielono. Luke'a wychowywali wuj i ciotka na Tatooine, Leię adoptowali Organowie, królewska rodzina z Alderaan. Rodzeństwo nie wiedziało o swoim istnieniu. Leia przyłączyła się do Rebeliantów jeszcze jako księżniczka Alderaan. Które zresztą zostało zniszczone na jej oczach przez Dartha Vadera. Potem odkryła, że ma brata bliźniaka. Potem stanęła na czele Rebelii i nie obawiała się sama chwycić za broń, waląc w szturmowców aż się echo niosło po galaktyce. Została uwięziona przez Jabbę w roli seksualnej niewolnicy i paradowała ubrana (?) tak:


Stojąc na czele Rebelii walnie przyczyniła się do upadku Imperium. Jej dalsze losy poznajemy częściowo z "Przebudzenia Mocy": otóż związała się z Hanem Solo i urodziła syna. Jej walka nie została zakończona. Jest generałką i przewodzi walce przeciwko Pierwszemu Porządkowi. Jakby tego było mało (zniszczenie ojczystej planety, zaginiony bliźniak, ojciec na czele Imperium, kolejne uwięzienia, akcje ratunkowe, strzelaniny, plany itd.), jej syn przeszedł na ciemną stronę Mocy pomimo tego, że szkolił go jej własny brat. Brat, po tak spektakularnej porażce, ucieka w pizdu na krańce galaktyki, a ona usiłuje go znaleźć. Han Solo, załamany konwersją potomka, zwiewa od niej i zajmuje się szmuglerstwem. Zostaje sama ze swoją porażką wychowawczą i Rebelią, próbując dotrzeć do brata, który strzelił fochem stulecia i wierząc, że jej syna ciągle można uratować. Zamiast zwiać, jak Han Solo i Luke, zostaje i organizuje cały ruch oporu. Recenzenci lubią pisać, że to Rey jest feministycznym obliczem "Przebudzenia Mocy". Moim zdaniem to Leia nim jest. A to oblicze wygląda teraz tak:



Jak dla mnie wygląda świetnie. Biorąc pod uwagę, kim jest, przez co przeszła i czym się zajmuje. Wygląda autentycznie i nadal jest piękna. Moim zdaniem twórcy filmu postąpili mądrze i logicznie: mniej więcej sześćdziesięcioletnia kobieta po przejściach i na czele ruchu oporu i tak wygląda świetnie. Jeśli chodzi o popularne kino, to ubiegły rok przyniósł nam kilka fantastycznych postaci dojrzałych, mądrych kobiet, które rozwalają system. Poza gen. Leią są to motobabcie z "Mad Maxa 3" i oczywiście Furiosa, nieco mniej dojrzała od wymienionych powyżej:



Jasne, że można przyjąć, że dawno temu w odległej galaktyce kobiety się nie starzały i do roli Lei zaangażować jakąś top modelkę, np. Kendal Jenner. Można też uważać, że kobiety po 35. roku życia ulegają magicznej anihilacji albo naciągają policzki za uszy i dalej wyglądają na 35-latki. Ja jednak będę obstawać przy tym, że filmy popularne zyskują na sześćdziesięcioletnich generałkach i motobabciach objeżdżających pustynię. I bardzo mnie to cieszy. Reszcie świata, która się nie cieszy, proponuję się oswoić z paroma myślami:

- kobiety stanowią mniej więcej 50% społeczeństwa i należałoby przyjąć, że w związku z tym można stworzyć ciekawą bohaterkę kobiecą. Do tego pierwszoplanową. I niekoniecznie bardzo śliczną. Chociaż może być i śliczna (vide: Rey);
- starsze kobiety występują nie tylko w odległych galaktykach i postapokaliptycznych pustyniach. Są wśród nas i spora część z nich nie zamierza odpuścić i oddać motorów;
- a młodsze kobiety czasami potrafią uratować galaktykę. Albo inne kobiety. Albo własny tyłek z opresji;
- faceci czasami bywają słabi i żałośni i zwiewają na krańce galaktyki. I wtedy nie pozostaje nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce, zostać generałką i ogarnąć wszechświat. Nawet jeśli ma się sześćdziesiąt lat, lekką nadwagę, zmarszczki i trochę dość.

Kobiety zdobyły kolejne przyczółki w reprezentacji popkulturowej. A patrząc na to, jakie to kobiety, łatwo pola nie oddadzą. Zaczęłam anglicyzmami i anglicyzmami skończę: handlujcie z tym. And haters gonna hate.

wtorek, 29 grudnia 2015

Bagnet na broń, a Matka Polka zęby w tynk, czyli rzecz o obowiązkach

Dorosłość polega na tym, że ma się obowiązki. Jedne z nich nakładamy na siebie sami - zawierając małżeństwo, przygarniając kota z ropniem zamiast oka, zapisując się na studia. Inne wynikają z naszego tzw. stosunku pracy i konieczności comiesięcznego płacenia rachunków: jak nie skończysz tych projektów na czas, to cię wyleją, a jak cię wyleją, to kawalerka w wielkiej płycie się sama nie opłaci. Jest też cała masa obowiązków, które wynikają z ról i funkcji społecznych: córki, siostry, matki, obywatelki. Niektóre z tych obowiązków reguluje nasze poczucie przyzwoitości, inne reguluje prawo. Są i takie, które powinny być regulowane przez obydwie te instancje. Należy do nich płacenie zasądzonych alimentów na własne potomstwo, nawet jeśli cholernie nie lubimy ich ojca/matki. Nawet jeśli postanowimy swoje geny przekazać dalej i zakładamy nową rodzinę, to jej założenie nie znosi praw dzieci z poprzedniego związku.

