Za nieplanowaną przerwę w nadawaniu przepraszam. Nie nadążam za własnym życiem, odjeżdża mi ono z peronu, a ja nawet nie mam czasu mu pomachać chusteczką na do widzenia. Jakoś nagle zrobiło się milion rzeczy do zrobienia. Choć, gdyby spojrzeć na to z boku, nie zajmuję się niczym, czym nie zwykłyby zajmować się panienki z tzw. dobrych domów pod koniec XIX i na początku XX wieku. Czytuję powieści i poezyje, jeżdżę na konne spacery i mam lekcje francuskiego. Gdybym z ulgą nie porzuciła fortepianu pod koniec podstawówki i gdyby papa abonował mi francuskie pisma dla panien, byłabym niemalże Marią Pawlikowską-Jasnorzewską (może porzuciłam pisanie o niej rozprawy przez nieuświadomione podobieństwo...? ja też jestem w stanie pochłonąć miskę bobu w samotności w trakcie jednego posiedzenia z książką). Tyle że czytywanie powieści i poezyj to mój słabo płatny "zawód" (głównie miłosny; patrz też: R. Barthes: "Przyjemność tekstu"), konne spacery to wyciskanie siódmych potów z siebie i mało urodziwego kucyka (ostatnio pod okiem nowych trenerów, w nowym miejscu i kucykiem dzielę się z małą J., która stawia pierwsze kroki w jeździectwie, zakochała się w niezbyt przepastnych oczach Patafiana i plecie mu warkocze na grzywie i ogonie), a lekcje francuskiego mam nie z guwernantką, z mme G., która wyznaje zasadę bezlitosnego ciśnięcia grupy ku chwale międzynarodowej frankofonii. Za co, oczywiście, jestem jej wdzięczna.
A jak już jestem przy niedzisiejszym pięknoduchostwie i pozuję przed Czytelnikami na nową Lilkę, to podzielę się cytatem z podobnie nieco niedzisiejszego, ale jakże uroczego i czarującego prozaika, do którego mam nieskrywaną słabość. Jacek Dehnel po prostu mi się nie nudzi. A jego felietony trafiają w moje poczucie humoru i przypominając sobie na zajęcia ze studentami jego teksty o neteraturze, przejrzałam z rozpędu po raz nie wiem który całego "Młodszego księgowego". Charakterystykę środowiska literackiego Dehnel robi tyleż złośliwą, co bliską niejako prawdy:
Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu - ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku... i oj, odkuje się!
Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjeżdża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w "Pypciu Prozy", w następnym miesiącu w dziale recenzji "Pępucha Ducha" dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.
J. Dehnel: Prawdziwa cnota: krytyk się boi. W: Tegoż: Młodszy księgowy. O książkach, pisaniu i czytaniu. Warszawa 2013, s. 14. Polecam całość.
No i czyż nie jest cudowne? Jak się Państwu nie podoba, to Państwo nie czują klimatu. A ja jestem psychofanką Jacka Dehnela, co objawiłam bezpośrednio zainteresowanemu, podsuwając mu książkę do podpisu. I informując go, że to ja maile pisałam, licencjat o twórczości popełniłam, a nazajutrz spotkanie z PT autorem w kawiarni w Katowicach poprowadzę. Zawzięty psychofan to jednak psychofan.
Jeśli chodzi o wybory prezydenckie, to spełniłam obywatelski obowiązek i choć miałam szczery zamiar głosować na jedyną słuszną kandydatkę, to jest na Sarnę z Krzesłem na Głowie (In sarna we trust!), to jednak stojąc nad tym smutnym karteluchem, na którym były same smutne nazwiska smutnych panów i jednej pani pozbawionej emocji, która jednak ma dość falliczne nazwisko, zebrała się we mnie powaga przodków, krew za demokrację przelana nie po to, żebym ja głosowała na zwierzęta z przedmiotami na głowach (choć w roli prezydenta Polski wyględna sarna sprawdziłaby się tak samo, jeśli nie lepiej, od niegdyś wąsatego, a teraz gładko ogolonego myśliwego, który do takich saren zwykł mierzyć z dwururki) i skreśliłam nazwisko jednego z kandydatów bez przekonania. A raczej z głębokim przekonaniem, że nie jest to dobry wybór.
Studenci to jednak są zielone świnie (parafrazuję Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a raczej jedną z bohaterek Teatrzyku "Zielona Gęś", Hermenegildę Kociubińską, która tym mianem określiła wszelkich samców). Nie przeczytali mi, ani jeden, ani jedna, Absolutnej amnezji. I jeszcze mi mówią, że to dlatego, że licencjaty pisali. Wszyscy. Dwadzieścia kilka osób poczuło wenę akurat w ubiegłym tygodniu i nic, tylko 24/7 trzaskali prace dyplomowe jak dzicy. A ja specjalnie dla nich koszulkę tematyczną z de Beauvoir założyłam, no.
Wybaczcie ten notatkowo-szczątkowo-nieuczesany fragment dywagacji swobodnych, ale z pisania to ostatnio moją najdłuższą formą był sms. Następnym razem (co nastąpi niebawem) napiszę coś bardziej składnego, spójniejszego tematycznie i rozgarniętego. Jak dogonię ten pociąg z pierwszego akapitu. Mamo, tato, jestem w pralce.
poniedziałek, 11 maja 2015
czwartek, 23 kwietnia 2015
Sceny z życia morsów, czyli mówcie mi Elsa
Źródło zdjęcia: http://www.fanpop.com/clubs/frozen/images/35473459/title/elsa-photo
Widzieliście "Frozen"? Jeśli nie, to koniecznie zobaczcie, bo od dziś reaguję wyłącznie na imię "Elsa". Od dzisiaj tak jak Elsa będę mogła biegać w półprzezroczystej sukni z gołymi ramionami po śniegach Skandynawii. Nic mnie nie ruszy.
Czasami sobie myślę, że spośród niewielu zalet, jakie posiadam, największymi moimi atutami są inteligencja i dar organizacyjny. Mogę niedomagać w wielu innych kwestiach, ale tych dwóch rzeczy jestem pewna: jestem bystra i ogarniam. Moje drugie "ja" to niemiecka frau Helga, która panuje nad wszystkim. Ordnung must sein! Zaplanować, wykonać, dyscyplina i porządek. Sumienność. Niezawodność. Obowiązkowość. Punktualność. Kto się teraz roześmiał w głos, wspominając moje karczemne spóźnienia, tego pragnę poinformować, że za większość z nich odpowiada mój Luby, który zawsze ma czas. Od dzisiaj jednak nie jestem tak dogłębnie pewna mojego ogarniania. Helga zwinęła się w kłębek i chlipie nad porażką.
Luby wstał dziś wcześnie, gdyż o 8:00 zaczyna zajęcia ze studentami. Bardzo "niefilozoficzna godzina", jak o zajęciach porannych powiedział Paweł, kolega doktorant z Instytutu Filozofii. Ja jeszcze poprzewracałam się w betach do 7:30. Pożegnałam Lubego, który koniecznie musiał zasięgnąć rady ("Ubrałem się tak, jak mi Marcin poradził, marynarka i t-shirt, że wiesz, niby że poważnie, ale jednak jestem fajny. Wookie-dżentelmen to chyba dobry nadruk, nie?" - "Jak Marcin tak powiedział, to tak jest dobrze. Idź, powodzenia") i zabrałam się za poranne obowiązki. Karmienie kota, zmywanie, sprzątanie kuwety, podlewanie kwiatków, prasowanie, własne śniadanko i kawa. Mam czas. Gotowa muszę być na 12:00, bo wtedy przyjdą panowie od gazu. Bo była awaria i oni teraz muszą sprawdzić, czy wszystko działa. No ale mam czas. Więc o 9:20 nałożyłam na włosy "reaktywator koloru", żeby odświeżyć moją irlandzką czerwień i zabrałam się za zmywanie drugiej partii garów, podczas kiedy kolor wsiąkał mi w czuprynę. Zmywam i coś mi ciepła woda nie leci. Lodowata. I nie nagrzewa się, wciąż lodowata. I nagle olśnienie. Przecież na karteczce wywieszonej na drzwiach do naszej klatki jasno napisane było, że wyłączą gaz od 9:00. Więc nie ma szans, żeby mi się woda zagrzała. Zamarłam. Przed ablucjami, z ciężko spłukującym się reaktywatorem, z perspektywą na kąpiel w przerębli, w którą zamienił się mój prysznic do godziny 13:00. O nie. Nie ma takiej siły. Nie wejdę pod ten lodowaty prysznic (a tymczasem dłonie szorujące garnek drętwieją od lodowatej wody). Reaktywator spłuczę chyba z kubka, zagrzeję sobie wodę w czajniku. Zajmie mi to z godzinę. I zachlapię całą łazienkę. Nope, nope, nope. Ale ja nie wejdę pod prysznic. I wtedy właśnie uaktywniło się moje "ja?! ja nie dam rady?!". Przypomniałam sobie, jak na wakacjach pod namiotem w Bornem Sulinowie wstawałam wcześnie rano, żeby się umyć w zimnym jeziorze w samotności (nastolatkom czasem odwala na punkcie higieny...). I wchodziłam do tej wody i szorowałam się w najlepsze. Normalni ludzie czekali, aż woda się ogrzeje i myli się popołudniu. Ale nie Helga. Helga dla zdrowia w zimnym jeziorze z samego rana. Jak na obozie jeździeckim w Gładyszowie myłam się w strumieniu, bo tam woda była cieplejsza, niż pod prysznicami. I jak mieli mnie odwiedzić rodzice, więc zacisnęłam zęby i umyłam się porządnie pod prysznicem. Jeśli byłam tak harda jako 10-latka i 14-latka, to jako 24-latka nie dam rady?! Poza tym w lipcu zawsze marzę o ubieganiu się o azyl klimatyczny w Szwecji. I jestem tak blada i jasnooka, że podejrzewam spowinowacenie z jeńcami szwedzkimi, ostałymi się z potopu, a osadzonymi przy klasztorze niedaleko rodzinnej wsi ojca. Po prostu powinnam być Elsą i mieszkać w Malmö. W Ikei odzyskuję duchowy spokój. Wyskoczyłam więc ze szlafroka i nie namyślając się wiele, odkręciłam wodę. Wzięłam trzy głośne wdechy i wlazłam pod strumień. W trzech podejściach spłukałam reaktywator z włosów, umyłam się cała i wypłukałam. Skóra na głowie dosłownie mnie bolała. Kiedy wyszłam spod prysznica, miałam twarz tak czerwoną, jak po kilkugodzinnym spacerze przy -10 stopniach. Podobnie resztę ciała. Wytarłam się, szczękając zębami i wybałuszając oczy, owinęłam się w dwa koce i siadłam na kanapie, próbując opanować dreszcze. Zaczęłam ubolewać nad własną bezbrzeżną głupotą i nieogarem.
Ale od dziś jestem Elsa. Od dziś jestem morsem. Kto nie ogarnia, ten ma za swoje.
Widzieliście "Frozen"? Jeśli nie, to koniecznie zobaczcie, bo od dziś reaguję wyłącznie na imię "Elsa". Od dzisiaj tak jak Elsa będę mogła biegać w półprzezroczystej sukni z gołymi ramionami po śniegach Skandynawii. Nic mnie nie ruszy.
Czasami sobie myślę, że spośród niewielu zalet, jakie posiadam, największymi moimi atutami są inteligencja i dar organizacyjny. Mogę niedomagać w wielu innych kwestiach, ale tych dwóch rzeczy jestem pewna: jestem bystra i ogarniam. Moje drugie "ja" to niemiecka frau Helga, która panuje nad wszystkim. Ordnung must sein! Zaplanować, wykonać, dyscyplina i porządek. Sumienność. Niezawodność. Obowiązkowość. Punktualność. Kto się teraz roześmiał w głos, wspominając moje karczemne spóźnienia, tego pragnę poinformować, że za większość z nich odpowiada mój Luby, który zawsze ma czas. Od dzisiaj jednak nie jestem tak dogłębnie pewna mojego ogarniania. Helga zwinęła się w kłębek i chlipie nad porażką.
