środa, 16 września 2015

Wyszłam za mąż, zaraz wracam

Przerwa w nadawaniu spowodowana była zamążpójściem piszącej, które to zamążpójście okazało się bardzo absorbujące - czas, uwagę i pieniądze. Cipca ślubnego się nie uniknie. Można tylko minimalizować straty. I choć na ślubie i przyjęciu cieniem położyły się znaczące nieobecności bliskich nam ludzi, którzy żadną mocą nie mogli z nami być tego dnia, to wyszłam za mąż i nie zwariowałam. Chyba. I teraz z pozycji ekspertki, o małżeńskim stażu wynoszącym, uwaga, 12 dni, będę się wypowiadać o organizacji przyjęć. I małżeństwie. I wariactwie. Jak było widać w poprzednim wpisie, bez nerwów się nie obyło. Bez drobnych katastrof też.

Po pierwszej, nie ufajcie kosmetyczkom. Ja już żadnej nie zaufam. W kwestii urody i pielęgnacji jestem samosią. Czytam w Internetach, oglądam filmik instruktażowy i robię wszystko sama. Tylko włosy ścina mi nieoceniona imienniczka z salonu na ul. Jankego. Ale ślub to ślub i lepiej niektóre rzeczy oddać w zarząd armii profesjonalistów. Nie ma nic gorszego, niż profesjonaliści. Fryzjerka, jak zawsze, stanęła na wysokości zadania, a zadanie nie było łatwe - uczesać na ślub kogoś ściętego, jak ładnie mówią na to cięcie w krajach anglojęzycznych, na "pixie" - chochlika, to wyzwanie. Ale pani Agnieszka ze wszystkim sobie poradzi. W wyczarowaną przez nią konstrukcję wsunęłam opaskę z kamyczkami i było cudnie. We władanie profesjonalistek postanowiłam też oddać stopy i dłonie. Błąd. Trzeba było zrobić to chałupniczo. Mało, że ponoć pancerny lakier hybrydowy, który miał wytrzymać na moich paznokciach w stanie nienaruszonym trzy tygodnie, rwanie włosów z głowy oraz układanie kostki Bauma we wszystkich mały miasteczkach w Polsce gołymi ręcami, zaczął odpryskiwać już dzień po nałożeniu. Mało, że zabieg momentami był bolesny, bo kosmetyczka postanowiła rozprawić się ze wszystkim ogniem, mieczem i acetonem. Moje mikrostopy w rozmiarze 35 okazały się jednak zbyt dużym wyzwaniem. Niemal na każdym placu zostawiła mi strupki przy paznokciach. Takiej sieczki na stopach to nie miałam chyba nawet wtedy, kiedy nosiłam glany w upalne lato anno Domini 2004. Dobrze, że szłam w czółenkach, bo gdyby to były sandały, zalałabym się rzewną łzą. Nigdy więcej nie pójdę do kosmetyczki. Ze szczególnym uwzględnieniem manikiurzystek. Jak wściekła na wszystko opowiadałam o tej sieczce ze stóp mojemu ojcu, on jak zawsze wykazał się empatią:

Ja: No i mam sieczkę ze stóp. Co za babon, a niby to miała być profesjonalistka!
Ojciec: No ale wiesz... Może to jest jakaś, nie wiem, ekonomistka albo specjalistka od PR, która nie znalazła pracy w zawodzie i zrobiła kurs na kosmetyczkę...
Ja: To znaczy, że jest do dupy w aż dwóch wyuczonych zawodach.

Dobrze, że pomalowałam się sama, bo po doświadczeniach z manikiurzystką podejrzewam, że mogłabym wyglądać jak drag queen po całonocnym show w najbardziej podłym klubie w południowej Arizonie. I choć kultura drag mnie fascynuje, to nie na tyle, żeby stać się marną kopią kampowej kopii. Nie dla mnie ten poziom postmoderny.

Po drugie, nie ufajcie urzędnikom. Wydaje wam się, że tacy jesteście świeccy, nowocześni i hop do przodu, że jak weźmiecie sobie ślub cywilny, to nie czekają was żenujące przemowy celebrującego wasz ślub? Błąd! Może jak pojedziecie sobie do Słupska, żeby was nie do końca świętym węzłem związał Biedroń, to wam to nie grozi. W każdym innym przypadku bądźcie gotowi na:
- seksizm,
- żenujące żarty prowadzącego,
- cytaty z czapy,
- obraźliwe uwagi,
- homofobiczne spostrzeżenia dotyczące małżeństw
... i wiele innych w pakiecie. My to otrzymaliśmy od kierownika USC. Który się spóźnił, miał przekrzywiony łańcuch, zrobił z naszego ślubu szopkę (i to nie bożonarodzeniową w stylu krakowskim) i dostarczył tematów do żartów i dyskusji zgromadzonym pracownikom, studentom i doktorantom Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ, którzy przybyli tłumnie. Podobno wśród gości szły zakłady, czy rzucę się na urzędnika z szałem i czy w końcu przestanę się uśmiechać. Teraz to się z tego śmiejemy, no bo cóż począć? Płakać? Najważniejsze, że jesteśmy małżeństwem. Ale dla tych, co nie byli, a być chcieli, zaprezentuję poniżej krótki wyciąg z przemowy urzędnika wraz z komentarzem:

- "Mężczyzna musi być silny, mężny i logiczny, choć nigdy nie zrozumie uczuciowego, emocjonalnego świata kobiety, to te światy będą się uzupełniać" - jestem przekonana, że słyszałam wtedy chichot Moniki i Sary, a także czołowych szyderczyń dżenderowych, reprezentujących Zakład Literatury Poromantycznej oraz Zakład Literatury Baroku i Dawnej Książki.
- "Poznali się na studiach i zamiast uczyć się do egzaminów, patrzyli sobie w oczy. No ale jakoś te egzaminy zdali..." - tak było, potwierdzam. A stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia otrzymałam za to, że znalazłam heteroseksualnego mężczyznę na filologii polskiej. Rzadki ponoć okaz. Jak mawiała nieoceniona Małgorzata Szalona Filolożka, faceci na filologii najczęściej mają już chłopaka na kulturoznawstwie.
- "Małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny i bronimy tego jak niepodległości" - abstrahując od moich i Obywatela Małżonka poglądów na ten temat (a brzmią one: miłość nie wyklucza, małżeństwa i żenujące wpadki ślubne dla wszystkich!), poczułam, jakby mi ktoś lodu nasypał do trzewi. Przede wszystkim ze względu na bardzo bliskie mnie i Obywatelowi Małżonkowi osoby na sali. Które są jedną z najbardziej uroczych par, jakie nosiła ta ziemia. A przed którymi się tej instytucji małżeństwa broni "jak niepodległości".
- mój Obywatel Małżonek ma mieć szpony jak orzeł na godle Polski - na sali reprezentowany przez dywan, na modłę radziecką powieszony na ścianie - aby bronić swojego gniazda jak Ojczyzny. Nasuwa mi się tylko jedno: ojaprdle. Godło na dywanie już nam zostało przyobiecane jako podarek ślubny. Od dżenderowej szyderczyni Pawiana przy Drodze.
- "Bo jeden plus jeden daje w tym wypadku jedenaście. A jak będziecie mieć dzieci, to 111. A jak więcej dzieci, to więcej jedynek, które tworzą całość" - nie wiem, czy dobrze przytoczyłam, bo się zagubiłam jakoś w tej algebrze. Ale ja nigdy nie byłam orłem (ze szponami) z matematyki. I to Obywatel Małżonek ma być silny i logiczny. Może mi, biednemu głupiątku, kiedyś objaśni te zawiłości matematyczne.
- "Faceci są wzrokowcami i mąż musi być jak Książę w <<Małym Księciu>> - będzie widział wszystkie te piękne róże wokół i będzie widział, że są tak piękne albo piękniejsze od jego róży. Ale on nie zostawi swojej róży, bo jest za nią ODPOWIEDZIALNY!" - no biedny ten mój logiczny, a zarazem prosty i wiecznie pobudzony przez doznania wzrokowe Obywatel Małżonek. I jedyne, co go trzyma przy mnie, to poczucie odpowiedzialności. Bo pokusa czeka na każdym rogu. A facet, to wiadomo. Wzrokowiec i naturalny poligamista.

