Londyn i Barcelona. Miasta, do których mogę wracać bez przerwy. Właściwie mogłabym kursować między nimi. Zupełnie inne, całkiem do siebie niepodobne, a jednak, obydwa mają w sobie coś, co każe mi tam wracać. W Londynie byłam 5 razy, w Barcelonie - 3. Wróciłam raptem tydzień temu, jeszcze nie zagoiły się moje przysmażone na rubin stopy (uwaga: przy alergii słonecznej i cerze w odcieniu "jak mnie zobaczą w szwedzkiej ambasadzie, to od razu przytulą do piersi, wydadzą paszport i skierują do macierzy na mocy azylu klimatycznego dla osób ulepionych z najbielszego śniegu" myślenie typu "stóp nie posmaruję kremem z SPF 50, bo i tak je zagrzebię w piachu" kończy się przysmażeniem), a już mogłabym się pakować. I nie będę popadać w takie oczywistości, jak katalońska pogoda w porównaniu z wczesną jesienią, która powitała nas w Katowicach, moczenie stóp w Morzu Śródziemnym vs przemoczone cichobiegi na wyboistym katowickim chodniku albo jabłko "putinówka" w porównaniu z pachnącą papają albo kokosem sprzedawanym na plaży jak u nas jagodzianki... Chociaż skłamałabym, że to wszystko stanowi też o niezwykłym uroku Barcelony. Owszem, stanowi. Ale ja chciałabym o tym, czego nie tylko Barcelończykom, ale wszystkim Hiszpanom zazdroszczę. Hiszpania od kilku lat rozczula mnie i frustruje. Tam po prostu pewne rzeczy są jakby bardziej oczywiste i przedstawię je poniżej w formie kilku powidoków z podróży.
Powidok I
Jesteśmy w centrum handlowym, przerobionym z areny do corridy (szczęśliwie w Katalonii zakazanej), zjeżdżamy z tarasu widokowego schodami ruchomymi do części ze sklepami. W przeciwnym kierunku jedzie bardzo zakochana para. Patrzą sobie głęboko w oczy, śmieją się głośno i równie głośno i szybko rozmawiają. Jedno wisi drugiemu na szyi i wymierza soczystego całusa w policzek. Są to dwaj młodzi, nieprzyzwoicie przystojni Hiszpanie (tudzież Katalończycy). I co? I nic. Jak w przypadku każdej innej, zakochanej pary, zupełnie obojętnej na otoczenie, tak i w tym przypadku otoczenie uważa, że skoro zakochani, to niech się przytulają, choć na schodach ruchomych jest to niebezpieczne (vide: J. Nohavica: "Na stacji Jerzego z Podebrad"). Takich powidoków mam więcej: dwie kobiety z pieskiem w parku, dwóch Anglików (!) przy kolejce linowej, w końcu dwóch nastolatków na najwyraźniej pierwszej randce (cała nieporadność, niedojrzałość, nieśmiałość i "chciałabym, ale boję się" w pełnej krasie). Ja bym bardzo chciała, żeby i u nas stało się to tak oczywiste, jak ja wisząca Jankowi na szyi na schodach ruchomych. Po prostu. I, jak nie znoszę kiczu weselnego i dostaję od niego bólu zębów, to chciałabym, nie, nie chciałabym, ja ŻĄDAM kiczowatych figurek na torty weselne we wszystkich kombinacjach! No, ale skoro udało się to w "katolickiej Hiszpanii", to wciąż możemy mieć nadzieję w "katolickiej Polsce". Czego sobie i wszystkim parom, bez względu na płciowe konfiguracje, życzę.
Powidok II
Siedzimy na placu George'a Orwella przy stolikach obłożonych ceratą w owoce, Janek wcina wegańskie sajgonki w sosie teriyaki, ja popijam wino i zastanawiam się, jak to jest, że w Barcelonie najprzystojniejsi kelnerzy są w wegetariańskich knajpach (Ma Siostra Anna piątego dnia pobytu w Barcelonie zastrajkowała i oprotestowała jedzenie falafeli na obiad kolejny dzień z rzędu tylko dlatego, żebym ja mogła jeszcze raz popatrzeć na Katalońskiego Jareda Leto z Dredami), bo ten, który nas obsługuje, ma obezwładniający uśmiech. Wtem podchodzi starsza pani z teczką rysunków (art naif), zaczepia gości restauracji, mówi dużo i po katalońsku. Pan Kelner z Uśmiechem podchodzi do niej i zamiast, naszym zwyczajem, przegonić natręta, co śmie gościom przeszkadzać, udziela jej swojego boskiego uśmiechu, rozmawia, ogląda jej rysunki, sadza przy stoliku i przynosi fantę. Kiedy pani urażonym gestem wyrzuca ze szklanki kostki lodu na stół, Pan Kelner podchodzi, uśmiechnięty, zbiera porozrzucany lód i znowu rozmawia ze starszą panią. Ja nie wiem, czy to kwestia pogody, aury, dobrego jedzenia, słońca, diety wegetariańskiej czy czego, ale czekam z utęsknieniem na dzień, kiedy będziemy dla siebie trochę życzliwsi. A zwłaszcza dla starszych pań, które mogą wydawać się nieco pomylone (to zaznaczam głównie dlatego, że sama pewnie stanę się pomyloną starszą panią, która gada dużo i nie bardzo wiadomo, o czym i chciałabym wtedy, żeby ktoś mnie potraktował tak, jak ten kelner).
Powidok III
Hiszpania kojarzy mi się z tatuażami i piercingiem. Bo mam wrażenie, że tylko naprawdę wiekowi Katalończycy, pamiętający rządy Jaumego I, nie mają żadnego tatuażu ani kolczyka (a i to nie wszyscy). Chciałabym po prostu jeszcze raz zobaczyć Katalonkę z burzą loków, lekkim zezem dużych, brązowych oczu oraz srebrnym kółkiem w nosie, która sprzedawała mi bilet zbiorczy na 6 muzeów. Bo była najbardziej radosnym i dowcipnym pracownikiem Informacji Turystycznej, z jakim w życiu się zetknęłam. Jest poza tym w całym tym mieście pewna bezpretensjonalność i totalny luz. Symbolem tego luzu może być duża dość i obfita pani w lekkiej sukience w kwiatki, w różowych klapkach, która stała na placyku za katedrą i śpiewała rozmaite arie operowe przy akompaniamencie pana, który minął się z powołaniem. Otóż akompaniował, na keybordzie YAMAHA, śpiewaczce operowej na placu za katedrą, a najwyraźniej wolałby jazzowe improwizacje w zadymionym klubie. A przynajmniej na to wskazywała jego mina i czasami jazzująca, na przekór śpiewaczce, gra. Z kolei pani zarazem ożywiała operę dla pokaźnego tłumu słuchaczy, zachowując gesty i mimikę opery, stojąc w klapkach i sukience w kwiatki. Robiła też trochę operetkę, przedrzeźniając operowe "standardy". Jednym słowem, diva. Diva w klapkach. A jej głos niesamowicie niósł się po gotyckich murach.
poniedziałek, 1 września 2014
środa, 6 sierpnia 2014
Precz z kanonem, czyli o literaturze w szkole
"Wysokie Obcasy" coraz częściej setnie mnie bawią. Jasne, bywa, że napiszą coś ciekawego (chociaż ostatnio najciekawsze to są wywiady, bo nie da się, moim zdaniem, koncertowo spierniczyć wywiadu z np. prof. Płatek). To frustrujące, doprawdy, że od jakiegoś czasu więcej mam z nich radości niż jakiegokolwiek innego pożytku. Czasami, jak coś napiszą, to nie wiadomo, jak się do tego zabrać. A "WO Extra" to już w ogóle radośnie sturlały się na poziom "Twojego Stylu" - grube, niby jakiś tekst jest, ale i dużo ładnych zdjęć, pięknych, silnych, mądrych, wyjątkowych niewiast, prosto z Kongresu Kobiet, ale po przeczołganiu przez sztab wizażystów i tak ogólnie, to właściwie nic nie wynika z lektury. Wątpię, czy można to nazwać "ambitniejszym <<Twoim Stylem>>". Raczej drugim "Twoim Stylem". Jak widać, pod wpływem zaprenumerowania "Zadry" się zradykalizowałam. Ale ja właściwie to nie o tym chciałam, a konkretnym tekście, znalezionym w internetowym wydaniu "WO" - Palę lektury Janusza Rudnickiego, do przeczytania tutaj. Jestem żywotnie zainteresowana literaturą w szkole i uważam, że źle się dzieje z edukacją literacką. Nie jest to tylko pustosłowie, gdyż przez cały ostatni rok, a wiele wskazuje na to, że i przez cały przyszły należałam i będę należeć do nieformalnej grupy wywrotowej pod światłym przewodnictwem, która to grupa organizuje zrzuty pracowników naukowych Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej im. I. Opackiego w liceach Śląska i Zagłębia, aby tam pokazywali, że literatura jest pasjonująca, a czytać ją można tak, jak na niektórych lekcjach polskiego się nie śniło. Uważam też, że trzeba edukację polonistyczną zreformować albo przemyśleć na nowo. Ale jeśli Janusz Rudnicki nie napisał tego tekstu jako PARODII utyskiwań na zestaw lektur, to jestem zatrwożona. Jeśli to parodia, to bardzo mi przykro, ale dałam się nabrać i strollował mnie Rudnicki.
Tak, czytanie boli. Czytanie wcale nie jest przyjemne, a przynajmniej nie zawsze jest przyjemne. I to nie tylko dlatego, że człowiek ma ochotę się pociąć, jak czyta opisy przyrody w Nad Niemnem. Czytanie nie jest przyjemne z wielu powodów. Po pierwsze, człowiek się dowiaduje, często o sobie samym, rzeczy nieprzyjemnych. Po drugie, dowiaduje się takich rzeczy o otaczającym świecie. Po trzecie, człowiek skonfrontowany z tym, że czegoś nie rozumie, popada we frustrację. Jak to? JA nie rozumiem?! Z tej sytuacji jest kilka wyjść: uznać, że jest się głąbem i porzucić wysiłki czytelnicze na zawsze (nie polecam), uznać, że pisarz jest głąbem, skoro nie potrafi ludzkim językiem napisać i porzucić tego autora na zawsze (nie polecam takoż), wyruszyć w podróż interpretacyjną, która nie wiadomo, gdzie wiedzie i czy w ogóle dokądś, a przez to spróbować zrozumieć, rozgryźć (szczerze polecam; uwaga - kończy się na studiach polonistycznych, dalej się nie rozumie, więc się idzie na doktoranckie, dalej się pewnych rzeczy nie rozumie i..., sami widzicie, nie ma końca). Tylko skąd uczniowie mają o tym wiedzieć, skoro istnieje słuszna i najsłuszniejsza interpretacja?
Autor wybiera "koszmarki" i cytuje czytelnikom, z czymże to dzieci się muszą męczyć. Utyskuje, że w lekturach tylko i wyłącznie wieś. I ciągle na wsi i o wsi. Racja, dużo w literaturze polskiej wsi. A może, zamiast wywalać wieś z kanonu, zastanowić się z uczniami, skąd tyle tej wsi? Skąd tyle tej wsi u Konopnickiej? Czy z obecnością motywów wiejskich ma w polskiej literaturze jakiś związek taki na przykład Kochanowski? Dlaczego tematy wiejskie się plenią w literaturze barokowej? Czemu "wsi spokojna, wsi wesoła"? Takie natężenie wsi z czegoś wynika - czemu nasza "epopeja narodowa" dzieje się na jakimś krańcu świata na obecnej Litwie, a nie w Warszawie? Jak sobie z takim dziedzictwem radzimy dziś? Jak w związku z tym wyglądają polskie miasta? A że nie tylko wieś się w kanonie lektur pojawia, to już sprawa mniej istotna (na odtrutkę można zaserwować uczniom Lalkę, Ziemię obiecaną albo zbiorki Peipera w całości, a co, krzewimy kulturę miejską). Że dzieciaki się faszeruje zbitką Polski i Boga od lat najmłodszych w konfiguracjach dowolnych, to prawda. Ale od tego jest w kanonie pogardzany przez autora Gombrowicz, żeby, jak już młodzież zacznie dostawać torsji od Ojczyzny, swobodnie wpuścić ją w dramat Ojczyzny i Synczyzny. Czy Mickiewicz był osobiście inteligentny, to nie wiem, być może niekoniecznie, ale że Słowacki miał mniejsze ego i mniej wygórowane mniemanie o sobie niż ten pierwszy, to bym nie powiedziała. Zwłaszcza w okresie mistycznym. Co do powtórzeń w Dziadach i ich ludowości, to na lekcji temu poświęconej autor nie był albo oglądał znaczki z Papuasami. Ale nic straconego - w wydaniu z brykami z wydawnictwa Greg jest wyjaśnione, można powtórzyć sobie, odświeżyć wiadomości. W ocenach literatury polskiej się najgłębiej z autorem nie zgadzam. A jeśli odtrutką na nieporywający kanon literatury polskiej ma być zastąpienie jej literaturą zagramaniczną, to wymiękam. Najlepiej tu zaorać i od razu wprowadzić Amerykę. Niekoniecznie kafkowską. Ale końcówka tekstu doskonale klaruje, dlaczego w przeważającej większości tekst Rudnickiego mnie oburza. Otóż uważa on, że "lektura powinna porywać, być inteligentną rozrywką, taką na rzeczywistym poziomie, a jest labiryntem rozpaczy". A ja uważam wprost na odwrót.