Luby wstał dziś wcześnie, gdyż o 8:00 zaczyna zajęcia ze studentami. Bardzo "niefilozoficzna godzina", jak o zajęciach porannych powiedział Paweł, kolega doktorant z Instytutu Filozofii. Ja jeszcze poprzewracałam się w betach do 7:30. Pożegnałam Lubego, który koniecznie musiał zasięgnąć rady ("Ubrałem się tak, jak mi Marcin poradził, marynarka i t-shirt, że wiesz, niby że poważnie, ale jednak jestem fajny. Wookie-dżentelmen to chyba dobry nadruk, nie?" - "Jak Marcin tak powiedział, to tak jest dobrze. Idź, powodzenia") i zabrałam się za poranne obowiązki. Karmienie kota, zmywanie, sprzątanie kuwety, podlewanie kwiatków, prasowanie, własne śniadanko i kawa. Mam czas. Gotowa muszę być na 12:00, bo wtedy przyjdą panowie od gazu. Bo była awaria i oni teraz muszą sprawdzić, czy wszystko działa. No ale mam czas. Więc o 9:20 nałożyłam na włosy "reaktywator koloru", żeby odświeżyć moją irlandzką czerwień i zabrałam się za zmywanie drugiej partii garów, podczas kiedy kolor wsiąkał mi w czuprynę. Zmywam i coś mi ciepła woda nie leci. Lodowata. I nie nagrzewa się, wciąż lodowata. I nagle olśnienie. Przecież na karteczce wywieszonej na drzwiach do naszej klatki jasno napisane było, że wyłączą gaz od 9:00. Więc nie ma szans, żeby mi się woda zagrzała. Zamarłam. Przed ablucjami, z ciężko spłukującym się reaktywatorem, z perspektywą na kąpiel w przerębli, w którą zamienił się mój prysznic do godziny 13:00. O nie. Nie ma takiej siły. Nie wejdę pod ten lodowaty prysznic (a tymczasem dłonie szorujące garnek drętwieją od lodowatej wody). Reaktywator spłuczę chyba z kubka, zagrzeję sobie wodę w czajniku. Zajmie mi to z godzinę. I zachlapię całą łazienkę. Nope, nope, nope. Ale ja nie wejdę pod prysznic. I wtedy właśnie uaktywniło się moje "ja?! ja nie dam rady?!". Przypomniałam sobie, jak na wakacjach pod namiotem w Bornem Sulinowie wstawałam wcześnie rano, żeby się umyć w zimnym jeziorze w samotności (nastolatkom czasem odwala na punkcie higieny...). I wchodziłam do tej wody i szorowałam się w najlepsze. Normalni ludzie czekali, aż woda się ogrzeje i myli się popołudniu. Ale nie Helga. Helga dla zdrowia w zimnym jeziorze z samego rana. Jak na obozie jeździeckim w Gładyszowie myłam się w strumieniu, bo tam woda była cieplejsza, niż pod prysznicami. I jak mieli mnie odwiedzić rodzice, więc zacisnęłam zęby i umyłam się porządnie pod prysznicem. Jeśli byłam tak harda jako 10-latka i 14-latka, to jako 24-latka nie dam rady?! Poza tym w lipcu zawsze marzę o ubieganiu się o azyl klimatyczny w Szwecji. I jestem tak blada i jasnooka, że podejrzewam spowinowacenie z jeńcami szwedzkimi, ostałymi się z potopu, a osadzonymi przy klasztorze niedaleko rodzinnej wsi ojca. Po prostu powinnam być Elsą i mieszkać w Malmö. W Ikei odzyskuję duchowy spokój. Wyskoczyłam więc ze szlafroka i nie namyślając się wiele, odkręciłam wodę. Wzięłam trzy głośne wdechy i wlazłam pod strumień. W trzech podejściach spłukałam reaktywator z włosów, umyłam się cała i wypłukałam. Skóra na głowie dosłownie mnie bolała. Kiedy wyszłam spod prysznica, miałam twarz tak czerwoną, jak po kilkugodzinnym spacerze przy -10 stopniach. Podobnie resztę ciała. Wytarłam się, szczękając zębami i wybałuszając oczy, owinęłam się w dwa koce i siadłam na kanapie, próbując opanować dreszcze. Zaczęłam ubolewać nad własną bezbrzeżną głupotą i nieogarem.
Ale od dziś jestem Elsa. Od dziś jestem morsem. Kto nie ogarnia, ten ma za swoje.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Z cyklu: przygody na orbicie ślubnej. Jeden cytat, dwóch filologów, długie godziny z nosem w książkach
Po ostatnim wpisie na temat organizacji ślubu i wesela, zaskakująco popularnym jak na standardy tego bloga, przyszedł czas na kolejną wycieczkę do krainy tiulu, koronek, sztucznej satyny, żenujących rymów i odcisków zjełczałych szminek na policzkach młodej pary. Otóż poczyniliśmy znaczące postępy w organizacji naszego ślubu i wesela. Stan na 20.04.2015:
- znaleźliśmy współmałżonka
- mamy zarezerwowaną restaurację i podpisaną umowę
- zapisaliśmy się w USC na interesujący nas termin
- dopięliśmy listę gości
- mam sukienkę, buty i ogólną WIZJĘ; tu ciekawostka: przez rok twierdziłam, że chcę prostą, kremową sukienkę "w kolanko" bez żadnych ozdób. Plan niemalże udało się zrealizować. Bo mam sukienkę. Z tym, że jest różowo-kremowa i koronkowa. No, ale jak pisała Pawlikowska-Jasnorzewska,"Zamiast sukni białej, trumiennego symbolu, różowa. Zawsze się boję tych ślubnych sukienek. Ponure, prawda? Mają coś z męczennicy, coś z procesji, a coś też z wielkanocnego indyka, w białym strzyżonym papierze, z gałązką bukszpanu. O, nie lubię. Różowy tiul, różowy kapelusz, to co innego, to wróży różową przyszłość." (Ama, "Szofer Archibald", 1924 r.).
- wybraliśmy wzór zaproszeń
I o tym ostatnim chcę co nieco opowiedzieć. Sam wybór wzoru nie był sprawą skomplikowaną. Z Międzyplanetarnych Targów Ślubnych (do relacji własnej odsyłam - KLIK) wynieśliśmy trzy ulotki trzech firm oferujących względnie minimalistyczne zaproszenia. Z ich stron internetowych wyselekcjonowałam kilka propozycji. Na prowadzenie wysuwali się "gramatyczni i typograficzni naziści", którzy doliczali sobie za poprawianie literówek, błędów ortograficznych oraz zmiany z caps locka na normalny format. Zarzekali się też, że nie przyjmują zamówień, w których liczba czcionek na jeden tekst jest większa niż 2. Ostatecznie po konsultacjach społecznych (mój organizacyjny dream team - Matka Jolanta i Siostra Anna) zdecydowaliśmy się na eleganckie zaproszenie z możliwie niewielką ilością zdobień, wstążek, kryształków i marszczeń. Wszystko szło gładko - ostatecznie cóż to za wysiłek dla dwóch polonistów, żeby napisać tekst zaproszenia i poodmieniać imiona i nazwiska gości w bierniku? Sprawdziliśmy wszystko ze trzy razy, wyeliminowaliśmy literówki, potknięcia, ustaliliśmy formę nazwisk kłopotliwych (Zublów czy Zubli?) i zadowoleni z siebie wypełnialiśmy kolejne pola formularza. Stanęliśmy na polu "wierszyk/cytat".
Ja: Chcemy jakiś cytat? No ja nie wiem... Nasza robota polega na cytatach, może dajmy se spokój... Poza tym wszystkie cytaty, jakie przychodzą mi do głowy w związku z małżeństwem, nie napawają przesadnym optymizmem...
Luby: A na przykład jakie ci przychodzą?
J: "Gdy na dziewczynę zawołają: żono! Już ją żywcem pogrzebiono!". Masz coś lepszego?
L: Pewnie, że mam! Z "Wesela"! "Topi się, kto bierze żonę! - Nie utonę, nie utonę!"
J: No i sam widzisz, nic, tylko się powiesić...
L: ...ostał ci się jeno sznur...
Więc stanęło na tym, że bez cytatu. Chcę wysłać formularz, a on się wysłać nie chcę. I wyskakuje mi komunikat na czerwono: "PROSZĘ UZUPEŁNIĆ KOLUMNĘ: WIERSZYK".
J: Noż by ich...! Wierszyk, pies ich trącał, wierszyk! A co ja jestem, rozśpiewany przedszkolak, żeby wierszyki znać?!
L: O małżeństwie to może być "Na kanapie leży leń / Nic nie robi cały dzień"...
J: Ja im znajdę wierszyk! Ja im znajdę taki wierszyk, że...! (filologiczny zapał rośnie) To co dajemy? Może coś związanego z nami? W sensie - poderwałeś mnie na "Ulissesa" i "W poszukiwaniu straconego czasu", ale nie szukałabym tam dobrego cytatu na zaproszenie na ślub.
L: No wiesz, unię dusz poczuliśmy, jak równocześnie na zajęciach powiedzieliśmy: "Gra w klasy". Ale to też nie jest dobre. (pauza) EPITALAMIUM! No przecież na staropolce się poznaliśmy!
Następną godzinę poświęciliśmy na wertowanie posiadanych przez nas wyborów poezji staropolskich pisarzy, googlowaniu epitalamium, przeglądaniu staropolska.pl -polecam uwadze! i przerzucaniu podręcznika Czesława Hernasa pt. "Barok". No i kiszka, nic nie znaleźliśmy. To znaczy - co się ubawiliśmy, to nasze, ale wszystko było stanowczo za długie jak na kilka linijek cytaciku na zaproszeniu. Zrezygnowaliśmy z pomysłu cytowania ojców literatury narodowej. Janek zaczął szaleć. Znalazł jakiś fragment w "Finnegan's Wake". Wyzwałam go od pretensjonalnych bubków. Zaproponował coś z Luce Irigaray. Kazałam mu spadać. Kontrowałam cytatami z "Drugiej płci" Simone de Beauvoir, ale ona jest lepsza raczej na zaproszenia na "divorce party" (podobno w Hameryce takie są), bo jej stosunek do instytucji małżeństwa można eufemistycznie określić jako chłodny. Znaleźliśmy parę niezłych aforyzmów w nieocenionych a przepastnych zbiorach myśli Oscara Wilde'a. Nie zawiodła też Magdalena Samozwaniec. Jednakowoż większość z tego, co znaleźliśmy, było do małżeństwa nastawione, delikatnie mówiąc, sceptycznie. Schopenhauer nie był akurat najbardziej pesymistycznym cytowanym z całej stawki. A jak już było coś o małżeństwie albo szerzej - o miłości pozytywnego, to było kiczowate albo z bardzo słabej literatury (celuje w tym Coehlo, oczywiście). Siadamy na kanapie w poczuciu filologicznej klęski.
J: Janek, nosz kurde... Dwóch magistrów filologii polskiej, ba, dwóch doktorantów z ambicjami i co?! Polegliśmy na CYTACIE NA NASZE ZAPROSZENIE NA ŚLUB!
L: Bo to z nadmiaru kompetencji. Jak widzimy cytat aprobujący małżeństwo, to widzimy, jak słaby i kiczowaty jest. A jak widzimy niekiczowaty, to się boimy, że wyjdziemy na pretensjonalnych bubków. A normalni ludzie cytują Wojtyłę i mają z głowy.