Nie będę tu dochodzić, na jaką kwotę Mateusz Kijowski zalega z płaceniem alimentów, ile ich zapłacił, czy w ogóle płacił i dlaczego. Prawdy w tej materii się nie dojdzie - "Gazeta Wyborcza" napisze, że płacił, ile mógł, i że wcale tak dużo nie zalega i w ogóle sprawa jest złożona, "Do Rzeczy" z kolei napisze, że zalega na milijony i nie płaci, bo liczy na to, że Petru zapłaci za niego. Faktem jest, że nie płacił tyle, ile miał zasądzone. I że to odbija się na jego działalności społecznej, czyli na Komitecie Obrony Demokracji. Czy działacze społeczni są pomnikami ze spiżu? Nie są. Mają prawo do swoich błędów i niedoskonałości, jednakowoż mimo wszystko uważam, że domaganie się praworządności w sytuacji, kiedy zalega się z płaceniem alimentów na własne dzieci jest cokolwiek marne. Jasnym jest, że gdyby Kijowski nie stał na czele KODu, to byłby tylko kolejnym we wcale licznej armii "alimenciarzy". Teraz jest "alimenciarzem" z pierwszych stron gazet. Więc skoro nie o Kijowskim, nie o jego alimentacyjnych długach i obowiązkach oraz ich stanie rzeczywistym, to o czym właściwie chcę pisać? Ano, o jednoosobowym Komitecie Obrony Dzieciorobów, Jacku Żakowskim.

Czasami mam wrażenie, że Jacek Żakowski orbituje wokół naszej planety i czasami tak mu trajektoria wypadnie, że nie wie, co tu się dzieje. Ale ostatnio to już popłynął. Krytą żabką na dystans. Otóż oznajmił, że skoro Kijowski działa społecznie, to dzieci muszą ponieść koszty. Wybrane cytaty w formie gorzkich memów przygotował "ASZdziennik" tutaj. Bo przecież zawsze tak było, że jak mężczyźni idą na wojnę, to Matka Polka zęby w tynk. Jak "brutalnie" sam zauważył red. Żakowski. I gdyby tak nie było, to nie mielibyśmy takich fajowych powstań. I konspiracji. I "Solidarności". No i że taki jest porządek wszechrzeczy, że ojciec bagnet na broń, a matka niech się martwi, jak wykarmić dziatki. A wykarmić trzeba, bo kto będzie walczył w kolejnych powstaniach? Piękny popis patriarchalnego Braterstwa Siusiaków w Słusznej Sprawie. Jest nadzieja dla tego podzielonego narodu - i ci bardziej z prawa i ci bardziej z lewa jednoczą się w Braterstwie Siusiaków, kiedy Sprawa woła. Cudnie, mamy płaszczyznę porozumienia! O taki breweriach, o jakich pisała Agata Komosa tutaj - że kobiety też brały udział w powstaniach, w "Solidarności" i że mimo to zawsze miały z tyłu głowy, że jest jakaś granica, bo jak one pójdą siedzieć, to kto się dziećmi zajmie (i że niewiele ma to wspólnego z równością, czy coś...) - w ogóle Żakowskiemu nie przychodzi do głowy. Dla tego niby to lewicowego publicysty historia Polski wygląda tak jak na tym filmiku Bagińskiego. I nadal powinna tak wyglądać. Bo przecież mężczyzna idzie na wojnę, a kobieta płacze, tuląc do czarnej spódnicy gromadkę dziatek.

Jak się ma dzieci, to ma się obowiązki. Niezależnie od tego, kim się jest i co się w życiu robi. Zaniechanie obowiązków wobec własnych dzieci jest haniebne i choćby najszczytniejsza działalność społeczna tego nie równoważy. O takim drobiazgu jak to, że Kijowski nie zalega z alimentami od listopada - czyli od powstania KOD - nie wspominając. Widać długo był na tej mentalnej wojnie. A może bił się z myślami - płacić czy nie płacić? Zaleganie z alimentami to nie jest "poświęcenie" i "cena" jaką muszą zapłacić dzieci. A domaganie się płacenia alimentów nie jest "ckliwym kawałeczkiem o dzieciach". Pozwolę sobie, jako bezczelna smarkula, udzielić red. Żakowskiemu rady, której i tak zapewne nie przeczyta, a już tym bardziej do serca sobie nie weźmie: to, że ma się fallusa, a przez to ma się głos, jeszcze wcale nie znaczy, że zawsze warto go zabierać.


wtorek, 8 grudnia 2015

Niewłaściwi ludzie na niewłaściwych miejscach

Nie, to nie jest notka polityczna. To nie będzie komentarz dotyczący rządu, choć tytuł mógłby sugerować coś wprost odwrotnego. To będzie wpis o innych niewłaściwych ludziach na niewłaściwych miejscach. Oczywiście, zawsze można napisać o stanowczych przeciwnikach antykoncepcji i współżycia przed/pozamałżeńskiego wśród ginekologów, którzy powinni zajmować się czymś, nomen omen, zgoła innym, niż sumienie pacjentki i jej życiowe wybory. Albo o dziennikarzach z bożej łaski, którzy nie potrafią napisać akapitu poprawną polszczyzną. O wszystkich wujkach Mietkach, zawołanych trenerach kadry narodowej w dowolnej dyscyplinie, ekspertach od podatków, polityki, a ostatnio także od Trybunału Konstytucyjnego. Ogólnie rzecz biorąc - otacza nas olbrzymia masa ludzi, którzy uwielbiają wypowiadać się na temat, na którym się kompletnie nie znają. Co więcej, są to ludzie wysoce przekonani o własnej kompetencji. Niezachwiani w swoich sądach. Największe ich stężenie na metr kwadratowy występuje na międzywydziałowych indywidualnych studiach humanistycznych oraz w mediach.