Literatura czy w ogóle książka jest już rozrywką - sądzę, że od czasu upowszechnienia się druku jest na pewno, w postaci popularnych wydawnictw (to później). A wcześniej? Wiersze, ballady, przyśpiewki, całe "z Kolbergiem po kraju", toż to nie tylko literatura ustna ludowa, ale też często służąca rozrywce. Czy na poziomie to rozrywka i czy inteligentna, to zależy od przypadku. Ale np. współcześnie, w dobie kryzysu czytelnictwa, kryzysu krytyki literackiej (ten trwa permanentnie, w starożytności już był) oraz kryzysu literatury Katarzyna Grochola nie ma problemów ze sprzedażą swoich książek. Kalicińska też nie ma. Ani Janusz L. Wiśniewski. Co to oznacza? Że ktoś ich książki kupuje i czyta. Często pasjami czyta. I ma rozrywkę, a pisarz/pisarka zarobek. Czy wprowadzić literaturę tzw. popularną do szkoły? Tak. Nauczyć ją czytać dla przyjemności. Dlaczegóż by nie? Czy zastąpić nią tzw. literaturę wysokoartystyczną (abstrahując od arbitralności tego podziału i trudności w wyznaczaniu granicy)? Nie! Czy wywalić Dziady ze szkoły? Nie! Dlaczego? Bo literatura jest potrzebna nie tylko do rozrywki, przyjemności, czytania po nocach z latarką pod kołdrą i śledzenia z wypiekami na twarzy losów bohaterów. Literatura jest potrzebna do rozumienia, tj. czytania świata dookoła. Jak bez lektury Dziadów wytłumaczyć, co się stało w Polsce w 1968 r.? Jak bez lektury polskich romantyków (przyznaję, bolesnej czasami) rozumieć współczesną polską rzeczywistość? Jak ktoś nie sądzi, żeby Dziady i Pan Tadeusz pomagały zrozumieć, czym jest Polska dzisiaj, ten najwyraźniej nie czytał albo nie zrozumiał. Albo nie potrafi przełożyć lektury na świat dookoła. Spokojnie, Maria Janion w swoich książkach tłumaczy, można poczytać. Z lektury, nawet tej nieprzyjemnej i od której chce się wtopić w posadzkę, można wiele wynieść*. Problem mamy nie w literaturze, a w kształceniu - edukacja polonistyczna jest jałowa, a nauczycielom, którym się chce, to się szybko odechciewa. Więcej myślenia, więcej interpretowania - może mniej tekstów, ale lepiej przeczytanych i przedyskutowanych?
A może rozwiązaniem problemu listy lektur jest... wprowadzenie na nią książek Janusza Rudnickiego?
* - Ja chciałam się poskręcać przy literaturze Młodej Polski. Parafrazując Gombrowicza, "nie mogę więcej nad jedną strofę, a i to mnie nie zajmuje". Nie był w stanie tego zmienić nawet fantastyczny prowadzący. Na zajęciach poświęconych poezji Micińskiego chciałam pogryźć wybór poezji, siebie, innych studentów, rzeczonego prowadzącego, ściany oraz w akcie ostatecznej rozpaczy pracownice sekretariatu Instytutu. I tak uważam, że warto było czytać Micińskiego.
Tak, czytanie boli. Czytanie wcale nie jest przyjemne, a przynajmniej nie zawsze jest przyjemne. I to nie tylko dlatego, że człowiek ma ochotę się pociąć, jak czyta opisy przyrody w Nad Niemnem. Czytanie nie jest przyjemne z wielu powodów. Po pierwsze, człowiek się dowiaduje, często o sobie samym, rzeczy nieprzyjemnych. Po drugie, dowiaduje się takich rzeczy o otaczającym świecie. Po trzecie, człowiek skonfrontowany z tym, że czegoś nie rozumie, popada we frustrację. Jak to? JA nie rozumiem?! Z tej sytuacji jest kilka wyjść: uznać, że jest się głąbem i porzucić wysiłki czytelnicze na zawsze (nie polecam), uznać, że pisarz jest głąbem, skoro nie potrafi ludzkim językiem napisać i porzucić tego autora na zawsze (nie polecam takoż), wyruszyć w podróż interpretacyjną, która nie wiadomo, gdzie wiedzie i czy w ogóle dokądś, a przez to spróbować zrozumieć, rozgryźć (szczerze polecam; uwaga - kończy się na studiach polonistycznych, dalej się nie rozumie, więc się idzie na doktoranckie, dalej się pewnych rzeczy nie rozumie i..., sami widzicie, nie ma końca). Tylko skąd uczniowie mają o tym wiedzieć, skoro istnieje słuszna i najsłuszniejsza interpretacja?
Autor wybiera "koszmarki" i cytuje czytelnikom, z czymże to dzieci się muszą męczyć. Utyskuje, że w lekturach tylko i wyłącznie wieś. I ciągle na wsi i o wsi. Racja, dużo w literaturze polskiej wsi. A może, zamiast wywalać wieś z kanonu, zastanowić się z uczniami, skąd tyle tej wsi? Skąd tyle tej wsi u Konopnickiej? Czy z obecnością motywów wiejskich ma w polskiej literaturze jakiś związek taki na przykład Kochanowski? Dlaczego tematy wiejskie się plenią w literaturze barokowej? Czemu "wsi spokojna, wsi wesoła"? Takie natężenie wsi z czegoś wynika - czemu nasza "epopeja narodowa" dzieje się na jakimś krańcu świata na obecnej Litwie, a nie w Warszawie? Jak sobie z takim dziedzictwem radzimy dziś? Jak w związku z tym wyglądają polskie miasta? A że nie tylko wieś się w kanonie lektur pojawia, to już sprawa mniej istotna (na odtrutkę można zaserwować uczniom Lalkę, Ziemię obiecaną albo zbiorki Peipera w całości, a co, krzewimy kulturę miejską). Że dzieciaki się faszeruje zbitką Polski i Boga od lat najmłodszych w konfiguracjach dowolnych, to prawda. Ale od tego jest w kanonie pogardzany przez autora Gombrowicz, żeby, jak już młodzież zacznie dostawać torsji od Ojczyzny, swobodnie wpuścić ją w dramat Ojczyzny i Synczyzny. Czy Mickiewicz był osobiście inteligentny, to nie wiem, być może niekoniecznie, ale że Słowacki miał mniejsze ego i mniej wygórowane mniemanie o sobie niż ten pierwszy, to bym nie powiedziała. Zwłaszcza w okresie mistycznym. Co do powtórzeń w Dziadach i ich ludowości, to na lekcji temu poświęconej autor nie był albo oglądał znaczki z Papuasami. Ale nic straconego - w wydaniu z brykami z wydawnictwa Greg jest wyjaśnione, można powtórzyć sobie, odświeżyć wiadomości. W ocenach literatury polskiej się najgłębiej z autorem nie zgadzam. A jeśli odtrutką na nieporywający kanon literatury polskiej ma być zastąpienie jej literaturą zagramaniczną, to wymiękam. Najlepiej tu zaorać i od razu wprowadzić Amerykę. Niekoniecznie kafkowską. Ale końcówka tekstu doskonale klaruje, dlaczego w przeważającej większości tekst Rudnickiego mnie oburza. Otóż uważa on, że "lektura powinna porywać, być inteligentną rozrywką, taką na rzeczywistym poziomie, a jest labiryntem rozpaczy". A ja uważam wprost na odwrót.
Literatura czy w ogóle książka jest już rozrywką - sądzę, że od czasu upowszechnienia się druku jest na pewno, w postaci popularnych wydawnictw (to później). A wcześniej? Wiersze, ballady, przyśpiewki, całe "z Kolbergiem po kraju", toż to nie tylko literatura ustna ludowa, ale też często służąca rozrywce. Czy na poziomie to rozrywka i czy inteligentna, to zależy od przypadku. Ale np. współcześnie, w dobie kryzysu czytelnictwa, kryzysu krytyki literackiej (ten trwa permanentnie, w starożytności już był) oraz kryzysu literatury Katarzyna Grochola nie ma problemów ze sprzedażą swoich książek. Kalicińska też nie ma. Ani Janusz L. Wiśniewski. Co to oznacza? Że ktoś ich książki kupuje i czyta. Często pasjami czyta. I ma rozrywkę, a pisarz/pisarka zarobek. Czy wprowadzić literaturę tzw. popularną do szkoły? Tak. Nauczyć ją czytać dla przyjemności. Dlaczegóż by nie? Czy zastąpić nią tzw. literaturę wysokoartystyczną (abstrahując od arbitralności tego podziału i trudności w wyznaczaniu granicy)? Nie! Czy wywalić Dziady ze szkoły? Nie! Dlaczego? Bo literatura jest potrzebna nie tylko do rozrywki, przyjemności, czytania po nocach z latarką pod kołdrą i śledzenia z wypiekami na twarzy losów bohaterów. Literatura jest potrzebna do rozumienia, tj. czytania świata dookoła. Jak bez lektury Dziadów wytłumaczyć, co się stało w Polsce w 1968 r.? Jak bez lektury polskich romantyków (przyznaję, bolesnej czasami) rozumieć współczesną polską rzeczywistość? Jak ktoś nie sądzi, żeby Dziady i Pan Tadeusz pomagały zrozumieć, czym jest Polska dzisiaj, ten najwyraźniej nie czytał albo nie zrozumiał. Albo nie potrafi przełożyć lektury na świat dookoła. Spokojnie, Maria Janion w swoich książkach tłumaczy, można poczytać. Z lektury, nawet tej nieprzyjemnej i od której chce się wtopić w posadzkę, można wiele wynieść*. Problem mamy nie w literaturze, a w kształceniu - edukacja polonistyczna jest jałowa, a nauczycielom, którym się chce, to się szybko odechciewa. Więcej myślenia, więcej interpretowania - może mniej tekstów, ale lepiej przeczytanych i przedyskutowanych?
A może rozwiązaniem problemu listy lektur jest... wprowadzenie na nią książek Janusza Rudnickiego?
* - Ja chciałam się poskręcać przy literaturze Młodej Polski. Parafrazując Gombrowicza, "nie mogę więcej nad jedną strofę, a i to mnie nie zajmuje". Nie był w stanie tego zmienić nawet fantastyczny prowadzący. Na zajęciach poświęconych poezji Micińskiego chciałam pogryźć wybór poezji, siebie, innych studentów, rzeczonego prowadzącego, ściany oraz w akcie ostatecznej rozpaczy pracownice sekretariatu Instytutu. I tak uważam, że warto było czytać Micińskiego.
poniedziałek, 28 lipca 2014
Czas deklaracji ostatecznych
Mam dyplom poświadczający, że jestem wykształcona w kierunku czytania i komentowania tekstów. Odebrałam dyplom w zeszłym tygodniu, więc jestem komentatorem dyplomowanym, oczekuję tylko na suplement, w którym szczegółowo zostanie podane, na jakie sposoby umiem czytać i komentować teksty. Ale dyplom jest. Zostałam przyjęta i potwierdziłam podpisem w stosownym miejscu, że chcę czytać i komentować teksty na kolejnym poziomie (w iluminackiej skali uniwersytetu jest to stopień III). Tak więc dzisiaj zajmę się tym, do czego mam potwierdzone kwalifikacje. Otóż będę czytać i komentować tekst. Tekst, który mnie zafrapował. Dzisiaj proponuję "Deklarację Wiary i Sumienia nauczycieli polskich", do przeczytania tutaj.