Ostatecznie w uwagach do zamówienia wpisaliśmy, że bez cytatu poprosimy. I bez wierszyka będzie.
Dwie godziny deliberowania nad zaproszeniami i szukanie cytatu. Potem wybór czcionki i koloru wstążeczki. Spieszę donieść: cipiec ślubny zaczyna mnie ogarniać. Nie masz, nie masz nadzieje!
- znaleźliśmy współmałżonka
- mamy zarezerwowaną restaurację i podpisaną umowę
- zapisaliśmy się w USC na interesujący nas termin
- dopięliśmy listę gości
- mam sukienkę, buty i ogólną WIZJĘ; tu ciekawostka: przez rok twierdziłam, że chcę prostą, kremową sukienkę "w kolanko" bez żadnych ozdób. Plan niemalże udało się zrealizować. Bo mam sukienkę. Z tym, że jest różowo-kremowa i koronkowa. No, ale jak pisała Pawlikowska-Jasnorzewska,"Zamiast sukni białej, trumiennego symbolu, różowa. Zawsze się boję tych ślubnych sukienek. Ponure, prawda? Mają coś z męczennicy, coś z procesji, a coś też z wielkanocnego indyka, w białym strzyżonym papierze, z gałązką bukszpanu. O, nie lubię. Różowy tiul, różowy kapelusz, to co innego, to wróży różową przyszłość." (Ama, "Szofer Archibald", 1924 r.).
- wybraliśmy wzór zaproszeń
I o tym ostatnim chcę co nieco opowiedzieć. Sam wybór wzoru nie był sprawą skomplikowaną. Z Międzyplanetarnych Targów Ślubnych (do relacji własnej odsyłam - KLIK) wynieśliśmy trzy ulotki trzech firm oferujących względnie minimalistyczne zaproszenia. Z ich stron internetowych wyselekcjonowałam kilka propozycji. Na prowadzenie wysuwali się "gramatyczni i typograficzni naziści", którzy doliczali sobie za poprawianie literówek, błędów ortograficznych oraz zmiany z caps locka na normalny format. Zarzekali się też, że nie przyjmują zamówień, w których liczba czcionek na jeden tekst jest większa niż 2. Ostatecznie po konsultacjach społecznych (mój organizacyjny dream team - Matka Jolanta i Siostra Anna) zdecydowaliśmy się na eleganckie zaproszenie z możliwie niewielką ilością zdobień, wstążek, kryształków i marszczeń. Wszystko szło gładko - ostatecznie cóż to za wysiłek dla dwóch polonistów, żeby napisać tekst zaproszenia i poodmieniać imiona i nazwiska gości w bierniku? Sprawdziliśmy wszystko ze trzy razy, wyeliminowaliśmy literówki, potknięcia, ustaliliśmy formę nazwisk kłopotliwych (Zublów czy Zubli?) i zadowoleni z siebie wypełnialiśmy kolejne pola formularza. Stanęliśmy na polu "wierszyk/cytat".
Ja: Chcemy jakiś cytat? No ja nie wiem... Nasza robota polega na cytatach, może dajmy se spokój... Poza tym wszystkie cytaty, jakie przychodzą mi do głowy w związku z małżeństwem, nie napawają przesadnym optymizmem...
Luby: A na przykład jakie ci przychodzą?
J: "Gdy na dziewczynę zawołają: żono! Już ją żywcem pogrzebiono!". Masz coś lepszego?
L: Pewnie, że mam! Z "Wesela"! "Topi się, kto bierze żonę! - Nie utonę, nie utonę!"
J: No i sam widzisz, nic, tylko się powiesić...
L: ...ostał ci się jeno sznur...
Więc stanęło na tym, że bez cytatu. Chcę wysłać formularz, a on się wysłać nie chcę. I wyskakuje mi komunikat na czerwono: "PROSZĘ UZUPEŁNIĆ KOLUMNĘ: WIERSZYK".
J: Noż by ich...! Wierszyk, pies ich trącał, wierszyk! A co ja jestem, rozśpiewany przedszkolak, żeby wierszyki znać?!
L: O małżeństwie to może być "Na kanapie leży leń / Nic nie robi cały dzień"...
J: Ja im znajdę wierszyk! Ja im znajdę taki wierszyk, że...! (filologiczny zapał rośnie) To co dajemy? Może coś związanego z nami? W sensie - poderwałeś mnie na "Ulissesa" i "W poszukiwaniu straconego czasu", ale nie szukałabym tam dobrego cytatu na zaproszenie na ślub.
L: No wiesz, unię dusz poczuliśmy, jak równocześnie na zajęciach powiedzieliśmy: "Gra w klasy". Ale to też nie jest dobre. (pauza) EPITALAMIUM! No przecież na staropolce się poznaliśmy!
Następną godzinę poświęciliśmy na wertowanie posiadanych przez nas wyborów poezji staropolskich pisarzy, googlowaniu epitalamium, przeglądaniu staropolska.pl -polecam uwadze! i przerzucaniu podręcznika Czesława Hernasa pt. "Barok". No i kiszka, nic nie znaleźliśmy. To znaczy - co się ubawiliśmy, to nasze, ale wszystko było stanowczo za długie jak na kilka linijek cytaciku na zaproszeniu. Zrezygnowaliśmy z pomysłu cytowania ojców literatury narodowej. Janek zaczął szaleć. Znalazł jakiś fragment w "Finnegan's Wake". Wyzwałam go od pretensjonalnych bubków. Zaproponował coś z Luce Irigaray. Kazałam mu spadać. Kontrowałam cytatami z "Drugiej płci" Simone de Beauvoir, ale ona jest lepsza raczej na zaproszenia na "divorce party" (podobno w Hameryce takie są), bo jej stosunek do instytucji małżeństwa można eufemistycznie określić jako chłodny. Znaleźliśmy parę niezłych aforyzmów w nieocenionych a przepastnych zbiorach myśli Oscara Wilde'a. Nie zawiodła też Magdalena Samozwaniec. Jednakowoż większość z tego, co znaleźliśmy, było do małżeństwa nastawione, delikatnie mówiąc, sceptycznie. Schopenhauer nie był akurat najbardziej pesymistycznym cytowanym z całej stawki. A jak już było coś o małżeństwie albo szerzej - o miłości pozytywnego, to było kiczowate albo z bardzo słabej literatury (celuje w tym Coehlo, oczywiście). Siadamy na kanapie w poczuciu filologicznej klęski.
J: Janek, nosz kurde... Dwóch magistrów filologii polskiej, ba, dwóch doktorantów z ambicjami i co?! Polegliśmy na CYTACIE NA NASZE ZAPROSZENIE NA ŚLUB!
L: Bo to z nadmiaru kompetencji. Jak widzimy cytat aprobujący małżeństwo, to widzimy, jak słaby i kiczowaty jest. A jak widzimy niekiczowaty, to się boimy, że wyjdziemy na pretensjonalnych bubków. A normalni ludzie cytują Wojtyłę i mają z głowy.
Ostatecznie w uwagach do zamówienia wpisaliśmy, że bez cytatu poprosimy. I bez wierszyka będzie.
Dwie godziny deliberowania nad zaproszeniami i szukanie cytatu. Potem wybór czcionki i koloru wstążeczki. Spieszę donieść: cipiec ślubny zaczyna mnie ogarniać. Nie masz, nie masz nadzieje!
niedziela, 12 kwietnia 2015
"Kaj my to som?" - "My som tukej!", czyli jak spędzić cudowny weekend w Katowicach. Poradnik
Katowicki poradnik weekendowy dedykuję naszym przyjaciołom, M. i Sz., którzy zgodnie z naszą tradycją weekendowych wymian i odwiedzin przyjechali kolejny raz na Śląsk. I wyjechali tak nieprzyzwoicie obżarci i zachwyceni, jak obżarci i zachwyceni my pozostaliśmy, a taką przynajmniej mam nadzieję. A opracowaliśmy weekendowy plan rozrywek w Katowicach (dla wrocławskiej hipsteriady...) i w związku z tym mam parę refleksji.
1. Jeśli ktoś się w Katowicach nudzi, to sam jest sobie winien. I choć jestem sceptyczna wobec wielu nowych rozwiązań w mieście (np. wobec galeriomanii...), to muszę przyznać, że poważnie nie doceniałam mojego miasta. Sobotę zaczęliśmy od wyprawy do centrum i obiadu w Bellmer Cafe. Miejsce zdecydowanie zyskało na przenosinach z Teatru Śląskiego na Plac Wolności. Gotują przepysznie, stosunkowo niedrogo, a w środku jest jak w domu: pachnie trochę obiadem, a trochę starymi książkami, które zresztą można na miejscu zakupić, a zawartość biblioteczki prezentuje się nieźle. Przyszli ludzie z psami, trzy wesołe kundelki biegały między krzesłami i trącały nas łapami, domagając się, abyśmy się podzielili obiadem. Z okazji ładnej pogody pokolebaliśmy się tramwajem do Parku Śląskiego.
2. Park Śląski to jest naprawdę perełka. Zaczęliśmy od przejażdżki Elką i trzepaniem kurzu z butów do paśników dla ludzi - bud z grillem z parasolami z Coca-Coli (kto umieścił kolejkę nad jadłodajniami albo jadłodajnie bezpośrednio pod kolejką?!). Nowa Elka jest naprawdę wygodna, bezpieczna, widoki są cudowne, a nadawanie gondolom imion "zasłużonych dla regionu" i uwzględnienie takich nazwisk, jak von Giesche, Bienek i "Magik" Łuszcz, było zaiste doskonałym pomysłem. Potem przespacerowaliśmy się od Wesołego Miasteczka do bramy ZOO, po drodze zatrzymując się przy "Dronie" Julity Wójcik. Przystanek obowiązkowo przy budkach z przekąskami na lody świderki, watę cukrową i rurkę z kremem. Potem podziwianie "Żyrafy", która zaczęła mi przypominać monstrualną konstrukcję z kijów golfowych i powrót tramwajem na rynek. I tak rozpoczęliśmy cykl atrakcji wieczornych, rozsiadając się w "Białej Małpie" na piwo. Po kilku piwach przyszedł głód, więc przeszliśmy się katowicką arterią imprezową aż na koniec Mariackiej, gdzie, śmiem twierdzić, znajduje się najlepsza pizzeria w Katowicach, o ile nie w całej Polsce południowej. Bar-a-boo. I chyba nie tylko ja tak sądzę, bo dorwanie tam stolika graniczy z cudem, w środku gwar, śmiech i zapach pizzy. Żeby spalić nierozsądnie późną i nierozsądnie kaloryczną kolację pognaliśmy naszych gości "szlakiem moderny" przez ulice Francuską, Ligonia, Wita Stwosza, Jordana, przecięliśmy Kościuszki i gen. Zajączka, lądując na Mikołowskiej, skąd zwiał nam autobus do domu. Po drodze snuliśmy morskie opowieści o graffiti i o Szwedzkim, cytując obficie nasze ulubione prace. A że autobus nam zwiał i trafiliśmy na martwą godzinę, kiedy dzienne już nie jeżdżą, a nocne jeszcze nie zaczęły, to pojechaliśmy na Ligotę i przedefilowaliśmy przez dwie dzielnice aż do Ochojca, gdzie popadaliśmy jak muchy.
