Język podlega wpływom i przemianom, nie ma się co na to obrażać. Kiedyś polszczyzna była pod przemożnym wpływem niemieckiego, włoskiego, francuskiego, rosyjskiego i innych. Dzisiaj jest pod wpływem angielskiego i trudno się burzyć, bo tak się po prostu dzieje. Kiedyś elegantki musiały wtrącić do rozmowy kilka słówek bądź zwrotów po francusku, choćby parlefransiły niewiele lepiej ode mnie, bo to po prostu tres chic, bon ton i basta. Teraz robimy kalki z angielskiego, wtrącamy zwroty, a Internet tyko to nasila. I nie będę się burzyć przeciwko "sorry", "o maj gad", "fakfakfak", bo nie widzę sensu. Będę się burzyć i obśmiewać moje ulubione kalki z angielskiego przeniesione żywcem do polszczyzny, choćby i miały w niej już inne znaczenie i kontekst. Przodują w tym branże modowa i kosmetyczna, a już zwłaszcza blogerki. A ja siedzę i mnie zalewa. Fala jadu, oczywiście. I uwaga wstępna, acz istotna: nie każdy polonista jest prof. Miodkiem. A na pewno ja nie jestem prof. Miodkiem. Wiedzę językoznawczą mam przyzwoitą jak na magistra specjalizującego się w literaturoznawstwie i jest to wiedza wyceniania przez ekspertów z Instytutu Języka Polskiego pomiędzy 4 a 5. Więc coś tam wiem. Ale wszystkiego nie wiem. Mogę wytłumaczyć, skąd się wzięło "rz" i "ż" i nawet porekonstruować do prasłowiańszczyzny, jak się poważnie skupię, ale szczegółowo wszystkich nieregularnych form deklinacyjnych nie wyjaśnię inaczej, niż "bo to wynika z wielowiekowych przemian i obróbek deklinacji prasłowiańskich, które wyparłam z całą mocą zaraz po zadekretowaniu 4 z gramatyki historycznej przez prof. S.". I nie jestem też w stanie wskazać granicy, do kiedy wpływ obcego języka jest ożywczy, a od kiedy szkodliwy. No, tyle zwierzeń i konfesji, poniżej moje ulubione kalki z angielskiego.
1. Dedykowany
Dedykować można poezyje ukochanej albo piosenkę w radio mamie z okazji Dnia Matki, ale nie krem cerze trądzikowej. Książkę można dedykować, odręcznie nawet można to uczynić, ale kredki powiece się raczej nie dedykuje, a przeznacza do malowania i robienia kresek. Myślałam sobie, że to takie niewinne kaleczenie w obrębie blogów, ale to wypełzło i słyszę ostatnio w reklamie radiowej, że krem jest dedykowany. I to nawet nie komuś (bo może kosmetolog/kosmetolożka stworzyli krem, a owoc swej pracy chcieli zadedykować np. siostrze z przetłuszczającą się strefą T, bo z myślą o niej krem komponowali?), a cerom jest dedykowany. Patrz pan. Nawet cery zyskują teraz odrębną podmiotowość.
2. Zrekreować
Zrekreować styl, zrekreować makijaż, a ja lubię w weekend się zrekreować i pospacerować po lesie. To na szczęście nie wypełzło jeszcze poza blogosferę, ale jak wypełźnie, to uderzy z mocą "stylizacji" (która, jak wiadomo, niekoniecznie jest "na coś", np. ja zakładam okulary i stylizuję się na intelektualistkę; stylizacja jest już nawet wtedy, jak się chwilę zastanowię, jak skomponować spodnie, koszulkę, sweterek i buty, żeby wyglądało w porządku; stylizować można też paznokcie, są nawet odrębne "studia" się tym zajmujące i niekoniecznie chodzi o to, że wystylizują nam paznokcie na szpony "Nosferatu" na przykład... - taka przydługaśna dygresja). Wszystko można wszak zrekreować w ramach rekreacji w wolnym czasie. Z tym powiązane jest jeszcze jedno moje ulubione, robiące ostatnio zawrotną karierę, słówko - KREATOR. "Firma X była kreatorem makijaży na pokazie projektanta Y!", wieszczy nagłówek na portalu. No i może się mylę albo czepiam zbędnie, ale nie wystarczyłoby, że "makijaże wykonała firma X"? Albo że "twórcą makijaży była firma X"? Nie, gdyż pokaz był EPICKI (znaczy długi, narracyjny, wielowątkowy, z wieloma bohaterami i opisami przyrody), więc makijaże miały KREATORA. Dobrze, że nie demiurga, na przykład.
3. Kolaboracja
H&M na przykład kolaboruje nieustannie, zdradzieckie, szwedzkie prosiaki. I to z wielkimi domami mody kolaboruje! Że z francuskimi, to wiadomo, bo jak wiedza powszechna niesie, Francuzi zawsze kolaborują i się poddają (i tu podtekst, nie to co My, Polacy, Powstanie Warszawskie, duma Narodowa, pardon Duma, gdyż nie wiedzieć czemu panuje ostatnio moda na pisanie niektórych Pojęć Wielką Literą, zwłaszcza, jeśli chodzi o Naród, To, Co Polskie i oczywiście Ja z dużej Litery, bo mała mego Ego nie Mieści, a zwłaszcza nie mieści Mojej Dumy. Narodowej.). To na blogu pewnej popularnej "szafiarki" znalazłam (swoją drogą, "szafiarka" fajne słowo, a złośliwcy "szafiarki" nazywają "szatniarkami", co mnie setnie bawi) i co się ubawiłam, to moje. Nie wiem tylko, czy to zgubny wpływ angielszczyzny podparty nieświadomością, czy raczej IPN-u i polskiej polityki historycznej. To byłby temat na magisterium!
4. Kalki z gatunku uroczych
Miałam kiedyś trenera jeździeckiego, uczył mnie skoków przez przeszkody. Wiele czasu spędził w krajach anglojęzycznych i zostały mu z tego pewne maniery językowe i zwroty, które sobie bezwiednie przekopiował. A że był człowiekiem ciepłym, zabawnym i uroczym oraz bardzo otwartym i przyjaznym, to mnie te jego kalki rozczulały. Kiedy dzwoniłam do niego, żeby umówić się na trening, zwykle rozmowa wyglądała tak:
Ja: Dzień dobry, tu Agnieszka od Siwego.
Trener: Aaaa, łobuz, jaksięmasz?
Ja: Dobrze, a pan?
Trener: Dobrze, dziękujębardzo! Co się stało, łobuz?
Ja: Chciałabym się na trening umówić. Na Siwym.
Trener: Aaaaa, poniak! Bardzo lubię twojego poniaka!
Ogólnie "bardzo lubię twojego poniaka" nie wyrażało ciepłych emocji trenera wobec Siwego (choć też), ale przede wszystkim było pochwałą. I like your pony. Chociaż Siwy to wcale nie był poniak. Choć nieduży. Pan trener miał też skłonność do wypowiadania pewnych zwrotów bez przerw. "Jaksięmasz" było jednym wyrazem, podobnie "dziękujębardzo". Ale jego kalki były akurat fajne. A jeśli chodzi o język instruktorów i trenerów jeździectwa, to się nadaje na osobną rozprawę. Fanpejdże poświęcone powiedzonkom trenerów hulają po końskim FB w najlepsze.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
środa, 18 czerwca 2014
Na jakim świecie ja żyję... (furia i wściekłość)
UWAGA: notka
zawiera wiele prywatnych poglądów Autorki, jak np. ten, że gender to nie
jest ideologia, przemoc wobec kobiet ma charakter systemowy i wynika z
tradycji, kultury i religii, że państwo powinno być świeckie i
oddzielone od kościoła, a obywatele państwa mają pełne prawo do własnych
przekonań religijnych, ale to oni, a nie episkopat, mają prawo do
takiego wyboru przedstawicieli w Sejmie, który byłby zgodny z ich
światopoglądem (dotyczy również duchownych) oraz że kościół w Polsce
zachowuje się skandalicznie, a jego bezpardonowe żądania, wyrażane
ustami przedstawicieli episkopatu i płaszczenie się przedstawicieli
rządu przed nimi są poważnym problemem polskiej polityki.
Ja sobie funkcjonuję w równoległej rzeczywistości chyba, a każde zderzenie ze światem zewnętrznym jest bolesne. Bardzo bolesne. Jak dzisiejsza, poranna lektura protokołu z przebiegu spotkania Komisji Wspólnej Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Konferencji Episkopatu Polski poświęconego m.in. ratyfikacji Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, które miało miejsce 14 listopada 2013. Protokół, po długich bojach, na swojej facebookowej stronie zamieściła prof. Monika Płatek (Monika Płatek, prawniczka). Polecam do lektury, choć zaznaczam, że jeśli komuś się wydaje, że mieszka w świeckim państwie, a rząd odpowiada przede wszystkim przed obywatelami, a nie episkopatem, ten się srogo zdziwi. Mnie się zrobiło gorąco, słabo i bardzo nijako. Poczułam się zupełnie nieistotna jako obywatelka, za to bardzo istotna jako samica rozpłodowa, która ma zapewnić przyrost Polaków. Ja wiem, że taka postawa jest dziecinna, ale za każdym razem jak słyszę o "problemie z dzietnością Polek", to jako Polka w "wieku rozrodczym" mam ochotę powiedzieć: WYPCHAJCIE SIĘ. Strajk rozrodczy. Wara wszystkim ode mnie, mojego ciała, mojej płodności, mojej seksualności i mojej dzietności. WARA. Ja nie chcę rzucać teraz antyklerykalnymi hasłami (a mam ich trochę w zanadrzu), Kościół mi nie wrogiem, nie potrzebuję go "zwalczać", ale po przeczytaniu protokołu w tym kraju trzyma mnie chyba tylko moja profesja, bo jak mówi prof. K., "Polska to mój zawód". I choć nie lubię komunałów, to "ten kraj jest chory". Poniżej, bez stylistycznych fajerwerków, wymienię to, co mnie najbardziej w przedstawionym przez prof. Płatek dokumencie wstrząsnęło:
- rząd, ustami Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, Pełnomocniczki ds. Równego Traktowania, tłumaczy się z prób ratyfikowania Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie;
- abp Głódź ODPYTUJE, czy rząd zamierza ratyfikować konwencję i dobitnie zaznacza, że stanowisko Prezydium Rady Episkopatu zostało opublikowane w specjalnym oświadczeniu;
- abp Głódź STWIERDZA, że konwencja jest oparta na założeniach ideologicznych i niezgodnych z prawdą, bo przemoc wobec kobiet jest, najwyraźniej jego zdaniem, systemowa i nie wynika z religii, tradycji i kultury (a z czego? może z nieposłuszeństwa żon, którym jak się ze 3 razy przywali głową w kaloryfer, to dochodzą do siebie); niestereotypowe role płciowe to "homoseksualizm i transseksualizm"; trzymajcie mnie, bo nie mogę;
- co znaczy sformułowanie "ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie nie przyczyniła się znacznie do poprawienia problemu przemocy w rodzinie"? Co to znaczy "poprawić problem przemocy w rodzinie"? To chyba nie jest po polsku.