Po pierwsze, układ formalny tekstu. Otóż w tym przypadku układ formalny tekstu, a także typografia oddaje Ducha Polskiego. I ja to piszę serio. Bo Duch Polski jest Wolny. A jak Wolny, to mu nikt nie będzie narzucał jakiegoś spójnego porządku w prezentacji tekstu. Więc najpierw ten sam tekst, tą samą czcionką, ale w dwóch kolorach, czarnym i... hm, powiedzmy, że bordowym, aby się utrwaliło. Potem tytuł, wersalikami, na granatowo. Potem cytat, na czarno, kursywą i nie wiedzieć czemu z cudzysłowem angielskim, chociaż to o Polskich Nauczycieli, którzy Polskie Dzieci uczą idzie. Potem podkreślenie i wprowadzenie własnej propozycji tekstu. Jako że propozycje są dwie, w wersji skróconej i pełnej, występują dwa rodzaje typografii: tekst skrócony jest napisany kursywą, na bordowo i znowu w zdradzieckim, obcym Naszej Kulturze, cudzysłowie. Właściwie jest to ulepszona wersja przyrzeczenia nauczycieli, które autor cytował. Ulepszona o łacińskie wtręty, które nadają całości poważnego, sarmackiego, z Ducha Narodowego brzmienia (choć byłoby bardziej na modłę sarmacką, gdyby autor nie tłumaczył tych pojęć na polski, no ale cóż, kiedy musi zwracać się też do ludzi w łacinie nieuczonych, to nie wypada ich swą erudycją olśniewać zanadto, a jak wytłumaczy, to zgodnie ze swoja nauczycielską Misją jeszcze maluczkich dokształci przy okazji) oraz o nie mniej sarmackie deklaracje o wierności Ojczyźnie, Bogu i uczenie w duchu ewangelicznym. Tu jedynie zaznaczę, a przejdę do tego później, że jest taka niesamowita maniera, zwłaszcza w środowiskach Narodowych i Katolickich, do pisania pewnych Pojęć, a także Przymiotników wielką Literą. Potem, na granatowo następuje Deklaracja w wersji kompletnej. Tutaj najpełniej do głosu dochodzi zwyczaj pisania Wybranych wyrazów wielką Literą. Przy czym dobór jest dość przypadkowy. Na przykład dlaczego "Tysiącletni katolicki Naród Polski" (ha, i ja też mam obcy cudzysłów!)? A nie "tysiącletni Katolicki Naród Polski"? Albo wielkimi literami po całości? Że niby Tysiącletni, Naród i Polski są ważniejsze, niż to, że ten Naród jest katolicki? A może raczej Katolicki? I oczywiście Święty Rzymski? A nie, zaraz, przecież już było jedno święte cesarstwo rzymskie. Z nieznanych przyczyn - narodu niemieckiego. To błąd w zapisach. Chodziło o Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Polskiego. Ot co. Stfu, Teutony i Germanie! I dlaczego "Obrońców świata"? A nie "Obrońców Świata"? Oczywiście, Tradycję zawsze z dużej. Dlaczego? Bo taka Tradycja i już, TRAAAAADITION, jak wyśpiewywał Tewe mleczarz. A nie, znów mi się Tradycje pomieszały. Deklaracja pisana jest na wzór deklaracji lekarzy, dlatego jest 7 punktów i każdy zaczyna się od jakiegoś czasownika wersalikami. Pod deklaracją rzucone są hojnie, acz niedbale, po czym znać wprawnego mówcę (vir bonus dicendi peritus, a co, szkolonam, to i łaciną błysnę przed P. T. Czytelnikami!), myśli różne na temat deklaracji i pobocznie, z takim samym dobrodziejstwem i obfitością czcionek, kolorów, kursyw i innych cudów oferowanych przed podstawowy pasek narzędzi Worda. Potem są postulaty, myśli dnia i przestrogi oraz inne "uwagi rzeczy ostatecznych i złości grzechowej". Nie bez powodu się odwołuję do nieodżałowanego ks. Baki - bo tekst deklaracji, jak i cały wpis jest jak rodem z baroku. Co pozwala płynnie przejść do...
Po drugie, styl. Toż to barok. Brakuje tylko tytułu na mniej więcej trzynaście linijek. A poza tym taki raptularzyk. Silva rerum. Trochę tekstu własnego, trochę cudzego, acz okraszonego obficie łaciną, trochę Najjaśniejszej Rzeczpospolitej oraz "wszystkich jej stanów" (autentyk, to tam jest, w tekście Deklaracji Rozszerzonej) i "nieomylna w sprawach Wiary i Obyczajów Stolica Apostolska Świętego Rzymskiego Kościoła Katolickiego". Gdyby tekst kończył się "my, niżej podpisani nauczyciele Societas Iesu", to tekst mógłby uchodzić za autentyk z epoki. No i te rozkoszne myśli luźne i cytaty dowolne na koniec. Trochę raptularz domowy gdzieś na krańcach Wołynia, trochę thesaurus, a najbardziej to kalendarz, kupiony na jarmarku, pełen zbożnych myśli i żywotów świętych. Poprawiony cytat z Modrzewskiego jest jednak zastanawiający - tak protestanta cytować? W deklaracji dotyczącej Polskich Katolickich Nauczycieli? No, no. Trochę śmierdzi herezją. Autor deklaracji twierdzi też, że jej ewentualni sygnatariusze są świadomymi łacinnikami. Co najmniej ryzykowne, bo choć filologie wszelkie w swoim programie mają kurs łaciny, to ja po moim jestem co najwyżej świadoma, że łaciny nie opanowałam, poza paroma sentencjami. A i to z dużym ryzykiem błędu, więc wolę publicznie tych mniej sprawdzonych nie cytować. Chyba że łacinnik w znaczeniu, że Spadkobierca (skoro mowa o Przodkach, to musi być jakiś Spadkobierca) kultury Łacińskiej (broń nas Panie Boże, nie antycznej, bo to, co oni tam wyrabiali, to my już dobrze z waz wiemy i lepiej o tym nie mówić, a podobne zachcianki leczyć). I tak, pod przemożnym wpływem baroku (co dziwne, nie romantyzmu, do tej pory to romantyzm wyznawał Ducha Narodu, ale jednak okazał się zbyt postępowy; no i Słowacki miał jakieś dziwne, pre-ewolucjonistyczne pomysły w Genesis z ducha, że niby coś przechodzi i ewoluuje w coś, bo Duch się zmienia, a jak wiadomo, lepiej, jak się nic nie zmienia), przechodzimy do zasadniczej treści deklaracji.
Po trzecie, o co właściwie chodzi, jak już czytelnik opanuje oczopląs i mózgopląs wywołany szałem typografii i mnogością przykładów na podparcie? Otóż, jak zwykle, chodzi o Boga i Naród. Tu dalej dominuje barok. Naród "zażywa wolności" w katolickiej Ojczyźnie. Tylko społeczność wychowana na "totalnej etyce Dekalogu" jest w stanie "zbudować i obronić wielkie państwo i Naród" - czyli dalej sięgamy od morza do morza, XVII wiek trwa w najlepsze, przynajmniej u jegomościa Autora. "Za wszelkie odchylenia cywilizacyjne, za próby syntez z innymi cywilizacjami zapłaciliśmy w przeszłości wielką cenę w postaci utraty niepodległości" - jasne, bo trzeba zachować czystość kulturową, bo kultura polska jest najwyższą formą kultury wszelkiej. Szlachcic w kontuszu wzorowanym na stroju tureckim też tak myślał. Za polskość Polski mógłby się bić swoją turecką szabelką. A wymowę, ach, wymowę najlepiej oprzeć na starożytnych retorach. Tak tylko zachowamy czystość kulturową. I Dobro Wspólne. Znów nie wiem czemu z dużych Liter. Może tu nie ma żadnej logiki? Może to taka moda? Jak byłam w gimnazjum, to była moda, żeby na gadu-gadu pisać specyficznym układem dużych i małych liter - WyGlĄdAł On MnIeJ wIęCeJ tAk. Więc może tu rządzi podobna zasada? Oczywiście prawo boże jest nad prawem ludzkim, ale po ostatnich aferach z lekarzami chyba nikogo to już nie dziwi. I, a jakże, "cywilizacja laicka" zagraża polskiej szkole i polskim dziateczkom. Niewinnym, polskim dziateczkom! I zdanie mistrzowskie - "za uczenie kultury współżycia ze światem przyrody". Kultura współżycia ze światem przyrody. Język polski da się niemiłosiernie powyginać, doprawdy. I oczywiście przeważająca część uczniów jest ochrzczona, a w kupie siła, a więc siłą przewodnią powinni być katolicy. I basta. Im więcej razy przymiotniki "polski" i "katolicki" odmienione zostaną w tekście przez możliwie dużą liczbę przypadków, tym tekst słuszniej dowodzi, że to właśnie Polacykatolicy (zbitka celowa) są solą tej ziemi, a reszta przypraw wypad.
I na koniec "INNY WIELKI POLAK W PRZEDMIOCIE PRAWDY NAPISAŁ". To jest oś tego tekstu i, jak sądzę, główna motywacja (poza deklaracją wiary lekarzy) do napisania deklaracji nauczycieli. W tym fragmencie odchodzi już typowo frondowy obłęd, więc pozostawiam tekst do analizy indywidualnej, ja odpadam. Zawsze jak czytam coś z Frondy (zwykle na Mądrościach z Frondy), to myślę sobie, że to trolling. Że to nie jest przecież możliwe, żeby na serio myśleć i pisać w ten sposób. Po prostu ludzie nie są tak ograniczeni i ziejący jadem. Umysł ludzki nie wytwarza takich bredni na serio. Dlatego chcę wierzyć głęboko, że ta cała deklaracja to żart. Że ten cały blog to żart. Niestety, wydarzenia ostatnich miesięcy (lat?) nie pozwalają mi na radosną wiarę w ludzkość. Proszę Państwa, skończymy marnie. Gdyby ktoś chciał szczegółów, to polecam Czary i czarty polskie, opracowane przez Juliana Tuwima.