3. Niedzielny poranek rozpoczęliśmy pankejkami, które awansowały na mój śniadaniowy popis miszczoski (Moniko z Humanistycznym Obliczem Temidy, po następnej filonasiadówie spodziewaj się pankejków zamiast nieśmiertelnej jajecznicy!), a potem wybraliśmy się na eksplorowanie Strefy Kultury. No i to jest clou tego wpisu. Centrum Kongresowe, NOSPR i nowe Muzeum Śląskie są naprawdę cudowne. Trawa na dachu centrum, taras widokowy, cudowny pomnik Sławika, estakada od centrum do NOSPR, sam NOSPR i towarzyszący mu park z labiryntem odtwarzającym układ katowickich ulic z 1926 roku - po prostu niesamowite! I czwórka dorosłych, dość poważnych ludzi pieczołowicie obchodząca wszystkie alejki i macająca wszystko, co poddawało się obmacaniu piechurów. Jeśli ktoś uważa, że nowe Muzeum Śląskie to "szklarnie wujka Józka", to jest trąba i nie wie, co gada. Muzeum, choć otwarte tylko częściowo, robi wrażenie oszałamiające. Byliśmy na wystawie "Metropolis" i byłam bardzo zaskoczona, jaka ilość ludzi w porze obiadowej, na dodatek w niedzielę, w Katowicach, czuje potrzebę kontaktu z wideo-artem. Sz. i M. zapadli na syndrom japońskiego turysty i obfotografowywali wszystko. Ja natomiast odkrywałam moje miasto na nowo i chyba pierwszy raz czułam, że można mi pozazdrościć miasta, w którym mieszkam. Katowice pięknieją. Katowice normalnieją. I robią się coraz bardziej "dla ludzi". Tak, nawet z nowym rynkiem, który może takiego szału jak Strefa Kultury nie robi, ale ostatecznie wszystko jest chyba lepsze niż to, co wcześniej było rynkiem.
4. Na koniec obiad w "Bo Tak", który, po dniu z nowoczesną architekturą i sztuką, spotęgował moje wrażenie "szwedzkości". Otóż "Bo Tak" organizował zabawy dla dzieci i po lokalu pałętała się olbrzymia liczba pędraków w różnym wieku i w różnym stanie przyodziewku. Była nawet bardzo radosna blondyneczka, beztrosko brykająca w samych majtasach. Na relaksie. Rodzice z dziećmi siedzący na miękkich pufach, porozrzucane pluszowe marchwie i brokuły, przekrzykiwania "Pola, Pola, no chodź, zupki zjesz, pomidorowa, dobra, z makaronem, no chodź... Nie, ciasteczka będą później, no chodź na zupkę!", ogólnie klimat pt. "wszystkie dzieci nasze są" i "mały klient - nasz pan". I, jako osoba niedzieciata (patrz wpis poniżej o wychowaniu a la polonaise), muszę z pełną mocą stwierdzić - tak mi pasuje. Tak mi się podoba. Trzylatka tarzająca się po ziemi z pluszowym brokułem w łapkach, kiedy jej rodzice spokojnie dojadają wegańskie desery, bardzo mi odpowiada. Jest fajnie, na luzie i bez spiny. W totalnej kontrze do zasłyszanego niedawno w pizzerii w galerii handlowej, kiedy ja i Luby dobieraliśmy się do pizzy łapami, "Mateusz, sztućce weź, w lokalu jesteś, zachowuj się!". Pola, w lokalu jesteś, więc zjedz zupki pomidorowej, a potem możesz pobawić się z innymi dzieciakami.
Po tym przydługim opisie moich prywatnych, weekendowych rozrywek, czas na pointę: Katowice się zmieniają i to zmieniają się na lepsze. Jasne, że jest na co marudzić. I jasne, że nie jest idealnie. Ale doceńmy to, co mamy. Bo mamy wiele, a będziemy mieć jeszcze więcej. Podobają mi się takie Katowice: dumne z tego, jakie są i skąd się wywodzą, ale nadążające za swoją epoką. A patrząc na Strefę Kultury, to chyba nie będę przesadzać, jeśli powiem, że doganiają liderów.
Jeśli więc nudzisz się w Katowicach i marudzisz, że wszystko jest o kant rzyci roztrzaś, to wyjdź w końcu z domu. Jest co robić.
Wpis NIE JEST sponsorowany przez Urząd Miasta Katowice, ani przez Miasto Ogrodów, ani przez Park Śląski, ani przez Bellmer Cafe, Białą Małpę, Bar-a-boo lub Bo Tak. Po prostu myślę, że jest dobrze. I sądzę, że Sz. i M. się ze mną zgodzą.
1. Jeśli ktoś się w Katowicach nudzi, to sam jest sobie winien. I choć jestem sceptyczna wobec wielu nowych rozwiązań w mieście (np. wobec galeriomanii...), to muszę przyznać, że poważnie nie doceniałam mojego miasta. Sobotę zaczęliśmy od wyprawy do centrum i obiadu w Bellmer Cafe. Miejsce zdecydowanie zyskało na przenosinach z Teatru Śląskiego na Plac Wolności. Gotują przepysznie, stosunkowo niedrogo, a w środku jest jak w domu: pachnie trochę obiadem, a trochę starymi książkami, które zresztą można na miejscu zakupić, a zawartość biblioteczki prezentuje się nieźle. Przyszli ludzie z psami, trzy wesołe kundelki biegały między krzesłami i trącały nas łapami, domagając się, abyśmy się podzielili obiadem. Z okazji ładnej pogody pokolebaliśmy się tramwajem do Parku Śląskiego.
2. Park Śląski to jest naprawdę perełka. Zaczęliśmy od przejażdżki Elką i trzepaniem kurzu z butów do paśników dla ludzi - bud z grillem z parasolami z Coca-Coli (kto umieścił kolejkę nad jadłodajniami albo jadłodajnie bezpośrednio pod kolejką?!). Nowa Elka jest naprawdę wygodna, bezpieczna, widoki są cudowne, a nadawanie gondolom imion "zasłużonych dla regionu" i uwzględnienie takich nazwisk, jak von Giesche, Bienek i "Magik" Łuszcz, było zaiste doskonałym pomysłem. Potem przespacerowaliśmy się od Wesołego Miasteczka do bramy ZOO, po drodze zatrzymując się przy "Dronie" Julity Wójcik. Przystanek obowiązkowo przy budkach z przekąskami na lody świderki, watę cukrową i rurkę z kremem. Potem podziwianie "Żyrafy", która zaczęła mi przypominać monstrualną konstrukcję z kijów golfowych i powrót tramwajem na rynek. I tak rozpoczęliśmy cykl atrakcji wieczornych, rozsiadając się w "Białej Małpie" na piwo. Po kilku piwach przyszedł głód, więc przeszliśmy się katowicką arterią imprezową aż na koniec Mariackiej, gdzie, śmiem twierdzić, znajduje się najlepsza pizzeria w Katowicach, o ile nie w całej Polsce południowej. Bar-a-boo. I chyba nie tylko ja tak sądzę, bo dorwanie tam stolika graniczy z cudem, w środku gwar, śmiech i zapach pizzy. Żeby spalić nierozsądnie późną i nierozsądnie kaloryczną kolację pognaliśmy naszych gości "szlakiem moderny" przez ulice Francuską, Ligonia, Wita Stwosza, Jordana, przecięliśmy Kościuszki i gen. Zajączka, lądując na Mikołowskiej, skąd zwiał nam autobus do domu. Po drodze snuliśmy morskie opowieści o graffiti i o Szwedzkim, cytując obficie nasze ulubione prace. A że autobus nam zwiał i trafiliśmy na martwą godzinę, kiedy dzienne już nie jeżdżą, a nocne jeszcze nie zaczęły, to pojechaliśmy na Ligotę i przedefilowaliśmy przez dwie dzielnice aż do Ochojca, gdzie popadaliśmy jak muchy.
3. Niedzielny poranek rozpoczęliśmy pankejkami, które awansowały na mój śniadaniowy popis miszczoski (Moniko z Humanistycznym Obliczem Temidy, po następnej filonasiadówie spodziewaj się pankejków zamiast nieśmiertelnej jajecznicy!), a potem wybraliśmy się na eksplorowanie Strefy Kultury. No i to jest clou tego wpisu. Centrum Kongresowe, NOSPR i nowe Muzeum Śląskie są naprawdę cudowne. Trawa na dachu centrum, taras widokowy, cudowny pomnik Sławika, estakada od centrum do NOSPR, sam NOSPR i towarzyszący mu park z labiryntem odtwarzającym układ katowickich ulic z 1926 roku - po prostu niesamowite! I czwórka dorosłych, dość poważnych ludzi pieczołowicie obchodząca wszystkie alejki i macająca wszystko, co poddawało się obmacaniu piechurów. Jeśli ktoś uważa, że nowe Muzeum Śląskie to "szklarnie wujka Józka", to jest trąba i nie wie, co gada. Muzeum, choć otwarte tylko częściowo, robi wrażenie oszałamiające. Byliśmy na wystawie "Metropolis" i byłam bardzo zaskoczona, jaka ilość ludzi w porze obiadowej, na dodatek w niedzielę, w Katowicach, czuje potrzebę kontaktu z wideo-artem. Sz. i M. zapadli na syndrom japońskiego turysty i obfotografowywali wszystko. Ja natomiast odkrywałam moje miasto na nowo i chyba pierwszy raz czułam, że można mi pozazdrościć miasta, w którym mieszkam. Katowice pięknieją. Katowice normalnieją. I robią się coraz bardziej "dla ludzi". Tak, nawet z nowym rynkiem, który może takiego szału jak Strefa Kultury nie robi, ale ostatecznie wszystko jest chyba lepsze niż to, co wcześniej było rynkiem.
4. Na koniec obiad w "Bo Tak", który, po dniu z nowoczesną architekturą i sztuką, spotęgował moje wrażenie "szwedzkości". Otóż "Bo Tak" organizował zabawy dla dzieci i po lokalu pałętała się olbrzymia liczba pędraków w różnym wieku i w różnym stanie przyodziewku. Była nawet bardzo radosna blondyneczka, beztrosko brykająca w samych majtasach. Na relaksie. Rodzice z dziećmi siedzący na miękkich pufach, porozrzucane pluszowe marchwie i brokuły, przekrzykiwania "Pola, Pola, no chodź, zupki zjesz, pomidorowa, dobra, z makaronem, no chodź... Nie, ciasteczka będą później, no chodź na zupkę!", ogólnie klimat pt. "wszystkie dzieci nasze są" i "mały klient - nasz pan". I, jako osoba niedzieciata (patrz wpis poniżej o wychowaniu a la polonaise), muszę z pełną mocą stwierdzić - tak mi pasuje. Tak mi się podoba. Trzylatka tarzająca się po ziemi z pluszowym brokułem w łapkach, kiedy jej rodzice spokojnie dojadają wegańskie desery, bardzo mi odpowiada. Jest fajnie, na luzie i bez spiny. W totalnej kontrze do zasłyszanego niedawno w pizzerii w galerii handlowej, kiedy ja i Luby dobieraliśmy się do pizzy łapami, "Mateusz, sztućce weź, w lokalu jesteś, zachowuj się!". Pola, w lokalu jesteś, więc zjedz zupki pomidorowej, a potem możesz pobawić się z innymi dzieciakami.
Po tym przydługim opisie moich prywatnych, weekendowych rozrywek, czas na pointę: Katowice się zmieniają i to zmieniają się na lepsze. Jasne, że jest na co marudzić. I jasne, że nie jest idealnie. Ale doceńmy to, co mamy. Bo mamy wiele, a będziemy mieć jeszcze więcej. Podobają mi się takie Katowice: dumne z tego, jakie są i skąd się wywodzą, ale nadążające za swoją epoką. A patrząc na Strefę Kultury, to chyba nie będę przesadzać, jeśli powiem, że doganiają liderów.
Jeśli więc nudzisz się w Katowicach i marudzisz, że wszystko jest o kant rzyci roztrzaś, to wyjdź w końcu z domu. Jest co robić.