- ratyfikacja konwencji będzie omawiana w ramach Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej; kto rządzi w tym państwie - rząd (z wyboru obywateli) czy episkopat?
- bp Suski wyraża zaniepokojenie zmniejszeniem od 1989 r. liczby dzieci do 17. roku życia o 36%; macie efekt swojej polityki, ogólne WYPCHAJCIE SIĘ, samice rozpłodowe, podstawa siły narodu, jakoś nieskore są do rodzenia (więc najlepiej je do tego przymusić, utrudniając dostęp do antykoncepcji, delegalizując i penalizując aborcję; sposób działa, np. w Rumunii działał, a kto chce więcej szczegółów, to niech poczyta "Bukareszt. Krew i kurz" Małgorzaty Rejmer - przyp. autorki);
- obligatoryjne mediacje w przypadku, kiedy rozwodząca się para ma małoletnie potomstwo; nie jestem psycholożką, więc niech ktoś kompetentniejszy mnie poprawi w razie pomyłki, ale czy z mediacjami (albo psychoterapią) nie jest czasem tak, że musi być dobrowolna, aby była skuteczna? Nie da się chyba ludzi zmusić do mediowania, bo przymus budzi jeszcze większy opór, a w efekcie jeszcze większy armageddon dla dzieci;
- ten sam bp Suski wyraża zaniepokojenie związkami partnerskimi i wprowadzaną w edukacji "ideologią gender" (dostaję wysypki, jak słyszę taką zbitkę); szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odpowiada, że "rząd nie podejmuje żadnych działań dotyczących związków partnerskich", niech się biskup nie martwi;
- kard. Nycz podkreślił KONIECZNOŚĆ współdziałania Rządu i Kościoła w zakresie polityki rodzinnej; KONIECZNOŚĆ.
- zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące ograniczenia uprawnień do swobody wypowiedzi na terenach kościołów nie zostaną wprowadzone, a rząd nie przygotuje w tej sprawie stanowiska; pan Bittel dziękuje min. Boniemu, że nie zostanie otwarty front ideologiczny, mający na celu promocję pewnego ugrupowania politycznego i metaforycznie głaszcze ministra po główce za to, że rząd się tak ładnie sprawuje;
- pomimo odporu i przedstawienia opinii MEN przez min. Szumilas, że matura z religii nie jest możliwa (tu obszerna i rzetelna argumentacja z odwołaniem do zapisów prawnych), kard. Nycz proponuje, aby zmienić prawo, aby postulat kościoła mógł zostać spełniony; czyli żeby istniała matura państwowa z religii, przy czym program nauczania religii ustala sam kościół. I żeby to prawnie załatwić, bo tak właśnie kościół, ustami kard. Nycza, postuluje;
Nie będę rzucać teraz obraźliwych haseł (chociaż się nasuwają), bo niektóre rzeczy uważam za poniżej mojej godności. Cała ta sytuacja jest, w moim mniemaniu, SKANDALICZNA. Ale zamiast zająć się tym, media żyją nagraniami z restauracji, choć, moim zdaniem, ten protokół mówi wiele więcej o patologiach w tym kraju, niż jakiekolwiek taśmy.
Ja sobie funkcjonuję w równoległej rzeczywistości chyba, a każde zderzenie ze światem zewnętrznym jest bolesne. Bardzo bolesne. Jak dzisiejsza, poranna lektura protokołu z przebiegu spotkania Komisji Wspólnej Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Konferencji Episkopatu Polski poświęconego m.in. ratyfikacji Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, które miało miejsce 14 listopada 2013. Protokół, po długich bojach, na swojej facebookowej stronie zamieściła prof. Monika Płatek (Monika Płatek, prawniczka). Polecam do lektury, choć zaznaczam, że jeśli komuś się wydaje, że mieszka w świeckim państwie, a rząd odpowiada przede wszystkim przed obywatelami, a nie episkopatem, ten się srogo zdziwi. Mnie się zrobiło gorąco, słabo i bardzo nijako. Poczułam się zupełnie nieistotna jako obywatelka, za to bardzo istotna jako samica rozpłodowa, która ma zapewnić przyrost Polaków. Ja wiem, że taka postawa jest dziecinna, ale za każdym razem jak słyszę o "problemie z dzietnością Polek", to jako Polka w "wieku rozrodczym" mam ochotę powiedzieć: WYPCHAJCIE SIĘ. Strajk rozrodczy. Wara wszystkim ode mnie, mojego ciała, mojej płodności, mojej seksualności i mojej dzietności. WARA. Ja nie chcę rzucać teraz antyklerykalnymi hasłami (a mam ich trochę w zanadrzu), Kościół mi nie wrogiem, nie potrzebuję go "zwalczać", ale po przeczytaniu protokołu w tym kraju trzyma mnie chyba tylko moja profesja, bo jak mówi prof. K., "Polska to mój zawód". I choć nie lubię komunałów, to "ten kraj jest chory". Poniżej, bez stylistycznych fajerwerków, wymienię to, co mnie najbardziej w przedstawionym przez prof. Płatek dokumencie wstrząsnęło:
- rząd, ustami Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, Pełnomocniczki ds. Równego Traktowania, tłumaczy się z prób ratyfikowania Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie;
- abp Głódź ODPYTUJE, czy rząd zamierza ratyfikować konwencję i dobitnie zaznacza, że stanowisko Prezydium Rady Episkopatu zostało opublikowane w specjalnym oświadczeniu;
- abp Głódź STWIERDZA, że konwencja jest oparta na założeniach ideologicznych i niezgodnych z prawdą, bo przemoc wobec kobiet jest, najwyraźniej jego zdaniem, systemowa i nie wynika z religii, tradycji i kultury (a z czego? może z nieposłuszeństwa żon, którym jak się ze 3 razy przywali głową w kaloryfer, to dochodzą do siebie); niestereotypowe role płciowe to "homoseksualizm i transseksualizm"; trzymajcie mnie, bo nie mogę;
- co znaczy sformułowanie "ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie nie przyczyniła się znacznie do poprawienia problemu przemocy w rodzinie"? Co to znaczy "poprawić problem przemocy w rodzinie"? To chyba nie jest po polsku.
- ratyfikacja konwencji będzie omawiana w ramach Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej; kto rządzi w tym państwie - rząd (z wyboru obywateli) czy episkopat?
- bp Suski wyraża zaniepokojenie zmniejszeniem od 1989 r. liczby dzieci do 17. roku życia o 36%; macie efekt swojej polityki, ogólne WYPCHAJCIE SIĘ, samice rozpłodowe, podstawa siły narodu, jakoś nieskore są do rodzenia (więc najlepiej je do tego przymusić, utrudniając dostęp do antykoncepcji, delegalizując i penalizując aborcję; sposób działa, np. w Rumunii działał, a kto chce więcej szczegółów, to niech poczyta "Bukareszt. Krew i kurz" Małgorzaty Rejmer - przyp. autorki);
- obligatoryjne mediacje w przypadku, kiedy rozwodząca się para ma małoletnie potomstwo; nie jestem psycholożką, więc niech ktoś kompetentniejszy mnie poprawi w razie pomyłki, ale czy z mediacjami (albo psychoterapią) nie jest czasem tak, że musi być dobrowolna, aby była skuteczna? Nie da się chyba ludzi zmusić do mediowania, bo przymus budzi jeszcze większy opór, a w efekcie jeszcze większy armageddon dla dzieci;
- ten sam bp Suski wyraża zaniepokojenie związkami partnerskimi i wprowadzaną w edukacji "ideologią gender" (dostaję wysypki, jak słyszę taką zbitkę); szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odpowiada, że "rząd nie podejmuje żadnych działań dotyczących związków partnerskich", niech się biskup nie martwi;
- kard. Nycz podkreślił KONIECZNOŚĆ współdziałania Rządu i Kościoła w zakresie polityki rodzinnej; KONIECZNOŚĆ.
- zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące ograniczenia uprawnień do swobody wypowiedzi na terenach kościołów nie zostaną wprowadzone, a rząd nie przygotuje w tej sprawie stanowiska; pan Bittel dziękuje min. Boniemu, że nie zostanie otwarty front ideologiczny, mający na celu promocję pewnego ugrupowania politycznego i metaforycznie głaszcze ministra po główce za to, że rząd się tak ładnie sprawuje;
- pomimo odporu i przedstawienia opinii MEN przez min. Szumilas, że matura z religii nie jest możliwa (tu obszerna i rzetelna argumentacja z odwołaniem do zapisów prawnych), kard. Nycz proponuje, aby zmienić prawo, aby postulat kościoła mógł zostać spełniony; czyli żeby istniała matura państwowa z religii, przy czym program nauczania religii ustala sam kościół. I żeby to prawnie załatwić, bo tak właśnie kościół, ustami kard. Nycza, postuluje;
Nie będę rzucać teraz obraźliwych haseł (chociaż się nasuwają), bo niektóre rzeczy uważam za poniżej mojej godności. Cała ta sytuacja jest, w moim mniemaniu, SKANDALICZNA. Ale zamiast zająć się tym, media żyją nagraniami z restauracji, choć, moim zdaniem, ten protokół mówi wiele więcej o patologiach w tym kraju, niż jakiekolwiek taśmy.
niedziela, 8 czerwca 2014
"Wolność, po co wam wolność, macie przecież... Internety!"
