środa, 13 kwietnia 2016

Kto się boi Wielkiej C.?

Ulice, place i aleje w Polsce cyklicznie zmieniają nazwy. Rodzi to czasami mniej, czasami bardziej zabawne sytuacje. Mnie nieodmiennie śmieszy, kiedy moi dziadkowie, ustalając, co gdzie jest w pięknym mieście Sosnowcu, mówią "Noooo, przecież jest na Kościelnej, wiesz, dawna Bieruta". Takich nieoczekiwanych zmian mamy jak kraj długi i szeroki mnóstwo. Czasami, jak w Sosnowcu, najpierw była Kościelna, potem Bieruta, a potem znowu Kościelna. Gdzieniegdzie ulice nazywały się Adolf-HitlerStrasse. Tak to bywa, jak się mieszka w kraju, gdzie z cykliczną powtarzalnością zmieniają się władze, a każda z nich pragnie ustanowić nowy porządek. Ostatnio mamy wielki powrót akcji dekomunizacyjnej, choć już niewiele do dekomunizowania zostało. Ale nie można złogów w postaci ukrytych gdzieś na tyłach zapomnianej dzielnicy Będzina ulic Róży Luksemburg, Marcelego Nowotki i Stefana Okrzei tolerować. Podobnie rzecz się miała z katowickim placem Wolności, którego nazwa może nie jest kontrowersyjna, ale znajdujący się tam pomnik - owszem. Początkowo mieścił się tam pomnik dwóch cesarzy - Wilhelma I i Fryderyka III. W 1920 r. członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej wysadzili pomnik. W 1923 r. na placu umieszczono  Grób Nieznanego Powstańca Śląskiego. W PRL-u z kolei postawiono tu pomnik Armii Czerwonej. Ten spadek po słusznie minionych czasach stał sobie w centrum miasta, ironicznie postawiony na placu Wolności właśnie, aż zaczęły się rytualne przepychanki. RAŚ chciał tam postawić pomnik Tragedii Śląskiej, padły też propozycje zastąpienia krasnoarmiejców Ronaldem Reaganem i za jednym zamachem zmiany nazwy placu na plac R. Reagana (co miałoby więcej sensu, niż pomnik Moniuszki na placu Miarki - choć tu być może chodzi o porządek alfabetyczny). Ostatecznie 67% katowiczan chciało usunąć żołnierzy radzieckich z placu, więc po renowacji trafili oni do swoich, tj. na cmentarz żołnierzy sowieckich do parku Kościuszki. I od tej pory cokół stoi pusty, może z braku lepszych rozwiązań, a może jest to pomnik Pustki Egzystencjalnej. A może jest tak, jak w opowiadaniu "W leju po bombie" Sapkowskiego (swoją drogą jest to jedno z moich najulubieńszych opowiadań):

Ojciec jest ausgerechnet bezrobotny, bo wylano go z roboty w Zakładach Koncentratów Spożywczych im. Księdza Skorupki, dawniej Marcelego Nowotki. Powodem zwolnienia był, jak się twierdzi, nie uregulowany stosunek do wiary i brak poszanowania dla symboli, które są święte dla wszystkich Polaków (s. 134)

Poszedłem ulicą Eligiusza Niewiadomskiego, dawniej Narutowicza (...). (s. 138)

Nasz piękny park nosił niegdyś, jak opowiadał mi nieboszczyk dziadek, imię marszałka Piłsudskiego. Później, w czasie wojny światowej, zmieniono nazwę na Park Horsta Wessela. Po wojnie patronami parku zostali bohaterowie Stalingradu i byli nimi bardzo długo - do czasu, gdy marszałek Piłsudski ponownie wrócił do łask, a jego popiersie do parku. Później, gdzieś około roku 1993, nastała Era Szybkich Zmian. Marszałek Piłsudski zaczął się źle kojarzyć - nosił wąsy i robił przewroty, głównie w maju, a nie były to czasy, gdy można było tolerować w parku popiersia facetów z wąsami, lubiących podnosić zbrojną rękę na legalną władzę, niezależnie od efektu i pory roku. Park przemianowano na Park Orła Białego, ale wówczas inne narodowości, których w Suwałkach było już bez liku, zaprotestowały gorąco. I czynnie. Nazwano więc park Ogrodem Ducha Świętego, ale po trzydniowym strajku banków postanowiono nazwę zmienić. Zaproponowano: Park Grunwaldzki, ale zaprotestowali Niemcy. Zaproponowano: Park Adama Mickiewicza, ale zaprotestowali Litwini, ze względu na pisownię i inskrypcję: "polski poeta" na projekcie pomnika. Zaproponowano: Park Przyjaźni, ale zaprotestowali wszyscy. W rezultacie ochrzczono park imieniem króla Jana III Sobieskiego i tak już zostało, prawdopodobnie dlatego, że odsetek Turków w Suwałkach jest znikomy, a ich lobby nie ma żadnej siły przebicia. Właściciel restauracji "Istanbul Kebab" Mustafa Baskar Yusuf Oglu mógł zaś sobie strajkować do usranej śmierci. (s. 142-143)

Dyskutowano, czy nie sięgnąć do doświadczeń naszej przebogatej historii, która wszak lubi się powtarzać, ale nie osiągnięto zgodności, do czego sięgnąć. Niektórzy senatorowie optowali za nową unią lubelską, inni - jak zwykle - woleli nowy pogrom kielecki. (s. 147)

Cyt. za: A. Sapkowski: W leju po bombie. W: Tegoż: Coś się kończy, coś się zaczyna. Warszawa 2004.