Sypał jeszcze jak z rękawa cytatami z "Małego Księcia", "Człowieka Ringu" (sic!) i Gałczyńskiego. Gałczyński był najbardziej na miejscu - w końcu to wszystko przypominało "Teatrzyk Zielona Gęś". Czekałam, aż zza węgła wyskoczy na przykład Porfirion Osiełek albo Hermenegilda Kociubińska. No, ale będzie co wspominać. Goście też łatwo nie zapomną tego ślubu. Ale jeśli to miała być reprezentacja powagi urzędu i powagi instytucji małżeństwa, które w Polsce jest ponoć święte i traktowane z czcią nabożną jako podstawa zdrowego społeczeństwa, to brak mi słów. Groteska widać weszła nam w krew.

Po trzecie, nie ma ślubu bez disco polo. Nawet jeśli ułożyliśmy własną playlistę na przyjęcie. Braki pośpiesznie uzupełnił Pan Samochodzik, który w drodze na ślub puszczał nam ckliwe, sentymentalne ballady pseudorockowe o miłości, a w drodze na przyjęcie miłosne disco polo. Disco polo nie unikniesz. Dziedzictwo muzyczne szanuj i do ludu się zbliż, a nie się teraz wyzłośliwasz, niby lewicowa humanistka, a proszę, z pogardą dla muzyki klasy pracującej. Wyszło szydło z worka.

Przydługi ten wpis skończę tylko uwagą, że z fryzury, która miała przetrwać 24 godziny ślubu i przyjęcia, a więc była utrwalona wedle procedur opracowanych przez niemiecki przemysł ciężki (nie mogę się uwolnić od tego Różyckiego, no nie mogę...), bardzo trudno wydłubuje się ryż jaśminowy. Ostatnie ziarenka spłynęły dopiero po namaczaniu tej konstrukcji dnia następnego rano... I jak w ostatniej księdze "Pana Tadeusza" - "Kochajmy się!".

środa, 26 sierpnia 2015

"Kiedy rozum śpi, budzą się demony..."

Przerwa w nadawaniu spowodowana była tym, że w moim życiu nie działo się nic szczególnie interesującego bądź pobudzającego do pisania. Niestety, moje życie codziennie nie jest tak fascynujące, jak innych blogerek i nie wszystko, co się dzieje w moim życiu, warte jest zdjęcia i notki. Ostatnio na przykład głównie pisałam artykuł o literackich celebrytach i napłodziłam tego 22 strony, dziś czeka mnie korekta. Na myśl o tym jest mi słabo. Spędziłam dwa miesiące, skrzętnie katalogując wpisy na Pudelku o pisarzach. I przygotowywałam się do ślubu. Właściwie wszystko jest dopięte, pozostały już drobne, kosmetyczne sprawy, wieczór panieński i wyjść. Za mąż. Niestety, zauważyłam niepokojące symptomy w moim zachowaniu i w moich snach. Otóż intensywnie śnię ślub. Zawsze w jakichś fatalnych wariantach i o krok od katastrofy - albo po prostu śnię katastrofę - i z ulgą budzę się na nieco zdezelowanej kanapie BEDDINGE obok narzeczonego, dochodząc do wniosku, że to był tylko zły sen i ostatecznie wyjdę za właśnie tego mężczyznę, który śpi obok z porozrzucanymi po poduszce czarnymi lokami i kotem zwiniętym na klatce piersiowej. I zdążę. Na pewno zdążę.

Sen I

Śni mi się, że z niczym nie wyrabiamy. Nie zdążyłam pójść do fryzjera, więc na głowie mam kompozycję własną, a na dodatek "bad hair day". Nie miałam czasu zrobić sobie mojego dopracowanego, sumiennie zaprojektowanego i przećwiczonego makijażu, więc tylko pociągnęłam rzęsy dwa razy tuszem, a usta bezbarwną pomadką (makijaż typu "dwie grahamki i pełnoziarnisty krojony poproszę"). Zapomniałam założyć moją piękną opaskę z kamyczkami i jestem wściekła, bo to jedyna okazja w moim życiu, żeby założyć tą śliczną opaskę z kamyczkami. Przyjeżdżamy na miejsce, tacy nieco niedorobieni, zziajani i i tak spóźnieni, urzędnik na nas krzywo patrzy... I wtedy gdzieś zza węgła wychodzi Piotrek, świadek Janka i jego kuzyn. Piotruś uśmiecha się szeroko i bardzo przyjemnie. Ubrany jest bardzo modnie i bardzo elegancko. Zakładając, że mamy XVIII wiek. Ma białą peruczkę z loczkami, upudrowaną twarz i różowe poliki. Turkusowy, wzorzysty surducik. Koszulę z żabotem i wystające, koronkowe mankiety. Wielki, kurka siwa, pierścień z oczkiem. Złote pantalony, białe podkolanówki i buty na obcasie i z klamerką. Złotą. Ponadto podpiera się laseczką. Budzę się zlana potem.

Sen II

Śni mi się, że zajeżdżamy pod urząd, a tam pustka. Stoją tylko świadkowie, jacyś tacy smutni, szarzy, brzydcy jacyś, jakby żywcem wyjęci z kina moralnego niepokoju. W ogóle cała sceneria jak z kina moralnego niepokoju. Rodzice też, moralny niepokój. A poza tym - nikogo. No, po prostu nikogo. Nikt nie przyszedł. Dalsza rodzina, przyjaciele, 3/4 Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej, no po prostu nikt nie przyszedł. W grobowej i moralnie niepokojącej atmosferze bierzemy ślub. W równie grobowej i moralnie niepokojącej atmosferze, a ponadto nie w ładnej restauracji, a w obskurnym barze szybkiej obsługi z boazerią na ścianach i menu wypisanym na tekturowej tacce od frytek siorbiemy barszcz z tytki. Budzę się zlana potem.

Sen III

Śni mi się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Ja wyglądam jak milion dolarów na wysoko oprocentowanej lokacie, Luby, jak to Luby, wygląda jak dwa miliony dolarów, odsetki rentiera i Jon Snow w garniturze. Goście dopisali. Wszyscy się do mnie uśmiechają. I już mamy wchodzić na tę salę, kiedy moje dwa miliony dolarów, odsetki i Jon Snow w garniturze w jednym znikają. No nigdzie go nie ma. Ślub trzeba brać, a pan młody zniknął. Jestem bliska załamania. Ale prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Z pomocą rzuca się niejaki Adam Barabasz, kolega ze studiów, który ofiarnie proponuje, że skoro pana młodego nie ma, a czas goni, to on w zastępstwie się ze mną ożeni. I że nikt się nie zorientuje, na spokojnie. Ocieram łzy, trochę mi to nie w smak, bo ostatecznie, choć Adam jest miłym kolegą, to chciałam wyjść za Janka. Ale robię szybki rachunek zysków i strat, na konto Adama doliczając, że za darmo będzie mnie uczył francuskiego i ostatecznie ocieram łzy i z mieszanymi uczuciami wychodzę za Adama. Janek zjawia się tuż po ceremonii. Na fajce był. Budzę się zlana potem, ale obok Janka, więc zasypiam ponownie.