W nawiązaniu do poprzedniej notki, o mądrościach Internetów i o "25 latach wolności" będzie tym razem. A zainspirowała mnie galeria zdjęć i "mundrości" z onetu. Dosłownie powaliła na kolana. Znalazłam ją 4.06. na jakimś zalajkowanym profilu na FB i ręce ostatecznie mi opadły, aby dyndać i powiewać.
Źródło: KLIK
Zaczyna się dość ciekawie. "CNN stworzył wyjątkowy raport, w którym zapytano internautów, za co kochają Polskę. W ten sposób powstało zestawienie 25 aspektów, które wyróżniają nasz kraj na arenie międzynarodowej". Oczywiście pojawiły się ukryte zamki, "natura nietknięta ręką człowieka" ze szczególnym uwzględnieniem Mazur, krakowski rynek i inne punkty obowiązkowe. Z ciekawostek to "zwyczaj picia kawy" (serio? Polska chyba nie jest najbardziej "kawowym" krajem w Europie... o świecie nie wspominając) i małe kawiarnie i kawiarenki (nanana...). W Polsce żyją starzy ludzie, którzy pamiętają okupację nazistowską, komunizm i teraz jeszcze pożyli sobie w wolnym kraju. Nie wiem, czy to aż takie wyjątkowe, bo ludzie nie są w Polsce chyba bardziej długowieczni niż w innych częściach Europy Środkowo-Wschodniej, ale niech tam, niech CNN będzie. "Fryderyk Chopin jest traktowany w Polsce niemal jak gwiazda rocka". Tak, sklepy z pamiątkami są przysypane szopenami w każdej możliwej odsłonie, a to głównie dla turystów i to głównie japońskich. Z tej wielkiej miłości do Chopina w narodzie mamy tak okrojone kształcenie muzyczne w szkołach. Różnorodność kulturowa w Polsce została zilustrowana cmentarzem, co jest wyjątkowo trafne. I głównie się pisze o mieszkających niegdyś na terenie Polski grupach etnicznych, co "za Polskę ginęły". Oczywiście jest też "niespodziewane piękno", bo turyści nie spodziewają się, że kraj postkomunistyczny może wyglądać przyzwoicie. Bo wszędzie było tak, jak w Albanii, zrównać wszystko z ziemią i postawić od nowa, po socjalistycznemu. To przypomina mi gorzkie żale pewnego Amerykanina, który pracował w Polsce jako nauczyciel angielskiego, zatrudniony jak native speaker. Uczył w prywatnych szkołach i szkołach językowych. Był bardzo zawiedziony, bo czuł misję, żeby uczyć biedne, brudne dzieci na klepisku w lepiance, a trafił do dość przyzwoitych placówek oświatowych.
A teraz największe smaczki, czyli miasta. "Po dwóch wojnach światowych i latach komunizmu, mieszkańcom Polski udało się odbudować swoje zniszczone miasta i życie. Jest to godne podziwu". I zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki w tle. Który, jak wiadomo, odbudował własnoręcznie Wałęsa. Z cegły, którą przywiózł z muru berlińskiego. W darze dla Polaków po ciężkich latach degeneracji w komunizmie. Nie chcę tu występować jako adwokat PRL-u, nie był to system idealny (a jakiś jest?), wiele rzeczy można było lepiej i inaczej (zresztą, co ja, smarkula mogę wiedzieć, skoro wtedy nie żyłam; w myśl tej zasady nie wypowiadajmy się w ogóle o życiu w dwudziestoleciu międzywojennym albo w XVI wieku, bo w ogóle wtedy nie żyliśmy), ale do ciężkiej cholery, Warszawa nie stała rozpiętolona do '89. Pałac Królewski nie został odbudowany w '93. No i będę bronić architektury realsocu - ja bym chętnie zamieszkała na Koszutce albo w Nowej Hucie, bo mi się one architektonicznie bardzo podobają. Zwłaszcza Nowa Huta. Wydaje mi się (nie wiem, nie znam się, nie jestem urbanistką), że takie zagospodarowanie przestrzeni do życia dla wielu ludzi jest o wiele szczęśliwsze, niż "osiedle z dużej płyty, co dzień staję jak wryty, jak można pobudować takie gówno, jak można pobudować, a potem nie panować nad tą zgrają, co ciągnie nosem równo", że tak Kazika zacytuję. I co do degeneracji w PRL-u - proszę to powiedzieć w twarz tym wszystkim chłopakom i dziewczynom ze wsi, którzy z niej wyjechali, pokończyli studia i dokonali społecznego awansu. Ja w mojej rodzinie jestem drugim pokoleniem, które skończy studia. Mój tata jest pierwszym magistrem w rodzinie, nikt z jego rodzeństwa studiów nie skończył. Moi dziadkowie to rolnicy. Z drugiej zaś strony, mama też jest pierwszą magistrą w swojej gałęzi rodziny. Moja babcia, krawcowa, i mój dziadek, tokarz, mogli sobie pozwolić na posłanie córki na studia nie pomimo, a dzięki temu, co im się udało osiągnąć w PRL. Jak chcemy się rozliczać, to bądźmy uczciwi. Moja prababcia odrabiała pańszczyznę. Jej wnuk skończył studia. Kto nie widzi tego skoku, niech jeszcze raz przeczyta poprzednie zdanie. Jak się chcemy rozliczać z PRL-em (a jest się z czym rozliczać), to zauważmy, że pomimo wszystko stało się jednak coś dobrego. O czym ci, którzy na tym systemie skorzystali, beztrosko zapomnieli. A CNN ostatecznie nie musi pamiętać. W końcu wszędzie było jak w Rosji stalinowskiej albo Rumunii. Bez różnicy.
Poznańska starówka jako typowe polskie miasto. Ja, natyrliś, polskie miasto, tak samo jak Breslau i Danzig, richtig polska architektura. To wszystko bardzo piękne miasta. Ale może nie wymazujmy z ich przeszłości Niemców, bo to doprawdy żałosne, że we Lwowie i Wilnie na każdym kroku cegła prapolska i dziedzictwo nasze kulturowe najświętsze, bo polskie, a Niemcy do swojej pamięci o miastach, w których mieszkali, praw nie mają. Zresztą, wycieczki do Wilna owinięte w polskie flagi i rozpamiętujące przeszłość polską w Wilnie to standard. A teraz wyobraźmy sobie, że grupa Niemców owija się flagami, śpiewa pieśni niemieckie i z tęsknotą wspomina swoje miasto. Skandal jak nic, już widzę pierwsze strony dzienników (i nagłówki na onecie). A jedni, jak i drudzy, i tak urodzili się poza Gdańskiem czy Wilnem, a tęsknota pozostaje.
I na koniec moich gorzkich żali, filmik, który ma promować inwestowanie w Polsce. "Efektywność pracy w Polsce rośnie szybciej, niż płace, w wyniku czego koszta pracy są jednymi z najniższych w Europie". Naprawdę takiej wolności chcieliśmy...?
Źródło: KLIK
Źródło: KLIK
Zaczyna się dość ciekawie. "CNN stworzył wyjątkowy raport, w którym zapytano internautów, za co kochają Polskę. W ten sposób powstało zestawienie 25 aspektów, które wyróżniają nasz kraj na arenie międzynarodowej". Oczywiście pojawiły się ukryte zamki, "natura nietknięta ręką człowieka" ze szczególnym uwzględnieniem Mazur, krakowski rynek i inne punkty obowiązkowe. Z ciekawostek to "zwyczaj picia kawy" (serio? Polska chyba nie jest najbardziej "kawowym" krajem w Europie... o świecie nie wspominając) i małe kawiarnie i kawiarenki (nanana...). W Polsce żyją starzy ludzie, którzy pamiętają okupację nazistowską, komunizm i teraz jeszcze pożyli sobie w wolnym kraju. Nie wiem, czy to aż takie wyjątkowe, bo ludzie nie są w Polsce chyba bardziej długowieczni niż w innych częściach Europy Środkowo-Wschodniej, ale niech tam, niech CNN będzie. "Fryderyk Chopin jest traktowany w Polsce niemal jak gwiazda rocka". Tak, sklepy z pamiątkami są przysypane szopenami w każdej możliwej odsłonie, a to głównie dla turystów i to głównie japońskich. Z tej wielkiej miłości do Chopina w narodzie mamy tak okrojone kształcenie muzyczne w szkołach. Różnorodność kulturowa w Polsce została zilustrowana cmentarzem, co jest wyjątkowo trafne. I głównie się pisze o mieszkających niegdyś na terenie Polski grupach etnicznych, co "za Polskę ginęły". Oczywiście jest też "niespodziewane piękno", bo turyści nie spodziewają się, że kraj postkomunistyczny może wyglądać przyzwoicie. Bo wszędzie było tak, jak w Albanii, zrównać wszystko z ziemią i postawić od nowa, po socjalistycznemu. To przypomina mi gorzkie żale pewnego Amerykanina, który pracował w Polsce jako nauczyciel angielskiego, zatrudniony jak native speaker. Uczył w prywatnych szkołach i szkołach językowych. Był bardzo zawiedziony, bo czuł misję, żeby uczyć biedne, brudne dzieci na klepisku w lepiance, a trafił do dość przyzwoitych placówek oświatowych.