Żeby złagodzić ten minorowy ton, podrzucam dwie inne deklaracje, które znalazłam w przepastnych obszarach Internetu (obydwie zupełnie przypadkiem, szukając deklaracji nauczycieli):
Deklaracja wiary nauczyciela pastafarianina
Deklaracja wiary kominiarzy
Po pierwsze, układ formalny tekstu. Otóż w tym przypadku układ formalny tekstu, a także typografia oddaje Ducha Polskiego. I ja to piszę serio. Bo Duch Polski jest Wolny. A jak Wolny, to mu nikt nie będzie narzucał jakiegoś spójnego porządku w prezentacji tekstu. Więc najpierw ten sam tekst, tą samą czcionką, ale w dwóch kolorach, czarnym i... hm, powiedzmy, że bordowym, aby się utrwaliło. Potem tytuł, wersalikami, na granatowo. Potem cytat, na czarno, kursywą i nie wiedzieć czemu z cudzysłowem angielskim, chociaż to o Polskich Nauczycieli, którzy Polskie Dzieci uczą idzie. Potem podkreślenie i wprowadzenie własnej propozycji tekstu. Jako że propozycje są dwie, w wersji skróconej i pełnej, występują dwa rodzaje typografii: tekst skrócony jest napisany kursywą, na bordowo i znowu w zdradzieckim, obcym Naszej Kulturze, cudzysłowie. Właściwie jest to ulepszona wersja przyrzeczenia nauczycieli, które autor cytował. Ulepszona o łacińskie wtręty, które nadają całości poważnego, sarmackiego, z Ducha Narodowego brzmienia (choć byłoby bardziej na modłę sarmacką, gdyby autor nie tłumaczył tych pojęć na polski, no ale cóż, kiedy musi zwracać się też do ludzi w łacinie nieuczonych, to nie wypada ich swą erudycją olśniewać zanadto, a jak wytłumaczy, to zgodnie ze swoja nauczycielską Misją jeszcze maluczkich dokształci przy okazji) oraz o nie mniej sarmackie deklaracje o wierności Ojczyźnie, Bogu i uczenie w duchu ewangelicznym. Tu jedynie zaznaczę, a przejdę do tego później, że jest taka niesamowita maniera, zwłaszcza w środowiskach Narodowych i Katolickich, do pisania pewnych Pojęć, a także Przymiotników wielką Literą. Potem, na granatowo następuje Deklaracja w wersji kompletnej. Tutaj najpełniej do głosu dochodzi zwyczaj pisania Wybranych wyrazów wielką Literą. Przy czym dobór jest dość przypadkowy. Na przykład dlaczego "Tysiącletni katolicki Naród Polski" (ha, i ja też mam obcy cudzysłów!)? A nie "tysiącletni Katolicki Naród Polski"? Albo wielkimi literami po całości? Że niby Tysiącletni, Naród i Polski są ważniejsze, niż to, że ten Naród jest katolicki? A może raczej Katolicki? I oczywiście Święty Rzymski? A nie, zaraz, przecież już było jedno święte cesarstwo rzymskie. Z nieznanych przyczyn - narodu niemieckiego. To błąd w zapisach. Chodziło o Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Polskiego. Ot co. Stfu, Teutony i Germanie! I dlaczego "Obrońców świata"? A nie "Obrońców Świata"? Oczywiście, Tradycję zawsze z dużej. Dlaczego? Bo taka Tradycja i już, TRAAAAADITION, jak wyśpiewywał Tewe mleczarz. A nie, znów mi się Tradycje pomieszały. Deklaracja pisana jest na wzór deklaracji lekarzy, dlatego jest 7 punktów i każdy zaczyna się od jakiegoś czasownika wersalikami. Pod deklaracją rzucone są hojnie, acz niedbale, po czym znać wprawnego mówcę (vir bonus dicendi peritus, a co, szkolonam, to i łaciną błysnę przed P. T. Czytelnikami!), myśli różne na temat deklaracji i pobocznie, z takim samym dobrodziejstwem i obfitością czcionek, kolorów, kursyw i innych cudów oferowanych przed podstawowy pasek narzędzi Worda. Potem są postulaty, myśli dnia i przestrogi oraz inne "uwagi rzeczy ostatecznych i złości grzechowej". Nie bez powodu się odwołuję do nieodżałowanego ks. Baki - bo tekst deklaracji, jak i cały wpis jest jak rodem z baroku. Co pozwala płynnie przejść do...
Po drugie, styl. Toż to barok. Brakuje tylko tytułu na mniej więcej trzynaście linijek. A poza tym taki raptularzyk. Silva rerum. Trochę tekstu własnego, trochę cudzego, acz okraszonego obficie łaciną, trochę Najjaśniejszej Rzeczpospolitej oraz "wszystkich jej stanów" (autentyk, to tam jest, w tekście Deklaracji Rozszerzonej) i "nieomylna w sprawach Wiary i Obyczajów Stolica Apostolska Świętego Rzymskiego Kościoła Katolickiego". Gdyby tekst kończył się "my, niżej podpisani nauczyciele Societas Iesu", to tekst mógłby uchodzić za autentyk z epoki. No i te rozkoszne myśli luźne i cytaty dowolne na koniec. Trochę raptularz domowy gdzieś na krańcach Wołynia, trochę thesaurus, a najbardziej to kalendarz, kupiony na jarmarku, pełen zbożnych myśli i żywotów świętych. Poprawiony cytat z Modrzewskiego jest jednak zastanawiający - tak protestanta cytować? W deklaracji dotyczącej Polskich Katolickich Nauczycieli? No, no. Trochę śmierdzi herezją. Autor deklaracji twierdzi też, że jej ewentualni sygnatariusze są świadomymi łacinnikami. Co najmniej ryzykowne, bo choć filologie wszelkie w swoim programie mają kurs łaciny, to ja po moim jestem co najwyżej świadoma, że łaciny nie opanowałam, poza paroma sentencjami. A i to z dużym ryzykiem błędu, więc wolę publicznie tych mniej sprawdzonych nie cytować. Chyba że łacinnik w znaczeniu, że Spadkobierca (skoro mowa o Przodkach, to musi być jakiś Spadkobierca) kultury Łacińskiej (broń nas Panie Boże, nie antycznej, bo to, co oni tam wyrabiali, to my już dobrze z waz wiemy i lepiej o tym nie mówić, a podobne zachcianki leczyć). I tak, pod przemożnym wpływem baroku (co dziwne, nie romantyzmu, do tej pory to romantyzm wyznawał Ducha Narodu, ale jednak okazał się zbyt postępowy; no i Słowacki miał jakieś dziwne, pre-ewolucjonistyczne pomysły w Genesis z ducha, że niby coś przechodzi i ewoluuje w coś, bo Duch się zmienia, a jak wiadomo, lepiej, jak się nic nie zmienia), przechodzimy do zasadniczej treści deklaracji.
Po trzecie, o co właściwie chodzi, jak już czytelnik opanuje oczopląs i mózgopląs wywołany szałem typografii i mnogością przykładów na podparcie? Otóż, jak zwykle, chodzi o Boga i Naród. Tu dalej dominuje barok. Naród "zażywa wolności" w katolickiej Ojczyźnie. Tylko społeczność wychowana na "totalnej etyce Dekalogu" jest w stanie "zbudować i obronić wielkie państwo i Naród" - czyli dalej sięgamy od morza do morza, XVII wiek trwa w najlepsze, przynajmniej u jegomościa Autora. "Za wszelkie odchylenia cywilizacyjne, za próby syntez z innymi cywilizacjami zapłaciliśmy w przeszłości wielką cenę w postaci utraty niepodległości" - jasne, bo trzeba zachować czystość kulturową, bo kultura polska jest najwyższą formą kultury wszelkiej. Szlachcic w kontuszu wzorowanym na stroju tureckim też tak myślał. Za polskość Polski mógłby się bić swoją turecką szabelką. A wymowę, ach, wymowę najlepiej oprzeć na starożytnych retorach. Tak tylko zachowamy czystość kulturową. I Dobro Wspólne. Znów nie wiem czemu z dużych Liter. Może tu nie ma żadnej logiki? Może to taka moda? Jak byłam w gimnazjum, to była moda, żeby na gadu-gadu pisać specyficznym układem dużych i małych liter - WyGlĄdAł On MnIeJ wIęCeJ tAk. Więc może tu rządzi podobna zasada? Oczywiście prawo boże jest nad prawem ludzkim, ale po ostatnich aferach z lekarzami chyba nikogo to już nie dziwi. I, a jakże, "cywilizacja laicka" zagraża polskiej szkole i polskim dziateczkom. Niewinnym, polskim dziateczkom! I zdanie mistrzowskie - "za uczenie kultury współżycia ze światem przyrody". Kultura współżycia ze światem przyrody. Język polski da się niemiłosiernie powyginać, doprawdy. I oczywiście przeważająca część uczniów jest ochrzczona, a w kupie siła, a więc siłą przewodnią powinni być katolicy. I basta. Im więcej razy przymiotniki "polski" i "katolicki" odmienione zostaną w tekście przez możliwie dużą liczbę przypadków, tym tekst słuszniej dowodzi, że to właśnie Polacykatolicy (zbitka celowa) są solą tej ziemi, a reszta przypraw wypad.
I na koniec "INNY WIELKI POLAK W PRZEDMIOCIE PRAWDY NAPISAŁ". To jest oś tego tekstu i, jak sądzę, główna motywacja (poza deklaracją wiary lekarzy) do napisania deklaracji nauczycieli. W tym fragmencie odchodzi już typowo frondowy obłęd, więc pozostawiam tekst do analizy indywidualnej, ja odpadam. Zawsze jak czytam coś z Frondy (zwykle na Mądrościach z Frondy), to myślę sobie, że to trolling. Że to nie jest przecież możliwe, żeby na serio myśleć i pisać w ten sposób. Po prostu ludzie nie są tak ograniczeni i ziejący jadem. Umysł ludzki nie wytwarza takich bredni na serio. Dlatego chcę wierzyć głęboko, że ta cała deklaracja to żart. Że ten cały blog to żart. Niestety, wydarzenia ostatnich miesięcy (lat?) nie pozwalają mi na radosną wiarę w ludzkość. Proszę Państwa, skończymy marnie. Gdyby ktoś chciał szczegółów, to polecam Czary i czarty polskie, opracowane przez Juliana Tuwima.
Żeby złagodzić ten minorowy ton, podrzucam dwie inne deklaracje, które znalazłam w przepastnych obszarach Internetu (obydwie zupełnie przypadkiem, szukając deklaracji nauczycieli):
Deklaracja wiary nauczyciela pastafarianina
Deklaracja wiary kominiarzy
środa, 9 lipca 2014
Pawlikowska-Jasnorzewska czyni spustoszenie
Od tygodnia z uporem godnym lepszej sprawy przygotowuję się do rozmowy na studia doktoranckie, w związku z czym czytam zawzięcie Marię Pawlikowską-Jasnorzewską i o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Wzbudza to we mnie fale desperacji, zwątpienia i utyskiwań "o czym ja myślałam, jak zadeklarowałam, że chcę się nią zajmować". Bo też chyba trudno o poetkę, która miałaby tak odmienną od mojej wizję, co to właściwie znaczy "być kobietą". Poważnie się nad tym zadumałam po setnej chyba lekturze wiersza "Złote myśli kobiety" z tomiku "Niebieskie migdały" (1922):
Zalotność jest pachnąca i różowa,
a mądrość żółta i sucha.
Wolałabym, by mnie Mickiewicz chciał całować,
niż by mnie chciał słuchać.
Jeśli Serafinowie, Potęgi i Trony
nie patrzą na kobietę męskimi oczyma,
nie warto iść do nieba po gościńcu stromym:
nic tam nie ma.
Niechaj śmierć mi nie będzie niewiastą w całunach,
lecz mężczyzną o bujnych ramionach;
a pęknę w jego ręku jak dzwoniąca struna
roześmiana i rozmarzona.
Życie zaś niech mnie niesie ku złotej Cyterze
na tęsknym, rozkołysanym okręcie:
chcę na pokładzie bezsilnie leżeć
w nie kończącym się święcie...
To bardzo popularny wiersz, jeden z najbardziej znanych w dorobku Pawlikowskiej. Rozkoszny jest, to prawda. A ciekawostka polega na tym, że Maria była kobietą wykształconą (choć bez dyplomu, odebrała edukację domową i dorywczo studiowała na krakowskiej ASP), szalenie oczytaną i bardzo niegłupią. A także w momencie wydania tego tomiku dojrzałą - urodziła się w 1891 r. (choć można spotkać się z datami późniejszymi, nawet 1899 - a to dlatego, że obydwie Kossakówny chętnie się odmładzały najlepszą i najskuteczniejszą metodą, czyli fałszowaniem metryki, posuniętym aż do przemalowywania dat na obrazach ojca, Wojciecha Kossaka - więcej na ten temat w: E.Hurnikowa: "Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Zarys monograficzny"), więc w momencie opublikowania "Niebieskich migdałów" miała... 31 lat. I drugiego męża. I ta wykształcona i dojrzała kobieta zgrywa trzpiotkę. A raczej nie zgrywa - bezustannie jest trzpiotką, zwłaszcza w pierwszym okresie twórczości. Dla niej kobiecość to zalotność, trzpiotowatość, przysłanianie mężowi świata nóżkami w srebrnych pantofelkach, a swoje tomiki tytułuje jak zapiski pensjonarki - "Niebieskie migdały", "Różowa magia", "Pocałunki"... I co mnie, która z zalotnością nie ma nic wspólnego, z flirtowaniem jeszcze mniej, a z kokieterią to już w ogóle (kto nie wierzy, niech zapyta Nieślubnego, którego jeśli czymś uwiodłam, to wdziękiem lokomotywy parowej i takąż subtelnością, wykładając mu wprost, że ja i owszem, bardzo i nie trzepocząc przy tym rzęsami, a jedząc kanapkę z serem żółtym), podkusiło do czytania tej poezji? Mnie, która zawsze wolała być "żółta i sucha" niż "różowa i pachnąca", która zawsze chciała być najmądrzejsza, snobowała się na czytanie książek i tyle mi dobrego z tego przyszło, że dalej jako mgr nie czuję się dość wykształcona i oczytana, co pcha mnie w kolejne 4 lata w bibliotekach. Złośliwi pewnie powiedzą, że ten pęd do czytania i ostentacyjny brak kokieterii to reakcja obronna, spowodowana wzrostem nikczemnem i brakami w urodzie. Takie prawo złośliwców. Co ja mogę znaleźć dla siebie u Pawlikowskiej? Ano, coś mogę i tym właśnie chcę się zajmować przez kolejne 4 lata. Tym, czego się z Pawlikowską nie kojarzy. Tym, co nie wchodzi do popularnych wyborów jej poezji, tylko jeśli już, to do krytycznych opracowań. Tym, co pokazuje, że poza "różową zalotnością" było w Lilce coś więcej - dużo więcej. Tego, co niekoniecznie konweniowało z jej pozą poszukującej wielkiej miłości "nimfy, wróżki, Tytanii" (że tak zacytuję za wspomnieniem Ireny Krzywickiej). Jej niesamowitego wyczulenia na świat zwierząt - i znowu nie tego, które kazało jej "(...) siedzieć na ławce / i przyglądać się bacznie robakom i każdej najmniejszej trawce" ("Kto chce, bym go kochała"z "Różowej magii", 1924), ale tego, które pozwoliło jej napisać "Do mięsożerców", "Mieszczański kredens" czy "My, konie", a także niesamowite notatki ze "Szkicownika poetyckiego" i "Szkicownika wojennego", które są (moim zdaniem) jednymi z największych, obok "Pocałunków" i "dancingu", osiągnięć artystycznych, zepchniętych trochę w kąt i przysypanych różowym pyłkiem i płatkami kwiatów, zasłoniętych bibelotem i nakrytych walensjaną. I choć Pawlikowska jest wyczytana na wszystkie strony, wciąż popularna bardzo i czytana, jako jedna z niewielu poetek, przez czytelników tzw. "niefachowych", to jest bardzo niedoczytana. I ja chciałabym ją doczytywać, bo i jest co. Czasami "mądrość żółta i sucha" dobrze jednak robi "zalotności pachnącej i różowej"...