Widać tak już musi tutaj być i co najwyżej obywatele zameldowani przy Róży Luksemburg zmienią meldunek na ul. Jana Pawła II. A cokół na pl. Wolności pozostanie pusty, jako piękny symbol Pustki Egzystencjalnej Ery Dzikiego Kapitalizmu. Wczoraj jednak przeczytałam o planowanych zmianach nie w moim pięknym mieście, a w Rzeszowie. Otóż przedstawiciel Europejskiego Centrum Ścigania Zbrodniarzy Komunistycznych i Stalinowskich proponuje usunąć z miasta dwa pomniki, w tym sławetny Pomnik Czynu Rewolucyjnego, zwany powszechnie Wielką Cipą. Jak mniemam, ściganie zbrodniarzy komunistycznych i stalinowskich odlanych w trwałym materiale i przytwierdzonych do ziemi jest znacznie łatwiejsze, niż ściganie celów bardziej ruchomych. Niemniej, Pomnik Wielkiej Cipy ma zniknąć z Rzeszowa. I trochę jednak żal.



Po pierwsze dlatego, że mało mamy w Polsce miast, na których pejzażu odcisnęłaby swoje piętno cipka dowolnych rozmiarów. Co innego fallusy i budowle fallusokształtne. Te, i owszem, odciskają się chętnie i wszędobylsko, zgodnie ze swoją falliczną naturą. Proszę sobie na przykład obejrzeć panoramę Wrocławia, nad który wybija się bujnie i jurnie Sky Tower. Wielki fallus, symbolicznie górujący nad miastem, pokazujący potencję inwestycyjną i prężność w zarządzaniu. Trzeba jednak przyznać, że widok na miasto z najwyższych pięter Sky Tower jest imponujący. Widocznie tak się sprawy mają, kiedy patrzy się na świat z czubka fallusa.

Co innego spoglądanie z cipki. Przede wszystkim, trudno spoglądać z cipki, można raczej wgłąb cipki zerkać albo jej powierzchnię rozważać. Jak Luce Irigaray w "Ta płeć, która nie jest jedna". Cipka nie jest jedna, cipka nie ma twardej, zamkniętej i ustalonej podmiotowości. A jednak góruje nad miastem i wyobraża Czyn Rewolucyjny. Zaiste, genialny awangardowy zamysł twórcy. Mało, że postawił w mieście Wielką Cipę. Nazwał ją Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego - bo czyż istnieje większa rewolucja, niż wystawienie olbrzymiej cipki na widok publiczny? Ponadto, jak dowodziła niegdyś Maria Janion, rewolucja jest kobietą, więc cipkokształtny pomnik będzie najlepszym pomnikiem dla czynu rewolucyjnego.

Zarówno krwawa rewolucja, jak i wielka cipa przerażają. Cipki, ogólnie rzecz biorąc, są dość przerażające. Mogą pogryźć, pokąsać i odgryźć, jak krwiożercza Vagina Dentata. Mogą też ruszyć się z posad i kroczyć (nomen omen) po mieście, siejąc zniszczenie, jak czyni to rzeszowska Wielka Cipa na tym filmiku, zrobionym przez studentów rzeszowskiej uczelni: KLIK. Jest w tym ekstatycznym pochodzie Wielkiej Cipy coś strasznego i coś wyzwalającego. Wielka Cipa się wku*wiła, ruszyła z posad i teraz zdepcze dotychczasowy porządek. Takie nasze polskie Pussy Riot. I zauważcie, że w filmiku uciekają przed nią tylko faceci.

Gdzieś w tle z usuwaniem Wielkiej Cipy mamy awanturę o wybór. Dziewuchy Dziewuchom nie dają za wygraną, mobilizują dziewuchy internacjonalnie (brrr, źle się kojarzy...) i nie przestają działać. Wielka Cipa podniosła łeb i łatwo nie da się spacyfikować. Dlatego właśnie musi zostać usunięta, zasłonięta wieloma warstwami majtek i majciochów. Spódnic i halek. A w skrajnych przypadkach - wycięta, zredukowana, obrzezana.

Przesadzam? Szukam nieistniejącycyh powiązań? Wyolbrzymiam? Jak u lacanisty, wszystko mi się z jednym kojarzy, a skojarzeń nawalony cały nocnik? Być może. Ale "Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji" Diane Ducret, której nie znam (jeszcze) w całości, pozwala mi sądzić, że jest trochę racji w moim wywodzie.

Zamiast Pomnika Czynu Rewolucyjnego proponowany jest pomnik Matki Boskiej. Czyli zamiast cipki rewolucyjnej - cipka uładzona, czysta, nieskalana.