A teraz największe smaczki, czyli miasta. "Po dwóch wojnach światowych i latach komunizmu, mieszkańcom Polski udało się odbudować swoje zniszczone miasta i życie. Jest to godne podziwu". I zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki w tle. Który, jak wiadomo, odbudował własnoręcznie Wałęsa. Z cegły, którą przywiózł z muru berlińskiego. W darze dla Polaków po ciężkich latach degeneracji w komunizmie. Nie chcę tu występować jako adwokat PRL-u, nie był to system idealny (a jakiś jest?), wiele rzeczy można było lepiej i inaczej (zresztą, co ja, smarkula mogę wiedzieć, skoro wtedy nie żyłam; w myśl tej zasady nie wypowiadajmy się w ogóle o życiu w dwudziestoleciu międzywojennym albo w XVI wieku, bo w ogóle wtedy nie żyliśmy), ale do ciężkiej cholery, Warszawa nie stała rozpiętolona do '89. Pałac Królewski nie został odbudowany w '93. No i będę bronić architektury realsocu - ja bym chętnie zamieszkała na Koszutce albo w Nowej Hucie, bo mi się one architektonicznie bardzo podobają. Zwłaszcza Nowa Huta. Wydaje mi się (nie wiem, nie znam się, nie jestem urbanistką), że takie zagospodarowanie przestrzeni do życia dla wielu ludzi jest o wiele szczęśliwsze, niż "osiedle z dużej płyty, co dzień staję jak wryty, jak można pobudować takie gówno, jak można pobudować, a potem nie panować nad tą zgrają, co ciągnie nosem równo", że tak Kazika zacytuję. I co do degeneracji w PRL-u - proszę to powiedzieć w twarz tym wszystkim chłopakom i dziewczynom ze wsi, którzy z niej wyjechali, pokończyli studia i dokonali społecznego awansu. Ja w mojej rodzinie jestem drugim pokoleniem, które skończy studia. Mój tata jest pierwszym magistrem w rodzinie, nikt z jego rodzeństwa studiów nie skończył. Moi dziadkowie to rolnicy. Z drugiej zaś strony, mama też jest pierwszą magistrą w swojej gałęzi rodziny. Moja babcia, krawcowa, i mój dziadek, tokarz, mogli sobie pozwolić na posłanie córki na studia nie pomimo, a dzięki temu, co im się udało osiągnąć w PRL. Jak chcemy się rozliczać, to bądźmy uczciwi. Moja prababcia odrabiała pańszczyznę. Jej wnuk skończył studia. Kto nie widzi tego skoku, niech jeszcze raz przeczyta poprzednie zdanie. Jak się chcemy rozliczać z PRL-em (a jest się z czym rozliczać), to zauważmy, że pomimo wszystko stało się jednak coś dobrego. O czym ci, którzy na tym systemie skorzystali, beztrosko zapomnieli. A CNN ostatecznie nie musi pamiętać. W końcu wszędzie było jak w Rosji stalinowskiej albo Rumunii. Bez różnicy.
Poznańska starówka jako typowe polskie miasto. Ja, natyrliś, polskie miasto, tak samo jak Breslau i Danzig, richtig polska architektura. To wszystko bardzo piękne miasta. Ale może nie wymazujmy z ich przeszłości Niemców, bo to doprawdy żałosne, że we Lwowie i Wilnie na każdym kroku cegła prapolska i dziedzictwo nasze kulturowe najświętsze, bo polskie, a Niemcy do swojej pamięci o miastach, w których mieszkali, praw nie mają. Zresztą, wycieczki do Wilna owinięte w polskie flagi i rozpamiętujące przeszłość polską w Wilnie to standard. A teraz wyobraźmy sobie, że grupa Niemców owija się flagami, śpiewa pieśni niemieckie i z tęsknotą wspomina swoje miasto. Skandal jak nic, już widzę pierwsze strony dzienników (i nagłówki na onecie). A jedni, jak i drudzy, i tak urodzili się poza Gdańskiem czy Wilnem, a tęsknota pozostaje.
I na koniec moich gorzkich żali, filmik, który ma promować inwestowanie w Polsce. "Efektywność pracy w Polsce rośnie szybciej, niż płace, w wyniku czego koszta pracy są jednymi z najniższych w Europie". Naprawdę takiej wolności chcieliśmy...?
Źródło: KLIK
niedziela, 25 maja 2014
Mądrości Internetów
Nieustannie dowiaduję się czegoś z Internetów. I celowo piszę "Internetów", bo w Internecie sprawdzam pocztę i czytam newsy ze świata i ciekawe blogi, co pomaga mi się zorientować w świecie przy braku telewizora oraz przy braku prasy papierowej w domu (bo nie ma miejsca i pieniędzy, a w Internecie można za darmo i papier się nie marnuje; a w razie prasowego głodu napadam na Rodzicielski Salonik Prasowy). Internety to cała olbrzymia przestrzeń, z której można dowiedzieć się rozmaitych życiowych "mundrości". Najwięcej "mundrości" zawierają oczywiście komentarze czytelników. Ich zgłębianie jest moją dodatkową pasją, której oddaję się z olbrzymią uciechą w wolnych chwilach. Ale do rzeczy. Oto subiektywna lista internetowych "mundrości", z którymi się spotkałam. Gdyby Korwin-Mikke nie funkcjonował w mediach tak długo, byłabym przekonana, że wyłonił się z krawędzi Internetów.
1. Krótkie włosy są niekobiece
To powszechna "mundrość" i wystarczy wejść na dowolny artykuł o modzie i urodzie poświęcony krótkim fryzurom, żeby się w komentarzach naczytać. Ja to się nawet osobiście nasłuchałam (patrz kilka notek poniżej). Oczywiście z krótką fryzurą łączą się: starość, brak higieny, męski wygląd, bycie lesbijką, aseksualność, pozbawienie się kobiecości, bycie chłopczycą, nieatrakcyjność oraz samotność i feminizm (jak wiadomo z Internetów, te dwa zawsze idą w parze i można sobie wymachiwać zamężnymi i dzieciatymi nawet feministkami do woli, Internety wiedzą swoje). Od pewnego blogera (linka nie zamieszczę, coby reklamy nie robić, choć niektóre jego wpisy są zabawne i niektóre szczerze mnie ubawiły i Lubego też) dowiedziałam się (i to na przestrzeni jednego wpisu!), że mężczyzna, z którymi się zaręczyłam, jest kryptohomoseksualistą, gdyż: a) podobają mu się moje krótkie włosy, b) podobają mu się małe biusty i c) nie kręcą go buty na wysokim obcasie, ani na niskim obcasie i jest moją opoką i ostatecznym argumentem w sporze pt. "ślub wezmę w balerinkach". To wszystko, zdaniem wspomnianego, a dość poczytnego blogera czyni Lubego kryptogejem. Póki co nieźle się maskuje, trzeba mu to przyznać. A co do fryzur - mam was wszystkich w nosie i przedwczoraj w salonie fryzjerskim złożyłam jedno z dziwniejszych w historii fryzjerstwa żądań: "Chcę wyglądać jak Dorota Wellman!". I wyglądam. Tak krótko jeszcze obcięta nie byłam chyba.
2. Facet to istota prosta i steruje nim dżojstik schowany w gaciach
No tu już w ogóle ręce opadają. Słynna i opisana jest nienawiść kobiet do własnej płci i wzajemne podgryzanie się i zwalczanie oraz uważanie się za głupsze i słabsze oraz niezdolne (że się odwołam do wypowiedzi Hanny Wujkowskiej: "Dlaczego kobieta nie mogłaby być papieżem? Z powodów fizjologicznych. Tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki"), ale że mężczyźni mają o sobie tak niskie mniemanie? Skoro kobieta nie może, ze względu na przedmiesiączkowy "obrzęk mózgu" kierować dużą instytucją, to co dopiero mężczyzna, który, jak głoszą mądrości, "myśli chujem" (pardon). Jak istoty, które nie są w stanie zapanować nad żądzą na widok kawałka odsłoniętego ciała albo skupić się na bezpieczeństwie nuklearnym (więcej można poczytać TUTAJ) w obecności kelnerek mają rządzić światem? Albo, albo. Albo jesteście, drodzy panowie, czystą kulturą i racjonalnością, w przeciwieństwie do kobiet, które są sterowane czystą biologią i przez to nieracjonalne i w wyniku takiego układu to właśnie wy rządzicie światem, albo jesteście prostymi maszynkami i "dżordż zmienia biegi" (że tak zacytuję Masłowską z "Wojny polsko-ruskiej..."). Tylko skąd tyle pogardy dla samych siebie i w myśl pop-psychologii ewolucyjnej (już sama psychologia ewolucyjna jest dla mnie mocno dyskusyjna, a pop-psychologia ewolucyjna stoi niżej niż poradniki "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?") sprowadzania się do instynktu popychającego do nieograniczonego rozrodu? Faceci mają chyba coś więcej do zaoferowania światu, niż instynkty.
3. Kobiety i mężczyźni nie będą równi, bo kobiety rodzą dzieci
No nie, nie chce mi się tego komentować. Więc tylko pokrótce: "równi" nie znaczy "tacy sami". Poza tym nie widzę związku między moją możnością do rodzenia, a niższą płacą, na przykład.
4. Feministki są brzydkie i zaniedbane
Uroda rzecz gustu, moim zdaniem jest dużo ładnych feministek w Polsce (i to według powszechnie akceptowanych kanonów piękna z okładek). Zaniedbane. Hm. Jasne, że lepiej cudze argumenty zbić nieśmiertelnym od czasów przedszkola "a ty jesteś gupi i brzytki!". Można też odwrócić kota ogonem i zapytać: "Co z ciebie za feministka, skoro golisz nogi i malujesz paznokcie (a twoja kolekcja szminek dawno przekroczyła ramy zdrowego rozsądku - to w moim przypadku)?". Odpowiedź brzmi: "Bo tak właśnie chcę. Grzebałeś w moich rzeczach?".