Jest też Pawlikowska czymś w rodzaju "wprowadzenia w kobiecość". Nasiłowska pisze, że jej poezja jest "dziewczęca" i "panieńska" - cała erotyka to marzenie o miłości i pocałunki, ewentualnie muskanie niechcący egretą, cała ta salonowa zalotna kokieteria jest sprzedawana jako "absolutny słuch kobiecości" (za J. Kwiatkowskim ze "Wstępu" do "Wyboru poezji" wydanego w Bibliotece Narodowej). Jaki absolutny? Jakiej kobiecości? Co to za kobiecość? Co czytanie Pawlikowskiej "robi" czytelniczce? Co widzą w Pawlikowskiej dorastające dziewczyny, te mniej i te bardziej egzaltowane? I tu otwiera się kolejny problem, niby bardzo odległy, a jednak bardzo powiązany - Osiecka. Uważam, że Osiecka i Pawlikowska w tandemie organizują wyobrażenie kobiecości w polskiej liryce, a konkretniej - konstruują wyobrażenie o tym, czym jest poezja kobieca. I jaka jest. Osiecka i Pawlikowska jako element "edukacji sentymentalnej panien". I ja przez tą edukację sentymentalną przeszłam. Która z nas, z tych minimalnie choć zainteresowanych poezją, tego nie przeszła? A idąc dalej tropem feministycznej krytyki literackiej - co to dla nas oznacza...?
Ja, na szczęście, razem z Pawlikowską dostałam od mamy dużo innej poezji - przede wszystkim dużo Gałczyńskiego, a co najważniejsze - "Jestem baba" Świrszczyńskiej. I może właśnie tak warto ten cały osiecko-pawlikowski różowo-szary ocean przełamać?
Zalotność jest pachnąca i różowa,
a mądrość żółta i sucha.
Wolałabym, by mnie Mickiewicz chciał całować,
niż by mnie chciał słuchać.
Jeśli Serafinowie, Potęgi i Trony
nie patrzą na kobietę męskimi oczyma,
nie warto iść do nieba po gościńcu stromym:
nic tam nie ma.
Niechaj śmierć mi nie będzie niewiastą w całunach,
lecz mężczyzną o bujnych ramionach;
a pęknę w jego ręku jak dzwoniąca struna
roześmiana i rozmarzona.
Życie zaś niech mnie niesie ku złotej Cyterze
na tęsknym, rozkołysanym okręcie:
chcę na pokładzie bezsilnie leżeć
w nie kończącym się święcie...
To bardzo popularny wiersz, jeden z najbardziej znanych w dorobku Pawlikowskiej. Rozkoszny jest, to prawda. A ciekawostka polega na tym, że Maria była kobietą wykształconą (choć bez dyplomu, odebrała edukację domową i dorywczo studiowała na krakowskiej ASP), szalenie oczytaną i bardzo niegłupią. A także w momencie wydania tego tomiku dojrzałą - urodziła się w 1891 r. (choć można spotkać się z datami późniejszymi, nawet 1899 - a to dlatego, że obydwie Kossakówny chętnie się odmładzały najlepszą i najskuteczniejszą metodą, czyli fałszowaniem metryki, posuniętym aż do przemalowywania dat na obrazach ojca, Wojciecha Kossaka - więcej na ten temat w: E.Hurnikowa: "Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Zarys monograficzny"), więc w momencie opublikowania "Niebieskich migdałów" miała... 31 lat. I drugiego męża. I ta wykształcona i dojrzała kobieta zgrywa trzpiotkę. A raczej nie zgrywa - bezustannie jest trzpiotką, zwłaszcza w pierwszym okresie twórczości. Dla niej kobiecość to zalotność, trzpiotowatość, przysłanianie mężowi świata nóżkami w srebrnych pantofelkach, a swoje tomiki tytułuje jak zapiski pensjonarki - "Niebieskie migdały", "Różowa magia", "Pocałunki"... I co mnie, która z zalotnością nie ma nic wspólnego, z flirtowaniem jeszcze mniej, a z kokieterią to już w ogóle (kto nie wierzy, niech zapyta Nieślubnego, którego jeśli czymś uwiodłam, to wdziękiem lokomotywy parowej i takąż subtelnością, wykładając mu wprost, że ja i owszem, bardzo i nie trzepocząc przy tym rzęsami, a jedząc kanapkę z serem żółtym), podkusiło do czytania tej poezji? Mnie, która zawsze wolała być "żółta i sucha" niż "różowa i pachnąca", która zawsze chciała być najmądrzejsza, snobowała się na czytanie książek i tyle mi dobrego z tego przyszło, że dalej jako mgr nie czuję się dość wykształcona i oczytana, co pcha mnie w kolejne 4 lata w bibliotekach. Złośliwi pewnie powiedzą, że ten pęd do czytania i ostentacyjny brak kokieterii to reakcja obronna, spowodowana wzrostem nikczemnem i brakami w urodzie. Takie prawo złośliwców. Co ja mogę znaleźć dla siebie u Pawlikowskiej? Ano, coś mogę i tym właśnie chcę się zajmować przez kolejne 4 lata. Tym, czego się z Pawlikowską nie kojarzy. Tym, co nie wchodzi do popularnych wyborów jej poezji, tylko jeśli już, to do krytycznych opracowań. Tym, co pokazuje, że poza "różową zalotnością" było w Lilce coś więcej - dużo więcej. Tego, co niekoniecznie konweniowało z jej pozą poszukującej wielkiej miłości "nimfy, wróżki, Tytanii" (że tak zacytuję za wspomnieniem Ireny Krzywickiej). Jej niesamowitego wyczulenia na świat zwierząt - i znowu nie tego, które kazało jej "(...) siedzieć na ławce / i przyglądać się bacznie robakom i każdej najmniejszej trawce" ("Kto chce, bym go kochała"z "Różowej magii", 1924), ale tego, które pozwoliło jej napisać "Do mięsożerców", "Mieszczański kredens" czy "My, konie", a także niesamowite notatki ze "Szkicownika poetyckiego" i "Szkicownika wojennego", które są (moim zdaniem) jednymi z największych, obok "Pocałunków" i "dancingu", osiągnięć artystycznych, zepchniętych trochę w kąt i przysypanych różowym pyłkiem i płatkami kwiatów, zasłoniętych bibelotem i nakrytych walensjaną. I choć Pawlikowska jest wyczytana na wszystkie strony, wciąż popularna bardzo i czytana, jako jedna z niewielu poetek, przez czytelników tzw. "niefachowych", to jest bardzo niedoczytana. I ja chciałabym ją doczytywać, bo i jest co. Czasami "mądrość żółta i sucha" dobrze jednak robi "zalotności pachnącej i różowej"...
Jest też Pawlikowska czymś w rodzaju "wprowadzenia w kobiecość". Nasiłowska pisze, że jej poezja jest "dziewczęca" i "panieńska" - cała erotyka to marzenie o miłości i pocałunki, ewentualnie muskanie niechcący egretą, cała ta salonowa zalotna kokieteria jest sprzedawana jako "absolutny słuch kobiecości" (za J. Kwiatkowskim ze "Wstępu" do "Wyboru poezji" wydanego w Bibliotece Narodowej). Jaki absolutny? Jakiej kobiecości? Co to za kobiecość? Co czytanie Pawlikowskiej "robi" czytelniczce? Co widzą w Pawlikowskiej dorastające dziewczyny, te mniej i te bardziej egzaltowane? I tu otwiera się kolejny problem, niby bardzo odległy, a jednak bardzo powiązany - Osiecka. Uważam, że Osiecka i Pawlikowska w tandemie organizują wyobrażenie kobiecości w polskiej liryce, a konkretniej - konstruują wyobrażenie o tym, czym jest poezja kobieca. I jaka jest. Osiecka i Pawlikowska jako element "edukacji sentymentalnej panien". I ja przez tą edukację sentymentalną przeszłam. Która z nas, z tych minimalnie choć zainteresowanych poezją, tego nie przeszła? A idąc dalej tropem feministycznej krytyki literackiej - co to dla nas oznacza...?
Ja, na szczęście, razem z Pawlikowską dostałam od mamy dużo innej poezji - przede wszystkim dużo Gałczyńskiego, a co najważniejsze - "Jestem baba" Świrszczyńskiej. I może właśnie tak warto ten cały osiecko-pawlikowski różowo-szary ocean przełamać?
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Połlisz jor englisz, czyli czułe słówka
Język podlega wpływom i przemianom, nie ma się co na to obrażać. Kiedyś polszczyzna była pod przemożnym wpływem niemieckiego, włoskiego, francuskiego, rosyjskiego i innych. Dzisiaj jest pod wpływem angielskiego i trudno się burzyć, bo tak się po prostu dzieje. Kiedyś elegantki musiały wtrącić do rozmowy kilka słówek bądź zwrotów po francusku, choćby parlefransiły niewiele lepiej ode mnie, bo to po prostu tres chic, bon ton i basta. Teraz robimy kalki z angielskiego, wtrącamy zwroty, a Internet tyko to nasila. I nie będę się burzyć przeciwko "sorry", "o maj gad", "fakfakfak", bo nie widzę sensu. Będę się burzyć i obśmiewać moje ulubione kalki z angielskiego przeniesione żywcem do polszczyzny, choćby i miały w niej już inne znaczenie i kontekst. Przodują w tym branże modowa i kosmetyczna, a już zwłaszcza blogerki. A ja siedzę i mnie zalewa. Fala jadu, oczywiście. I uwaga wstępna, acz istotna: nie każdy polonista jest prof. Miodkiem. A na pewno ja nie jestem prof. Miodkiem. Wiedzę językoznawczą mam przyzwoitą jak na magistra specjalizującego się w literaturoznawstwie i jest to wiedza wyceniania przez ekspertów z Instytutu Języka Polskiego pomiędzy 4 a 5. Więc coś tam wiem. Ale wszystkiego nie wiem. Mogę wytłumaczyć, skąd się wzięło "rz" i "ż" i nawet porekonstruować do prasłowiańszczyzny, jak się poważnie skupię, ale szczegółowo wszystkich nieregularnych form deklinacyjnych nie wyjaśnię inaczej, niż "bo to wynika z wielowiekowych przemian i obróbek deklinacji prasłowiańskich, które wyparłam z całą mocą zaraz po zadekretowaniu 4 z gramatyki historycznej przez prof. S.". I nie jestem też w stanie wskazać granicy, do kiedy wpływ obcego języka jest ożywczy, a od kiedy szkodliwy. No, tyle zwierzeń i konfesji, poniżej moje ulubione kalki z angielskiego.