Więc kto się boi Wielkiej Cipy? Jak się zbudzi, to was zje!

Pidżama Porno, Film o końcu świata:

I czuję jak niewidzialna pętla
Zaciska moją szyję
Ledwie trzymam się powierzchni
Ja jestem tylko pyłem
Czasem uśmiecham się przez sen
A gdy sen przychodzi zaraz
Śni mi się monstrualna pizda
Żarłoczna jak kosiara

sobota, 2 kwietnia 2016

Triumfalny powrót teorii o homunkulusach

Piątkowe popołudnie, nieco dusznawa sala z niewygodnymi krzesłami, w powietrzu unosi się mocno wyczuwalny smrodek dydaktyczny, zwany też zaduchem, który został w spadku po poprzedniej grupie. Prowadzę ze studentami warsztaty pisarskie i zadaję im materiały na przyszły tydzień, kiedy będziemy pracować nad pisaniem felietonu. Każę im czytać Kłosińską.
- Jej felieton znajdziecie państwo w zbiorze "Miniatury. Czytanie i pisanie >>kobiece<<"...
Nagle słyszę coś między jękiem a westchnięciem, a dźwięk toczących się i przewracających gałek ocznych szumi mi w uszach. Lokalizuję źródło dźwięków. Pan student. Panie studentki trochę chichoczą. Nie jestem szczególnie zaskoczona, chociaż moje doświadczenie dydaktyczne to dwa semestry, żaden tam ze mnie stary wyga akademicki (chociaż niby-tweedową marynarkę z łatami na łokciach mam, na wypadek potrzeby dodania sobie animuszu i powagi). Ale nie jestem zaskoczona, chociaż wszelkie przesłanki powinny wskazywać na to, że będę jednak zaskoczona. Primo, bo pan student jest w grupie jeden, a reszta, jak patrzę, same dziewczyny. I ja. Też dziewczyna, choć stateczna pani mężatka i matka kotów. Więc, patrząc na rozkład genderowy (tak, użyłam tego słowa! nie mam żadnych barier i zahamowań!) grupy, czytanie i pisanie kobiece powinno, choć na jednych zajęciach, się pojawić. Secundo, to studenci pierwszego roku, o postkolonializmie nie słyszeli, więc zakładam, że o feministycznej krytyce literackiej też nie. A nie zaszkodzi, żeby studenci tego zacnego instytutu, którzy mogą nie dotrwać do studiów magisterskich uzupełniających, a przez to do zajęć "carewney pheminismu i badań genderycznech na Szlonsku" (by Kacper K.), autorki "Miniatur...", chociaż trochę otarli się o to, co się w tym instytucie jawnie wyprawia. Tertio, co to za marudzenie i ócz wywracanie na zadane lektury! Ale jednak, mimo wszystko, nie dziwię się. Nie dziwię się, że jeden facet w babskiej grupie, na babskim kierunku i na zajęciach prowadzonych, a jakże, przez babę (która jeszcze ma czelność nosić materiały dydaktyczne w pamiątkowej, manifowej torbie z napisem "FEMINIZM DLA ZDROWIA") ma czelność i odwagę wyrażać swoje niezadowolenie z tematyki kobiecej na zajęciach. Przecież wiadomo, że jak kobiece, znaczy się tego, panie, babskie, to gorsze, głupsze, jakieś takie niezrozumiałe, a jak do tego feministyczne, to już w ogóle, hahaha, niedopchnięte stare panny se nawymyślały jakieś teorie swoje chore z frustracji seksualnych i nóg niegolenia. Poza tym pan jest facetem. Młodym. I białym. Więc może i wie, że może.


Co ma na celu ten przydługawy wstęp i jaki jest związek pewności siebie białych mężczyzn z tryumfalnym powrotem teorii homunkulusa? Na pozór odległy, związek ten jest zasadniczy. Mój student miał odwagę i czelność wyrażać swoje lekceważenie dla czytania i pisania "kobiecego", chociaż (stawiam na to mojego konia z rzędem) nie ma pojęcia, czym to się je, nie dlatego, że jest mizoginistycznym bucem. Pewnie nie jest. Jestem prawie pewna, że się za takiego nie uważa. Miał czelność wyrazić lekceważenie, bo lata socjalizacji i edukacji nauczyły go, że "kobiece" znaczy "gorsze". Że "robić coś jak dziewczyna" (względnie: "jak baba") to obelga. Że można polityczkę, naukowczynię albo gwiazdę ekranu pytać o dzieci, męża i wybór kreacji, podczas kiedy jej kolegów po fachu pyta się o politykę, naukę albo rolę w filmie. Że kobieta to przede wszystkim matka (najlepiej: powstańca) i że kobiety, nawet polityczki, naukowczynie i ekspertki można traktować nieco protekcjonalnie. Więc czemu nieco protekcjonalnie nie potraktować propozycji lekturowych prowadzącej...?