5. Kobiety robią wszystko tyko po to, aby podobać się facetom (a jeśli twierdzą, że dla siebie, to kłamią)
Takie mądrości można wyczytać na portalach o modzie i urodzie. Zwykle dyskusja rozpoczyna się od jakiegoś wielce "kontrowersyjnego" trendu (np. krótkie włosy, ekstremalna chudość, neonowe makijaże itp.), jedna z czytelniczek rzuca, że w "czymś takim" nie można podobać się mężczyźnie i jatka gotowa, lecą kontr- i prokomentarze z każdej strony. Najlepiej jest przy zdjęciach chudzinek. Zaczyna się od "mężczyzna nie pies, na kości się nie rzuci" przez "mężczyźni lubią krągłości" po "trzeba mieć kawałek biodra i kawałek cycka". A nie daj borze, jak któraś zadeklaruje, że ma w nosie, co podoba się "wszystkim mężczyznom", bo ona zamierza/nie zamierza ... (wstaw odpowiednie)... Albo, co gorsza, zadeklaruje, że szpilki i szminki to ona głównie dla siebie i dla swojego dobrego samopoczucia. Oskarżenia o nieszczerość i hipokryzję lecą falami.
Wnioski: jestem samotną, zaniedbaną lesbijką w związku z niemęskim kryptogejem. A na dokładkę zarazem jestem i nie jestem feministką, co mój wygląd potwierdza. W obu przypadkach. Internety to wspaniałe źródło samopoznania.
1. Krótkie włosy są niekobiece
To powszechna "mundrość" i wystarczy wejść na dowolny artykuł o modzie i urodzie poświęcony krótkim fryzurom, żeby się w komentarzach naczytać. Ja to się nawet osobiście nasłuchałam (patrz kilka notek poniżej). Oczywiście z krótką fryzurą łączą się: starość, brak higieny, męski wygląd, bycie lesbijką, aseksualność, pozbawienie się kobiecości, bycie chłopczycą, nieatrakcyjność oraz samotność i feminizm (jak wiadomo z Internetów, te dwa zawsze idą w parze i można sobie wymachiwać zamężnymi i dzieciatymi nawet feministkami do woli, Internety wiedzą swoje). Od pewnego blogera (linka nie zamieszczę, coby reklamy nie robić, choć niektóre jego wpisy są zabawne i niektóre szczerze mnie ubawiły i Lubego też) dowiedziałam się (i to na przestrzeni jednego wpisu!), że mężczyzna, z którymi się zaręczyłam, jest kryptohomoseksualistą, gdyż: a) podobają mu się moje krótkie włosy, b) podobają mu się małe biusty i c) nie kręcą go buty na wysokim obcasie, ani na niskim obcasie i jest moją opoką i ostatecznym argumentem w sporze pt. "ślub wezmę w balerinkach". To wszystko, zdaniem wspomnianego, a dość poczytnego blogera czyni Lubego kryptogejem. Póki co nieźle się maskuje, trzeba mu to przyznać. A co do fryzur - mam was wszystkich w nosie i przedwczoraj w salonie fryzjerskim złożyłam jedno z dziwniejszych w historii fryzjerstwa żądań: "Chcę wyglądać jak Dorota Wellman!". I wyglądam. Tak krótko jeszcze obcięta nie byłam chyba.
2. Facet to istota prosta i steruje nim dżojstik schowany w gaciach
No tu już w ogóle ręce opadają. Słynna i opisana jest nienawiść kobiet do własnej płci i wzajemne podgryzanie się i zwalczanie oraz uważanie się za głupsze i słabsze oraz niezdolne (że się odwołam do wypowiedzi Hanny Wujkowskiej: "Dlaczego kobieta nie mogłaby być papieżem? Z powodów fizjologicznych. Tuż przed miesiączką dochodzi do swoistego obrzęku mózgu. Kobiety są tak przepełnione płynami fizjologicznymi, że ciężko im zachować zdrowy rozsądek. A co dopiero zarządzać czymś tak ogromnym, jak Kościół katolicki"), ale że mężczyźni mają o sobie tak niskie mniemanie? Skoro kobieta nie może, ze względu na przedmiesiączkowy "obrzęk mózgu" kierować dużą instytucją, to co dopiero mężczyzna, który, jak głoszą mądrości, "myśli chujem" (pardon). Jak istoty, które nie są w stanie zapanować nad żądzą na widok kawałka odsłoniętego ciała albo skupić się na bezpieczeństwie nuklearnym (więcej można poczytać TUTAJ) w obecności kelnerek mają rządzić światem? Albo, albo. Albo jesteście, drodzy panowie, czystą kulturą i racjonalnością, w przeciwieństwie do kobiet, które są sterowane czystą biologią i przez to nieracjonalne i w wyniku takiego układu to właśnie wy rządzicie światem, albo jesteście prostymi maszynkami i "dżordż zmienia biegi" (że tak zacytuję Masłowską z "Wojny polsko-ruskiej..."). Tylko skąd tyle pogardy dla samych siebie i w myśl pop-psychologii ewolucyjnej (już sama psychologia ewolucyjna jest dla mnie mocno dyskusyjna, a pop-psychologia ewolucyjna stoi niżej niż poradniki "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?") sprowadzania się do instynktu popychającego do nieograniczonego rozrodu? Faceci mają chyba coś więcej do zaoferowania światu, niż instynkty.
3. Kobiety i mężczyźni nie będą równi, bo kobiety rodzą dzieci
No nie, nie chce mi się tego komentować. Więc tylko pokrótce: "równi" nie znaczy "tacy sami". Poza tym nie widzę związku między moją możnością do rodzenia, a niższą płacą, na przykład.
4. Feministki są brzydkie i zaniedbane
Uroda rzecz gustu, moim zdaniem jest dużo ładnych feministek w Polsce (i to według powszechnie akceptowanych kanonów piękna z okładek). Zaniedbane. Hm. Jasne, że lepiej cudze argumenty zbić nieśmiertelnym od czasów przedszkola "a ty jesteś gupi i brzytki!". Można też odwrócić kota ogonem i zapytać: "Co z ciebie za feministka, skoro golisz nogi i malujesz paznokcie (a twoja kolekcja szminek dawno przekroczyła ramy zdrowego rozsądku - to w moim przypadku)?". Odpowiedź brzmi: "Bo tak właśnie chcę. Grzebałeś w moich rzeczach?".
5. Kobiety robią wszystko tyko po to, aby podobać się facetom (a jeśli twierdzą, że dla siebie, to kłamią)
Takie mądrości można wyczytać na portalach o modzie i urodzie. Zwykle dyskusja rozpoczyna się od jakiegoś wielce "kontrowersyjnego" trendu (np. krótkie włosy, ekstremalna chudość, neonowe makijaże itp.), jedna z czytelniczek rzuca, że w "czymś takim" nie można podobać się mężczyźnie i jatka gotowa, lecą kontr- i prokomentarze z każdej strony. Najlepiej jest przy zdjęciach chudzinek. Zaczyna się od "mężczyzna nie pies, na kości się nie rzuci" przez "mężczyźni lubią krągłości" po "trzeba mieć kawałek biodra i kawałek cycka". A nie daj borze, jak któraś zadeklaruje, że ma w nosie, co podoba się "wszystkim mężczyznom", bo ona zamierza/nie zamierza ... (wstaw odpowiednie)... Albo, co gorsza, zadeklaruje, że szpilki i szminki to ona głównie dla siebie i dla swojego dobrego samopoczucia. Oskarżenia o nieszczerość i hipokryzję lecą falami.
Wnioski: jestem samotną, zaniedbaną lesbijką w związku z niemęskim kryptogejem. A na dokładkę zarazem jestem i nie jestem feministką, co mój wygląd potwierdza. W obu przypadkach. Internety to wspaniałe źródło samopoznania.
sobota, 17 maja 2014
Obiecywałam sobie, że nie będę o tym pisać, ale...
... nie wytrzymałam. Miałam nie pisać o Eurowizji i Conchicie Wurst z kilku powodów. Po pierwsze, w życiu nie obejrzałam ani jednej Eurowizji. Serio, ani jednej. Co jest najlepszym dowodem na mój najwyższy brak zainteresowania. Wiem tylko, że Polska jakoś nigdy furory nie zrobiła i zawsze mieliśmy na to tysiąc pińcet usprawiedliwień. Po drugie, ileż można o tym samym i roztrząsanie, dlaczego nie wygrały "nasze zdrowe dziewczyny", a wygrała "baba z brodą" i że w ogóle "zdeprawowana Europa" jest doprawdy żałosne. Po trzecie, jestem olbrzymią fanką kiczu, kocham kicz, ale od tego eurowizyjnego w samej warstwie wizualnej zęby bolą. Więc miałam nie pisać i w ogóle się nie zajmować. Ale brak mi konsekwencji, nie wytrzymam, "czasami człowiek musi, inaczej się udusi".