1. Dedykowany
Dedykować można poezyje ukochanej albo piosenkę w radio mamie z okazji Dnia Matki, ale nie krem cerze trądzikowej. Książkę można dedykować, odręcznie nawet można to uczynić, ale kredki powiece się raczej nie dedykuje, a przeznacza do malowania i robienia kresek. Myślałam sobie, że to takie niewinne kaleczenie w obrębie blogów, ale to wypełzło i słyszę ostatnio w reklamie radiowej, że krem jest dedykowany. I to nawet nie komuś (bo może kosmetolog/kosmetolożka stworzyli krem, a owoc swej pracy chcieli zadedykować np. siostrze z przetłuszczającą się strefą T, bo z myślą o niej krem komponowali?), a cerom jest dedykowany. Patrz pan. Nawet cery zyskują teraz odrębną podmiotowość.
2. Zrekreować
Zrekreować styl, zrekreować makijaż, a ja lubię w weekend się zrekreować i pospacerować po lesie. To na szczęście nie wypełzło jeszcze poza blogosferę, ale jak wypełźnie, to uderzy z mocą "stylizacji" (która, jak wiadomo, niekoniecznie jest "na coś", np. ja zakładam okulary i stylizuję się na intelektualistkę; stylizacja jest już nawet wtedy, jak się chwilę zastanowię, jak skomponować spodnie, koszulkę, sweterek i buty, żeby wyglądało w porządku; stylizować można też paznokcie, są nawet odrębne "studia" się tym zajmujące i niekoniecznie chodzi o to, że wystylizują nam paznokcie na szpony "Nosferatu" na przykład... - taka przydługaśna dygresja). Wszystko można wszak zrekreować w ramach rekreacji w wolnym czasie. Z tym powiązane jest jeszcze jedno moje ulubione, robiące ostatnio zawrotną karierę, słówko - KREATOR. "Firma X była kreatorem makijaży na pokazie projektanta Y!", wieszczy nagłówek na portalu. No i może się mylę albo czepiam zbędnie, ale nie wystarczyłoby, że "makijaże wykonała firma X"? Albo że "twórcą makijaży była firma X"? Nie, gdyż pokaz był EPICKI (znaczy długi, narracyjny, wielowątkowy, z wieloma bohaterami i opisami przyrody), więc makijaże miały KREATORA. Dobrze, że nie demiurga, na przykład.
3. Kolaboracja
H&M na przykład kolaboruje nieustannie, zdradzieckie, szwedzkie prosiaki. I to z wielkimi domami mody kolaboruje! Że z francuskimi, to wiadomo, bo jak wiedza powszechna niesie, Francuzi zawsze kolaborują i się poddają (i tu podtekst, nie to co My, Polacy, Powstanie Warszawskie, duma Narodowa, pardon Duma, gdyż nie wiedzieć czemu panuje ostatnio moda na pisanie niektórych Pojęć Wielką Literą, zwłaszcza, jeśli chodzi o Naród, To, Co Polskie i oczywiście Ja z dużej Litery, bo mała mego Ego nie Mieści, a zwłaszcza nie mieści Mojej Dumy. Narodowej.). To na blogu pewnej popularnej "szafiarki" znalazłam (swoją drogą, "szafiarka" fajne słowo, a złośliwcy "szafiarki" nazywają "szatniarkami", co mnie setnie bawi) i co się ubawiłam, to moje. Nie wiem tylko, czy to zgubny wpływ angielszczyzny podparty nieświadomością, czy raczej IPN-u i polskiej polityki historycznej. To byłby temat na magisterium!
4. Kalki z gatunku uroczych
Miałam kiedyś trenera jeździeckiego, uczył mnie skoków przez przeszkody. Wiele czasu spędził w krajach anglojęzycznych i zostały mu z tego pewne maniery językowe i zwroty, które sobie bezwiednie przekopiował. A że był człowiekiem ciepłym, zabawnym i uroczym oraz bardzo otwartym i przyjaznym, to mnie te jego kalki rozczulały. Kiedy dzwoniłam do niego, żeby umówić się na trening, zwykle rozmowa wyglądała tak:
Ja: Dzień dobry, tu Agnieszka od Siwego.
Trener: Aaaa, łobuz, jaksięmasz?
Ja: Dobrze, a pan?
Trener: Dobrze, dziękujębardzo! Co się stało, łobuz?
Ja: Chciałabym się na trening umówić. Na Siwym.
Trener: Aaaaa, poniak! Bardzo lubię twojego poniaka!
Ogólnie "bardzo lubię twojego poniaka" nie wyrażało ciepłych emocji trenera wobec Siwego (choć też), ale przede wszystkim było pochwałą. I like your pony. Chociaż Siwy to wcale nie był poniak. Choć nieduży. Pan trener miał też skłonność do wypowiadania pewnych zwrotów bez przerw. "Jaksięmasz" było jednym wyrazem, podobnie "dziękujębardzo". Ale jego kalki były akurat fajne. A jeśli chodzi o język instruktorów i trenerów jeździectwa, to się nadaje na osobną rozprawę. Fanpejdże poświęcone powiedzonkom trenerów hulają po końskim FB w najlepsze.
1. Dedykowany
Dedykować można poezyje ukochanej albo piosenkę w radio mamie z okazji Dnia Matki, ale nie krem cerze trądzikowej. Książkę można dedykować, odręcznie nawet można to uczynić, ale kredki powiece się raczej nie dedykuje, a przeznacza do malowania i robienia kresek. Myślałam sobie, że to takie niewinne kaleczenie w obrębie blogów, ale to wypełzło i słyszę ostatnio w reklamie radiowej, że krem jest dedykowany. I to nawet nie komuś (bo może kosmetolog/kosmetolożka stworzyli krem, a owoc swej pracy chcieli zadedykować np. siostrze z przetłuszczającą się strefą T, bo z myślą o niej krem komponowali?), a cerom jest dedykowany. Patrz pan. Nawet cery zyskują teraz odrębną podmiotowość.
2. Zrekreować
Zrekreować styl, zrekreować makijaż, a ja lubię w weekend się zrekreować i pospacerować po lesie. To na szczęście nie wypełzło jeszcze poza blogosferę, ale jak wypełźnie, to uderzy z mocą "stylizacji" (która, jak wiadomo, niekoniecznie jest "na coś", np. ja zakładam okulary i stylizuję się na intelektualistkę; stylizacja jest już nawet wtedy, jak się chwilę zastanowię, jak skomponować spodnie, koszulkę, sweterek i buty, żeby wyglądało w porządku; stylizować można też paznokcie, są nawet odrębne "studia" się tym zajmujące i niekoniecznie chodzi o to, że wystylizują nam paznokcie na szpony "Nosferatu" na przykład... - taka przydługaśna dygresja). Wszystko można wszak zrekreować w ramach rekreacji w wolnym czasie. Z tym powiązane jest jeszcze jedno moje ulubione, robiące ostatnio zawrotną karierę, słówko - KREATOR. "Firma X była kreatorem makijaży na pokazie projektanta Y!", wieszczy nagłówek na portalu. No i może się mylę albo czepiam zbędnie, ale nie wystarczyłoby, że "makijaże wykonała firma X"? Albo że "twórcą makijaży była firma X"? Nie, gdyż pokaz był EPICKI (znaczy długi, narracyjny, wielowątkowy, z wieloma bohaterami i opisami przyrody), więc makijaże miały KREATORA. Dobrze, że nie demiurga, na przykład.
3. Kolaboracja
H&M na przykład kolaboruje nieustannie, zdradzieckie, szwedzkie prosiaki. I to z wielkimi domami mody kolaboruje! Że z francuskimi, to wiadomo, bo jak wiedza powszechna niesie, Francuzi zawsze kolaborują i się poddają (i tu podtekst, nie to co My, Polacy, Powstanie Warszawskie, duma Narodowa, pardon Duma, gdyż nie wiedzieć czemu panuje ostatnio moda na pisanie niektórych Pojęć Wielką Literą, zwłaszcza, jeśli chodzi o Naród, To, Co Polskie i oczywiście Ja z dużej Litery, bo mała mego Ego nie Mieści, a zwłaszcza nie mieści Mojej Dumy. Narodowej.). To na blogu pewnej popularnej "szafiarki" znalazłam (swoją drogą, "szafiarka" fajne słowo, a złośliwcy "szafiarki" nazywają "szatniarkami", co mnie setnie bawi) i co się ubawiłam, to moje. Nie wiem tylko, czy to zgubny wpływ angielszczyzny podparty nieświadomością, czy raczej IPN-u i polskiej polityki historycznej. To byłby temat na magisterium!
4. Kalki z gatunku uroczych
Miałam kiedyś trenera jeździeckiego, uczył mnie skoków przez przeszkody. Wiele czasu spędził w krajach anglojęzycznych i zostały mu z tego pewne maniery językowe i zwroty, które sobie bezwiednie przekopiował. A że był człowiekiem ciepłym, zabawnym i uroczym oraz bardzo otwartym i przyjaznym, to mnie te jego kalki rozczulały. Kiedy dzwoniłam do niego, żeby umówić się na trening, zwykle rozmowa wyglądała tak:
Ja: Dzień dobry, tu Agnieszka od Siwego.
Trener: Aaaa, łobuz, jaksięmasz?
Ja: Dobrze, a pan?
Trener: Dobrze, dziękujębardzo! Co się stało, łobuz?
Ja: Chciałabym się na trening umówić. Na Siwym.
Trener: Aaaaa, poniak! Bardzo lubię twojego poniaka!
Ogólnie "bardzo lubię twojego poniaka" nie wyrażało ciepłych emocji trenera wobec Siwego (choć też), ale przede wszystkim było pochwałą. I like your pony. Chociaż Siwy to wcale nie był poniak. Choć nieduży. Pan trener miał też skłonność do wypowiadania pewnych zwrotów bez przerw. "Jaksięmasz" było jednym wyrazem, podobnie "dziękujębardzo". Ale jego kalki były akurat fajne. A jeśli chodzi o język instruktorów i trenerów jeździectwa, to się nadaje na osobną rozprawę. Fanpejdże poświęcone powiedzonkom trenerów hulają po końskim FB w najlepsze.
środa, 18 czerwca 2014
Na jakim świecie ja żyję... (furia i wściekłość)
UWAGA: notka
zawiera wiele prywatnych poglądów Autorki, jak np. ten, że gender to nie
jest ideologia, przemoc wobec kobiet ma charakter systemowy i wynika z
tradycji, kultury i religii, że państwo powinno być świeckie i
oddzielone od kościoła, a obywatele państwa mają pełne prawo do własnych
przekonań religijnych, ale to oni, a nie episkopat, mają prawo do
takiego wyboru przedstawicieli w Sejmie, który byłby zgodny z ich
światopoglądem (dotyczy również duchownych) oraz że kościół w Polsce
zachowuje się skandalicznie, a jego bezpardonowe żądania, wyrażane
ustami przedstawicieli episkopatu i płaszczenie się przedstawicieli
rządu przed nimi są poważnym problemem polskiej polityki.