To, oczywiście, drobiazgi. Same w sobie niezbyt szkodliwe. Jednak protekcjonalne traktowanie kobiet to nie tylko lekceważenie, poklepywanie po główce i uśmieszki politowania. Zawsze można je olać i wyrobić w sobie pewność siebie przeciętnego, białego mężczyzny, prąc do przodu po swoje jak lokomotywa parowa. To też wiedzenie lepiej. Co kobieta powinna, czego nie powinna, z czym sobie poradzi, a z czym nie, przed czym trzeba ją chronić. Jak wiadomo, trzeba ją chronić przede wszystkim przed samą sobą, bo nawet dorosła kobieta to trochę dziecko. I to umiarkowanie rozgarnięte, a do tego nieprzewidywalne i złośliwe. Dlatego nie można jej pozwolić na korzystanie z antykoncepcji awaryjnej bez recepty. Bo wiadomo, słodkie toto, ale głupiutkie, wartości pieniądza w ogóle nie zna, więc będzie żarła te tabletki "po" zawsze, kiedy ją najdzie ochota na małe conieco. Przecież, głupiątko, ulotki na pewno nie przeczyta, farmaceuty/tki o zagrożenia i skutki uboczne nie zapyta, lekką ręką wyda stówkę z hakiem na pojedynczą tabletkę. Po której bynajmniej nie będzie się czuła rozkosznie jak po drogiej i luksusowej belgijskiej pralince, także sprzedawanej na sztuki. Tak, trzeba ochronić kobiety przed nadużywaniem drogiej antykoncepcji awaryjnej.

Ale, jak wiadomo, kobieta to nie tylko duże i nieodpowiedzialne dziecko. To także matka. Każda kobieta to matka, mniej lub bardziej potencjalna. A jeśli nowa ustawa o ochronie życia poczętego i morderstwie prenatalnym zostanie przyjęta, znacznie mniej potencjalna. "Dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej." - głosi projekt ustawy. Tak właśnie triumfalnie powróciła teoria o homunkulusie. Czym jest homunkulus?

Nie jestem historyczką medycyny, ale czytam dużo. A o macicach i teoriach z nimi związanych czytam bardzo dużo, z racji obszaru badawczego. Na rozmaite, historyczne teorie dotyczące ludzkiej płodności i ciąży natykałam się przeto raz po raz. Otóż na przełomie XVII i XVIII wieku Nicolas Hartsoeker zauważył w obserwowanej przez mikroskop spermie małe ludziki. Mieszkające, konkretnie, w plemnikach. Te małe ludziki nazwał homunkulusami. Miały one być, wedle uczonego, w pełni ukształtowanymi organizmami ludzkimi, tylko bardzo, bardzo, bardzo miniaturowymi. Miały wszystko. Małe główki, małe stópki, małe rąsie, małe wątróbki i małe serduszka. Maleńkie, maciupeńkie człowieczki, które potem wydostawały się z plemników i potem już tylko rosły i puchły w organizmie matki. Doskonale i w pełni ukształtowane już na starcie. Matka była, właściwie, tylko kokonem, pokrowcem na tego małego człowieczka ze spermy. Oczywiście pojawił się pogląd odwrotny, że homunkulusy nie mieszkają w plemnikach, a w jajach, a dźgnięte plemnikiem po prostu zaczynają rosnąć. Niezależnie jednak od tego, gdzie żyją pierwotnie homunkulusy, czy w plemniku, czy w jaju, pewnym jest, że to od razu w pełni ukształtowane, maleńkie istoty ludzkie. Mimo że teoria o homunkulusach została obalona i jest teraz epizodem, może trochę zabawnym, w historii medycyny, powróciła teraz triumfalnie. Gdyż "dzieckiem poczętym jest człowiek w prenatalnym okresie rozwoju, od chwili połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej", od razu dzieckiem, od razu człowiek, ani chybi - maleńki homunkulus!

Dlatego nie można tym nierozważnym, głupiutkim, a ponadto złośliwym i chutliwym kobietom pozwolić na zabijanie małych homunkulusków! Nawet nieumyślnie! Kara więzienia za mordowanie homunkulusków, co od połączenia plemnika z jajem mają małe stópki! I rąsie! I tak dalej! Przecież to byłaby tragedia, gdyby te małe, różowe bobasy były w bestialski sposób mordowane!

A że zginą w pełni ukształtowane, dorosłe (albo i nie...) kobiety? Furda! Że narodzą się dzieci z gwałtów? Furda! To nie wina dziecka, że ojciec zgwałcił matkę (naprawdę, to cytat, ludzie mają czelność nazywać gwałcicieli ojcami). Że narodzą się dzieci, które w swoim krótkim życiu poznają tylko cierpienie? Albo w swoim długim życiu? Furda! Najważniejsze są małe homunkuluski, które mogą ginąć milionami, niczego nieświadome, tragicznie pomordowane przez występne i nieodpowiedzialne, a ponadto puszczalskie i chutliwe matki. No wyobraźcie sobie te miniaturowe bobaski, kształtujące się od razu w momencie połączenia plemnika z jajem... No jakże można, no! Nie dopuścimy! Nie pozwolimy!

Tak właśnie triumfalnie powraca teoria o homunkulusach.