Codziennie trę zęby mieszanką białej glinki z Ukrainy i sody oczyszczonej, raz po raz zapytując Janka, czy mam dostatecznie białe zęby, żeby się ze mną ożenił. On prycha i mówi, żebym nie przesadzała, bo hollywoodzka biel z błękitnym połyskiem a la Tom Cruise mu się nie podoba. A poza tym nie mogę mieć za białych zębów, bo on będzie wyglądał głupio przy mnie. Pierwszy raz od studniówki idę na profesjonalny manikir do kosmetyczki. I na czesanie do fryzjera. Nauczona doświadczeniem mojej matki, poszłam na fryzurę próbną, chociaż mojej fryzjerce o oczach smutnego jamniczka ufam - ona wie, co ja mam na myśli i czego chcę. Moja mama w roku '88 nie poszła na fryzurę próbną. Nie poszła też do swojego fryzjera. Poszła do tego, którego miała najbliżej bloku na ul.Miłej na Giszowcu. I wyszła z czymś, co Tomasz Różycki w "Dwunastu stacjach" nazwał szczytowym osiągnięciem niemieckiego przemysłu ciężkiego - śląską fryzurą odświętną. Wyglądało to mniej więcej jak blond chałka, natapirowana i utwardzona lakierem do włosów. I tak moja matka wyszła za mąż z żydowskim wypiekiem na głowie. Człowiek uczy się na błędach, a powinien na uniwersytecie, jak mawia mój Ociec. Który z kolei ze ślubu ma bardzo korzystne zdjęcia, na których ma szeroko otwarte oczy i brwi podjeżdżające mu pod linię włosów. Ręce mu się pomyliły i moja mama szepcze do niego "Jasiu... Jasiu... NIE TA RĘKA". Na wszelki wypadek przećwiczyłam z moim Jankiem ręce. Jak na próbach przed inauguracją roku akademickiego, kiedy starannie wyselekcjonowana grupa świeżo upieczonych studentów i doktorantów powtarzała, którą rękę podać rektorowi, a którą odebrać indeks. Cztery razy. I jeszcze dla pewności tuż przed inauguracją.

Nie da się wyjść za mąż i nie zwariować. No, po prostu nie da się. Próbowałam i zaświadczam - nie ma takiej opcji. Rozdeptuję codziennie moje buty na obcasie. Te dodatkowe dziewięć centymetrów sprawi, że nie będę wyglądać jak Bubamara przy Grdze Piticiu Młodszym. Kto nie widział "Czarnego kota, białego kota", niech sobie zobaczy, o: tak się właśnie poznali.

poniedziałek, 13 lipca 2015

"Czy można etycznym pisarzem być i o paznokcie mieć staranie?"

... czyli słów kilka o pewnej awanturce literacko-medialnej. Parafraza z Puszkina otwiera ten tekst, a dorzucić pragnę kilka swoich uwag i spostrzeżeń w sprawie tzw. "Twardochgate", licząc na to, że skoro dołączę do licznego zastępu odwalających za Szczepana Twardocha lwią część roboty przy promowaniu mercedesów, sam wielki pisarz da mi się karnąć albo przewiezie mnie po pilchowickich bezdrożach. Nagrodę tego typu mogę scedować bez żalu na jakąś większą fankę jego twórczości, zaczesu i szczęki jak kowadło. Ale - od początku.

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że Twardocha - prozaika cenię (no, przynajmniej od pewnego momentu w jego twórczości... a że o wczesnych dziełach - a było ich trochę - sam pisarz pragnie elegancko milczeć, to ja też spuszczę na nie miłościwą zasłonę milczenia). Nie żebym zaczytywała się pasjami, bo pasjami to ja się zaczytuję w innych pisarzach młodszych i średnich pokoleń (na mojej prywatnej, subiektywnej i niepoukładanej liście faworytów są Magdalena Tulli, Dorota Masłowska, Michał Witkowski i Jacek Dehnel; może i nieco egzotyczny kwartet, ale cóż - eklektyzm górą!). Ale uważam Szczepana Twardocha za naprawdę dobrego pisarza. Który włożył w siebie mnóstwo pracy, bo powieści pisze coraz lepsze, widać, że pracuje nad prozą, efekty tej pracy są naprawdę świetne. Proza jednak nie jest jedynym obszarem, w który Twardoch włożył masę pracy, wysiłku i samozaparcia. W siebie też włożył. Kto ciekaw, ten na Pudelku może prześledzić fazy larwalne pisarza, niezbyt (delikatnie mówiąc) atrakcyjne. Szczepan Twardoch schudł, ostrzygł się porządnie, ogarnął cerę i zaczął się ubierać w coś innego, niż mundurek niepokornego intelektualisty (czyli sztruks w kolorze musztardy sarepskiej). I wygląda dobrze. To co prawda nie mój "typ", bo dla mnie szczytowym osiągnięciem w dziedzinie męskiej urody jest mój własny narzeczony, czyli tyczkowata i nieco wychudzona wersja Jona Snowa o zacięciu intelektualnym. A blondyn Twardoch (a jak wiadomo od Telimeny, "Hrabia blondyn - blondyni są mało namiętni"...) ze wspomnianą już szczęką jak kowadło, zaczesem i ogólną krzepką, acz smukłą postawnością jest dla mnie niezbyt pociągający. Niemniej - wysiłki oraz efekt tych wysiłków należy docenić. Tak w prozie, jak i w wizerunku. Zarówno w pisarstwie, jak i w prezencji zestawienie próbek "przed" i "po" robi piorunujące wrażenie.

No i trwał ten marsz Twardocha ku szczytom, z obowiązkowymi przystankami na prestiżową nagrodę literacką, inscenizację powieści, sesje fotograficzne, wywiady i ogólny "szum medialny". I oto na swoim profilu facebookowym Twardoch pochwalił się, że został "ambasadorem marki Mercedes-Benz" i w związku z powyższym prezentuje urbi et orbi siebie oraz swój nowy samochód. Wszystko okrasił niezbyt zgrabną i dość kiepską stylistycznie notką, wychwalającą otrzymany model samochodu oraz całą markę. I jak dla mnie to to jest najsłabszy punkt kampanii. Bo jeśli zatrudnia się pisarza do ambasadorzenia marce, i to pisarza dobrego, to można oczekiwać, że notka promocyjna będzie się literacko bronić. Nie mówię tu o arcydziele prozy, ale żeby chociaż od czytania zęby nie bolały. Więc opcje są dwie: albo napisał to sam Twardoch, albo "pani Mariola z działu PR" i doprawdy nie wiem, która opcja jest bardziej żenująca: bardzo dobry pisarz częstujący nas takim tekstowym piardem, czy bardzo dobry pisarz wklejający tekst "pani Marioli z działu PR". Podniosły się zaraz głosy oburzenia, głównie zaś głos Pawła Dunin-Wąsowicza, że oto Twardocha nie można już traktować jak poważnego pisarza, gdyż zdradził etos. I w tym momencie opadły ręce, szczęki, liście, bitewny tumult i kurtyna. Po czym kurtyna wzniosła się i zaczęły się walki yntelygentów w kisielu.