Wpis NIE JEST sponsorowany przez Urząd Miasta Katowice, ani przez Miasto Ogrodów, ani przez Park Śląski, ani przez Bellmer Cafe, Białą Małpę, Bar-a-boo lub Bo Tak. Po prostu myślę, że jest dobrze. I sądzę, że Sz. i M. się ze mną zgodzą.
poniedziałek, 30 marca 2015
Uwaga, tezy kontrowersyjne: dziecko też człowiek
Uwaga, lojalnie ostrzegam, będę w tym wpisie prezentować tezy rewolucyjne, śmiałe i dalekie od społecznego poparcia. Otóż będę twierdzić, że dziecko to też człowiek. A w Polsce, mimo Korczaka, to jest nadal teza mocno kontrowersyjna. Oczywiście mamy silne ruchy "ochrony dzieci", najchętniej takich, które są zarodkami albo potencjalnością zarodka. Czekam na prawną ochronę życia każdej komórki jajowej, jako potencjalnego dziecka, wszystkich wydalonych poza organizm męski plemników, a także, a co się będziemy ograniczać, błysku w oku listonosza / urzędniczki miejskiej / nauczyciela fizyki / dyrektorki kreatywnej działu sprzedaży / starszego menedżera public relations czy kogo tam chcecie. Ale jeśli chodzi o dzieci jak najbardziej narodzone, to już nie podlegają żadnej szczególnej ochronie. A prawa mają wielce ograniczone.
Nie jestem osobą, która, jak to się mawia, "lubi dzieci". Głównie dlatego, że nie mogę o sobie powiedzieć, żebym "lubiła ludzi". To znaczy konkretne jednostki owszem, jak najbardziej, samą ludzkość jako ideę też, ale to co znaczy "lubić ludzi"? Można podać jakąś kategorię ludzi, do których się z miejsca pała sympatią, np. ja lubię ludzi złośliwych i zdystansowanych do siebie oraz do świata. Bo z takimi łatwo mi się porozumieć. I tak na przykład lubię dzieci "opowiadalskie" i rezolutne, bo z takimi łatwiej mi nawiązać kontakt. Ale nie mam dzikiego pędu do każdego młodocianego poniżej 6. roku życia, żeby go koniecznie przytulić, zagadywać, wziąć na kolanka i uraczyć "szczypem polskim" (doskonały tekst Agnieszki Graff na ten temat, "Szczyp polski tradycyjny"). Nie dostaję też ekstazy na widok niemowlęcia i panicznej potrzeby wzięcia takiego małego człowieka na ręce, jeśli nie zachodzi taka potrzeba (np. dziecko płacze i trzeba je utulić). A w związku z tym, że drugorzędne cechy płciowe wskazują na to, że jestem kobietą, to brak niemowlęcej ekstazy i garnięcia się do dzieci jest natychmiastowo interpretowany jako "Agnieszka nie lubi dzieci". Inna sprawa, że trudno kogoś polubić, jak ci go wciskają na ręce z obowiązkowym komentarzem "no, potrzymaj, potrzymaj go/ją, to ci się może zachce swojego, a ha ha ha". Niestety, brakuje mi tupetu, żeby w takiej sytuacji odpowiedzieć: "O tak, zachciało mi się od samego zapachu zasypki, przepraszam, Janek, wychodzimy, musimy szybko wrócić do domu i popracować nad potomstwem, bo muszę je mieć JUŻ". Dzieci są różne, tak jak ludzie są różni. Jednych się lubi, drudzy są obojętni, a za trzecimi się zupełnie nie przepada. A że dzieci to ludzie, tylko że mali i niedojrzali, to też jest tak, że jedne dzieci się lubi, a innych nie. Co mnie wydaje się oczywiste, ale wydaję się być w tym poglądzie nieco odosobniona.
Bo dzieci w Polsce to nie są ludzie. To osobna kategoria bytu, takie dziecko. Można je zupełnie pomijać na wieloosobowych zgromadzeniach rodzinnych i uciszać, bo "dzieci i ryby głosu nie mają". Można je szarpać, popychać, poniżać, lekceważyć i upokarzać publicznie. Przesuwać i przenosić jak obiekty, bez słowa. Grozić im, także w miejscach publicznych, a nawet wymierzać klapsy i ignorować ich potrzeby. I wszystko to w kraju, gdzie dzieci są "pod szczególną ochroną od momentu poczęcia", najwyższą wartością, a także silnym argumentem w dyskusji. Retoryka współczesna zna argument "z dziecka". Dziećmi i ich dobrostanem można wygrać każdą dyskusję, zdeklasować przeciwnika, zyskać sympatię odbiorców. Bo przecież wszyscy jesteśmy za ochroną dzieci przed złem całym. Że zacytuję jednego z moich ulubionych pisarzy, Jacka Dehnela:
Orężem jest, jak często w takich przypadkach, dziecko. Młot, maczuga, Wunderwaffe polemistów. Dobro dziecka – najważniejsze. W imię dobra dziecka można domagać się odwołania Parady Równości, wprowadzenia szczepień lub zakazania szczepień, ustawy takiej czy siakiej, a co dopiero zamalowania graffiti: dzieci i ryby głosu nie mają, a panie Grażyny tego świata bardzo chętnie ujmują się za nimi (za dziećmi, bo za rybami niekoniecznie) i, raczej nie konsultując się z nimi, ślą listy do redakcji.
(Źródło: J. Dehnel: Hyc, hyc, hyc. Do przeczytania w "Polityce". W tym tekście są także doskonałe obserwacje dotyczące seksu i przemocy w przestrzeni publicznej i literatury dziecięcej, cytując za Wisławą Szymborską: „Dziatki biegną do szkoły tupu-tupu-tup, podczas gdy deszczyk kapu, kap albo śnieżek ciapu, ciap... Cio to? Ależ oczywiście, to wierszyki dla dzieci pisane przez różne straszliwe niewiasty. Pragnie Pani dołączyć do ich grona. Nie możemy zabronić, ale błagamy o litość dla naszych pociech, które od takiej literatury uciekają hyc, hyc, hyc”)
I przy całej tej ochronie, sympatii i trosce w Polsce można z dzieckiem zrobić wszystko, bo to zasadniczo dziecko, a nie człowiek. No, niby człowiek, ale jakiś taki inny, że wolno i nie wstyd, bo to MOJE dziecko i nie będziesz mi pan mówił, jak mam je wychowywać! A piszę to wszystko dlatego, że ostatnio mogłam zaobserwować taką niewesołą sytuację:
Byłam w moim serwisie samochodowym wymienić nieświecące się światła stopu oraz łącznik osi z prawej strony, czymkolwiek to cholerstwo jest. A wiem, że to wymieniałam, bo na okręgowej stacji kontroli pojazdów pan kontroler przedłużył mi ważność dowodu rejestracyjnego i uznał Kloryndę za zdatną do uczestnictwa w ruchu drogowym tylko ze względu na moje solenne obietnice, że z tymi światłami i łącznikiem pojadę prosto do serwisu, a gdyby mnie policja złapała, to wszystko popsuło się na odcinku Katowice - Mikołów. A że jak obiecam solennie, to wykonuję bez szemrania, to pojechałam prosto ze stacji kontroli do serwisu. Mój serwis jest nieopodal stacji benzynowej i KFC, a że pora była obiadowa, a wymiana miała potrwać jeszcze z godzinę, poszłam do tegoż KFC na kubełek frytek i sałatkę "Colesław" z braku alternatyw. Siedzę, pojadam chwacko fryty z papieru, zapijając pepsi, obserwuję współbiesiadników z bożej łaski, ogryzających kurczęce kończyny. Siedzę na wprost wejścia. Przez szklane drzwi wchodzą Osoby Dramatu: Matka Prowincjonalna Biznesłumen (na oko 40 l., choć wpływ solarium na stan cery może zawyżać moje szacunki) oraz Chłopczyk Żwawy (około 5 l.). Matka ma zacięty wyraz twarzy, za mocny makijaż i smartfona. Pięciolatek, zwyczajem pięciolatków, ma sporo energii i roznosi go entuzjazm na okoliczność obiadu w fast-foodzie z możliwością wydębienia plastikowej zabawki. Matka nie mówi. Matka syczy. Matka mówi do dziecka, testując, ile głosek można wypowiedzieć bez konieczności rozwierania szczęk. Zaskakująco dużo, znacznie więcej, niż kurs fonetyki polskiej by wskazywał. Żuchwa ściśle przyklejona, zaciśnięta, aż widać mięśnie na twarzy. Stój tu. Powiedziałam: STÓJ. Gdzie łazisz (chłopiec oglądał automat nalewający napoje, metr od jej nogi)? Czy chcesz stąd wyjść? Widać chcesz (ciągnie dziecko za rękaw w kierunku wyjścia, aż mały traci równowagę i popiskuje). To się zachowuj, ostatni raz ci mówię. Stój. Wychodzimy. Powiedziałam: wychodzimy (znowu ciągnie za rękaw). Stój tu spokojnie. Stój. JAK TY SIĘ ZACHOWUJESZ?! WYCHODZIMY! (znowu ciągnie go do wyjścia, otwiera jedną ręką drzwi, a drugą popycha chłopca, on zaczyna przepraszać i protestować; zawracają do kas). Matka odbiera telefon, mówi coś o dostawach i fakturach, chłopiec znowu odszedł na metr i ogląda dystrybutor lodu w kostkach (nie naciska, nie dotyka, nie utrudnia innym klientom korzystania, po prostu patrzy). Matka kończy rozmowę, znowu ciągnie dziecko za rękaw i popycha przed siebie. Większość ludzi nie czuje się komfortowo, kurczaki z Kentucky jakoś mniej smakują, ale wszyscy sparaliżowani, bo jak zwrócić uwagę, w końcu to jej dziecko, a nie ich sprawa. Pan z wąsem próbuje rozładować sytuację i mówi do Matki z uśmiechem coś o niesfornych brzdącach. Matka syczy na pana z wąsem. Zaciska palce na barku dziecka i w ten sposób, ni to pchając, ni to ciągnąc, kieruje go do stolika. Tam strofuje go dalej, sycząc i cedząc przez zęby oraz raz po raz grożąc wyprowadzeniem nieletniego z lokalu. Raz nawet podnosi go, stawia na ziemi i popycha w kierunku drzwi. W końcu chłopiec nie wytrzymuje i zaczyna płakać. LUDZIE NIE PRZYSZLI TU SŁUCHAĆ TWOICH JĘKÓW, ZACHOWUJ SIĘ, BO WYCHODZIMY. ZOBACZYSZ, JAK WRÓCIMY DO DOMU. JA CI POKAŻĘ. Frytki stawały mi w gardle. Pierdolić te frytki, nie mam odwagi zaprotestować ani na to patrzeć, jestem tchórzem, wyrzucam papierowe naczynia i wychodzę.
A teraz wyobraźcie sobie, że w roli Matki i Chłopca jestem, dajmy na to, ja i mój Luby. Albo jakakolwiek inna para bądź nie para dorosłych ludzi. Że jedno drugiego szarpie, poniża, syczy, strofuje i grozi. Myślę (chcę wierzyć), że ktoś by w końcu zareagował. Ale dziecko, jeszcze pod opieką matki, to tylko dziecko. My, jako społeczeństwo, nie mamy się prawa wtrącać w jej metody wychowawcze, tak jak nie mamy prawa wtrącać się w jej urządzanie mieszkania, dietę czy inne prywatne sprawy. Bo dziecko to własność prywatna, a własność prywatna w tym kraju to rzecz święta. No, zresztą, to tyko malec. Nie bije go, nakarmiony, czysto ubrany, jest okej.
No, cholera, nie jest okej. A klaps to nie jest niegroźna metoda wychowawcza. Jeśli ja bym poszturchiwała Narzeczonego, albo wymierzała mu niezbyt silne uderzenia jeśli się pokłócimy albo kiedy on coś zawali, to byłaby to przemoc. Ale klaps dziecku, wedle niektórych sądów, to nie przemoc, a metoda. Jako pointę, pozwólcie państwo, zastosuję wulgaryzm (co nie świadczy dobrze o lotności mojego umysłu ani kwalifikacjach do konstruowania tekstów, ale fuck it): KURWA NO.