Ja sobie funkcjonuję w równoległej rzeczywistości chyba, a każde zderzenie ze światem zewnętrznym jest bolesne. Bardzo bolesne. Jak dzisiejsza, poranna lektura protokołu z przebiegu spotkania Komisji Wspólnej Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Konferencji Episkopatu Polski poświęconego m.in. ratyfikacji Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, które miało miejsce 14 listopada 2013. Protokół, po długich bojach, na swojej facebookowej stronie zamieściła prof. Monika Płatek (Monika Płatek, prawniczka). Polecam do lektury, choć zaznaczam, że jeśli komuś się wydaje, że mieszka w świeckim państwie, a rząd odpowiada przede wszystkim przed obywatelami, a nie episkopatem, ten się srogo zdziwi. Mnie się zrobiło gorąco, słabo i bardzo nijako. Poczułam się zupełnie nieistotna jako obywatelka, za to bardzo istotna jako samica rozpłodowa, która ma zapewnić przyrost Polaków. Ja wiem, że taka postawa jest dziecinna, ale za każdym razem jak słyszę o "problemie z dzietnością Polek", to jako Polka w "wieku rozrodczym" mam ochotę powiedzieć: WYPCHAJCIE SIĘ. Strajk rozrodczy. Wara wszystkim ode mnie, mojego ciała, mojej płodności, mojej seksualności i mojej dzietności. WARA. Ja nie chcę rzucać teraz antyklerykalnymi hasłami (a mam ich trochę w zanadrzu), Kościół mi nie wrogiem, nie potrzebuję go "zwalczać", ale po przeczytaniu protokołu w tym kraju trzyma mnie chyba tylko moja profesja, bo jak mówi prof. K., "Polska to mój zawód". I choć nie lubię komunałów, to "ten kraj jest chory". Poniżej, bez stylistycznych fajerwerków, wymienię to, co mnie najbardziej w przedstawionym przez prof. Płatek dokumencie wstrząsnęło:
- rząd, ustami Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, Pełnomocniczki ds. Równego Traktowania, tłumaczy się z prób ratyfikowania Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie;
- abp Głódź ODPYTUJE, czy rząd zamierza ratyfikować konwencję i dobitnie zaznacza, że stanowisko Prezydium Rady Episkopatu zostało opublikowane w specjalnym oświadczeniu;
- abp Głódź STWIERDZA, że konwencja jest oparta na założeniach ideologicznych i niezgodnych z prawdą, bo przemoc wobec kobiet jest, najwyraźniej jego zdaniem, systemowa i nie wynika z religii, tradycji i kultury (a z czego? może z nieposłuszeństwa żon, którym jak się ze 3 razy przywali głową w kaloryfer, to dochodzą do siebie); niestereotypowe role płciowe to "homoseksualizm i transseksualizm"; trzymajcie mnie, bo nie mogę;
- co znaczy sformułowanie "ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie nie przyczyniła się znacznie do poprawienia problemu przemocy w rodzinie"? Co to znaczy "poprawić problem przemocy w rodzinie"? To chyba nie jest po polsku.
- ratyfikacja konwencji będzie omawiana w ramach Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej; kto rządzi w tym państwie - rząd (z wyboru obywateli) czy episkopat?
- bp Suski wyraża zaniepokojenie zmniejszeniem od 1989 r. liczby dzieci do 17. roku życia o 36%; macie efekt swojej polityki, ogólne WYPCHAJCIE SIĘ, samice rozpłodowe, podstawa siły narodu, jakoś nieskore są do rodzenia (więc najlepiej je do tego przymusić, utrudniając dostęp do antykoncepcji, delegalizując i penalizując aborcję; sposób działa, np. w Rumunii działał, a kto chce więcej szczegółów, to niech poczyta "Bukareszt. Krew i kurz" Małgorzaty Rejmer - przyp. autorki);
- obligatoryjne mediacje w przypadku, kiedy rozwodząca się para ma małoletnie potomstwo; nie jestem psycholożką, więc niech ktoś kompetentniejszy mnie poprawi w razie pomyłki, ale czy z mediacjami (albo psychoterapią) nie jest czasem tak, że musi być dobrowolna, aby była skuteczna? Nie da się chyba ludzi zmusić do mediowania, bo przymus budzi jeszcze większy opór, a w efekcie jeszcze większy armageddon dla dzieci;
- ten sam bp Suski wyraża zaniepokojenie związkami partnerskimi i wprowadzaną w edukacji "ideologią gender" (dostaję wysypki, jak słyszę taką zbitkę); szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odpowiada, że "rząd nie podejmuje żadnych działań dotyczących związków partnerskich", niech się biskup nie martwi;
- kard. Nycz podkreślił KONIECZNOŚĆ współdziałania Rządu i Kościoła w zakresie polityki rodzinnej; KONIECZNOŚĆ.
- zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące ograniczenia uprawnień do swobody wypowiedzi na terenach kościołów nie zostaną wprowadzone, a rząd nie przygotuje w tej sprawie stanowiska; pan Bittel dziękuje min. Boniemu, że nie zostanie otwarty front ideologiczny, mający na celu promocję pewnego ugrupowania politycznego i metaforycznie głaszcze ministra po główce za to, że rząd się tak ładnie sprawuje;
- pomimo odporu i przedstawienia opinii MEN przez min. Szumilas, że matura z religii nie jest możliwa (tu obszerna i rzetelna argumentacja z odwołaniem do zapisów prawnych), kard. Nycz proponuje, aby zmienić prawo, aby postulat kościoła mógł zostać spełniony; czyli żeby istniała matura państwowa z religii, przy czym program nauczania religii ustala sam kościół. I żeby to prawnie załatwić, bo tak właśnie kościół, ustami kard. Nycza, postuluje;
Nie będę rzucać teraz obraźliwych haseł (chociaż się nasuwają), bo niektóre rzeczy uważam za poniżej mojej godności. Cała ta sytuacja jest, w moim mniemaniu, SKANDALICZNA. Ale zamiast zająć się tym, media żyją nagraniami z restauracji, choć, moim zdaniem, ten protokół mówi wiele więcej o patologiach w tym kraju, niż jakiekolwiek taśmy.
Ja sobie funkcjonuję w równoległej rzeczywistości chyba, a każde zderzenie ze światem zewnętrznym jest bolesne. Bardzo bolesne. Jak dzisiejsza, poranna lektura protokołu z przebiegu spotkania Komisji Wspólnej Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Konferencji Episkopatu Polski poświęconego m.in. ratyfikacji Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, które miało miejsce 14 listopada 2013. Protokół, po długich bojach, na swojej facebookowej stronie zamieściła prof. Monika Płatek (Monika Płatek, prawniczka). Polecam do lektury, choć zaznaczam, że jeśli komuś się wydaje, że mieszka w świeckim państwie, a rząd odpowiada przede wszystkim przed obywatelami, a nie episkopatem, ten się srogo zdziwi. Mnie się zrobiło gorąco, słabo i bardzo nijako. Poczułam się zupełnie nieistotna jako obywatelka, za to bardzo istotna jako samica rozpłodowa, która ma zapewnić przyrost Polaków. Ja wiem, że taka postawa jest dziecinna, ale za każdym razem jak słyszę o "problemie z dzietnością Polek", to jako Polka w "wieku rozrodczym" mam ochotę powiedzieć: WYPCHAJCIE SIĘ. Strajk rozrodczy. Wara wszystkim ode mnie, mojego ciała, mojej płodności, mojej seksualności i mojej dzietności. WARA. Ja nie chcę rzucać teraz antyklerykalnymi hasłami (a mam ich trochę w zanadrzu), Kościół mi nie wrogiem, nie potrzebuję go "zwalczać", ale po przeczytaniu protokołu w tym kraju trzyma mnie chyba tylko moja profesja, bo jak mówi prof. K., "Polska to mój zawód". I choć nie lubię komunałów, to "ten kraj jest chory". Poniżej, bez stylistycznych fajerwerków, wymienię to, co mnie najbardziej w przedstawionym przez prof. Płatek dokumencie wstrząsnęło:
- rząd, ustami Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz, Pełnomocniczki ds. Równego Traktowania, tłumaczy się z prób ratyfikowania Konwencji Rady Europy w sprawie przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie;
- abp Głódź ODPYTUJE, czy rząd zamierza ratyfikować konwencję i dobitnie zaznacza, że stanowisko Prezydium Rady Episkopatu zostało opublikowane w specjalnym oświadczeniu;
- abp Głódź STWIERDZA, że konwencja jest oparta na założeniach ideologicznych i niezgodnych z prawdą, bo przemoc wobec kobiet jest, najwyraźniej jego zdaniem, systemowa i nie wynika z religii, tradycji i kultury (a z czego? może z nieposłuszeństwa żon, którym jak się ze 3 razy przywali głową w kaloryfer, to dochodzą do siebie); niestereotypowe role płciowe to "homoseksualizm i transseksualizm"; trzymajcie mnie, bo nie mogę;
- co znaczy sformułowanie "ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie nie przyczyniła się znacznie do poprawienia problemu przemocy w rodzinie"? Co to znaczy "poprawić problem przemocy w rodzinie"? To chyba nie jest po polsku.
- ratyfikacja konwencji będzie omawiana w ramach Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej; kto rządzi w tym państwie - rząd (z wyboru obywateli) czy episkopat?
- bp Suski wyraża zaniepokojenie zmniejszeniem od 1989 r. liczby dzieci do 17. roku życia o 36%; macie efekt swojej polityki, ogólne WYPCHAJCIE SIĘ, samice rozpłodowe, podstawa siły narodu, jakoś nieskore są do rodzenia (więc najlepiej je do tego przymusić, utrudniając dostęp do antykoncepcji, delegalizując i penalizując aborcję; sposób działa, np. w Rumunii działał, a kto chce więcej szczegółów, to niech poczyta "Bukareszt. Krew i kurz" Małgorzaty Rejmer - przyp. autorki);
- obligatoryjne mediacje w przypadku, kiedy rozwodząca się para ma małoletnie potomstwo; nie jestem psycholożką, więc niech ktoś kompetentniejszy mnie poprawi w razie pomyłki, ale czy z mediacjami (albo psychoterapią) nie jest czasem tak, że musi być dobrowolna, aby była skuteczna? Nie da się chyba ludzi zmusić do mediowania, bo przymus budzi jeszcze większy opór, a w efekcie jeszcze większy armageddon dla dzieci;
- ten sam bp Suski wyraża zaniepokojenie związkami partnerskimi i wprowadzaną w edukacji "ideologią gender" (dostaję wysypki, jak słyszę taką zbitkę); szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów odpowiada, że "rząd nie podejmuje żadnych działań dotyczących związków partnerskich", niech się biskup nie martwi;
- kard. Nycz podkreślił KONIECZNOŚĆ współdziałania Rządu i Kościoła w zakresie polityki rodzinnej; KONIECZNOŚĆ.
- zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące ograniczenia uprawnień do swobody wypowiedzi na terenach kościołów nie zostaną wprowadzone, a rząd nie przygotuje w tej sprawie stanowiska; pan Bittel dziękuje min. Boniemu, że nie zostanie otwarty front ideologiczny, mający na celu promocję pewnego ugrupowania politycznego i metaforycznie głaszcze ministra po główce za to, że rząd się tak ładnie sprawuje;
- pomimo odporu i przedstawienia opinii MEN przez min. Szumilas, że matura z religii nie jest możliwa (tu obszerna i rzetelna argumentacja z odwołaniem do zapisów prawnych), kard. Nycz proponuje, aby zmienić prawo, aby postulat kościoła mógł zostać spełniony; czyli żeby istniała matura państwowa z religii, przy czym program nauczania religii ustala sam kościół. I żeby to prawnie załatwić, bo tak właśnie kościół, ustami kard. Nycza, postuluje;
Nie będę rzucać teraz obraźliwych haseł (chociaż się nasuwają), bo niektóre rzeczy uważam za poniżej mojej godności. Cała ta sytuacja jest, w moim mniemaniu, SKANDALICZNA. Ale zamiast zająć się tym, media żyją nagraniami z restauracji, choć, moim zdaniem, ten protokół mówi wiele więcej o patologiach w tym kraju, niż jakiekolwiek taśmy.
niedziela, 8 czerwca 2014
"Wolność, po co wam wolność, macie przecież... Internety!"
W nawiązaniu do poprzedniej notki, o mądrościach Internetów i o "25 latach wolności" będzie tym razem. A zainspirowała mnie galeria zdjęć i "mundrości" z onetu. Dosłownie powaliła na kolana. Znalazłam ją 4.06. na jakimś zalajkowanym profilu na FB i ręce ostatecznie mi opadły, aby dyndać i powiewać.