Posłuchajcie Beyonce. Naprawdę, nie każdy wytrysk zasługuje na imię.

czwartek, 17 marca 2016

Objaśnianie marzeń sennych

Czytywało się Freuda, ma się za męża niemalże psychologa (mniej niż tydzień do obrony dyplomu!), a jak się czasem coś człowiekowi przyśni, to aż strach interpretować. Poniższy sen jest w pełni autentyczny. Nic nie zmyśliłam i nic nie podkolorowałam dla uatrakcyjnienia opowieści czy walorów literackich.

A więc śni mi się, że grupa z wybranych zagadnień literatury nowoczesnej, którą nagle musiałam oddać, równie nagle wróciła do mojego pensum. O czym się dowiedziałam na 15 minut przed rozpoczęciem tych zajęć. I tu kończą się względnie realistyczne elementy tego snu. Lecę więc z wywalonym jęzorem na te zajęcia. Na miejscu dowiaduję się, że mieli dziś omawiać motywy satanistyczne w poezji Tadeusza Micińskiego. Zalewam się rzewnymi łzami, bo od poezji Tadeusza Micińskiego dostaję wysypki ze świerzbem. No, nie lubię, nie lubię straszliwie, a pisząc to publicznie narażam się na lincz jutro w Zakładzie Historii Literatury Poromantycznej, gdzie odbywam dyżury. No ale cóż począć, Micińskiego, Komornickiej, Staffa, Kasprowicza, Przerwy-Tetmajera, całej tej młodopolskiej hałastry poetyckiej pasjami nie znoszę. Czytałam, owszem, wszystko, co było w obowiązkowym spisie lektur i płakałam rzewną łzą, że muszę. Ale jak mus to mus i przystępuję z ciężkim sercem do omawiania motywów satanistycznych w poezji Micińskiego. Idzie mi fatalnie, rozgardiasz, chaos i nic z niczego nie wynika. Nagle do sali wpada mi jakaś pani woźna w podomce, krzycząc, że mam wypię...dalać z tej sali, bo tu pan profesor zaraz będzie miał zajęcia. Jakie zajęcia?! Jak pan profesor?! Ja mam jeszcze godzinę moich zajęć i skąd w ogóle na uczelni woźna w podomce?! Odwracam się na powrót twarzą do grupy, a tam domaterializowało mi się kilkunastu studentów z mojej grupy z pierwszego roku. Tak nagle, fziuuuu i siedzą w ławkach. Pytam się ich grzecznie, co robią na zajęciach z literatury nowoczesnej, a oni na to, że przyszli po wpis. W tej chwili za moim plecami materializuje się pan M., mój katecheta z podstawówki, jedyny katecheta w mojej karierze katechizowanej, którego darzyłam szczerą sympatią. Nie posiadam się ze zdziwienia, kiedy pan M. oznajmia mi: "Nie przeszkadzaj sobie, Agnieszko, kontynuuj, ja tylko pierwszemu rokowi dam wpisy z religii". A ja na to: "Panie M., jakie do cholery wpisy z religii?! To uczelnia, tu nie ma religii w planie zajęć, co do licha chce im pan wpisywać?!". On z kolei, robiąc marsową minę: "Wiedziałem, jak byłaś dzieckiem, to już wiedziałem! OPĘTANA! Dlatego ze studentami poezje Micińskiego omawiasz! I przeciwko religii na uczelniach wyższych się burzysz!". Chciałam tłumaczyć, że żadna ze mnie opętana, Micińskiego omawiam pod przymusem, a religii faktycznie nie ma w planie zajęć na studiach. Ale w tym momencie przestaję panować nad sobą i zaczynam się zachowywać faktycznie jak opętana. Konkretnie jak Vanessa Ives z "Penny Dreadful". Przemawiam do niego językiem szatana, a mój przekaz wygląda mniej więcej tak:


Na to pan M. robi jeszcze groźniejszą minę: "Nie możesz mi zrobić krzywdy, jestem Sługą Bożym!". A ja mu nawet nie chciałam zrobić krzywdy, bo lubię pana M., chciałam tylko, żeby mi nie przeszkadzał w prowadzeniu zajęć jakimiś wpisami z religii. Ale wjechał mi na ambicję i uruchomił niechcący tryb "ja?! ja nie dam rady?! to patrz!". Wyciągnęłam dłoń i... wypaliłam mu szatańskie znamię na plecach. Przepaliłam koszulę i marynarkę. I zaczęłam śmiać się szatańsko, pan M. uciekł w popłochu, pewnie zawezwać biskupa i chóry anielskie, a ja spokojnie wróciłam do prowadzenia zajęć o Micińskim. I nagle domaterializowali mi się do tej grupy studenci z zeszłego roku, więc zrobiło się naprawdę tłoczno, jakieś 30-40 osób na sali. Więc zapytuję uprzejmie: "Co państwo wszyscy, do jasnej cholery, tu robią, na zajęciach dla 3 osób?!". A oni mi na to, że chcieli posłuchać o  Micińskim. Ja im na to, z kolei, że jeśli chcą o Micińskim, to niech idą na zajęcia do kogoś innego, kogoś, kto się na tym zna lepiej ode mnie, czyli do dowolnego pracownika Zakładu Historii Literatury Poromantycznej, to im coś ciekawego pewnie o Micińskim  powie, bo ja nie mam na ten temat nic do powiedzenia, Micińskiego nie lubię i dajcie mi w ogóle wszyscy święty spokój, bo te zajęcia pożeglowały w dziwną stronę i chyba nad nimi nie panuję. W tym momencie na sali materializuje mi się S., koleżanka z zakładu, która uwielbia prowadzić zajęcia z literatury Młodej Polski. Ja, uradowana, wołam: "O, widzicie państwo, idźcie sobie na zajęcia do S.! Ona to lubi, ona wie, ona pisze doktorat o Malczewskim i na pewno zrobi to lepiej, niż ja!". Studenci wychodzą nieukontentowani, zostaję w sali sama z S. Oddycham ciężko. W ciągu półtorej godziny ludzie materializowali mi się w sali, prowadziłam zajęcia o Micińskim, mówiłam językiem szatana i wypaliłam piętno katechecie, którego szczerze lubiłam, najpewniej wchodząc w konflikt z kurią. I to wszystko w ramach bezpłatnych praktyk doktoranckich. Pytam się S.: "No i jak oceniasz te zajęcia? Chyba jestem fatalną prowadzącą?", a ona mi na to: "Nieeeee no, weź, było nieźle, znaczy trochę masz chaos na zajęciach i sama nie ogarniasz tematu, ale poza tym to superos!".


Budzę się z ulgą. Że nie muszę omawiać Micińskiego. Brrrr, koszmar.

poniedziałek, 14 marca 2016

Wiosna w mieście

Człowiek nie odczuwa poniedziałków tak boleśnie, kiedy nie pracuje na etacie. Właściwie, jak doktorantka i bardzo okolicznościowy wolny strzelec, nie widzę zasadniczych różnic między dniami tygodnia. Dla mnie najbardziej wyczerpujący jest na przykład piątek i to właściwie od czwartku wieczora, bo w piątek mam zajęcia ze studentami, a w czwartek wieczorem grupa z warsztatów pisarskich przesyła mi zadane teksty, które potem mozolnie poprawiam i oceniam, czując, że robię coś pożytecznego dla świata, który będzie bogatszy o circa czternaścioro sprawnie piszących rzemieślników filologicznych. Taką mam przynajmniej nadzieję. Dzisiaj jednak postanowiłam ruszyć rano do miasta, żeby załatwić dwie proste sprawy formalne, czyli zanieść jedną kartkę papieru do Wielkiej Zacności Instytutu, aby ruszyła administracyjna maszyneria, która ma przyjąć moją kartkę papieru, zadrukowaną w wiele numerów, przemielić przez swoje tryby i na drugim swoim końcu wypluć płatność organizatorom konferencji oraz zanieść dwie kartki papieru do Wielkiej Zacności Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych, które to kartki potwierdzają, że ja i Obywatel Małżonek uiściliśmy opłatę za kurs. I tak zaczął się mój rajd po mieście...

Załatwienie sprawy w Wielkiej Zacności Instytucie zajęło łącznie 5 minut, z kserowaniem brakującej kartki papieru włącznie. Załatwienie sprawy w Wielkiej Zacności Studium 3,5 minuty. Cała operacja zajęła godzinę z okładem. Gdyż moje miasto wiosną jest niezwykle zagadkowym tworem przestrzenno-ludzkim.