Nie jestem osobą, która, jak to się mawia, "lubi dzieci". Głównie dlatego, że nie mogę o sobie powiedzieć, żebym "lubiła ludzi". To znaczy konkretne jednostki owszem, jak najbardziej, samą ludzkość jako ideę też, ale to co znaczy "lubić ludzi"? Można podać jakąś kategorię ludzi, do których się z miejsca pała sympatią, np. ja lubię ludzi złośliwych i zdystansowanych do siebie oraz do świata. Bo z takimi łatwo mi się porozumieć. I tak na przykład lubię dzieci "opowiadalskie" i rezolutne, bo z takimi łatwiej mi nawiązać kontakt. Ale nie mam dzikiego pędu do każdego młodocianego poniżej 6. roku życia, żeby go koniecznie przytulić, zagadywać, wziąć na kolanka i uraczyć "szczypem polskim" (doskonały tekst Agnieszki Graff na ten temat, "Szczyp polski tradycyjny"). Nie dostaję też ekstazy na widok niemowlęcia i panicznej potrzeby wzięcia takiego małego człowieka na ręce, jeśli nie zachodzi taka potrzeba (np. dziecko płacze i trzeba je utulić). A w związku z tym, że drugorzędne cechy płciowe wskazują na to, że jestem kobietą, to brak niemowlęcej ekstazy i garnięcia się do dzieci jest natychmiastowo interpretowany jako "Agnieszka nie lubi dzieci". Inna sprawa, że trudno kogoś polubić, jak ci go wciskają na ręce z obowiązkowym komentarzem "no, potrzymaj, potrzymaj go/ją, to ci się może zachce swojego, a ha ha ha". Niestety, brakuje mi tupetu, żeby w takiej sytuacji odpowiedzieć: "O tak, zachciało mi się od samego zapachu zasypki, przepraszam, Janek, wychodzimy, musimy szybko wrócić do domu i popracować nad potomstwem, bo muszę je mieć JUŻ". Dzieci są różne, tak jak ludzie są różni. Jednych się lubi, drudzy są obojętni, a za trzecimi się zupełnie nie przepada. A że dzieci to ludzie, tylko że mali i niedojrzali, to też jest tak, że jedne dzieci się lubi, a innych nie. Co mnie wydaje się oczywiste, ale wydaję się być w tym poglądzie nieco odosobniona.
Bo dzieci w Polsce to nie są ludzie. To osobna kategoria bytu, takie dziecko. Można je zupełnie pomijać na wieloosobowych zgromadzeniach rodzinnych i uciszać, bo "dzieci i ryby głosu nie mają". Można je szarpać, popychać, poniżać, lekceważyć i upokarzać publicznie. Przesuwać i przenosić jak obiekty, bez słowa. Grozić im, także w miejscach publicznych, a nawet wymierzać klapsy i ignorować ich potrzeby. I wszystko to w kraju, gdzie dzieci są "pod szczególną ochroną od momentu poczęcia", najwyższą wartością, a także silnym argumentem w dyskusji. Retoryka współczesna zna argument "z dziecka". Dziećmi i ich dobrostanem można wygrać każdą dyskusję, zdeklasować przeciwnika, zyskać sympatię odbiorców. Bo przecież wszyscy jesteśmy za ochroną dzieci przed złem całym. Że zacytuję jednego z moich ulubionych pisarzy, Jacka Dehnela:
Orężem jest, jak często w takich przypadkach, dziecko. Młot, maczuga, Wunderwaffe polemistów. Dobro dziecka – najważniejsze. W imię dobra dziecka można domagać się odwołania Parady Równości, wprowadzenia szczepień lub zakazania szczepień, ustawy takiej czy siakiej, a co dopiero zamalowania graffiti: dzieci i ryby głosu nie mają, a panie Grażyny tego świata bardzo chętnie ujmują się za nimi (za dziećmi, bo za rybami niekoniecznie) i, raczej nie konsultując się z nimi, ślą listy do redakcji.
(Źródło: J. Dehnel: Hyc, hyc, hyc. Do przeczytania w "Polityce". W tym tekście są także doskonałe obserwacje dotyczące seksu i przemocy w przestrzeni publicznej i literatury dziecięcej, cytując za Wisławą Szymborską: „Dziatki biegną do szkoły tupu-tupu-tup, podczas gdy deszczyk kapu, kap albo śnieżek ciapu, ciap... Cio to? Ależ oczywiście, to wierszyki dla dzieci pisane przez różne straszliwe niewiasty. Pragnie Pani dołączyć do ich grona. Nie możemy zabronić, ale błagamy o litość dla naszych pociech, które od takiej literatury uciekają hyc, hyc, hyc”)
I przy całej tej ochronie, sympatii i trosce w Polsce można z dzieckiem zrobić wszystko, bo to zasadniczo dziecko, a nie człowiek. No, niby człowiek, ale jakiś taki inny, że wolno i nie wstyd, bo to MOJE dziecko i nie będziesz mi pan mówił, jak mam je wychowywać! A piszę to wszystko dlatego, że ostatnio mogłam zaobserwować taką niewesołą sytuację:
Byłam w moim serwisie samochodowym wymienić nieświecące się światła stopu oraz łącznik osi z prawej strony, czymkolwiek to cholerstwo jest. A wiem, że to wymieniałam, bo na okręgowej stacji kontroli pojazdów pan kontroler przedłużył mi ważność dowodu rejestracyjnego i uznał Kloryndę za zdatną do uczestnictwa w ruchu drogowym tylko ze względu na moje solenne obietnice, że z tymi światłami i łącznikiem pojadę prosto do serwisu, a gdyby mnie policja złapała, to wszystko popsuło się na odcinku Katowice - Mikołów. A że jak obiecam solennie, to wykonuję bez szemrania, to pojechałam prosto ze stacji kontroli do serwisu. Mój serwis jest nieopodal stacji benzynowej i KFC, a że pora była obiadowa, a wymiana miała potrwać jeszcze z godzinę, poszłam do tegoż KFC na kubełek frytek i sałatkę "Colesław" z braku alternatyw. Siedzę, pojadam chwacko fryty z papieru, zapijając pepsi, obserwuję współbiesiadników z bożej łaski, ogryzających kurczęce kończyny. Siedzę na wprost wejścia. Przez szklane drzwi wchodzą Osoby Dramatu: Matka Prowincjonalna Biznesłumen (na oko 40 l., choć wpływ solarium na stan cery może zawyżać moje szacunki) oraz Chłopczyk Żwawy (około 5 l.). Matka ma zacięty wyraz twarzy, za mocny makijaż i smartfona. Pięciolatek, zwyczajem pięciolatków, ma sporo energii i roznosi go entuzjazm na okoliczność obiadu w fast-foodzie z możliwością wydębienia plastikowej zabawki. Matka nie mówi. Matka syczy. Matka mówi do dziecka, testując, ile głosek można wypowiedzieć bez konieczności rozwierania szczęk. Zaskakująco dużo, znacznie więcej, niż kurs fonetyki polskiej by wskazywał. Żuchwa ściśle przyklejona, zaciśnięta, aż widać mięśnie na twarzy. Stój tu. Powiedziałam: STÓJ. Gdzie łazisz (chłopiec oglądał automat nalewający napoje, metr od jej nogi)? Czy chcesz stąd wyjść? Widać chcesz (ciągnie dziecko za rękaw w kierunku wyjścia, aż mały traci równowagę i popiskuje). To się zachowuj, ostatni raz ci mówię. Stój. Wychodzimy. Powiedziałam: wychodzimy (znowu ciągnie za rękaw). Stój tu spokojnie. Stój. JAK TY SIĘ ZACHOWUJESZ?! WYCHODZIMY! (znowu ciągnie go do wyjścia, otwiera jedną ręką drzwi, a drugą popycha chłopca, on zaczyna przepraszać i protestować; zawracają do kas). Matka odbiera telefon, mówi coś o dostawach i fakturach, chłopiec znowu odszedł na metr i ogląda dystrybutor lodu w kostkach (nie naciska, nie dotyka, nie utrudnia innym klientom korzystania, po prostu patrzy). Matka kończy rozmowę, znowu ciągnie dziecko za rękaw i popycha przed siebie. Większość ludzi nie czuje się komfortowo, kurczaki z Kentucky jakoś mniej smakują, ale wszyscy sparaliżowani, bo jak zwrócić uwagę, w końcu to jej dziecko, a nie ich sprawa. Pan z wąsem próbuje rozładować sytuację i mówi do Matki z uśmiechem coś o niesfornych brzdącach. Matka syczy na pana z wąsem. Zaciska palce na barku dziecka i w ten sposób, ni to pchając, ni to ciągnąc, kieruje go do stolika. Tam strofuje go dalej, sycząc i cedząc przez zęby oraz raz po raz grożąc wyprowadzeniem nieletniego z lokalu. Raz nawet podnosi go, stawia na ziemi i popycha w kierunku drzwi. W końcu chłopiec nie wytrzymuje i zaczyna płakać. LUDZIE NIE PRZYSZLI TU SŁUCHAĆ TWOICH JĘKÓW, ZACHOWUJ SIĘ, BO WYCHODZIMY. ZOBACZYSZ, JAK WRÓCIMY DO DOMU. JA CI POKAŻĘ. Frytki stawały mi w gardle. Pierdolić te frytki, nie mam odwagi zaprotestować ani na to patrzeć, jestem tchórzem, wyrzucam papierowe naczynia i wychodzę.
A teraz wyobraźcie sobie, że w roli Matki i Chłopca jestem, dajmy na to, ja i mój Luby. Albo jakakolwiek inna para bądź nie para dorosłych ludzi. Że jedno drugiego szarpie, poniża, syczy, strofuje i grozi. Myślę (chcę wierzyć), że ktoś by w końcu zareagował. Ale dziecko, jeszcze pod opieką matki, to tylko dziecko. My, jako społeczeństwo, nie mamy się prawa wtrącać w jej metody wychowawcze, tak jak nie mamy prawa wtrącać się w jej urządzanie mieszkania, dietę czy inne prywatne sprawy. Bo dziecko to własność prywatna, a własność prywatna w tym kraju to rzecz święta. No, zresztą, to tyko malec. Nie bije go, nakarmiony, czysto ubrany, jest okej.