Twardocha można przestać traktować jak poważnego pisarza, jeśli porzuci pisanie prozy i zawodowo zajmie się pisaniem marnych piardów (piard od "PiaR", oczywiście). Ale o jakim etosie mówimy? Jaki etos ma na myśli Paweł Dunin-Wąsowicz, który bardzo chętnie oraz obszernie korzystał z medialnej sieczki, jaka poszatkowała Dorotę Masłowską po jej debiucie? Który na tej medialnej sieczce, wywiadach w "Zwierciadle" i innych tego typu mediach z Masłowską ciągnął swoje wydawnictwo przez ładnych kilka lat? Skoro może Dunin na obróbce skrawaniem Masłowskiej w mediach zarabiać, to może i Twardoch swój medialny kapitał przekuć w wymierne korzyści materialne w postaci mercedesa. I ambasadorzenia. Chcieliście wolnego rynku, no to go macie, skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!

Podniosły się głosy, że się pisarzowi nie godzi. W ogóle pisarzowi mało co się godzi. Dobrze zarabiać się nie godzi. Ani na twórczości własnej, ani na innych, pobocznych a bardziej od literatury dochodowych poletkach. Ale jeśli na twórczości własnej nie zarabia i śmie się poskarżyć, polecą na niego gromy, że gdyby był bardziej obrotny albo był rzeczywiście dobrym pisarzem, to by zarabiał. No i jak się pisarzu nie obrócisz, tak wiadomo, co zawsze pozostaje z tyłu. Atoli zarabiać się nie godzi. A panegiryki na cześć władców się godzi? A godziło się Kochanowskiemu robić "product placement" i w swoich utworach zwracać się do imć Podlodowskiego, który mu mecenasował? Zapewniając zarazem panu Podlodowskiemu obecność w kanonie literatury, podręcznikach szkolnych i akademickich oraz pamięci potomnych. Swoją drogą, Paweł Huelle wydając "Mercedesa-Benza" jakoś słabo medialnie zagrał, że to Twardochowi zaproponowali ambasadorzenie, a nie Huellemu, który za darmola im zrobił reklamę. Ponadto pragnę zwrócić uwagę, że casus Twardocha ucina możliwość biadolenia, że celebryci to puste i tępe jak łyżeczki do herbaty lale płci obojga. I że tacy dostają kontrakty i promują luksusowe marki, choć sami sobą niewiele prezentują. I oto macie Twardocha: wygląda dobrze, na zdjęciach zwłaszcza, ma talent i coś do powiedzenia. I znowu źle.

Ponadto chciałabym zauważyć, że przyjęcie propozycji Mercedesa jest ze wszech miar do Twardocha pasujące. Bo wszem i wobec deklaruje on swoją miłość do motoryzacji, dobrych win, ubioru itd. Jego wizualna metamorfoza wskazuje też na zawziętą skłonność do elegancji. A elegancja, zwłaszcza ta w wydaniu Twardocha, jest nieco luksusowa. I stąd Mercedes. Nie był to wszak pisarz, który dawał nam do zrozumienia, że wszystko poświęcił jakiejś Sprawie i że oto będzie Wieszczem. I oto Wieszczy, Narodzie, posłuchajta, komu Sprawa na Sercu leży. Pisze on świetną, wysokoartystyczną prozę, a przy tym chciałby, żeby jego życie nie przeleciało w musztardowych marynarkach ze sztruksu. Oczywiście, do luksusu, ładnych ubrań i dobrych win można mieć stosunek światłego eremity, prychnąć z pogardą, wspomnieć Koheleta i kontemplację zagryźć korzonkiem. Ale Twardoch nikomu nie obiecywał, że będzie eremitą, że będzie prychał na wszelkie vanitasy i zagryzał korzonkiem. A wszystkim zajadłym wrogom, krytykom i zwolennikom jego współpracy z Mercedesem Szczepan Twardoch powinien serdecznie podziękować i naprawdę rozważyć przejażdżkę ze wszystkimi zainteresowanymi owym podarowanym mercedesem: bardzośmy mu wszyscy ułatwili promowanie marki.


piątek, 26 czerwca 2015

Przyjemność narracji w czasach twittera

Na filologii polskiej znajduje się kilka zasadniczych typów studentów. Bez wchodzenia w szczegóły można ich podzielić na:

- grupę miłośników i pasjonatów - to ci, którzy przyszli na te studia, bo po prostu kochają książki,
- grupę pod kryptonimem "ireny" (określenie zawdzięczam nieocenionym w złośliwościach, a bujną fantazją obdarzonym Miśce i Adamowi), czyli dziewczyny, które właściwie nie wiedzą, po co znalazły się na polonistyce albo na studiach w ogóle i na piątym roku potrafią się rozkosznie zdziwić, np. tym, że Derrida to jednak ważny jest,
- "dawcy numerów PESEL", czyli studenci-widmo; nie interesuje ich studiowanie, interesuje ich tytuł magistra bądź czego. Uczelnię z kolei interesuje, żeby pozostali na studiach, więc relację dawca PESEL - uczelnia można określić mianem symbiotycznej.

I najbardziej oszukani są ci pierwsi. Nikt ich na pierwszym roku nie ostrzega. Nikt ich nie odwodzi od pomysłu studiowania filologii. A filologia odbierze im to, co ich przygnało na ten wydział. Filologia odbierze im nieprzespane noce z latarką pod kołdrą. Filologia odbierze im przyjemność czytania książek dla samego śledzenia fabuły. Filologia odbierze im zaskoczenie tym, "co będzie dalej". I radość z utożsamienia z bohaterem. Uzbroi ich w narzędzia, pojęcia, terminy i techniki analizy i interpretacji. Da do ręki metodologię, nauczy robić wiwisekcję poezji i prozy. I skończy się to czytanie z wypiekami na twarzy. Będą pochłaniać książki na kilogramy, to jasne, będą rzetelnymi studentami. Ale odkąd jestem na studiach filologicznych, to tylko raz udało mi się wyrwać z żelaznego uścisku kompetencji czytelniczych filologa i czytać z wypiekami na twarzy. To byli "Trzej muszkieterowie". Ponoć wstydliwa lektura. Oczywiście, filologia da im inne przyjemności lektury. Wyposaży ich w terminy, techniki i metodologie. Będą mogli rozbierać teksty, czytać je głębiej, widzieć więcej, otworzą im się nieoczekiwane portale, przejścia, pasaże, ukryte wiadomości. W tym też jest, muszę przyznać, wiele frajdy. Ale innej frajdy. Wypieki nie wrócą. Co najwyżej triumfujące odkrycia, przenikliwe interpretacje. Ale nie wypieki. A jednak o tych wypiekach się marzy i każdy przebłysk niczym nieskrępowanej, czytelniczej frajdy cieszy jak porządnie rozbujana huśtawka w dzieciństwie. Ucisk w dołku, kiedy się leci w dół i lekki zawrót głowy, kiedy z rozbujanej huśtawki można zobaczyć niebo, zawisając poziomo w powietrzu. A cóż daje większą czytelniczą frajdę, niż porządna, gruba powieść? Saga? Taka, co się nie kończy? Wiem, że w tym pragnieniu nie jestem odosobniona.