Źródło: KLIK
Zaczyna się dość ciekawie. "CNN stworzył wyjątkowy raport, w którym zapytano internautów, za co kochają Polskę. W ten sposób powstało zestawienie 25 aspektów, które wyróżniają nasz kraj na arenie międzynarodowej". Oczywiście pojawiły się ukryte zamki, "natura nietknięta ręką człowieka" ze szczególnym uwzględnieniem Mazur, krakowski rynek i inne punkty obowiązkowe. Z ciekawostek to "zwyczaj picia kawy" (serio? Polska chyba nie jest najbardziej "kawowym" krajem w Europie... o świecie nie wspominając) i małe kawiarnie i kawiarenki (nanana...). W Polsce żyją starzy ludzie, którzy pamiętają okupację nazistowską, komunizm i teraz jeszcze pożyli sobie w wolnym kraju. Nie wiem, czy to aż takie wyjątkowe, bo ludzie nie są w Polsce chyba bardziej długowieczni niż w innych częściach Europy Środkowo-Wschodniej, ale niech tam, niech CNN będzie. "Fryderyk Chopin jest traktowany w Polsce niemal jak gwiazda rocka". Tak, sklepy z pamiątkami są przysypane szopenami w każdej możliwej odsłonie, a to głównie dla turystów i to głównie japońskich. Z tej wielkiej miłości do Chopina w narodzie mamy tak okrojone kształcenie muzyczne w szkołach. Różnorodność kulturowa w Polsce została zilustrowana cmentarzem, co jest wyjątkowo trafne. I głównie się pisze o mieszkających niegdyś na terenie Polski grupach etnicznych, co "za Polskę ginęły". Oczywiście jest też "niespodziewane piękno", bo turyści nie spodziewają się, że kraj postkomunistyczny może wyglądać przyzwoicie. Bo wszędzie było tak, jak w Albanii, zrównać wszystko z ziemią i postawić od nowa, po socjalistycznemu. To przypomina mi gorzkie żale pewnego Amerykanina, który pracował w Polsce jako nauczyciel angielskiego, zatrudniony jak native speaker. Uczył w prywatnych szkołach i szkołach językowych. Był bardzo zawiedziony, bo czuł misję, żeby uczyć biedne, brudne dzieci na klepisku w lepiance, a trafił do dość przyzwoitych placówek oświatowych.
A teraz największe smaczki, czyli miasta. "Po dwóch wojnach światowych i latach komunizmu, mieszkańcom Polski udało się odbudować swoje zniszczone miasta i życie. Jest to godne podziwu". I zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki w tle. Który, jak wiadomo, odbudował własnoręcznie Wałęsa. Z cegły, którą przywiózł z muru berlińskiego. W darze dla Polaków po ciężkich latach degeneracji w komunizmie. Nie chcę tu występować jako adwokat PRL-u, nie był to system idealny (a jakiś jest?), wiele rzeczy można było lepiej i inaczej (zresztą, co ja, smarkula mogę wiedzieć, skoro wtedy nie żyłam; w myśl tej zasady nie wypowiadajmy się w ogóle o życiu w dwudziestoleciu międzywojennym albo w XVI wieku, bo w ogóle wtedy nie żyliśmy), ale do ciężkiej cholery, Warszawa nie stała rozpiętolona do '89. Pałac Królewski nie został odbudowany w '93. No i będę bronić architektury realsocu - ja bym chętnie zamieszkała na Koszutce albo w Nowej Hucie, bo mi się one architektonicznie bardzo podobają. Zwłaszcza Nowa Huta. Wydaje mi się (nie wiem, nie znam się, nie jestem urbanistką), że takie zagospodarowanie przestrzeni do życia dla wielu ludzi jest o wiele szczęśliwsze, niż "osiedle z dużej płyty, co dzień staję jak wryty, jak można pobudować takie gówno, jak można pobudować, a potem nie panować nad tą zgrają, co ciągnie nosem równo", że tak Kazika zacytuję. I co do degeneracji w PRL-u - proszę to powiedzieć w twarz tym wszystkim chłopakom i dziewczynom ze wsi, którzy z niej wyjechali, pokończyli studia i dokonali społecznego awansu. Ja w mojej rodzinie jestem drugim pokoleniem, które skończy studia. Mój tata jest pierwszym magistrem w rodzinie, nikt z jego rodzeństwa studiów nie skończył. Moi dziadkowie to rolnicy. Z drugiej zaś strony, mama też jest pierwszą magistrą w swojej gałęzi rodziny. Moja babcia, krawcowa, i mój dziadek, tokarz, mogli sobie pozwolić na posłanie córki na studia nie pomimo, a dzięki temu, co im się udało osiągnąć w PRL. Jak chcemy się rozliczać, to bądźmy uczciwi. Moja prababcia odrabiała pańszczyznę. Jej wnuk skończył studia. Kto nie widzi tego skoku, niech jeszcze raz przeczyta poprzednie zdanie. Jak się chcemy rozliczać z PRL-em (a jest się z czym rozliczać), to zauważmy, że pomimo wszystko stało się jednak coś dobrego. O czym ci, którzy na tym systemie skorzystali, beztrosko zapomnieli. A CNN ostatecznie nie musi pamiętać. W końcu wszędzie było jak w Rosji stalinowskiej albo Rumunii. Bez różnicy.
Poznańska starówka jako typowe polskie miasto. Ja, natyrliś, polskie miasto, tak samo jak Breslau i Danzig, richtig polska architektura. To wszystko bardzo piękne miasta. Ale może nie wymazujmy z ich przeszłości Niemców, bo to doprawdy żałosne, że we Lwowie i Wilnie na każdym kroku cegła prapolska i dziedzictwo nasze kulturowe najświętsze, bo polskie, a Niemcy do swojej pamięci o miastach, w których mieszkali, praw nie mają. Zresztą, wycieczki do Wilna owinięte w polskie flagi i rozpamiętujące przeszłość polską w Wilnie to standard. A teraz wyobraźmy sobie, że grupa Niemców owija się flagami, śpiewa pieśni niemieckie i z tęsknotą wspomina swoje miasto. Skandal jak nic, już widzę pierwsze strony dzienników (i nagłówki na onecie). A jedni, jak i drudzy, i tak urodzili się poza Gdańskiem czy Wilnem, a tęsknota pozostaje.
I na koniec moich gorzkich żali, filmik, który ma promować inwestowanie w Polsce. "Efektywność pracy w Polsce rośnie szybciej, niż płace, w wyniku czego koszta pracy są jednymi z najniższych w Europie". Naprawdę takiej wolności chcieliśmy...?
Źródło: KLIK
Źródło: KLIK
Zaczyna się dość ciekawie. "CNN stworzył wyjątkowy raport, w którym zapytano internautów, za co kochają Polskę. W ten sposób powstało zestawienie 25 aspektów, które wyróżniają nasz kraj na arenie międzynarodowej". Oczywiście pojawiły się ukryte zamki, "natura nietknięta ręką człowieka" ze szczególnym uwzględnieniem Mazur, krakowski rynek i inne punkty obowiązkowe. Z ciekawostek to "zwyczaj picia kawy" (serio? Polska chyba nie jest najbardziej "kawowym" krajem w Europie... o świecie nie wspominając) i małe kawiarnie i kawiarenki (nanana...). W Polsce żyją starzy ludzie, którzy pamiętają okupację nazistowską, komunizm i teraz jeszcze pożyli sobie w wolnym kraju. Nie wiem, czy to aż takie wyjątkowe, bo ludzie nie są w Polsce chyba bardziej długowieczni niż w innych częściach Europy Środkowo-Wschodniej, ale niech tam, niech CNN będzie. "Fryderyk Chopin jest traktowany w Polsce niemal jak gwiazda rocka". Tak, sklepy z pamiątkami są przysypane szopenami w każdej możliwej odsłonie, a to głównie dla turystów i to głównie japońskich. Z tej wielkiej miłości do Chopina w narodzie mamy tak okrojone kształcenie muzyczne w szkołach. Różnorodność kulturowa w Polsce została zilustrowana cmentarzem, co jest wyjątkowo trafne. I głównie się pisze o mieszkających niegdyś na terenie Polski grupach etnicznych, co "za Polskę ginęły". Oczywiście jest też "niespodziewane piękno", bo turyści nie spodziewają się, że kraj postkomunistyczny może wyglądać przyzwoicie. Bo wszędzie było tak, jak w Albanii, zrównać wszystko z ziemią i postawić od nowa, po socjalistycznemu. To przypomina mi gorzkie żale pewnego Amerykanina, który pracował w Polsce jako nauczyciel angielskiego, zatrudniony jak native speaker. Uczył w prywatnych szkołach i szkołach językowych. Był bardzo zawiedziony, bo czuł misję, żeby uczyć biedne, brudne dzieci na klepisku w lepiance, a trafił do dość przyzwoitych placówek oświatowych.
A teraz największe smaczki, czyli miasta. "Po dwóch wojnach światowych i latach komunizmu, mieszkańcom Polski udało się odbudować swoje zniszczone miasta i życie. Jest to godne podziwu". I zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki w tle. Który, jak wiadomo, odbudował własnoręcznie Wałęsa. Z cegły, którą przywiózł z muru berlińskiego. W darze dla Polaków po ciężkich latach degeneracji w komunizmie. Nie chcę tu występować jako adwokat PRL-u, nie był to system idealny (a jakiś jest?), wiele rzeczy można było lepiej i inaczej (zresztą, co ja, smarkula mogę wiedzieć, skoro wtedy nie żyłam; w myśl tej zasady nie wypowiadajmy się w ogóle o życiu w dwudziestoleciu międzywojennym albo w XVI wieku, bo w ogóle wtedy nie żyliśmy), ale do ciężkiej cholery, Warszawa nie stała rozpiętolona do '89. Pałac Królewski nie został odbudowany w '93. No i będę bronić architektury realsocu - ja bym chętnie zamieszkała na Koszutce albo w Nowej Hucie, bo mi się one architektonicznie bardzo podobają. Zwłaszcza Nowa Huta. Wydaje mi się (nie wiem, nie znam się, nie jestem urbanistką), że takie zagospodarowanie przestrzeni do życia dla wielu ludzi jest o wiele szczęśliwsze, niż "osiedle z dużej płyty, co dzień staję jak wryty, jak można pobudować takie gówno, jak można pobudować, a potem nie panować nad tą zgrają, co ciągnie nosem równo", że tak Kazika zacytuję. I co do degeneracji w PRL-u - proszę to powiedzieć w twarz tym wszystkim chłopakom i dziewczynom ze wsi, którzy z niej wyjechali, pokończyli studia i dokonali społecznego awansu. Ja w mojej rodzinie jestem drugim pokoleniem, które skończy studia. Mój tata jest pierwszym magistrem w rodzinie, nikt z jego rodzeństwa studiów nie skończył. Moi dziadkowie to rolnicy. Z drugiej zaś strony, mama też jest pierwszą magistrą w swojej gałęzi rodziny. Moja babcia, krawcowa, i mój dziadek, tokarz, mogli sobie pozwolić na posłanie córki na studia nie pomimo, a dzięki temu, co im się udało osiągnąć w PRL. Jak chcemy się rozliczać, to bądźmy uczciwi. Moja prababcia odrabiała pańszczyznę. Jej wnuk skończył studia. Kto nie widzi tego skoku, niech jeszcze raz przeczyta poprzednie zdanie. Jak się chcemy rozliczać z PRL-em (a jest się z czym rozliczać), to zauważmy, że pomimo wszystko stało się jednak coś dobrego. O czym ci, którzy na tym systemie skorzystali, beztrosko zapomnieli. A CNN ostatecznie nie musi pamiętać. W końcu wszędzie było jak w Rosji stalinowskiej albo Rumunii. Bez różnicy.
Poznańska starówka jako typowe polskie miasto. Ja, natyrliś, polskie miasto, tak samo jak Breslau i Danzig, richtig polska architektura. To wszystko bardzo piękne miasta. Ale może nie wymazujmy z ich przeszłości Niemców, bo to doprawdy żałosne, że we Lwowie i Wilnie na każdym kroku cegła prapolska i dziedzictwo nasze kulturowe najświętsze, bo polskie, a Niemcy do swojej pamięci o miastach, w których mieszkali, praw nie mają. Zresztą, wycieczki do Wilna owinięte w polskie flagi i rozpamiętujące przeszłość polską w Wilnie to standard. A teraz wyobraźmy sobie, że grupa Niemców owija się flagami, śpiewa pieśni niemieckie i z tęsknotą wspomina swoje miasto. Skandal jak nic, już widzę pierwsze strony dzienników (i nagłówki na onecie). A jedni, jak i drudzy, i tak urodzili się poza Gdańskiem czy Wilnem, a tęsknota pozostaje.
I na koniec moich gorzkich żali, filmik, który ma promować inwestowanie w Polsce. "Efektywność pracy w Polsce rośnie szybciej, niż płace, w wyniku czego koszta pracy są jednymi z najniższych w Europie". Naprawdę takiej wolności chcieliśmy...?
Źródło: KLIK
Subskrybuj:
Posty (Atom)