No, cholera, nie jest okej. A klaps to nie jest niegroźna metoda wychowawcza. Jeśli ja bym poszturchiwała Narzeczonego, albo wymierzała mu niezbyt silne uderzenia jeśli się pokłócimy albo kiedy on coś zawali, to byłaby to przemoc. Ale klaps dziecku, wedle niektórych sądów, to nie przemoc, a metoda. Jako pointę, pozwólcie państwo, zastosuję wulgaryzm (co nie świadczy dobrze o lotności mojego umysłu ani kwalifikacjach do konstruowania tekstów, ale fuck it): KURWA NO.
poniedziałek, 23 marca 2015
"Jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach...", czyli rodacy na urlopie
Choć sezon urlopowy jeszcze się na dobre nie rozpoczął, to popularny dziennikarz TVN wywołał poważny problem "Wczasy zagraniczne a sprawa polska". Otóż pan Jarosław Kuźniar był uprzejmy podzielić się z rodakami swoimi sposobami na "tanie podróżowanie". I nie były to drogocenne, nomen omen, porady objaśniające czytelnikom, jak najkorzystniej bukować loty WizzAirem czy RyanAirem, bo na przykład odkrył, kiedy są najtańsze i gdzie. Nie były to też zbawienne porady dotyczące couch surfingu czy inne "Autostopem przez galaktykę". Kuźniar pochwalił się, że podróżując do USA kupuje niezbędny mu sprzęt w Walmarcie, użytkuje przez cały pobyt, a pod koniec podróży zwraca do sklepu pod byle pretekstem. Prawa konsumenta w Ameryce to cudowna rzecz. I zaiste są godne pozazdroszczenia. Ale niekoniecznie już wykorzystywania w tak, nie bójmy się tego słowa, przaśno-siermiężno-pszenno-buraczany sposób. Ponadto pan Kuźniar był uprzejmy wielokrotnie dzielić się z odbiorcami swoimi wrażeniami dotyczącymi podróży w gronie rodaków. Które, też przyznajmy to szczerze, bywają koszmarem i są takie momenty, że się żałuje, że żadnego z języków obcych nie opanowało się w takim stopniu, aby udawać np. Niemca. Albo Hiszpankę (co z moją bladolico-niebieskooką urodą mogłoby nie przejść, więc lepiej jednak było inwestować w kursy niemieckiego albo najlepiej - szwedzkiego lub islandzkiego i przedstawiać się jako, na ten przykład, Agneta Jónsdottir). Owszem, zdarzają się bardzo sympatyczne spotkania rodaków na obczyźnie. Na przykład w recepcji dublińskiego hostelu albo barcelońskim Subwayu. Wiele miałam takich spotkań, sympatycznych albo zabawnych. W muzeum dublińskim pani przy wejściu długo i obszernie opowiadała nam po angielsku, co znajdziemy na każdym z pięter ekspozycji, a na koniec zapytała "where are you from?", po usłyszeniu odpowiedzi przewróciła oczami i powiedziała znużona: "Oesuuuu, nie mogliście państwo tak od razu? Się człowiek produkuje po próżnicy...". Mogłabym wiele takich uciesznych anegdot przywołać. Ale są też anegdoty niewesołe. Spuśćmy uprzejmie zasłonę milczenia na samolotowe wyczyny naszych polityków, rodacy na wakacjach bywają straszni. Wynoszą jedzenie ze szwedzkiego bufetu. Wykupują najtańsze oferty, a potem się awanturują, że standard nie ten i nie za to płacili. Zwłaszcza w samolotach. Jak się leci WizzAirem i płaci się za to nie za wiele (porównując z cenami innych linii lotniczych), to nie ma co oczekiwać, że standard samolotowej podróży będzie jak w filmie "Jak być kochaną", z koniaczkiem i międzylądowaniem na odpoczynek. No ale. Lecę, więc wymagam. Zapominając o tym, że linia lotnicza, którą wybrałem, jest powietrznym odpowiednikiem PKSu. Stroje rodaków na obczyźnie to też temat na osobny wpis, a dokumentacja fotograficzna nadaje się tylko na "Faszyn from Raszyn". I znowu bez przesady - nie chodzi mi o to, że powinniśmy wyglądać jakbyśmy wszyscy wakacje spędzali na luksusowym jachcie, kursując między Saint Tropez a Niceą. Ale spodnie z lycry opinające balerony i top w panterkę, a na szczycie tej konstrukcji sfilcowany "słoneczny balejaż" w bieli i czerni? Klapki pamiętające wczasy zakładowe w Ciechocinku? Litości. Wynoszenie jedzenia ze szwedzkiego bufetu, "bierz, bierz Maryla, bo zapłacone", wydzieranie się na cały hotelowy bar w Varadero "AŚKAAAAA, WEŹ MI TO Z MIENTOM!" (chodziło o mojito...), osławione już kanapki z jajem i kabanosy w autokarowej podróży do Paryża... Zresztą, kto ciekaw takich historii, to Internet pełen jest zwierzeń pilotów wycieczek i rezydentów. Tak, Polacy za granicą potrafią być uciążliwi i żenujący. Czasami wstyd się przyznawać do narodowości. Niemniej jednak jestem w stanie zrozumieć, z czego to wynika. Z kompleksów. Z wyobrażeń o własnej "pańskości". Z chęci użycia i odreagowania swojej niewielkiej pensji, krzywego mieszkania w gomułkowskim bloku na jakimś zadupiu, z pazerności i chęci "nachapania się", kiedy można. Rekompensowania sobie poczucia, że jesteśmy "Radomiem Europy" (sformułowanie zawdzięczam Adamowi). I choć wydawać by się mogło, że Jarosław Kuźniar, świetnie zarabiający dziennikarz z Warszawy, może być wolny od takich pokus i potrzeb, to nie jest. On też musi się "nachapać". Cwanym być. Sprytnym. Sytuację wykorzystać, ugrać coś na boku, nie być frajerem i nie płacić. Sztućce wynieść z restauracji, a ręczniki kraść z hotelu. Ukrywać miniaturowe szamponiki i żele pod prysznic, żeby dostać nowe, a przecież na podróż się przydadzą. Kultura polska kulturą cwaniactwa i "przydasiek". Celebrujmy to nasze dziedzictwo, skoro tak egalitarne jest, że wszystkie klasy, nawet te, wydawać by się mogło, wysokie, obejmuje. Bądźmy dumni, jak dumni jesteśmy z transformacji, sarmacji, Papieża, wąsa, Marszałka, II RP, wsi polskiej i disco polo. Cwaniactwo chlubą narodową! "Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina..."!
sobota, 14 marca 2015
Jak być dobrym rodzicem w kilkunastu prostych krokach, czyli pop-psychologia i latte feminizm
Zostałam zainspirowana w deszczową sobotę przez Pawiana przy drodze, która była uprzejma podzielić się na Facebooku artykułami z kultowego w pewnych kręgach portalu Mamadu.pl. Chodzi o dwa bliźniacze artykuły, Małgorzaty Ohme "18 damskich spraw, które musi załatwić matka każdej dziewczynki" oraz Dawida Bartosika "16 męskich spraw, które musi załatwić ojciec każdego chłopca". W dyskusji pod postem Pawiana pojawiły się sugestie, że tekst Ohme jest ironiczną odpowiedzią na tekst Bartosika i ona tak nie na serio. I choć zwykle staram się mieć głęboką wiarę w ludzkość, zawsze wierzę, że tekst jest ironiczny, a wiadomość z "ASZdziennika", to tym wypadku węszę jednak tekst w tonacji serio. A węszę dlatego, że moim zdaniem te dwa teksty są doskonałymi przykładami: pop-psychologii, latte feminizmu i czegoś, co na własny użytek nazywam "równouprawnieniem z Dzień Dobry TVN". Może to też być równouprawnienie z "Twojego Stylu" albo "Wysokich Obcasów EXTRA", które to czasopisma nie za wiele się różnią. Otóż w swoich podstawowych założeniach równouprawnienie z Dzień Dobry TVN zakłada, że kobiety i mężczyźni powinni być równi i partnerscy, facet może przewinąć niemowlaka, kobieta może szefować wielkiej firmie i powinni się dzielić obowiązkami. Tyle, żeby tak nie za bardzo. To znaczy jesteśmy równi, ale kobieta, to wiadomo, rosołek ugotuje jak chłop chory, no a mężczyzna to jednak jest silny i twardy, chociaż mówi "kocham cię". A kobieta, chociaż jest prezeską, to maluje usta i lubi być otoczona silnym ramieniem swojego mężczyzny. Żadne tam radykalne rewolucje. Ot, troszeczkę, żeby dobrze w stylowych wnętrzach wyglądało. A do tekstów, aby zachować konwencję, odniosę się w punktach. Otóż matka powinna nauczyć córkę:
"1. Robić rosół. Nie ogółem gotować, bo nie każda ma do tego: talent, chęć, czas, ale ugotować porządny rosół na wołowym z kością - koniecznie! Po co? Bo to niezbędne, by wytrzymać z chorującym chłopem. Jak postanowi zostać wegetarianką, to niech się nauczy uzupełniać smak umami". Moja matka jest złą matką. Nie umiem gotować rosołu. Ba, nie zamierzam się nawet uczyć, gdyż mięsa nie jem, a rosół mi zwyczajnie śmierdzi. Na potęgę śmierdzi. I nie ma mowy, żeby wielki gar z trupem w środku bulgotał w mojej kuchni. Wytrzymałam z chorującym chłopem bez rosołu. Poiłam go napojem imbirowym. Uwaga, teraz będzie szok w trampkach: nie każdy chorujący chłop z byle katarkiem i temperaturą 36,8 kładzie się do łóżka i celebruje wszystko, co wyczytał u Philippe'a Aries o chorym w łóżku. Żaden moribundus, żadne ars moriendi, żadnych aniołów z szarfami i sentencjami.
2. Według Ohme (tu wyczuwam słabą iskierkę ironii i uszczypliwość wobec tekstu Bartosika) kobieta powinna umieć przyszyć guzik, bo mężczyzna i dziecko tego nie zrobią. Według mnie każdy podstawowo ogarnięty człowiek powinien umieć przyszyć guzik i zaszyć dziurę. Nie mówię o krawiectwie artystycznym, tylko po prostu w razie nagłego wypadku nie każdy jest psycholożką z Warszawy, która może rozważyć kupienie nowej koszuli zamiast przyszycia guzika do starej. Ja na ten przykład nie mogę, więc przyszywam i zaszywam.
3. "Pleść warkocza". WARKOCZ, do cholery. Prawdziwa Matka Polka, do tego z wykształceniem wyższym, powinna nauczyć swoje dziecko niezależnie od płci mówić po polsku, no na miły buk! W kwestii warkoczy (nie: warkoczów) moja matka zawiodła. Nie umiem pleść, zaplatać ani układać włosów innych, niż moje własne, krótko obsmyczone. Nie umiałam jako dziecko. I choć moja mama bardzo chciała mnie czesać w rozmaite fikuśne fryzurki z fikuśnymi gumeczkami, byłam materiałem opornym i NIENAWIDZIŁAM szczotek do włosów. Warkocze, które plotę koniom, np. do koreczków, są żałosne i wiem o tym. Sama warkocz miałam na głowie bodaj raz. Wyglądał jako kolba kukurydzy pastewnej - krótkie, grube i z takimi roztrzepanymi "piórkami" na końcu. To była Barbórka, a ja tańczyłam w stroju regionalnym, dostając zeza zbieżnego, gdyż jeden z koralików z wianka dyndał mi dokładnie między brwiami. Matka nie dopilnowała, utraciłam kobiecość za młodu.
4., 5. i 6. potraktuję zbiorczo: nie należy malować się i prowadzić samochodu. Niezależnie od tego, jakim się jest kierowcą. Jak się nie umie zmieniać samodzielnie koła (ja umiem, tzn. wiem, co trzeba robić, ale nie mam dość siły, aby podnieść auto na lewarku), to się wykupuje pakiet assistance i w razie złapania gumy dzwoni pod wskazany numer, a nie staje na poboczu i macha wypielęgnowaną łapcią. Ew. podjeżdża się pod Wydział Filologiczny i prosi o pomoc, sprawdzone, działa. Dotyczy płci obojga. Jeśli chodzi o pertraktowanie z policjantami: możecie mi powiedzieć, że jestem pryncypialna, ale nie uznaję "przekonywania" "pana władzy" przy jednoczesnym rzęs trzepocie. Ostatnio zapłaciłam mandat za jazdę bez świateł. Zaledwie kilometr od domu. Nie próbowałam przekonywać, że "to ostatni raz" albo robić z siebie trzpiotki i mówić, że "taka jestem roztrzepana (w domyśle: taka kruchutka, no ojejejejejej....)". Jeśli mogę samodzielnie prowadzić samochód, to powinnam o światłach pamiętać. Jeśli stanęłam na zakazie, to nie mówię "ojej, serio, tam stał znak...?". Ogólnie: żaden mandat nie sprawi, że zrobię z siebie patentowaną idiotkę. Głównie dlatego, że nią nie jestem. I ponadto: kodeks drogowy obowiązuje także patentowane idiotki. I tego też należy dzieci nauczyć.