Otóż piszę zainspirowana newsem z Pudelka, który to portal jest dla mnie bardzo często źródłem wszelkiej inspiracji. Wypowiedziała się tam o hejcie, który jest problemem poważnym, bo ofiary wpadają w depresję oraz w skrajnych przypadkach wieszają się na skakankach, pewna domniemana hejtu ofiara. Edyta Pazura nie zamierza się wieszać na skakance, ale błyskotliwie diagnozuje problem hejtu w Internecie, jakiego regularnie pada ofiarą. Pozwolą Państwo, że przytoczę:

Za bardzo wpuściliśmy ludzi do świata mediów. Jednak po to te programy tworzą dziennikarze i wydawcy są za to odpowiedzialni, żeby ludzie, którzy się na tym nie znają, nie wchodzili do świata mediów. A za bardzo jednak gdzieś ich wpuściliśmy, przez to dając im anonimowość i możliwość wypowiedzenia się na tematy, na których się nie znają.

Źródło: klik

Sekunduje jej inna ofiara własnego buractwa i przekonania o supremacji w Europie, Jarosław Kuźniar:

Zaczęło się jakieś siedem-dziewięć lat temu i ma związek z marketingiem mediów - narzekał w wywiadzie. Zaczęło się od listów i mejli do redakcji. A potem same redakcje zaczęły zachęcać i się otwierać: "Piszcie, mówcie, dotykajcie nas". Rozwinął się Facebook, a my dalej prosiliśmy: "Chcemy być jeszcze bliżej Was, współredagujcie nas, głosujcie, co myślicie, zróbmy sondaż w każdej sprawie". Nie spodziewaliśmy się, że to może być zły dotyk. Zakładaliśmy, że mówimy do ludzi rozsądnych...

Źródło: klik 

Niesamowite, prawda? Celebrytka znana z tego, że wyszła za aktora komediowego i teraz wypowiada się na każdy dowolny temat - historycznych zaszłości polsko-ukraińskich, gotowania, wychowania dzieci, pigułki blokującej owulację, pracy menadżerki i organizowania iwentów oraz talentu jej małżonka - twierdzi, że do mediów wpuszczono niewłaściwe osoby, które wypowiadają się na tematy, które są im więcej, niż obce i winę za to ponoszą dziennikarze i wydawcy. Cóż za przenikliwa analiza własnej sytuacji! No i ten podmiot zbiorowy: "za bardzo wpuściliśmy". My, elita. My, ludzie mediów. My, kreatorzy przestrzeni społecznej dyskusji. Bez udziału społeczeństwa. Bo to my, w tym Edyta Pazura, śniadaniowa ekspertka od wszystkiego, się znamy i wiemy. No, klasyczna, by nie rzec - romantyczna sytuacja: "Dziewczyna duby smalone bredzi, / A gmin rozumowi bluźni". Edyta Pazura jest mądrzejsza od przeciętnego obywatela, więc ona mówi, a obywatel słucha. A jak obywatel się ośmieli powiedzieć, że pani Edyta nie ma pojęcia, o czym mówi, to panią Edytę hejtuje, bo jest bydłem, któremu niepotrzebnie dano klawiaturę i stałe łącze w atrakcyjnej cenie. Podobnie Kuźniar. Niestety, opcja wpisywania komentarzy pogrążyła chyba jego dobre samopoczucie.

Żeby była pełna jasność: ludzie w Internecie nad wyraz często komentują, dając wyraz swojemu zdziczeniu i niekompetencji. Jak w którymś filmiku powiedział Krzysztof Gonciarz, korzystanie z Internetu z opanowaniem podstawowych prawideł retoryki to męka i krwawe łzy. Nie wiem, jak z Internetu korzysta kadra Zakładu Literatury Baroku i Dawnej Książki, która nauczała mnie podstawowych prawideł retoryki, ale podejrzewam, że przy czytaniu komentarzy w Internecie prof. B. robi jeszcze smutniejsze i bardziej zawiedzione miny niż wtedy, kiedy usiłowaliśmy wymyślić poprawny sylogizm dwurożny. Z ludzi w Internecie wychodzi najgorsze zwierzę, to prawda. Ale podział na "my - elita, co wie i się zna" i "niekompetentnych, dzikich hejterów po drugiej stronie" nie obrazuje złożoności sytuacji. Bo niekompetentni kretyni zaskakująco często otrzymują czas antenowy, nieadekwatne gaże i poczucie, że są elitą...

czwartek, 26 listopada 2015

"Fun with Flags" - dr Sheldon Cooper zaprasza serdecznie do Polski!

Znacie sitcom "Big Bang Theory" (jak chcą tłumacze na polski: "Teoria Wielkiego Podrywu")? Na pewno większość z Was zna. Tym, którzy nie znają, skrótowo objaśniam: to komedia o amerykańskich naukowcach, fizykach i ich perypetiach życiowo-uczuciowych. Jednym z bohaterów jest dr Sheldon Cooper, fizyk teoretyczny, a także entuzjasta flag (i kolei. i "Star Treka". i czego tam jeszcze). Prowadzi on w Internecie swój show, zatytułowany "Fun with Flags". Dzisiaj zapraszam na "Fun with Flags: special edition in Poland"!