Wyjechałam z domu, zajechałam do centrum miasta i zaczęłam poszukiwania miejsca parkingowego. Wiem, że jako prawdziwy lewak powinnam pisać o braku ścieżek rowerowych czy niezachęcającej komunikacji miejskiej, ale będę pisać o samochodach. Przemierzyłam wzdłuż i wszerz, ruchem jednostajnym, zygzakowym i posuwistym wszystkie ulice okalające wydział, krzyżujące się z okalającymi i odchodzące od okalających na boki. Nigdzie ani ćwierć miejsca. W piękny, wiosenny poniedziałek wszyscy mieszkańcy aglomeracji postanowili bowiem przyjechać do jej centrum i to każdy, tak jak ja, własnym samochodem. Byłam na to psychicznie gotowa, więc zajechałam ostatecznie aż pod główny kampus uniwersytecki, licząc na miejsce na dziko powstałym parkingu, mieszczącym się na wyjątkowo wyboistym klepisku, pozwalającym na doskonałą imitację udziału w rajdzie Paryż - Dakar. Ale nawet na klepisku, wśród dziur, kałuż, kamieni, gruzu i psich kup, nie było ani jednego względnie normalnego miejsca. Stanęłam więc, ryzykownie, pod siatkowym płotem wzmocnionym żywopłotem, starając się nikogo nie zablokować, nie narazić samochodu na obicie i ogólnie udawać, że mnie nie ma. Jednak aby to osiągnąć, musiałam stanąć tuż przy tym płocie, w związku z czym musiałam wysiadać przez drzwi pasażera. Pobłogosławiłam tedy dżinsy z domieszką syntetyku i płaskie obuwie, bo żadna spódnica i żadne szpilki nie umożliwiłyby mi wykonywania tych salt mortadela wewnątrz corsy bez zaplątania się w drążek zmiany biegów. Teraz już tylko spacerek, mniej więcej 15 minut żwawym krokiem krótkiej nogi, na mój wydział macierzysty. Jakie piękne jest moje miasto w marcowym słońcu... Na Mielęckiego śmierdzi niemiłosiernie kurczakami z rożna. Jak chwalą się właściciele napisem na szybie swojego przybytku, śmierdzi tak już od 40. lat. Mijam Mariacką, o tej porze senną i nieco wymarłą. Przechodzę pod wiaduktem, gdzie wizerunki członków śląskiego podziemia czasów wszelkich zostały pokryte rozmaitymi odcieniami spreju, a byłej dyrektorce mojego LO domalowano gustowny wąs a la Salvador Dali. Na pasach prawie rozjechał mnie dostawczak. Docieram pod wydział, załatwiam, co miałam załatwić i wracam tą samą trasą. Na Mielęckiego na szczęście wieje od takiej strony, że nie czuję 40-letnich kurczaków z rożna. Pan, nieco wczorajszy, a może i przedwczorajszy, a najpewniej przedwieczny, komplementuje grupkę dziewczyn w wieku okołostudenckim: "Dzieeeeefczyny! Ale jesteście, kurwa, piękne! No ja pierdolę, jakie piękne!". Piękne. Dziewczyny w wieku okołostudenckim, przedwieczny pan z reklamówką, poszarzałe elewacje i kurczaki z rożna. Moje miasto. Takie piękne.

Wyjeżdżałam po wulkanicznych kraterach, cudem omijając wszystkie zaparkowane pod kątem, pod skosem, na zakręcie i w dziurze samochody. Potem przeciskałam się między zaparkowanym na zakazie combi a dostawczakiem na awaryjnych na rogu. No patrz, akurat pod sklepem się zepsuł dostawczak, cóż za szczęście w nieszczęściu... Omijając dwie przeszkody i wyjeżdżając z uliczki "na ślepo", uradowana, że jednak nic nie jechało z lewej (bo combi skutecznie zasłaniało mi wszystko), przycisnęłam sobie z fantazją gaz i zaraz hamowałam gwałtownie, bowiem tuż za zakrętem, na środku pasa, na awaryjnych, "zepsuło się" audi. Kierowcy nie ma w środku ani dookoła pewnie dlatego, że akurat wyszedł kupić coś bardzo pilnego do naprawy audi w tym sklepie, do którego zajechał równie zepsuty dostawczak. No co za fatum, patrzcie no.

A potem już tylko chodziłam po galerii handlowej, jednej z tych, które porastają moje miasto bujnie, a jak odgrażają się nasi wspaniali włodarze, porosną jeszcze bujniej, żeby aglomeracja rosła w siłę, a deweloperzy żyli dostatniej, sarkając i klnąc na czym świat stoi w poszukiwaniu prezentu świątecznego dla Obywatela Małżonka. I doszłam do wniosku, że wolałabym mieć Obywatelkę Małżonkę, bo Obywatelkom Małżonkom znacznie łatwiej kupić satysfakcjonujące prezenty. A Obywatel Małżonek? Biżuterii nie kupisz, bo wszystkie rzemyki na nadgarstki wyglądają dokładnie tak samo, a poza tym ma już komplet rzemyków na nadgarstki i nie chce nowych. Torbę dostał na poprzednie święta. Perfumy ma i więcej nie chce. Takoż swetry. I szaliki, które ma w trzech wariantach grubości, a na kolory i wzory wykazuje daleko posuniętą obojętność. Rękawiczki, jedna para, w zupełności wystarczą. Krawatów nie nosi, chyba że musi, a wtedy te 3-4, które posiada, to i tak nadto. Koszul ma wiele, a koszulek całą szufladę i uważa, że nie potrzebuje więcej. Książkę? No kaman, to ma być prezent czy praktyczny podarek z rodzaju niezbędnych skarpet? Poza tym książki, która by go uradowała, na 100% nie znajdę w jakimś kulturalnym megastorze. Póki obecnie używany portfel się nie rozleci, to nowego też nie chce. Dżizus Krajst, wymienię męża niezłego na żonę dowolną. I jest, w końcu, jest, w jednej z popularnych sieciówek są koszulki i chociaż Obywatel Małżonek ma koszulek całą szufladę, to każda kolejna koszulka z Lennonem albo Jaggerem mile widziana. No właśnie, Lennon czy Jagger? Patrzą na mnie zalotnie z męskich koszulek. Nie mogę się zdecydować, dzwonię do Obywatela Małżonka - "Kochanie, skup się, bo mam pytanie zasadnicze: Lennon czy Jagger?" - "Lennon chyba, chociaż Jagger też jest fajny... Jagger?" - "To inaczej, czarną czy białą?" - "Eee... Czarną?" - "Ale Lennon mówi: Imagine, a Jagger coś mniej fajnego" - "To weź Lennona. Chcę Lennona". No więc trzymam w garści tego Lennona, który mówi: Imagine, a w kasie jakaś dziewczyna zwraca czarny sweterek, a telefon w jej torebce nie nadążą z nadawaniem sygnałów z Messengera. Więc czekam potulnie, akurat przy męskich perfumach. No to wącham, z braku lepszych zajęć. Wszystkie męskie i w małych pojemnościach, może to dobry dodatek do prezentu? Wącham pierwsze, wonieją tak mocno, że każdy w promieniu kilometra od Obywatela Małżonka wyłapałby mesydż typu "UWAGA, SAMC! SAMC PRAWDZIWY! SAMC TESTOSTERONOWY! SAMC! TARZAN NIEMALŻE! SAMC! SAMC! SAMC!". A Obywatel Małżonek nie lubi perfum, które zbyt dobitnie informują świat o samczości nosiciela. Wącham więc drugie. Te krzyczą "SAMC! SAMC! JAJA JAK KOKOSY!" jeszcze głośniej od poprzednich. Więc biorę trzecie. O, to jest to. Delikatne, ziołowe... Już je miałam złapać i podać pani przy kasie, aż patrzę na nazwę: Army. No nie będę kupować koszulki z Lennonem i Imagine w zestawie z perfumami Army. Są jakieś granice ironii...