7. i 8. Ponadto matka, według Ohme, powinna nauczyć córkę także flirtować oraz nie dojadać do końca, bo i tak dziewczyna będzie całe życie na diecie, więc niech się ćwiczy za młodu. Przykro mi, nie mam riposty. To jest za głupie.
9., 10. i 11. są słuszne. Należy badać piersi. Jak się już je ma, trzeba umieć dobrać na nie stanik. Trzeba czytać instrukcje obsługi. Instrukcje z Ikei są obrazkowe, ale widać to nie p. Ohme skręcała krzesła. Jeśli chodzi o dawkę antydepresantów: po takim wychowaniu sugerowałabym zainwestować w terapię dla córki. Porządną. A nie od razu w antydepresanty. Ale to p. Ohme jest psycholożką, więc widać wie, że żadna terapia jej biednej córce nie pomoże. Pogratulować kompetencji rodzicielskich i trzeźwej oceny własnych możliwości wychowawczych.
"12. Umieć zarabiać kasę. Tak tak. A więc nie wychodzić za mąż dla pieniędzy. Nie zostawać w toksycznym związku ze względów finansowych. Kupić sobie torebkę, super krem albo wymarzone szpilki- i nie pytać o zgodę. Nikogo". I stawiać przecinki (w ogóle poziom tekstu pod względem językowym woła o pomstę do nieba). To jest właśnie kwintesencja latte feminizmu bądź też równouprawnienia z Dzień Dobry TVN. Kobieta powinna umieć zarabiać kasę (najlepiej dużą), żeby móc sobie kupować szpilki i kremy bez zgody męża. Dziękujemy wam, feministki! Teraz same możemy płacić za to, co jest w życiu najważniejsze! Teraz nikt nie będzie robił nam wyrzutów za cenę naszej garderoby! DZIĘ-KU-JE-MY! Bo to jest właśnie najważniejsze w emancypacji. Samowystarczalność w obuwniczym. To wystarczy za całe równouprawnienie. A przecież wiadomo, że kobietom tylko fatałaszki w głowie.
Punkty 13 - 18 są całkiem sensowne, więc nie będę się czepiać. Więc co o tym myśleć? Ironia to czy nie? Obawiam się, że nie. A swoją obawę motywuję właśnie feminizmem z DDTVN: czyli zarób na własne szpilki, ale wiadomo, że jak chłop choruje, to trzeba uwarzyć rosołek. Kochaj i akceptuj siebie, bądź silna, ale przed policjantem zgrywaj słodką idiotkę. Pomimo całego "akceptuj siebie" lepiej jednak uważać na to, co się je. Żeby efektywniej unikać mandatów, kiedy się zarazem robi kreskę eyelinerem i wymusza pierwszeństwo. Pop-psychologia, latte feminizm na obcasach. Nie jestem feministką, ale... No i kto by się przejmował językiem polskim. Liczy się body lengłycz! Działanie na podświadomość, a nie jakieś tam przypadki! Zresztą, należy córkę nauczyć, że przypadki to się zdarzają słabeuszkom. A ona ma brać życie w swoje ręce i być panią własnego losu! No chyba że chodzi o dietę. To wtedy jednak nie. Witamy w świecie latte, szpilek i feminizmu! Aby być dobrą matką, należy wyemancypować swoją córeczkę, ale nie za bardzo. Nie chcesz przecież, żeby wyrosła z niej jakaś straszna, manifowa feministka!
Mamo, tato, dziękuję. Że umiem i przyszyć guzik, i wiem, jak zmienić oponę. Obrać ziemniaki i walczyć o swoje. Że wychowaliście mnie nie na kobietę, nie na faceta, ale na porządnego, zaradnego CZŁOWIEKA.
"1. Robić rosół. Nie ogółem gotować, bo nie każda ma do tego: talent, chęć, czas, ale ugotować porządny rosół na wołowym z kością - koniecznie! Po co? Bo to niezbędne, by wytrzymać z chorującym chłopem. Jak postanowi zostać wegetarianką, to niech się nauczy uzupełniać smak umami". Moja matka jest złą matką. Nie umiem gotować rosołu. Ba, nie zamierzam się nawet uczyć, gdyż mięsa nie jem, a rosół mi zwyczajnie śmierdzi. Na potęgę śmierdzi. I nie ma mowy, żeby wielki gar z trupem w środku bulgotał w mojej kuchni. Wytrzymałam z chorującym chłopem bez rosołu. Poiłam go napojem imbirowym. Uwaga, teraz będzie szok w trampkach: nie każdy chorujący chłop z byle katarkiem i temperaturą 36,8 kładzie się do łóżka i celebruje wszystko, co wyczytał u Philippe'a Aries o chorym w łóżku. Żaden moribundus, żadne ars moriendi, żadnych aniołów z szarfami i sentencjami.
2. Według Ohme (tu wyczuwam słabą iskierkę ironii i uszczypliwość wobec tekstu Bartosika) kobieta powinna umieć przyszyć guzik, bo mężczyzna i dziecko tego nie zrobią. Według mnie każdy podstawowo ogarnięty człowiek powinien umieć przyszyć guzik i zaszyć dziurę. Nie mówię o krawiectwie artystycznym, tylko po prostu w razie nagłego wypadku nie każdy jest psycholożką z Warszawy, która może rozważyć kupienie nowej koszuli zamiast przyszycia guzika do starej. Ja na ten przykład nie mogę, więc przyszywam i zaszywam.
3. "Pleść warkocza". WARKOCZ, do cholery. Prawdziwa Matka Polka, do tego z wykształceniem wyższym, powinna nauczyć swoje dziecko niezależnie od płci mówić po polsku, no na miły buk! W kwestii warkoczy (nie: warkoczów) moja matka zawiodła. Nie umiem pleść, zaplatać ani układać włosów innych, niż moje własne, krótko obsmyczone. Nie umiałam jako dziecko. I choć moja mama bardzo chciała mnie czesać w rozmaite fikuśne fryzurki z fikuśnymi gumeczkami, byłam materiałem opornym i NIENAWIDZIŁAM szczotek do włosów. Warkocze, które plotę koniom, np. do koreczków, są żałosne i wiem o tym. Sama warkocz miałam na głowie bodaj raz. Wyglądał jako kolba kukurydzy pastewnej - krótkie, grube i z takimi roztrzepanymi "piórkami" na końcu. To była Barbórka, a ja tańczyłam w stroju regionalnym, dostając zeza zbieżnego, gdyż jeden z koralików z wianka dyndał mi dokładnie między brwiami. Matka nie dopilnowała, utraciłam kobiecość za młodu.
4., 5. i 6. potraktuję zbiorczo: nie należy malować się i prowadzić samochodu. Niezależnie od tego, jakim się jest kierowcą. Jak się nie umie zmieniać samodzielnie koła (ja umiem, tzn. wiem, co trzeba robić, ale nie mam dość siły, aby podnieść auto na lewarku), to się wykupuje pakiet assistance i w razie złapania gumy dzwoni pod wskazany numer, a nie staje na poboczu i macha wypielęgnowaną łapcią. Ew. podjeżdża się pod Wydział Filologiczny i prosi o pomoc, sprawdzone, działa. Dotyczy płci obojga. Jeśli chodzi o pertraktowanie z policjantami: możecie mi powiedzieć, że jestem pryncypialna, ale nie uznaję "przekonywania" "pana władzy" przy jednoczesnym rzęs trzepocie. Ostatnio zapłaciłam mandat za jazdę bez świateł. Zaledwie kilometr od domu. Nie próbowałam przekonywać, że "to ostatni raz" albo robić z siebie trzpiotki i mówić, że "taka jestem roztrzepana (w domyśle: taka kruchutka, no ojejejejejej....)". Jeśli mogę samodzielnie prowadzić samochód, to powinnam o światłach pamiętać. Jeśli stanęłam na zakazie, to nie mówię "ojej, serio, tam stał znak...?". Ogólnie: żaden mandat nie sprawi, że zrobię z siebie patentowaną idiotkę. Głównie dlatego, że nią nie jestem. I ponadto: kodeks drogowy obowiązuje także patentowane idiotki. I tego też należy dzieci nauczyć.
7. i 8. Ponadto matka, według Ohme, powinna nauczyć córkę także flirtować oraz nie dojadać do końca, bo i tak dziewczyna będzie całe życie na diecie, więc niech się ćwiczy za młodu. Przykro mi, nie mam riposty. To jest za głupie.
9., 10. i 11. są słuszne. Należy badać piersi. Jak się już je ma, trzeba umieć dobrać na nie stanik. Trzeba czytać instrukcje obsługi. Instrukcje z Ikei są obrazkowe, ale widać to nie p. Ohme skręcała krzesła. Jeśli chodzi o dawkę antydepresantów: po takim wychowaniu sugerowałabym zainwestować w terapię dla córki. Porządną. A nie od razu w antydepresanty. Ale to p. Ohme jest psycholożką, więc widać wie, że żadna terapia jej biednej córce nie pomoże. Pogratulować kompetencji rodzicielskich i trzeźwej oceny własnych możliwości wychowawczych.
"12. Umieć zarabiać kasę. Tak tak. A więc nie wychodzić za mąż dla pieniędzy. Nie zostawać w toksycznym związku ze względów finansowych. Kupić sobie torebkę, super krem albo wymarzone szpilki- i nie pytać o zgodę. Nikogo". I stawiać przecinki (w ogóle poziom tekstu pod względem językowym woła o pomstę do nieba). To jest właśnie kwintesencja latte feminizmu bądź też równouprawnienia z Dzień Dobry TVN. Kobieta powinna umieć zarabiać kasę (najlepiej dużą), żeby móc sobie kupować szpilki i kremy bez zgody męża. Dziękujemy wam, feministki! Teraz same możemy płacić za to, co jest w życiu najważniejsze! Teraz nikt nie będzie robił nam wyrzutów za cenę naszej garderoby! DZIĘ-KU-JE-MY! Bo to jest właśnie najważniejsze w emancypacji. Samowystarczalność w obuwniczym. To wystarczy za całe równouprawnienie. A przecież wiadomo, że kobietom tylko fatałaszki w głowie.
Punkty 13 - 18 są całkiem sensowne, więc nie będę się czepiać. Więc co o tym myśleć? Ironia to czy nie? Obawiam się, że nie. A swoją obawę motywuję właśnie feminizmem z DDTVN: czyli zarób na własne szpilki, ale wiadomo, że jak chłop choruje, to trzeba uwarzyć rosołek. Kochaj i akceptuj siebie, bądź silna, ale przed policjantem zgrywaj słodką idiotkę. Pomimo całego "akceptuj siebie" lepiej jednak uważać na to, co się je. Żeby efektywniej unikać mandatów, kiedy się zarazem robi kreskę eyelinerem i wymusza pierwszeństwo. Pop-psychologia, latte feminizm na obcasach. Nie jestem feministką, ale... No i kto by się przejmował językiem polskim. Liczy się body lengłycz! Działanie na podświadomość, a nie jakieś tam przypadki! Zresztą, należy córkę nauczyć, że przypadki to się zdarzają słabeuszkom. A ona ma brać życie w swoje ręce i być panią własnego losu! No chyba że chodzi o dietę. To wtedy jednak nie. Witamy w świecie latte, szpilek i feminizmu! Aby być dobrą matką, należy wyemancypować swoją córeczkę, ale nie za bardzo. Nie chcesz przecież, żeby wyrosła z niej jakaś straszna, manifowa feministka!
Mamo, tato, dziękuję. Że umiem i przyszyć guzik, i wiem, jak zmienić oponę. Obrać ziemniaki i walczyć o swoje. Że wychowaliście mnie nie na kobietę, nie na faceta, ale na porządnego, zaradnego CZŁOWIEKA.
Subskrybuj:
Posty (Atom)