W tym roku wystawiliśmy "My Słowianie". Obejrzałam ten teledysk wielokrotnie, jeszcze zanim pojechał reprezentować nasze "cnoty narodowe". Chyba cierpię na uwiąd starczy, bo jestem przekonana, że mam całkiem niezłą świadomość o znaczeniu pojęcia "ironia" po bez mała 5 latach studiów polonistycznych. Ale wiem też, że wszystkich rozumów nie pozjadałam, więc może się mylę i czegoś nie doczytałam. Na chwilę obecną jednak ironii w teledysku nie widzę, a jedynie ordynarne szczucie cycem. No ale. Widocznie nie ja jestem projektowaną odbiorczynią tego dzieła, nie do mnie to ma trafiać, a, że posłużę się terminem mego Lubego, jest to "softporno dla narodowców". Co do tekstu - no tak to już jest z komercyjnymi piosenkami, że ich teksty są durne i nic na to nie poradzimy. Co do "chowania na swojskiej śmietanie", to jestem żywym przykładem, że na "porost cyca" to nie działa (a chowana na swojskiej śmietanie i na swojskim twarogu, robionym przez moją śp. Babcię, to ja byłam, mleko prosto od krowy w dziecięctwie piłam, jaja kurze w drewutni zbierałam i co?). Nie jestem też folkloroznawczynią ani ekspertką od wsi polskiej (dzieciństwo spędzone jedną nogą w woj. świętokrzyskim mnie nią nie czyni), ale mogę zapewnić, że wieś polska to na pewno nie jest skansen z przeniesioną chatą z Istebnej z połowy XIX wieku. Kto kiedyś jechał przez wsie polskie, ten ma świadomość, że architektonicznie króluje "gargamel wszechpolski", cechujący się elementami dworku szlacheckiego, wieżyczką, wykuszem oraz sidingiem i pelargonią (i uprzedzam ataki: nie, nie każdy na wsi mieszka w gargamelu, wiem o tym). Piosenka Donatana i Cleo w jednym szeregu stawia wszelkie dobra ziem polskich: wódeczkę, śmietankę, chleb rumiany i oczywiście dziewczyny. A nawet przede wszystkim dziewczyny, które są właśnie jako ten chlebek rumiany (a niektóre to nawet jak razowiec, jak dłużej na solarium posiedzą) i są największym tej ziemi bogactwem i chlubą. Wiadomo, najwięcej witaminy itd., kobiety są dobrem narodowym, do narodu należącym i basta. I oczywiście "to, co nasze jest, najlepsze jest, bo nasze jest!". Pewne podobieństwo do frazy "moja racja jest bardziej mojsza, niż twoja twojsza, bo moja racja jest racja najmojsza!" (cytat może być niedokładny, bo z pamięci) z "Dnia Świra" to zapewne czysty przypadek, ale potwierdza tylko diagnozę Koterskiego. Nic nowego, nic specjalnego i jasne, że oburzać się i wykazywać oraz stereotypy szkodliwe obnażać można, ale zrobiono to już tyle razy, że mi się nie chce. Zrobiono to już za mnie, więc nie będę powtarzać ani dowodzić, że piosenka i teledysk są seksistowskie. No i Eurowizji znowu nie wygraliśmy, choć szumu wokół siebie narobiliśmy i "nasze polskie dziewczęta" zareklamowaliśmy, możemy się teraz spodziewać całych wycieczek z jakiejś Szwabii albo innej Owernii, czy nawet, zaszalejmy, z dalekiej Andaluzji, zmierzających w różne kraju strony w celach matrymonialnych. Wygrała Conchita Wurst. I co? I rozpętało się piekło.
Nie będę Conchity i całego środowiska LGBTQ bronić i wykazywać, jakim wspaniałym, subwersywnym triumfem jest wygrana piosenki "Rise like a phoenix". Bo guzik mnie to obchodzi. Nie będę szczegółowo analizować występu Wurst, bo on mnie mało interesuje. Chciałabym tylko zaznaczyć, że Conchita nie jest "przeciw naturze" (wszak biologicznym mężczyznom brody rosną, czyż nie?), a jak już, to przeciw kulturze, jak się chcemy bawić w takie opozycje, bo będąc mężczyzną, co jest podkreślone brodatą żuchwą, ubiera się i maluje tak, jak w naszej kulturze zwykły to czynić kobiety (a zwłaszcza szczególny ich gatunek, zwany "diwą estradową"). I już. Piosenka taka sobie, występ - dopracowany, kiczowaty, Conchita świetnie wpisuje się w gesty, wygląd, aurę diwy. Plus broda. Przyciąga uwagę. I sukces gotowy. Sprawa zamknięta. Czyżby? Otóż nie.
Nasi "reprezentanci" (ja tam się nie czuję szczególnie reprezentowana, ale też nie czuję potrzeby bycia reprezentowaną) po zakończeniu konkursu zachowywali się kretynicznie, co było do przewidzenia. Nie będę się natrząsać z żenujących wypowiedzi o tym, że Europa, wybierając "babę z brodą" zamiast "zdrowych Słowianek" zmierza w złą stronę albo co to za czasy, że dobry cyc w kaftaniku nie zapewnia wygranej. No, to jest oburzające. Skoro dobry cyc w ekspozycji może sprzedać wszystko, od rzeczy tak oczywistych, jak stanik, po rzeczy tak nieoczywiste w kontekście cyca, jak koparka czy blachodachówka, to dlaczego cyc i to osadzony na kilku nosicielkach nie zapewnia wygranej na Eurowizji?! Skandal! Ale to też było do przewidzenia, bo jakże to tak, my im tu eksponujemy najlepsze, co mamy i NAJZDROWSZE, co mamy, a oni co? Cleo i Donatan zafundowali nam wieloodcinkowy serial pt. "Duma i uprzedzenia" i też nie ma się czym specjalnie wzniecać. Burok jest burokiem i nic tego, najwyraźniej, zmienić nie może. Wszystko to przewidywalne. Ale poszło już za daleko. Dowiedziałam się o wszystkim z nieocenionego źródła wiedzy, jakim jest portal pudelek.pl. I od razu przeklejam linka do samodzielnego zapoznania się z materiałem: KLIK. Zabawnych, mniej zabawnych i wcale nieśmiesznych "przeróbek" tej słynnej (i świetnej!) sceny z "Upadku" krąży po Internetach niepoliczalna ilość. I, jak zaznaczyłam, nie każde jest śmieszne. Problem z tym zaprezentowanym w linku powyżej jest jednak poważniejszy. Nie chodzi o to, że nie wpisał się w moje poczucie humoru. Problem w tym, że jest dość przerażający. Zagazowanie kolejnych 6 milionów Żydów ze złości po wygranej Conchity? O takich pomniejszych problemach tego filmiku, jak zupełne uprzedmiotowienie kobiet (przykładów jest tam tyle, że nie trzeba podyplomowych studiów z gender, żeby wychwycić) nie wspominając. Pozostaje mieć nadzieję, że ten filmik miał "wyśmiewać" argumenty Donatana, a ten nie chwycił ironii, od której jest specjalistą. Ja chcę wierzyć, że ten filmik miał być "ironiczny", a nie na serio. Proszę pozwolić mi na młodzieńczą naiwność. Bo jeśli został zrobiony w takiej tonacji, w jakiej Donatan go odczytał, to ja się boję.
W tym roku wystawiliśmy "My Słowianie". Obejrzałam ten teledysk wielokrotnie, jeszcze zanim pojechał reprezentować nasze "cnoty narodowe". Chyba cierpię na uwiąd starczy, bo jestem przekonana, że mam całkiem niezłą świadomość o znaczeniu pojęcia "ironia" po bez mała 5 latach studiów polonistycznych. Ale wiem też, że wszystkich rozumów nie pozjadałam, więc może się mylę i czegoś nie doczytałam. Na chwilę obecną jednak ironii w teledysku nie widzę, a jedynie ordynarne szczucie cycem. No ale. Widocznie nie ja jestem projektowaną odbiorczynią tego dzieła, nie do mnie to ma trafiać, a, że posłużę się terminem mego Lubego, jest to "softporno dla narodowców". Co do tekstu - no tak to już jest z komercyjnymi piosenkami, że ich teksty są durne i nic na to nie poradzimy. Co do "chowania na swojskiej śmietanie", to jestem żywym przykładem, że na "porost cyca" to nie działa (a chowana na swojskiej śmietanie i na swojskim twarogu, robionym przez moją śp. Babcię, to ja byłam, mleko prosto od krowy w dziecięctwie piłam, jaja kurze w drewutni zbierałam i co?). Nie jestem też folkloroznawczynią ani ekspertką od wsi polskiej (dzieciństwo spędzone jedną nogą w woj. świętokrzyskim mnie nią nie czyni), ale mogę zapewnić, że wieś polska to na pewno nie jest skansen z przeniesioną chatą z Istebnej z połowy XIX wieku. Kto kiedyś jechał przez wsie polskie, ten ma świadomość, że architektonicznie króluje "gargamel wszechpolski", cechujący się elementami dworku szlacheckiego, wieżyczką, wykuszem oraz sidingiem i pelargonią (i uprzedzam ataki: nie, nie każdy na wsi mieszka w gargamelu, wiem o tym). Piosenka Donatana i Cleo w jednym szeregu stawia wszelkie dobra ziem polskich: wódeczkę, śmietankę, chleb rumiany i oczywiście dziewczyny. A nawet przede wszystkim dziewczyny, które są właśnie jako ten chlebek rumiany (a niektóre to nawet jak razowiec, jak dłużej na solarium posiedzą) i są największym tej ziemi bogactwem i chlubą. Wiadomo, najwięcej witaminy itd., kobiety są dobrem narodowym, do narodu należącym i basta. I oczywiście "to, co nasze jest, najlepsze jest, bo nasze jest!". Pewne podobieństwo do frazy "moja racja jest bardziej mojsza, niż twoja twojsza, bo moja racja jest racja najmojsza!" (cytat może być niedokładny, bo z pamięci) z "Dnia Świra" to zapewne czysty przypadek, ale potwierdza tylko diagnozę Koterskiego. Nic nowego, nic specjalnego i jasne, że oburzać się i wykazywać oraz stereotypy szkodliwe obnażać można, ale zrobiono to już tyle razy, że mi się nie chce. Zrobiono to już za mnie, więc nie będę powtarzać ani dowodzić, że piosenka i teledysk są seksistowskie. No i Eurowizji znowu nie wygraliśmy, choć szumu wokół siebie narobiliśmy i "nasze polskie dziewczęta" zareklamowaliśmy, możemy się teraz spodziewać całych wycieczek z jakiejś Szwabii albo innej Owernii, czy nawet, zaszalejmy, z dalekiej Andaluzji, zmierzających w różne kraju strony w celach matrymonialnych. Wygrała Conchita Wurst. I co? I rozpętało się piekło.
Nie będę Conchity i całego środowiska LGBTQ bronić i wykazywać, jakim wspaniałym, subwersywnym triumfem jest wygrana piosenki "Rise like a phoenix". Bo guzik mnie to obchodzi. Nie będę szczegółowo analizować występu Wurst, bo on mnie mało interesuje. Chciałabym tylko zaznaczyć, że Conchita nie jest "przeciw naturze" (wszak biologicznym mężczyznom brody rosną, czyż nie?), a jak już, to przeciw kulturze, jak się chcemy bawić w takie opozycje, bo będąc mężczyzną, co jest podkreślone brodatą żuchwą, ubiera się i maluje tak, jak w naszej kulturze zwykły to czynić kobiety (a zwłaszcza szczególny ich gatunek, zwany "diwą estradową"). I już. Piosenka taka sobie, występ - dopracowany, kiczowaty, Conchita świetnie wpisuje się w gesty, wygląd, aurę diwy. Plus broda. Przyciąga uwagę. I sukces gotowy. Sprawa zamknięta. Czyżby? Otóż nie.