Jak pisze (znany w pewnych kręgach...) Krzysztof Uniłowski, cytując Ryszarda Koziołka (też znanego w pewnych kręgach...):

Do tęsknoty za tradycyjną, opasłą powieścią w twardych okładkach oraz ze złoconym grzbietem przyznają się nie tylko czytelnicy naiwni albo niedzielni. Czynią tak również - choć można podejrzewać, że ich motywacje okażą się dużo bardziej złożone - pasjonaci literatury oraz profesjonaliści. Na przykład Ryszard Koziołek: "Zawsze lubiłem grube książki. Pycha opowieści, która chce ogarnąć świat. (...) Uczucie kresu <<wciągającej>> książki wywołuje żal, rozczarowanie, złość. Od dawna nie doznałem takiego uczucia".

(Krzysztof Uniłowski: "Mit powieści mieszczańskiej". W: Tegoż: "Kup pan książkę! Szkice i recenzje". Katowice 2008, s. 192. Ryszard Koziołek: "Zapomniane radości". "FA-art" 1999, nr 3, s . 19.)

W erze twittera i komentarzy typu "tl;dr"", kiedy notka albo post nie mogą być za długie, jednocześnie pragniemy sagi. Dlatego taką karierę robi "Gra o tron". Spełnia nam funkcję realistycznej powieści w odcinkach. Śledzimy ją dokładnie tak samo, zmieniło się tylko medium. A ja na fali tych pragnień wróciłam do "Wiedźmina". Tak, tak. Do "Wiedźmina". Przeczytałam setki (serio, setki) znacznie lepszych powieści. Nie tyle, ile bym sobie życzyła, ale jednak całkiem sporo arcydzieł literatury. Ale "Wiedźmin" jest dla mnie książką, którą czytałam z latarką pod kołdrą. Mając naście lat. Jak czytałam po kilka rozdziałów w jednym rzucie, żeby szybko wrócić do wątku Ciri. A po skończeniu rozdziału o Ciri znowu na wyprzódki czytałam dalej, żeby powrócić do mojej ulubionej bohaterki. W powrocie do "Wiedźmina" sprzyjają mi wakacje, które właśnie rozpoczęłam oraz... gra. Tak, gra. Nie znam się na grach W OGÓLE. Moje doświadczenie z grami obejmuje pasjansa, Simsy i... "Wiedźmina". Egzotyczny zestaw. Do zagrania w "Wiedźmina" namówił mnie Luby. I wsiąknęłam. Potrafiłam ocknąć się o 3. w nocy, chociaż miałam wrażenie, że siedzę przed komputerem od 15 minut zaledwie. Chociaż mój styl gry jest rozpaczliwy (najniższy poziom trudności, zero finezji i ładowanie w żywotność; po prostu wiedźmin-czołg, który idzie przed siebie i nic nie jest w stanie go ubić, a on bezmyślnie wali mieczem w ofiarę; o unikach, rzucaniu znaków albo parowaniu ciosów w wykonaniu mojego Geralta można zapomnieć), to śledziłam fabułę z wypiekami na twarzy. Więc zanim zagram w trzecią część (którą całą przez ramię prześledziłam, kiedy grał Luby), wróciłam do czytania sagi. Czy mam te moje upragnione wypieki na policzkach? Frajdę? Nie. Po pierwsze, już to czytałam, mniej więcej pamiętam fabułę, więc frajdy z odkrywania nie ma. Z porwania fabułą też nie. Nie jest to przecież najlepsza powieść... Ale jednak nie mogę się oderwać. I czytam, nierozsądnie, do 3. w nocy. Już bez latarki, bo obok Luby, wyprzedzając mnie o jeden tom, łoi prozę Sapkowskiego. On ma wymówkę, że w celach naukowych, bo artykuł do tomu będzie pisał. Ale ja? Dla przyjemności. Chociaż teraz ta przyjemność to głównie przyjemność inżyniera Mamonia: podoba mi się, bo to znam. Już to czytałam. Choć odkrycie, że Geralt na uczcie u królowej Calanthe w Cintrze przebiera się za szlachcica z Czteroroga i ma taki sam herb, jak Kmicic w "Potopie" - panna z rozpuszczonymi włosami i rękami uniesionymi w górę jedzie na niedźwiedziu - jednak sprawiło mi frajdę. I dowcip Sapkowskiego, zarazem intertekstualny i knajacki oraz rubaszny, też daje frajdę. Ze śledzenia rejestrów. Z tropienia śladów innych opowieści. Frajda. Ale to już nie to samo. Ostrzegam więc przyszłych filologów: coś zyskacie, coś stracicie. Zróbcie uczciwy rachunek zysków i strat zanim pójdziecie na filologię. Bo zatęsknicie za śledzeniem fabuły, oj, zatęsknicie. A ze ścieżki filologa nie ma powrotu.

DOPISEK: Luby zapytał mnie, czy grając w "Wiedźmina" wybiorę romans z Triss Merigold, czy z Yennefer. Oczywiście, że z Yennefer. Zawsze z Yennefer. Bo wierzę w prawdziwą miłość na całe życie (inaczej jaki byłby sens wychodzenia za Lubego...?), choć podobno dorosłym ludziom nie przystoi taka wiara. A Luby na to: "Bo w Internecie niektórzy piszą, że wolą Triss... Bo Yennefer jest złośliwa, zawsze robi swoje, nie zważając na innych i radzi sobie sama. A Triss jest słodka. I trzeba jej pomóc. A to jest takie typowe. I takie nudne... Yennefer, tylko Yennefer. Nie ma to jak związać się ze złośliwą, nieprzewidywalną babą, która wie swoje i robi swoje". Czuję, że to będzie udane małżeństwo...

piątek, 19 czerwca 2015

Żony poetów szorują pegazy w baliach za pomocą szczotek ryżowych...

... a natenczas Artysta Tworzy. Pisanie i twórczość to męska rzecz. Kto mi nie wierzy, tego odsyłam do koncepcji Harolda Blooma i jego trafnego skądinąd opisu lęku przed wpływem i patriarchalnej struktury literatury zachodniej, ojciec i syn, prekursor i następca, wpływ poetycki jako relacja synowska. A gdzie w tym wszystkim kobiety autorki? W kuchni, rzecz jasna, albo w łaźni, szorują pegaza szczotą ryżową, na chwałę talentu Mistrza. Bo pióro jest metaforycznym penisem, jak twierdzą Sandra Gilbert i Susan Gubar w "The Madwoman in the Attic. The Woman Writer and the Nineteenth-Century Literary Imagination". A prawdziwego macho w dyskusji można poznać po tym, że wyciąga fallusa i twierdzi. Nie wiem, kto jest autorem tego ostatniego, ale ja to usłyszałam od prof. K., naszego instytutowego szefa. Jeśli ktoś mi teraz zarzuci, że pióro nie ma żadnego związku z penisem, a nikt dobrze wychowany nie wyciąga fallusa jako dowodu rzeczowego w dyskusji, tego odsyłam do pojęcia "metaforyczności". To chyba najczęstszy problem z rozumieniem Freuda zresztą, że wszystko traktuje się dosłownie, a cała psychoanaliza jest metaforyczna. No, ale ja nie o tym chciałam. I nie popisuję się zaraz na wstępie moim zapleczem lekturowym li tylko po to, żeby Czytelnikom zaimponować (choć także, a co!). Chciałam podzielić się moją niepomierną irytacją, która narasta za każdym razem, kiedy Program Trzeci Polskiego Radia puszcza piosenkę niejakiego Kuby Badacha. Która na wielu poziomach doprowadza mnie do pasji. Piosenka nosi tytuł "Będziesz moją muzą" i drażni mnie w niej wszystko. Melodia, rytm, głos Kuby Badacha. Ale najbardziej drażni mnie tekst, bo na teksty jestem najwrażliwsza (skrzywienie zawodowe). W ogóle mam problem z polską muzyką, bo jest w niej tak mało dobrych tekstów (chlubne wyjątki to np. Lao Che, Maria Peszek, Kasia Nosowska...), że po prostu nie da się jej słuchać. Nie wiem, jak autorzy tych tekstów mają czelność brać pieniądze za tak marne, a do tego poronione płody swojej Muzy. No ale biorą, a polska piosenka kwitnie. Co roku. W Opolu, a potem w Sopocie. Polska piosenka festiwalowa jest, według mnie, dowodem na to, że Bóg Polaków jednak nie kocha i skazuje nas na wyrafinowane tortury. Jego kolejną zemstą na uzurpacjach Polaków jest piosenka Kuby Badacha. Przytoczę tekst w całości:

Niebanalny los chyba jest pisany nam
Ktoś dyktuje go, a ja zapisuję sam
Jeśli chciałabyś odrobinę pomóc mi
Musisz zmienić kurs i pozostać tu na kolejnych kilka dni


Słowem potrafię przenosić góry
Bądź muzą mojej literatury
Co ja wypowiem będziesz notować
W książki układać i ilustrować


Co podważysz ty, skoryguję znowu ja
I nie będę zły, że to bardzo długo trwa
Gramatyczny błąd nie przekreśli wcale nas
To stabilny ląd, nie uciekaj stąd, spróbujemy jeszcze raz


Słowem potrafię przenosić góry
Bądź muzą mojej literatury
Co ja wypowiem będziesz notować
W książki układać i ilustrować
/2x


Zacznijmy od tego "niebanalnego losu", który jest pisany podmiotowi lirycznemu (który jest Twórcą), oraz bezimiennej, acz piśmiennej adresatce utworu, która ma robić za korektorkę, edytorkę, ilustratorkę i muzę. Jeśli ktoś uważa, że Wielki Artysta oraz jego muza-żona, ogarniająca mu całą rzeczywistość, przepisująca rękopisy i załatwiająca wydania, wznowienia i wieczorki poetyckie to taki "niebanalny los", ten mało wie o historii literatury. Dalej - ktoś, kto twierdzi, że "słowem potrafi przenosić góry", powinien wysilić się na lepsze rymy, niż "nam - sam", "mi - dni", "góry - literatury" i hit nad hitami, najpłytszy z rymów gramatycznych, czyli rymowanie bezokoliczników, "notować - ilustrować". Łaaaaał, władca słowa, klękajcie narody, oto nowy Tuwim naszej ery. Furda Tuwim, nowy Miłosz z Szymborską pożenion! I na co ci jej pomoc, drogi podmiocie liryczny, kiedy "co ona podważy, ty będziesz korygować". No jasne, przecież ty wiesz lepiej. I cała ta zabawa w jej korekty jest właściwie po to, żeby jej wykazać, jaki jesteś genialny, a jaka ona niegenialna. I jeszcze dobrotliwy, nie będzie się gniewał, że te korekty tyle trwają. No bo ona tak wolno myśli i taka w ogóle jest zawalata. Ale urocza i rymy gramatyczne jej imponują. Mało jest piśmiennych kobiet, którym takie rymy mogłyby imponować, więc lepiej się jej trzymać i nie złościć, bo drugiej takiej próżno szukać. No i jeszcze - "co ja wypowiem, będziesz notować". Macho wyciąga fallusa i twierdzi. A ty, niewiasto, słuchaj, milcz i zapisuj, kiedy tryska na ciebie ta krynica mądrości i poetyckiego wyrafinowania. Zresztą, Żezu Krist, co to za pomysł na podryw? Ej, mała, umiem rymować ze sobą bezokoliczniki, więc bądź muzą mojej literatury, ja będę mówić, a ty będziesz to spisywać, potem ja cię będę poprawiać i dobrotliwie zgodzę się na twoją ociężałość i powolność. No już lecę.

W podejściu Wielkich Twórców do kobiet można wyróżnić dwie zasadnicze drogi: ja jestem geniuszem, ty jesteś tylko kobietą, ale udzielam ci łaski pomocy mi oraz ja jestem geniuszem, a ty jesteś moją muzą, moją panią, moją Marylą Wereszczakówną. Więc najlepiej, żebyś była cudzą żoną, bo własną żonę można zobaczyć rozczochraną z rana w pieleszach, a pielesze i rozczochranie niedobrze robią muzie na natychanie Mistrza. A że każdy twórca z fallusem to Wielki Twórca, to Program Trzeci Polskiego Radia katuje nas tą fatalną piosenką. Bo każdy nastoletni poeta, który napisał trzy wiersze, z czego jeden o seksie (z pozycji teoretyka), drugi o wódce (ma za sobą pierwszy kieliszek, niezbyt mu smakowało, ale poecie wypada), a trzeci o samobójstwie w tonacji symboliczno-młodopolskiej, lubi sobie wyobrażać koleżankę z klasy w roli swojej, podrzędnej z natury, muzy. Litości.

wtorek, 9 czerwca 2015

Starość i niemożność, czyli rzecz o kontrowersyjnej kampanii

Mili państwo, oficjalnie jestem dojrzała i chyba nieco stara. Z kilku powodów. Ćwierćwiecze stuknie mi za niecałe dwa tygodnie (dowody uznania z tej okazji od wiernych czytelników zawsze mile widziane), to po pierwsze. Jak dzisiaj rano, przed wyjściem na uczelnię, wynosiłam do kontenera puste butelki bezzwrotne, podblokowe drobne pijaczki-obszczymurki zwróciły się do mnie per "szefowo, a to wszystko niesiecie puste?", a jak wiadomo, "szefowa" to dojrzała kobieta, która może dodatnio wpłynąć na los drobnego pijaczka, to po drugie. Po trzecie, najbardziej komfortowo czuję się w towarzystwie stabilnych, mieszczańskich stadeł (M. i Sz., to o Was), najlepiej z dobrym jedzeniem i kieliszkiem wina. Po czwarte, uczciwszy państwa uszy, nie wkurwiam się. A przynajmniej robię to znacznie rzadziej. Jeszcze jakiś czas temu jak czytałam / słyszałam, że jedynym spełnieniem dla kobiety jest macierzyństwo, a wspólne mieszkanie przed ślubem i antykoncepcja hormonalna to obraza moralności publicznej, to dostawałam białej gorączki. A teraz wychodzę z założenia, że skoro ludzie, którzy tak uważają, nie istnieją w mojej codziennej przestrzeni, to nie ma się co pienić, bo w życiu jest za dużo dobrego jedzenia do przeżucia i za dużo długich nocy do przegadania, żeby sobie je skracać zawałem. W związku z czym kretyńska ze wszech miar kampania Fundacji Mamy i Taty, która zbiera baty w tym kawałku Internetu, do którego mam dostęp (jak ustalono podczas minionego weekendu we Wrocławiu, niektórzy nie mają kabla do Frondy na przykład), uczciwszy ponownie państwa uszy, nawet mnie nie podkurwiła. Niemniej jednak jestem przekonana, że skoro na ten temat wypowiedziały się i znane feministki (np. Katarzyna Paprota), i lewackie portale (np. Strajk.eu), i twórcy rozlicznych, mniej lub bardziej śmiesznych memów, a także redaktorka "Tygodnika Powszechnego" i rzesze blogerów, to Internet wyczekuje teraz mojej opinii. Na bank wyczekuje i odświeża Nikczemne Pismo jak USOSa na minutę przed logowaniem (dla szczęśliwców, którzy studiowali przed erą USOSa: odświeża się go kompulsywnymi kliknięciami już na 10 minut przed otwarciem logowania, bo o zapisaniu się do wybranej grupy decydują nanosekundy). Spieszę więc zabrać głos w dyskusji. Gdyby kogoś jakimś cudem ominął spot tej kampanii, to usłużnie link podaję: KLIK.