Otóż my kochamy flagi. A zwłaszcza naszą flagę, narodową. I w ogóle wszelkie symbole narodowe. I narodowe dobra. Ale flagę najbardziej. Uwielbiamy ją wywieszać, kiedy okazja po temu - czyli z okazji rozmaitych świąt narodowych. Podczas wystąpień polityków. Na marszach, paradach i świętach wojskowych. Każda szkoła ma swój poczet sztandarowy, dumnych i bladych (nie licząc pryszczy) gimnazjalistów z drzewcem. Sztandar wprowadzić. Cała szkoła na baczność. Sztandar wyprowadzić. Ale dopiero jak dyrekcja przemówi. "Ojczyznę kochać trzeba i szanować / Nie deptać flagi i nie pluć na godło", śpiewał niegdyś Muniek. W Urzędzie Stanu Cywilnego kierownik urzędu też każe spojrzeć na orła na dywanie i upodobnić się do niego przyszłemu małżonkowi. Żeby jak orzeł szponami ojczyzny, tak on swego gniazda - rodziny polskiej, prawdziwej, gdzie chłopak i dziewczyna - także szponami bronił. Na koszulkach lubimy ją mieć, na dresach i na ustach. Zwłaszcza, kiedy zataczamy się pijani w lobby jakiegoś egipskiego czy tunezyjskiego hotelu olinkluziw. Flagi polskiej można też używać w mniej oczywistych kontekstach. Na przykład można na biało-czerwono zabarwić sobie zdjęcie na Facebooku. I to nie z okazji 3. maja czy 11. listopada, a z okazji uchwalenia federalnego prawa w USA, które stanowi, że małżeństwa homoseksualne mogą być zawierane w całych Stanach. Więc Facebook, na cześć tej decyzji, zabarwiał ochotnikom zdjęcia profilowe tęczą. Więc my, w kontrze, zawsze w kontrze, w powstaniu, w konspiracji, w utajnieniu, przyszli więźniowie polityczni niezłomni, polską flagą w międzynarodowe gejostwo! Niech wiedzą, że tu jest Polska, schabowy i witamy w piekle! Możemy też nosić na koszulkach taki miks narodowy, kolaż huzara z Polską Walczącą, żołnierzem wyklętym i wiedźminem Geraltem (a czemu nie...?) na tle flagi. I z podpisem "Sierpień 1944 - Pamiętamy!". Albo "Wielka Polska Piastowska". Wszystkie chwyty dozwolone. Premier decydująca się na jakże odważny, niezłomny wręcz, patriotyczny gest występowania wyłącznie na tle flag narodowych. Żeby bardziej widzieli, że tu jest Polska. Tu, cała za premier Szydło, a nie gdzieś tam, gdzie zakładka gorsetu Pannę Młodą na "Weselu" Wyspiańskiego cisnęła, nie w sercu, tylko tu. Na sztandarach, powtykanych wszędzie. A to Polska właśnie. Gdyby się ktoś nie zorientował jeszcze po marszach i okrzykach, to oznakujemy sobie przestrzeń graficznie, dla łatwiejszej identyfikacji (narodowej). Mimo to nadal można utyskiwać na flag narodowych (pardon, przecież mamy też osobną typografię narodową, wyrażaną w losowym i uznaniowym - duch Polski zawsze niepodległy! - zastosowaniu liter wielkich i małych, powinnam więc była napisać Flag Narodowych) niedobór, zwłaszcza kiedy użytkownicy portali społecznościowych "wywieszają" sobie na profilach flagi innych państw, w solidarności z ofiarami zamachów. Bo nigdy dość polskiej flagi. I polskiego godła. Dlatego naszą reprezentantkę na Miss Universe po prostu przebierzemy za orła w koronie.

Źródło: http://www.zeberka.pl/art/tak-wygladaja-projekty-strojow-polki-na-miss-universe-2015-38747

Na szczęście, poza flagą i godłem, mamy też w Polsce absurd i groteskę. A przynajmniej tak by się mogło wydawać, bo czasami, choć człowiek ma dyplom literaturoznawcy, trudno jednoznacznie orzec, czy mamy do czynienia z groteską i absurdem, hiperbolą czy prozą realistyczną. Na przykład czytając Masłowską:

I to nie żaden halun na bańce, żaden fleszbek ściemniony, gdyż to jest reality show, co ja teraz widzę, real tv. Otóż raptem nie ma już kolorów na tym świecie. Nie ma. Brak. Kolory przez noc zostały ukradzione. Lub cokolwiek. Może wyprane. Może wyprali ten krajobraz, pejzaż za oknem w pralce automatycznej w nie bardzo tym co trzeba proszku. (...) Cokolwiek zrobili, czy kwaśny deszcz to był, czy inna katastrofa ekologiczna cysterny z wybielaczem, czy wypadek Lewego, gdy jechał swym golfem pełnym amfy, góra domów. Normalnie biały mur wapnem czy innym świństwem przejechany. Sąsiadów dom, co się dochrapali sporego hajcu na przekrętach lewych samochodów od Ruskich sprowadzanych, nagle do połowy też biały od góry. Do połowy. Wszystko do połowy białe. Najczęściej połowa domów. A to co na dole, ulica, to do kurwy jasnej jest czerwone. Wszystko. Biało-czerwone. Z góry na dół. Na górze polska amfa, na dole polska menstruacja. Na górze polski importowany z polskiego nieba śnieg, na dole polskie stowarzyszenie polskich rzeźników i wędliniarzy. (...) Chorze, no chorze wprost to wygląda, miasto mogą sputniki zrobić zdjęcie z kosmosu, paranoja. (s. 61-62)