Nasi "reprezentanci" (ja tam się nie czuję szczególnie reprezentowana, ale też nie czuję potrzeby bycia reprezentowaną) po zakończeniu konkursu zachowywali się kretynicznie, co było do przewidzenia. Nie będę się natrząsać z żenujących wypowiedzi o tym, że Europa, wybierając "babę z brodą" zamiast "zdrowych Słowianek" zmierza w złą stronę albo co to za czasy, że dobry cyc w kaftaniku nie zapewnia wygranej. No, to jest oburzające. Skoro dobry cyc w ekspozycji może sprzedać wszystko, od rzeczy tak oczywistych, jak stanik, po rzeczy tak nieoczywiste w kontekście cyca, jak koparka czy blachodachówka, to dlaczego cyc i to osadzony na kilku nosicielkach nie zapewnia wygranej na Eurowizji?! Skandal! Ale to też było do przewidzenia, bo jakże to tak, my im tu eksponujemy najlepsze, co mamy i NAJZDROWSZE, co mamy, a oni co? Cleo i Donatan zafundowali nam wieloodcinkowy serial pt. "Duma i uprzedzenia" i też nie ma się czym specjalnie wzniecać. Burok jest burokiem i nic tego, najwyraźniej, zmienić nie może. Wszystko to przewidywalne. Ale poszło już za daleko. Dowiedziałam się o wszystkim z nieocenionego źródła wiedzy, jakim jest portal pudelek.pl. I od razu przeklejam linka do samodzielnego zapoznania się z materiałem: KLIK. Zabawnych, mniej zabawnych i wcale nieśmiesznych "przeróbek" tej słynnej (i świetnej!) sceny z "Upadku" krąży po Internetach niepoliczalna ilość. I, jak zaznaczyłam, nie każde jest śmieszne. Problem z tym zaprezentowanym w linku powyżej jest jednak poważniejszy. Nie chodzi o to, że nie wpisał się w moje poczucie humoru. Problem w tym, że jest dość przerażający. Zagazowanie kolejnych 6 milionów Żydów ze złości po wygranej Conchity? O takich pomniejszych problemach tego filmiku, jak zupełne uprzedmiotowienie kobiet (przykładów jest tam tyle, że nie trzeba podyplomowych studiów z gender, żeby wychwycić) nie wspominając. Pozostaje mieć nadzieję, że ten filmik miał "wyśmiewać" argumenty Donatana, a ten nie chwycił ironii, od której jest specjalistą. Ja chcę wierzyć, że ten filmik miał być "ironiczny", a nie na serio. Proszę pozwolić mi na młodzieńczą naiwność. Bo jeśli został zrobiony w takiej tonacji, w jakiej Donatan go odczytał, to ja się boję.
wtorek, 13 maja 2014
Mataharyzm, czyli duch w narodzie nie zginie
Na studentów zawsze można liczyć. Zawsze. Są bezkonkurencyjni. Tradycje tajnych organizacji, filareci, filomaci, rebelie i ruchy oporu - wszystko to żyje i ma się świetnie na uniwersytecie, nawet (a może zwłaszcza) w naszych konformistycznych czasach. Otóż jak nie ma żadnego wroga, to należy go znaleźć. A wtedy już wiadomo, co robić. Wojna wywiadów, raporty, TW, Mata Hari, konspiracja. Nie mogę się jeszcze zdecydować, czy bardziej jestem ubawiona, czy zażenowana. Otóż do tej pory miałam się za osobę dorosłą i poważną, na dowód czego mogę wykazać się narzeczonym z perspektywą zamążpójścia, mieszkaniem w perle architektury gomułkowskiej, pralką, lodówką, regularnym płaceniem rachunków i innymi, bardzo nudnymi i mieszczańskimi atrybutami przeterminowanego dziecka. Ale to ja. Ja się urodziłam stara i zgorzkniała, od razu z teczką i w okularach, najwyraźniej. W innych duch konspiracyjny najwyraźniej gore, a z braku wojny i/lub okupacji trza se, panie, radzić.
Jestem wielką fanką działań oficjalnych i bezkompromisowych, o czym już niejednokrotnie chyba tu wspominałam. Na spiski i tajne związki to ja się nie nadaję, na żadnego TW też nie. I wydawało mi się, że jak się organizuje spotkanie dla przedstawicieli kół naukowych i wysyła informację o nim na jakieś 400 adresów, to niewiele ma to wspólnego ze spiskiem i tajniactwem. Nie chodziłam po wydziałach w prochowcu, wykonując tajne znaki i szepcząc na ucho szyfrem. Co prawda, spotkanie nie było oficjalne, bo nie na uniwersytecie rzecz miała miejsce, a w knajpie w piątkowe popołudnie, ale też trudno nazwać je tajnym. No ale to mnie się tak wydaje. Kto chce być Matą Hari, ten nie potrzebuje wojny, aby zacząć działać. Pod przykryciem. Incognito. A potem raporty zdawać. Utajnione. Taka rada: żaden tam ze mnie szpieg, ale z tego co wiem z filmów, to przydatna jest druga tożsamość albo fałszywe nazwisko. No i prochowiec, rzecz jasna. Ale co ja tam mogę wiedzieć. Jest to dość ucieszne, że Samorząd Studencki ma "szpiega" nawet na spotkaniu kół naukowych przy piwie. Serio, jeśli chcielibyśmy spiskować, to raczej nie zaczęlibyśmy od wyłożenia naszych pomysłów i niezadowoleń na forum publicznym w trakcie oficjalnego spotkania z Samorządem i to przy użyciu własnej twarzy, imienia i nazwiska. Dlatego właśnie "szpieg przy piwie" tak mnie setnie bawi i żenuje zarazem: nie chodzi o to, że ktoś "od nich" na spotkaniu był, bo takie jego święte prawo. Nie chodzi o to, że się "nie ujawnił", bo w gruncie rzeczy guzik mnie interesuje, co kto robi poza działalnością w kole naukowym, jeśli spotykamy się w sprawie kół naukowych. Bawi mnie ta "konspira", "szpiegostwo" i mataharyzm stosowany na czas pokoju. Ja wiem, że żakowskie żarciki zawsze w cenie, ale bez przesady. No i może się mylę, ale czy koła naukowe są wrogami samorządu? Albo vice versa? Jeśli tak, to proszę mnie poinformować, bo za miesiąc ustępuję z "urzędu" i chciałabym nową przewodniczącą/nowego przewodniczącego poinformować, że przekazuję jej/mu jednostkę w stanie wojny z inną jednostką. Żeby wiedział i szkolił. Szpiegów albo oddziały szturmowe.
Jeśli czytają to jacyś studenci z młodszych lat, to chcę zaapelować: polecam uczestnictwo w kołach naukowych! Poza tym, że można rozwijać swoje zainteresowania, to można się setnie ubawić oraz przeprowadzić wiele ciekawych obserwacji. Że na przykład nadmiar filmów szpiegowskich szkodzi i czasem dobrze obejrzeć jakąś komedię romantyczną. Te brytyjskie polecam zwłaszcza, bo mnie rozczula ich ironiczność i absurdalność. Czasami wydaje mi się, że wszyscy żyjemy w komedii brytyjskiej. Tym razem w "Allo, allo".
Jestem wielką fanką działań oficjalnych i bezkompromisowych, o czym już niejednokrotnie chyba tu wspominałam. Na spiski i tajne związki to ja się nie nadaję, na żadnego TW też nie. I wydawało mi się, że jak się organizuje spotkanie dla przedstawicieli kół naukowych i wysyła informację o nim na jakieś 400 adresów, to niewiele ma to wspólnego ze spiskiem i tajniactwem. Nie chodziłam po wydziałach w prochowcu, wykonując tajne znaki i szepcząc na ucho szyfrem. Co prawda, spotkanie nie było oficjalne, bo nie na uniwersytecie rzecz miała miejsce, a w knajpie w piątkowe popołudnie, ale też trudno nazwać je tajnym. No ale to mnie się tak wydaje. Kto chce być Matą Hari, ten nie potrzebuje wojny, aby zacząć działać. Pod przykryciem. Incognito. A potem raporty zdawać. Utajnione. Taka rada: żaden tam ze mnie szpieg, ale z tego co wiem z filmów, to przydatna jest druga tożsamość albo fałszywe nazwisko. No i prochowiec, rzecz jasna. Ale co ja tam mogę wiedzieć. Jest to dość ucieszne, że Samorząd Studencki ma "szpiega" nawet na spotkaniu kół naukowych przy piwie. Serio, jeśli chcielibyśmy spiskować, to raczej nie zaczęlibyśmy od wyłożenia naszych pomysłów i niezadowoleń na forum publicznym w trakcie oficjalnego spotkania z Samorządem i to przy użyciu własnej twarzy, imienia i nazwiska. Dlatego właśnie "szpieg przy piwie" tak mnie setnie bawi i żenuje zarazem: nie chodzi o to, że ktoś "od nich" na spotkaniu był, bo takie jego święte prawo. Nie chodzi o to, że się "nie ujawnił", bo w gruncie rzeczy guzik mnie interesuje, co kto robi poza działalnością w kole naukowym, jeśli spotykamy się w sprawie kół naukowych. Bawi mnie ta "konspira", "szpiegostwo" i mataharyzm stosowany na czas pokoju. Ja wiem, że żakowskie żarciki zawsze w cenie, ale bez przesady. No i może się mylę, ale czy koła naukowe są wrogami samorządu? Albo vice versa? Jeśli tak, to proszę mnie poinformować, bo za miesiąc ustępuję z "urzędu" i chciałabym nową przewodniczącą/nowego przewodniczącego poinformować, że przekazuję jej/mu jednostkę w stanie wojny z inną jednostką. Żeby wiedział i szkolił. Szpiegów albo oddziały szturmowe.