Otóż w spocie widzimy kobietę pozbawioną wieku, możemy założyć, że jest gdzieś w okolicach 35-45 lat. Kobieta jest elegancko ubrana i przechadza się po stylowej willi z ogrodem, zarazem chwaląc się podróżami (Tokio, Paryż), specjalizacją, kupionym mieszkaniem i wyremontowanym domem. No wypisz, wymaluj kobieta sukcesu i to taka superwoman z Kongresu Kobiet. Nagle, patrząc na pusty ogród, niewypełniony zabawkami oraz dziećmi, słyszy GŁOSY. DZIECIĘCE GŁOSY. I teatralna łza toczy się po jej policzku, w który zapewne wklepała krem za pierdyliard euro. Albo jenów, bo w końcu z Tokio wróciła, więc pewnie nakupowała sobie zbytkownych, genialnych japońskich kremów. Bo zdążyła osiągnąć sukces życiowy (mierzony statusem ekonomicznym), a nie zdążyła zostać matką i żałuje. Ma to nas przekonać do "nieodkładania macierzyństwa na później". Jako niemalże dwudziestopięciolatka, która co prawda w Paryżu była, ale w Tokio nie, do tego z parciem na doktorat, uważam się za target tej kampanii. Pytanie, czy kampania trafiła do targetu. A kretynizmy (które w tytule, dla zachowania pozorów, nazwałam kontrowersjami) pozwolę sobie wyliczyć w punktach.

1. Pewnie istnieją kobiety, które nie zostały matkami i żałują. Pewnie są i takie, które zostały i też żałują. Oraz takie, które nie zostały i nie żałują oraz zostały i nie żałują. Tego kampania nie dostrzega, ale w zalewie mej dobrej woli pragnę uznać, że przecież całego spectrum zjawiska, jakim jest macierzyństwo, nie da się ująć w króciutkim spocie, więc dobrodusznie zakładam, że to jest w niewyrażonych założeniach kampanii.

2. "Seksmisja" to nie tylko mizoginiczna komedia, toż to nasza rzeczywistość. Wedle twórców kampanii możliwą ścieżką rozpłodu jest dzieworództwo. Wszak bohaterka spotu nic nie wspomina o przeszkodzie w postaci braku potencjalnego ojca. Aż dziw bierze, że to spot Fundacji Mamy i Taty. Gdzie ten niedoszły Tata? Może to tak, jak u Mickiewicza, "Tato nie wraca; ranki i wieczory / We łzach go czekam i trwodze; / Rozlały rzeki, pełne zwierza bory / I pełno zbójców na drodze". Ja wiem, że w Polsce dziecko to babski problem (świadczy o tym ściągalność alimentów...), no ale żeby organizacja, która chce promować pełne, dzietne heterorodziny pomijała ojca? No, no, widać zwalczane homolobby z LGBTQIA namieszało i w świadomości członków Fundacji Mamy i Taty. Punkt dla nas, obmierzłe dżendery!

3. Głównym "opóźniaczem" macierzyństwa jest szeroko rozumiana "kariera", specjalizacja, podróże i zarabianie na luksusową willę. Bo przecież kobiety opuszczają domowe obowiązki i własne dziatki wyłącznie z żądzy kariery. Na przykład w zawodzie kasjerki. Nie deprecjonując kasjerek i doceniając ich pracę, bo jest szalenie potrzebna. Tyle że praca zawodowa (z niebagatelnym sukcesem finansowym, a jakże) została w spocie przedstawiona jako fanaberia (podróże, zarówno dom, jak i mieszkanie, wyglądające na drogie wnętrze), a nie konieczność. Bo konieczność to zostanie matką. A byt zapewni ojciec rodziny. Którego nie ma w tym spocie. I jak żyć?

4. Albo praca i podróże, albo dzieci. Choose wisely. Or die alone. To chce nam przekazać spot. Oni tak na serio chcieli z tym trafić do młodych kobiet, które chcą pracować? Nie rozważyli radosnego spotu a la wspomniany już Kongres Kobiet, z superwoman, która godzi wszystkie role życiowe?

Spojrzałam też na dotychczasowe kampanie Fundacji. "Pomyśl o dziecku", "Miłość - lepiej na całe życie" i "Rozwód? Przemyśl to!". W moim wyobrażonym, idealnym świecie ludzie mają tyle dzieci, ile chcą (i jak ktoś chce i czuje się na siłach wychować ich fefnaście, to nic nie stoi mu na przeszkodzie, żeby cieszyć się fefnastką pociech), zakochują się i tworzą stabilne, trwałe związki na całe życie (najlepiej za pierwszym podejściem) oraz... nie rozwodzą się, bo się kochają i tworzą szczęśliwe związki. Ale nie żyjemy w moim wymarzonym świecie. A w tym, w którym żyjemy, ludzi nie stać na drugie bądź trzecie dziecko, chociaż bardzo by chcieli mieć ich gromadkę. I nie stają przed wyborem "kucyk dla jedynaczki czy jednak może młodsza siostrzyczka" (odnoszę się do spotu tej kampanii, gdzie roześmiana dziewczynka w toczku deklaruje, że fajnie mieć kucyka, ale siostrę jeszcze fajniej). Mam zarówno kucyka, jak i siostrę i z mocą eksperta stwierdzam: zarówno kucyka, jak i siostrę kocha się do szaleństwa i ma ochotę przerobić na mielone (średnio raz w tygodniu). Fundacja zwalcza też LGBT (bez reszty literek na ich stronie, wszystkich QIA przepraszam), konwencję antyprzemocową i antykoncepcję hormonalną. I wiadomo, czego się spodziewać po tych ludziach - skoro twórcom spotów i członkom Fundacji wydaje się, że Polki nie rodzą, bo są skupione na karierze, a jeśli już znajdą momencik, odstawią tabletki i zajdą w ciążę, to drugiego dziecka nie chcą, bo wolą kupić pierwszemu kucyka, a jakiekolwiek problemy materialne młodych Polek nie dotyczą, to o czym tu właściwie rozmawiać...? Dlatego nie toczę piany i nie zalewa mnie fala gniewu i frustracji, bo ja już swój strajk rozrodczy ogłosiłam, obrażam moralność publiczną i dobre obyczaje żyjąc bez ślubu (według członków Fundacji grozi mi przedwczesna śmierć z tego powodu), a moja przedłużona edukacja wpływa na moją bezdzietność. Tak długo i tak uparcie kobiety w Polsce są już traktowane jak zbuntowane inkubatory, która dla ich własnego dobra należy zagonić do rozrodu, że zobojętniałam. Tak często i tak uparcie przypomina mi się, że bez dziecka nie dojrzeję nigdy do prawdziwej Kobiecości (chociaż jak słyszę "prawdziwa kobiecość", to trochę mnie to jednak wkurwia), że zaczyna mnie to ryrać.