Oni patrzą po sobie i mówią, że dom malujemy na biało czerwono, bo takie zarządzenie  burmistrza jest na cały powiat. A co jak nie? - mówię, na co oni trochę gasną, patrzą po sobie. Nie niby znaczy się nie - mówią do mnie - to już pana sprawa, czy tak czy nie. Ja powiem szczerze, jak jest. Może być na tak, to wtedy my tu z kolegą wchodzimy, cyk, elegancko, pełna kooperacja Rady Miasta z mieszkańcami rasy polskiej (...). Bo właśnie jeśli jesteś pan na nie, to jedno ja panu powiem szczerze, to już nie jest tak, że taka decyzja nie wpływa. Bo ona wpływa. Niby nic, a raptem wszystko. (...) Że albo się jest Polakiem, albo się nie jest Polakiem. Albo jest się polski, albo jest się ruski. A mówiąc dosadniej albo jest się człowiek, albo jest się chuj. I koniec, tak panu powiem. (...) Tak albo nie, Polska dla Rusków czy Polska dla Polaków. Decyduj się pan, bo my tu gadu gadu, a te ścierwa się zbroją. (s. 68-69)

 Dorota Masłowska: Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną. Warszawa 2002.

I choćbyśmy chcieli zapomnieć o korzeniach, wynarodowić się, skosmopolityzować - to się nie da. Bo na każdym kroku - Polska dla Polaków, Poooolskaaaaa, biało-czerwooooniiiiii. Tu jest Polska. A w ilu przypadkach Ty umiesz odmienić słowo "Polska"?

PS.: A debiutu Masłowskiej - mimo wszystko i moim zdaniem - wciąż należycie nie doceniono.

czwartek, 19 listopada 2015

Obrazki z codzienności

Chyba nie ma takiej siły, która sprawiłaby, żebym pisała regularnie. Dlatego nigdy z blogowania nie będzie piniądzów i nigdy nie zostanę twarzą rajstop, suplementów diety albo sprzętu AGD/RTV. Ostatnio siedzę głównie nad tzw. literaturą podmiotu w sprawie własnego mego doktoratu, nad kotami, które okazują się nie tak znowu różne od dzieci w wieku przedszkolnym, nad kosztorysem konferencji, który powstał już w miliardzie wersji - co jest najlepszym dowodem na to, że byłabym marną księgową, nad fejsbukowym ogarnianiem wydarzeń, w które się włączyłam i nad wózkiem w supermarkecie (choć w tym wypadku to akurat stoję i drepczę, a nie siedzę). Toteż moje życie nie obfituje w głębokie przemyślenia poboczne (tj. niedotyczące bezpośrednio prozy Magdaleny Tulli), a w efekcie - nie mam nic ciekawszego do zaprezentowania, niż kilka obrazków z codzienności.

Obrazek I

Postanowiłam dzisiaj zakupić prezent mikołajkowy dla Obywatela Małżonka. Jako że notorycznie jestem brana za smarkulę, postanowiłam na okoliczność zakupu tego prezentu ubrać się jak dorosły człowiek, żeby nie wzbudzać sensacji, kiedy zapytana przez asystenta sprzedaży bezpośredniej w czym można mi pomóc, odpowiem "szukam prezentu dla męża". Taki ze mnie przemyślny szlachcic Don Quijote z Manchy. A więc, od góry lecąc, czerwona szminka w klasycznym, obecnym na rynku od lat 50. odcieniu czerwieni "Fire&Ice". Granatowa sukienka. Kozaki na irracjonalnie wysokim obcasie, pamiątka z podróży poślubnej do Włoch - bo czyż można przywieźć z Włoch lepszą pamiątkę, niż kozaki na obcasie?! Płaszcz granatowy, po Pani Matce. Paznokć czerwony. No, jednym słowem, przebranie za dorosłą kobietę, mężatkę. Wchodzę zatem do sklepu z konfekcją męską, oglądam wystawiony towar i zagaja mnie subiekt, na oko w moim wieku, bardzo piękny obiekt męski w błękitnej koszuli i granatowym swetrze:
- Czy mogę pani w czymś pomóc?
A ja na to, z pewnością siebie:
- Szukam prezentu dla MĘŻA, chciałabym kardigan, ale cieńszy niż ten, który pan ma na sobie.
Subiekt wywala błękitne oczy, pod które dobrał sobie najwyraźniej koszulę, ale zachowując się profesjonalnie, jak go na szkoleniu uczyli, prezentuje mi dwa warianty towaru "kardigan męski ciemny". Bardzo usilnie próbuje zamaskować zdziwienie tym, że smarkacz przebrany za dorosłego człowieka chce kupić sweter dla MĘŻA. Wybieram kardigan, idziemy do kasy. Nie, wcale nie widać, że przy płaceniu obczaja mą prawicę w poszukiwaniu straconego czasu, tj. obrączki. Znalazł. Zdziwienie nie ustąpiło.