Jeśli czytają to jacyś studenci z młodszych lat, to chcę zaapelować: polecam uczestnictwo w kołach naukowych! Poza tym, że można rozwijać swoje zainteresowania, to można się setnie ubawić oraz przeprowadzić wiele ciekawych obserwacji. Że na przykład nadmiar filmów szpiegowskich szkodzi i czasem dobrze obejrzeć jakąś komedię romantyczną. Te brytyjskie polecam zwłaszcza, bo mnie rozczula ich ironiczność i absurdalność. Czasami wydaje mi się, że wszyscy żyjemy w komedii brytyjskiej. Tym razem w "Allo, allo".
piątek, 2 maja 2014
Gender Trouble
Tytuł pożyczam od Judith Butler, bo trafny. Nigdy nie miałam problemów ze swoją tożsamością, w każdym razie żadnych większych, niż ma przeciętna nastolatka w stosownym okresie. Być może we własny gender gładko nie weszłam, kontestując go od lat najmłodszych, razem z okresem burzy i naporu (około 12-13 lat) i apogeum przyjaźni z niejakim Rudym, kiedy to zakupiłam spodnie dżinsowe na dziale chłopięcym. A nie tyle zakupiłam, co wymusiłam zakup na mamie. Nie miały aplikacji, dżecików i kwiatuszków. Nigdy nie czułam potrzeby bycia chłopcem/mężczyzną, jako dziewczynka, owszem, widziałam się w roli księżniczki, ale takiej mobilnej, to znaczy dysponującej niezależnym środkiem transportu w postaci konia. Raczej prowadziłam szarżę niż czekałam w wieży na wybawcę. To akurat zostało mi do dziś i jako mobilna księżniczka dysponuję czerwoną, porysowaną corsą o imieniu Klorynda (dla nie-polonistów, polecam przeczytać "Jerozolimę wyzwoloną" Tassa/Kochanowskiego, pod wpływem tej lektury nadałam imię samochodowi) oraz konikiem huculskim o znacznie mniej wzniosłym imieniu - Patafianem vel Tadzikiem (zgodnie z sugestią p. Piaseckiej mogłabym ewentualnie mówić do niego Pan Tafian...). Ostatnio jednak poczułam, że coś może być jednak nie tak. Poczułam w ubiegłą środę na stacji benzynowej. Że chyba czasami coś mi w dżenderze nie styka.
Na ogół, pomimo krótkich włosów (o których naczytałam się już w Internetach, że świadczą o homoseksualizmie bądź aseksualności, podeszłym wieku, niechęci do higieny osobistej lub totalnym braku kobiecości), jestem brana za kobietę. Dla ułatwienia maluję się i noszę spódnice. Jakaś magia dzieje się jednak przy koniach, gdzie z dwudziestoparolatki staję się kilkunastoletnim chłopcem. Zaczęło się od niewinnego zdjęcia ze stajni, gdzie stoimy niemalże w komplecie, cały skład Stajni "AS". W bluzie z konikiem i czapeczce z daszkiem nie wyglądam jak ktoś, kto za miesiąc będzie magistrem, to pewna. Ale jedna z koleżanek ze studiów długo głowiła się, gdzie ja właściwie jestem na tym zdjęciu. Wzięła mnie za czyjegoś młodszego brata. No ale zdjęcie telefonem, jakość nie ta, niech będzie, zdarza się, haha, taka niestabilność genderowa, no. Do tej pory ani razu nie zawiedli mnie panowie z obsługi stacji benzynowych. Ci mają jakiś radar ustawiony na wykrywanie kobiet zbliżających się do dystrybutora. Ledwie podjeżdżałam corsą na stację i zanim zdążyłam się wypakować z auta, już stał przy mnie szeroko uśmiechnięty pan, nakłaniając mnie do zatankowania droższej benzyny, ale za to lepszej i da mi rabat. Z mojego doświadczenia wynikało, że młoda kobieta w czerwonym samochodziku, po którym widać, że trochę przeszedł, ma absolutne pierwszeństwo w obsłudze. Jak byłam platynową blondynką, to w ogóle miałam pierwszeństwo wszędzie, nawet na drodze podporządkowanej. Po prostu z racji płci jestem naturalnie niezdolna do samodzielnego tankowania oraz ogarnięcia moim małym, platynowym rozumkiem zasad ruchu drogowego. Po przefarbowaniu się co prawda przestałam siać taki postrach (a szkoda, sprawiało mi to frajdę), ale tankowanie wciąż mnie przerastało. Aż do środy. Podjeżdżam na stację benzynową, wracając ze stajni, odziana według stajennego dress code'u (czapeczka z daszkiem, stara koszulka w serduszka, bryczesy i skarpety po kolana oraz bardzo zmęczone życiem adidasy), jestem jedyną klientką stacji... I nic. Pan z obsługi w kombinezonie w kolorach firmowych patrzy na mnie apatycznie zza szyby i przeżuwa z wolna gumę. Myślę sobe - ki czort, zwykle już tu był w podskokach i lansadach. Podchodzę do dystrybutora. Pan obserwuje i przeżuwa. Odkręcam wlew. Nie reaguje. Podnoszę mrówkojada, który naleje mi TAŃSZEJ benzyny. Zero reakcji. Nie daję się ogarniającemu mnie stuporowi, zaczynam tankować. Pan przestaje obserwować i znudzony szturcha parówki do hot-dogów. Podjeżdża drugi samochód, pan porzuca szturchanie zakonserwowanych na ostateczność kiełbasek i rusza niczym rączy jeleń, zanim jeszcze starsza pani opuściła swoją wysłużoną skodę - już stoi przy niej i uprzejmie zapytuje: "Czym tankujemy? Czy mogę polecić nieco droższą, ale znacznie lepszą benzynę z rabatem?".
Wyjścia są dwa. Albo, zobaczywszy mój strój uznał, że skoro najwyraźniej potrafię osiodłać konia i prowadzić samochód, to potrafię i konia, i samochód nakarmić, w związku z czym nie potrzebuję pomocy, albo mam poważne gender trouble.
Na ogół, pomimo krótkich włosów (o których naczytałam się już w Internetach, że świadczą o homoseksualizmie bądź aseksualności, podeszłym wieku, niechęci do higieny osobistej lub totalnym braku kobiecości), jestem brana za kobietę. Dla ułatwienia maluję się i noszę spódnice. Jakaś magia dzieje się jednak przy koniach, gdzie z dwudziestoparolatki staję się kilkunastoletnim chłopcem. Zaczęło się od niewinnego zdjęcia ze stajni, gdzie stoimy niemalże w komplecie, cały skład Stajni "AS". W bluzie z konikiem i czapeczce z daszkiem nie wyglądam jak ktoś, kto za miesiąc będzie magistrem, to pewna. Ale jedna z koleżanek ze studiów długo głowiła się, gdzie ja właściwie jestem na tym zdjęciu. Wzięła mnie za czyjegoś młodszego brata. No ale zdjęcie telefonem, jakość nie ta, niech będzie, zdarza się, haha, taka niestabilność genderowa, no. Do tej pory ani razu nie zawiedli mnie panowie z obsługi stacji benzynowych. Ci mają jakiś radar ustawiony na wykrywanie kobiet zbliżających się do dystrybutora. Ledwie podjeżdżałam corsą na stację i zanim zdążyłam się wypakować z auta, już stał przy mnie szeroko uśmiechnięty pan, nakłaniając mnie do zatankowania droższej benzyny, ale za to lepszej i da mi rabat. Z mojego doświadczenia wynikało, że młoda kobieta w czerwonym samochodziku, po którym widać, że trochę przeszedł, ma absolutne pierwszeństwo w obsłudze. Jak byłam platynową blondynką, to w ogóle miałam pierwszeństwo wszędzie, nawet na drodze podporządkowanej. Po prostu z racji płci jestem naturalnie niezdolna do samodzielnego tankowania oraz ogarnięcia moim małym, platynowym rozumkiem zasad ruchu drogowego. Po przefarbowaniu się co prawda przestałam siać taki postrach (a szkoda, sprawiało mi to frajdę), ale tankowanie wciąż mnie przerastało. Aż do środy. Podjeżdżam na stację benzynową, wracając ze stajni, odziana według stajennego dress code'u (czapeczka z daszkiem, stara koszulka w serduszka, bryczesy i skarpety po kolana oraz bardzo zmęczone życiem adidasy), jestem jedyną klientką stacji... I nic. Pan z obsługi w kombinezonie w kolorach firmowych patrzy na mnie apatycznie zza szyby i przeżuwa z wolna gumę. Myślę sobe - ki czort, zwykle już tu był w podskokach i lansadach. Podchodzę do dystrybutora. Pan obserwuje i przeżuwa. Odkręcam wlew. Nie reaguje. Podnoszę mrówkojada, który naleje mi TAŃSZEJ benzyny. Zero reakcji. Nie daję się ogarniającemu mnie stuporowi, zaczynam tankować. Pan przestaje obserwować i znudzony szturcha parówki do hot-dogów. Podjeżdża drugi samochód, pan porzuca szturchanie zakonserwowanych na ostateczność kiełbasek i rusza niczym rączy jeleń, zanim jeszcze starsza pani opuściła swoją wysłużoną skodę - już stoi przy niej i uprzejmie zapytuje: "Czym tankujemy? Czy mogę polecić nieco droższą, ale znacznie lepszą benzynę z rabatem?".
Wyjścia są dwa. Albo, zobaczywszy mój strój uznał, że skoro najwyraźniej potrafię osiodłać konia i prowadzić samochód, to potrafię i konia, i samochód nakarmić, w związku z czym nie potrzebuję pomocy, albo mam poważne gender trouble.
Subskrybuj:
Posty (Atom)