Przy okazji - Fundację Mama i Tata patronatem objęli Bronisław i Anna Komorowscy. Więc jeśli ktoś się boi "katotalibanu" za prezydentury Andrzeja Dudy, niech się grzmotnie mocno głową o ścianę. I obudzi. Jak już pisałam - żyjemy w Prawii i będziemy żyć w niej dalej. Ku chwale Wielkiej Prawii Niepodległej i Wszystkich Jej Oddanych Inkubatorów.

Dopisek: nie mam nic przeciwko macierzyństwu. Chyba że chodzi o moje. W tym przypadku uważam, że to ja mam najwięcej do powiedzenia.

wtorek, 26 maja 2015

Agnieszka, córka Jolanty, wnuczka Danuty i wnuczka Marii*

Kobieca genealogia jest tyleż ważna, co zapomniana. Ginie w mrokach dziejów. Matki noszą nazwiska naszych ojców (najczęściej), my będziemy nosić nazwiska naszych mężów (a jak dobrze pójdzie, może niektóre z nas będą nosić nazwiska swoich żon; albo udzielą swoich nazwisk swoim żonom; albo jakoś inaczej to sobie zorganizują w USC). Nawet te z nas, które zdecydują się dokleić nazwiska swoich mężów do swoich nazwisk panieńskich, będą nosić dwa nazwiska: ojca i męża. W formularzach najczęściej wystarczy imię ojca. Imię matki opcjonalnie. Genealogia matek zaciera się w coraz bardziej rozrośniętych drzewach rodowych. Stąd mój tytułowy gest, powtórzony po Jolancie, córce Ireny, wnuczce Bronisławy, prawnuczce Ludwiki (Brach-Czaina, "Błony umysłu"). A dziś to temat nieprzypadkowy, bo mamy Dzień Matki.

Mam to niebywałe szczęście, że mam cudowną matkę. I nie piszę tego tylko dlatego, że "26.05 po prostu wypada dobrze o matce". Moja matka jest świetną matką. Prawdopodobnie jest najlepszą matką w historii macierzyństwa. A z pewnością zawsze starała się być. Mam z mamą świetne relacje. Dzwonię do niej średnio co drugi dzień, choć widzimy się często i mieszkamy w tym samym mieście. Opowiadam jej o wszystkim. O moich studentach, o moich nagłych olśnieniach i zamroczeniach, lękach i porażkach, sukcesach i kocie. I koniu. I praniu i sprzątaniu. I o tym, jakie buty sobie kupiłam. Co wczoraj robiłam i co będę robić jutro. I ona mi opowiada o tym samym. A potem przyjeżdżam i przy herbacie w kuchni dostaję chrypki od gadania. Dużo się śmiejemy. Mamy podobne poczucie humoru. I wiem, że taka relacja to skarb. Z reguły nie rozmawiamy o niczym ważnym, o niczym przełomowym, ani o niczym epokowym. Ale czy codzienność nie jest przypadkiem ważniejsza od przełomów? Codzienność przydarza nam się znacznie częściej, niż epokowe wydarzenia. A to codzienność buduje relacje. I dlatego jest ważniejsza, niż kwiaty i czekoladki raz do roku.

Dzisiaj było słodko. Zabrałyśmy mamę (ja i Siostra Ma Anna) do Miss Cupcake, gdzie jadłyśmy babeczki z kremem i ciasto marchewkowe. I dałyśmy mamie prezent i bardzo zmoknięty bukiecik konwalii. Gadałyśmy znowu o wszystkim i o niczym i wymieniałyśmy się talerzykami ze słodkościami. Tradycja zabierania mamy do kawiarni w Dzień Matki narodziła się z mojej inspiracji, kiedy byłam w klasie maturalnej. Postanowiłam sprzedać zbędne już podręczniki, żeby za uzyskane w ten sposób pieniądze zaprosić mamę do herbaciarni Fanaberia. Pamiętam, że niemiłosiernie obtarłam sobie stopy w turkusowych sandałkach na korkowej koturnie (w liceum miałam jeszcze niepoważne ciągoty do obcasów i butów na koturnie, z których studia skutecznie i trwale mnie wyleczyły). A skoro przed Dniem Matki biegałam z podręcznikami po mieście w sandałkach (anno Domini 2009), to coś jest nie tak z pogodą w tym roku.

A że nie byłabym sobą, gdybym nie sprzedała Państwu trochę "feministycznego ideolo", to w Dniu Matki chcę się odwołać do ciekawej książki Agnieszki Graff "Matka feministka" (Warszawa 2014) i przypomnieć conieco o matce i macierzyństwie codziennym, a nie takim od święta:

O co mi chodzi konkretnie z tym "upolitycznianiem macierzyństwa" i koniecznością zmiany? o to wszystko, co w polskiej rzeczywistości budzi rozgoryczenie, wściekłość, a często wręcz rozpacz matek, a nie znajduje żadnego oddźwięku w debacie publicznej. Z jednej strony mamy rodzinne "ideolo": wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie - jak wiadomo - najważniejsze jest dobro dziecka. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym dzieckiem - czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym - czyni w Polsce pariasa.
Żyjemy w społeczeństwie, które nieustannie deklaruje szacunek dla rodziny i macierzyństwa - a zatem dla więzi pomiędzy matką a dzieckiem - ale jednocześnie organizuje ludziom życie zgodnie z indywidualistycznym założeniem, że jednostki są bytami odrębnymi, autonomicznymi i w pełni odpowiedzialnymi za siebie. Te byty mają zarabiać kasę, płacić podatki, odkładać na emerytury, oczywiście każdy na swoją. Im bardziej osobno, tym lepiej. (...) Poświęć się dziecku, karm piersią, pracuj na pełnym etacie, rozwijaj się, inwestuj w rozwój dziecka. A przede wszystkim: radź sobie sama i nie zawracaj nam głowy swoimi potrzebami. (s. 8-10)

Tyle Graff, mogłabym pół jej książki przepisać tutaj, zamiast tego - polecam lekturę, choć nie we wszystkich punktach mogę się z autorką zgodzić. A zwłaszcza przeczytać polecam "specom od polityki prorodzinnej" i urzędnikom miejskim - może z okazji Dnia Matki doczekamy się infrastruktury przyjaznej dla matek z wózkami (a że skorzystają na niej nie tylko matki z wózkami - ekstra!)? Skoro tak kochamy nasze mamy (a kolejki w kwiaciarniach wskazują, że kochamy, i to wszyscy - pani w średnim wieku, łysy pan bez szyi, czternastolatka w adidasach, pan z brzuszkiem itd.), to bądźmy solidarni z matkami. I pamiętajmy nie tylko o kwiatkach, ale o codzienności. Codzienności naszych prywatnych matek i wszystkich innych matek w tym kraju (a jak ogarniemy własne podwórko, to warto też pomyśleć o tych matkach bardziej globalnie; ale na spokojnie, metodą małych kroczków, nie ma co wymagać za wiele na raz).

* - mam dwie babcie ze strony mamy, Danutę i Marię, siostry; ale to już osobna, długa historia o macierzyństwie, odpowiedzialności i poświęceniu...