Obrazek II

Wieczór, wracamy do domu, ja płacę wysoką cenę za moją maskaradę. Mam ochotę wyć z rozpaczy w kozakach na wysokim obcasie. Czuję się jak mała syrenka z andersenowskiej baśni, która przehandlowała głos za nogi i teraz przy każdym kroku ma wrażenie, że chodzi boso po ostrzach noży. Usiłując nie krzyczeć w ciemną, katowicką noc i nie skręcić kostki na nierównym, ochojeckim bruku, mówię do Obywatela Małżonka:
- Jak kupowałam te obłędnie piękne buty w Rzymie to nie mogłeś mi powiedzieć: "kochanie, nie kupuj tego szczytowego osiągnięcia włoskiego szewstwa, bo co prawda są piękne i wyobrażasz sobie, że będziesz w nich wysoka, smukła, ponętna i z zadkiem wypiętym jak pawian, ale ty, kochanie moje, jesteś lebiodą stworzoną do chodzenia w martensach, a nie we włoskich kozakach na irracjonalnym obcasie"?!
- Ale jakbym ci tak powiedział, to byś mnie ofukała i się obraziła.
- Nie. Bo to była podróż poślubna i byłam ciężko zakochana.

Obrazek III

Przygotowujemy konferencję naukową i podjęłam się, heroicznie, działki "kosztorys". Zapomniałam, jak to wyglądało w 2013 roku i na własne życzenie zostałam najgorszą księgową w historii rozliczeń. Powstało już miliard wersji tego dokumentu i został on dwukrotnie zakwestionowany przez Instancję Wyższą. Poprawiając go dzisiaj kolejny raz, nuciłam sobie w tle Domowe Melodie: "Grażka, Grażka, weź przestań, bo do nieba nie pójdziesz"... Żart hermetyczny i to bardzo, ale znając skądinąd przekrój moich czytelników, to większość zrozumie. A uwagi Instancji w zasadzie były słuszne. Ja po prostu jestem do rzyci księgową. Nawet mimo moich zapierających dech w piersiach referencji od referentki z wydziałowego działu kosztów, która kiedyś podsumowała mój arcypoprawny opis faktury słowami "no, w końcu się pani czegoś na studiach nauczyła!". Umiem opisywać faktury (a przynajmniej umiałam), a teraz to już degrengolada, płacz, zgrzytanie zębów i tabelki z wydatkami.

Obrazek IV

Znowu jestem u weterynarza. Na przemian z obydwoma kotami. Od końca października, kiedy przygarnęliśmy Inkę, jestem z którymś albo z obydwoma kotami na raz średnio dwa razy w tygodniu w przychodni dla zwierząt. Jak nie oczko, to nosek. Jak nie nosek, to ogonek. Odrobaczanie. Szczepionka. Rzadka kupa. Jeden kot. Albo drugi. Albo oba w jednym czasie. Jedna się wyleczy, to się zarazi zaraz od drugiej. Kołomyja. Ostatnio byłam we wtorek. Z kotem młodszym na okoliczność łzawienia i kichania. Dostałam leki i instrukcję reperacji kotka, nie omieszkałam się też pochwalić, że młoda może i nie domaga, ale starsza za to jest okazem zdrowia, jutro kończymy stosowanie kropelek do oczu i oczęta kocie prezentują się pięknie. Wróciłam do domu. Oczko Szartoki, lewe, leczone, zaiste prezentowało się pięknie, duże, żółte i szeroko otwarte. Natomiast prawe, do tej pory zdrowe, wyglądało tak, jakby kot postanowił wrazić sobie w nie patyk i jeszcze nim pomajtać. Jak dzieci w wieku przedszkolnym, zarażają się od siebie błyskawicznie i naprzemiennie. Może wykupię w przychodni dla zwierząt jakiś abonament...? A może przy uporczywym leczeniu dwóch kotów leczenie trzeciego gratis i przygarniemy jeszcze jakąś kocią bidę z nyndzom?

poniedziałek, 26 października 2015

"Bo nieważne, czyje co je, ważne to je, co je moje"

Znacie utwór "To je moje"? Jeśli nie, to koniecznie posłuchajcie, do wyboru nowszy Kazik albo klasyczny Grześkowiak: To je moje, Silny Kazik Pod Wezwaniem, Kazimierz Grześkowiak. Niestety, niektóre charakterystyki nigdy nie przestają być celne. Solidarność społeczna jest u nas bliska zeru, zgodnie z zasadą "bo nieważne, czyje co je, ważne to je, co je moje". To wyjaśnia sukcesy, bądź co bądź, zarówno Korwin-Mikkego, jak i Petru. Piszę sprowokowana komentarzem, jaki przeczytałam na Facebookowym profilu znajomej, która pisała o wyniku wczorajszych wyborów. Ja tam osobiście szat nie rozdzieram - będzie tak, jak było, tylko trochę gorzej. PiS ma tę zaletę, że nie zwodzi nikogo, jak usiłowało to robić PO. Wiadomo, że nie będzie związków partnerskich, wyprowadzenia religii ze szkół, liberalizacji (albo chociaż przestrzegania obecnej...) ustawy aborcyjnej, porządku w ustawie o in vitro czy ogólnie rzecz biorąc - świeckiego państwa. Świeckiej służby zdrowia. Świeckiej edukacji. Poszanowania praw wszelkiej maści mniejszości oraz wspierania praw kobiet (w tym, przede wszystkim, praw reprodukcyjnych - wiadomo, wszystko sprywatyzować, macice upaństwowić). I przynajmniej wiemy to od początku i wiemy, czego dalej można się spodziewać. Polityki wprost z zakrystii, podlanej narodową dumą i martyrologią. Jacek Dehnel tak powiedział o tandecie martyrologicznej w naszym kraju: "Że zaleje? Dawno zalało. Teraz po prostu podnosi się poziom wód" (źródło tutaj) - i tak będzie ze wszystkim innym. Po prostu poziom wód się podniesie. Różnica jest w zasadzie taka, że PO próbuje udawać liberalną, nowoczesną partię, a PiS nie próbuje. Więc wszystko to, co do tej pory było półjawne, będzie całkiem jawne. Wszelkiej maści dziwokom mojego pokroju zostaje zacisnąć zęby, zainwestować w coś na ciśnienie i za cztery lata (a być może wcześniej) znów zagłosować z nadzieją na podobnych sobie dziwoków z fioletowym sztandarem. Ale ja nie o tym, a o komentarzu, który napisała znajoma znajomej. Otóż, parafrazując, napisała, że chociaż nie jest wyborczynią PiSu, to PO jej nie żal (mnie też nie) i ostatecznie nie będzie wiele gorzej, niż było (też tak sądzę), a takie na przykład małżeństwa homoseksualne nie są kwestią palącą. I tu we mnie zawrzało dziko. Nie odpisywałam na komentarz, bo pomimo tego, co sądzą o takich jak ja tzw. "prawacy", mam jakieś zasady, a naczelną z nich jest - nie wdawać się w pyskówki z obcymi ludźmi na Facebooku, bo to tylko przybliża do zdiagnozowanych wrzodów, a żadnych pozytywnych skutków nie przynosi. Dlatego sobie założyłam bloga, gdzie ulewam nadmiaru jadu i uspokajam ciśnienie. A więc, raz, dwa, trzy, jadymy:

Pewnie, że małżeństwa homoseksualne, czy, w wersji light, związki partnerskie, nie są kwestią palącą. Zwłaszcza, kiedy się nie jest osobą homoseksualną albo biseksualną. Dla mnie nie są kwestią palącą w ogóle - od niedawna jestem mężatką, bo mam "poprawną" orientację i to szczęście w życiu, że stosunkowo wcześnie spotkałam miłość swojego życia. Mnie ten problem nie dotyczy. Się znaczy, nie jest palący. A że sprawa wygląda trochę inaczej z perspektywy ludzi, którzy wiedzą, że mogą nigdy nie zawrzeć żadnego oficjalnego związku w jakiejkolwiek formie w swoim kraju, to już mnie nie obchodzi. To nie jest aż takie ważne. Temat zastępczy, ot co. A ważna jest gospodarka! Na przykład, "gdyby Petru mógł, oddałby Polskę w leasing do GE Money Bank" (Make Life Harder) i to jest jakiś pomysł na gospodarkę. Jak jesteś silny, sprytny i pracowity, to ciebie nie odda w leasing do GE Money Banku - bo to ty będziesz szefem GE Money Banku. Wszyscy możemy nim być. Jeśli tylko na to ciężko zapracujemy. Tak, zdecydowanie są ważniejsze i bardziej palące kwestie do rozwiązania, niż związki partnerskie osób jednopłciowych. Na przykład, ten parszywy komuch Zandberg chce zabrać wam wszystkim 75% dochodów! Swoją drogą, sądząc po facebookowym poruszeniu, sporo mamy w kraju krezusów. I jeszcze więcej ciołków, ale to akurat żadna nowość. W zasadzie, wszystko jest ważniejsze od równości małżeńskiej - zwłaszcza, że miażdżąca część społeczeństwa może sobie legalnie poślubić upatrzoną osobę. Za jej zgodą, oczywiście. Żeby się tak nie żołądkować, zacytuję Marię Janion, bo zawsze dobrze jest czytać i cytować Marię Janion. Pisząc o miłości jako filarze kultury europejskiej - miłości koncentrującej się na jednym obiekcie, będącej nie tylko pożądaniem, ale także pragnieniem tej właśnie, jedynej, konkretnej osoby, "ty - albo żadna, ty - albo nikt" - pisze też, że "miłość, która jest równocześnie wolnością i oddaniem, może połączyć ludzi w małżeństwie albo poza nim, osoby przeciwnej płci lub tej samej, jednostki różnych ras i rozmaitych stanów społecznych i majątkowych" (M. Janion: Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji. Warszawa 2001, s. 348). Jednak "jeśli wyrzekniemy się miłości w jej odwiecznym europejskim rozumieniu, stracimy jeden z najważniejszych filarów podtrzymujących naszą cywilizację. (...) Przywrócenie jej obecności, przywrócenie właściwego jej ideału wolności i oddania musiałoby się stać powrotem do wyobrażenia osoby, jej niepowtarzalności, niezamienialności, jedyności, tej osoby, która tkwi u podstaw Europy" (s. 356-357). Więc jeśli jeszcze mamy w Europie jakichś straceńców, którzy chcą umacniać europejską wizję osoby i miłości i wspólnym wysiłkiem podpierać ten filar cywilizacji, to czemu im nie pozwolić publicznie i prawnie zadeklarować "ty - albo żadna, ty - albo nikt"? To jest paląca sprawa. Teraz uwaga, odrobina sentymentalizmu i tandety: bo cóż jest ważniejszego na tym świecie niż to, że ludzie, mimo wszystko, jeszcze się kochają? A więc apeluję: wyjrzyjmy czasem poza swoją zagrodę, bo tam są ludzie. Świat nie kończy się za stodołą, a wspólnymi siłami można więcej, niż w duecie "ja ze szwagrem". I z korzyścią dla wszystkich, a nie tylko dla siebie samych.


niedziela, 11 października 2015

"Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi!", czyli nie wiesz kiedy odnajdziesz swoją magdalenkę

Uderzyła mnie dzisiaj w twarz moja dorosłość. Szłam po supermarkecie, pchając przed sobą wózek, stukając butami na obcasie, w spódnicy, która nie podoba się mojej siostrze i w płaszczu zwężanym po mojej matce. I nagle uderzyło mnie to, że mam 25. lat, męża, tytuł magistra, kozaki na obcasie i idę przez supermarket, żeby kupić wędzoną makrelę. Kiedy to się właściwie stało?! Jestem dodatkowo w takim wieku, że moje koleżanki z liceum także wychodzą za mąż albo już wyszły i teraz spodziewają się dziecka. Widzę to wszystko na fejsie i serce roście. A wzięło mnie tak sentymentalnie, bo po powrocie z supermarketu (z makrelą) przeglądałam katalog firmy Avon, z której katalogami nie miałam kontaktu od liceum. A teraz zdarzyło się tak, że przyjaciółka mojej siostry sprzedaje te kosmetyki i zrobiłam sobie wizualną podróż sentymentalną. Właściwie niespecjalnie mnie to ruszało na początku - zamówiłam kredkę do oczu i waniliowe kosmetyki do ciała, bo pasjami uwielbiam kosmetyki waniliowe. Ale dzisiaj natrafiłam na pachnącą karteczkę z perfumami "Incandessence", co okazało się być proustowską magdalenką. Przed oczami przeleciało mi w trybie przyspieszonym całe liceum. Które, jak się okazało, pachnie dla mnie "Incandessence". Próby teatralne w starej kotłowni w szkole. Fajki palone w bramie na Stawowej. Baleriny z H&M, czarne, z czaszkami w środku - nigdy nie miałam tak wygodnych balerin, regularnie zadeptywanych co weekend na kolejnych imprezach w "Strasznym Dworze", który był wtedy jednym z nielicznych klubów w Katowicach. A Cafe Zaszyta jedną z niewielu knajp. Kiedy jeszcze nie było zakazu palenia w lokalach, więc po każdym listopadowym wieczorze w pubie człowiek śmierdział jak stary Kubańczyk. Kiedy miałam czarny golf, grube czarne oprawki i marzenie, że kiedyś będę jak Kazimiera Szczuka, tyle że bez wady wymowy. Kiedy jeszcze mi się chciało chodzić na pomarańczową trasę Kultu. I kiedy S., świadek na naszym ślubie, był dla mnie tylko kolegą z Internetu, którego znałam wyłącznie ze zdjęć i długich rozmów na Gadu-Gadu. Gadu-Gadu! Dobry Jeżu Anaszpanie, ileż ja tam egzystencjalnych rozmów odbyłam! Ile drżeń serca przy zmieniających się kolorach słoneczek! Rozwodnione tyskie w każdej knajpie, waniliowe papierosy, smak błyszczyka z Maybelline. Zapach materacy przy sali gimnastycznej. Czerwony nos i podwiewający kieckę zimny wiatr na 11. listopada, kiedy stałam w poczcie sztandarowym III LO pod pomnikiem konnym (jak głosi legenda, natchniony rzeźbiarz uczynił z Kasztanki ogiera - bo przecież wielki dowódca musi jeździć na ogierze - i na szybko odpiłowywano Kasztance zbędne atrybuty) wąsatego Marszałka. Mapa Imperium Rzymskiego, która wisiała w naszej klasie nawet w momencie, w którym uczyliśmy się o II wojnie światowej. Nieco przerażający półmrok pracowni geograficznej, w którym czaiła się prof. D., zawsze obstawiona milionem map i wykresów, kolorową kredą i globusami. Nurkowanie w koszach i między wieszakami lumpeksu w Superjednostce, z charakterystycznym smrodkiem ciuchów z lumpa. Wiedziona przeznaczeniem, wydałam jakąś astronomiczną kwotę na "Teorie literatury XX wieku. Podręcznik" Burzyńskiej i Markowskiego w EMPiKu. Wtedy nie miałam pojęcia, kim są Burzyńska i Markowski. Teraz mogę z detalami opowiedzieć, jak Markowski dał w twarz znanemu pisarzowi i jaka wynikła z tego awantura. A "Teorie literatury XX wieku" czytałam od deski do deski, kilkakrotnie, od przodu, od tyłu i na wyrywki. Rok, w którym poznałam zascenie teatru Korez, jadłam najlepsze lody w Turynie i myślałam, że będę kiedyś reżyserką. Kiedy wydawało mi się, że jestem strasznie poważna i strasznie dorosła i zaczytywałam się Kurtem Vonnegutem. Długi sweter w czarno-czerwone pasy i wiśniowe martensy, które miałam od gimnazjum, a które rozpadły się dopiero w zeszłym roku. Złamany obcas w dniu odbierania świadectw.

Jesień za oknem, zmarznięte stopy, makrela w lodówce i "Incandessence" wciągane łapczywie ze stron katalogu i oto proszę - człowiek robi się sentymentalny i go bierze na wspominki. Czy cofnęłabym się do tych czasów? BROŃ BORZE! Więc czemu poważnie rozważam zakup tanich perfum tylko po to, żeby je wąchać raz po raz...?