Wiosną moje miasto jest takie piękne. Spaliny i galerie handlowe. Miłego tygodnia!

środa, 9 marca 2016

Ja natomiast niezwłocznie wyjeżdżam do Nepalu, aby wieść tam żywot w charakterze kozy

Tytuł jest parafrazą z lorda Czarnej Żmii, z sezonu "Rozważny i romantyczny" (w roli głównej nienachalnie przystojny Rowan Atkinson). Zawsze to zdanie przychodzi mi do głowy, kiedy mam zupełnie dość. Moja siostra przygnieciona drugim semestrem studiowania technologii chemicznej rozważa rzucenie tego wszystkiego, wyjechanie w Bieszczady i uprawę orzeszków nerkowca. Ja jednak obstawałabym przy kozie w Nepalu. Bieszczady są zdecydowanie za blisko tej choroby dwubiegunowej, która objawia się w pierwszej kolejności obywatelstwem polskim.

W kraju, w którym, jak nauczała siejąca postrach, grozę i terror prof. Drozd w III LO w Katowicach, było onegdaj sześć pór roku, teraz występują dwie: listopad i żar tropików. Listopad zaczyna się w październiku i trwa nieprzerwanie przynajmniej do maja. W drugiej połowie maja zaczyna się już żar tropików. Ów listopad, przeciągnięty ponad ludzką miarę na ponad pół roku daje się mocno we znaki, przynajmniej mnie. Ileż można wytrzymać tej szarówy za oknem? Krajobrazu jak ze starego, zepsutego telewizora, który śnieży? A listopad to niebezpieczna dla Polaków pora, jak wiadomo.

To, że rząd i prezydent głęboko nie szanują jakiejś, lekko licząc, połowy narodu, to mi nie nowina. Żenująca walka między dwiema partiami, z których jedna jest bardzo na prawo, a druga po prostu na prawo, a przedstawiają się jako zupełnie różne, jest już tylko męcząca. Teatr ma tę przewagę nad polską polityką, że nawet najgorsze przedstawienie zakończy miłościwa kurtyna. Tutaj nie ma nadziei.

Teatrzyk "Zielona Gęś" ma zaszczyt przedstawić polski dramat polityczno-eschatologiczny pt. "Naród i Ustrój".

Występują:

Naród
Ustrój
Gżegżółka

Naród: Ustroju, gdzie jesteś?

Ustrój: ...

Naród (głośniej): Ustroju, gdzie jesteś?!

Ustrój: ...

Naród: Ustroju, gdzie jesteś?!!!

Ustrój: ...

Naród: Ustrój nie odpowiada narodowi!

Gżegżółka: (przerażony do ostateczności spuszcza Kurtynę)

Konstanty Ildefons Gałczyński, 1946

Ponadto mam oficjalny Tydzień Tematów Trudnych. Najpierw zmagałam się z doskonałą książką Eda Vulliamy'ego o wojnie w Bośni, już to płonąc z moralnego oburzenia, już to tracąc wiarę w jakiekolwiek wartości. A płonęłam z moralnego oburzenia nawet nie ze względu na zbrodnie popełniane w Srebrenicy, Omarskiej, Keratermie i Trnopolje, bo to nie była dla mnie nowina. Zaletą bycia córką jugonostalgiczki jest oglądanie filmów Emira Kusturicy i Jasmili Zbanić, czytanie powieści Vedrany Rudan i esejów Dubravki Ugresić, wycieczki na Bałkany oraz  przeglądanie studenckich albumów matki ze zdjęciami z Sarajeva. Moralne oburzenie wzniecało we mnie to, co opisywał Vulliamy jako obojętność państw tak zwanego cywilizowanego Zachodu i cyniczne "ugrywanie" zysków dla wielkich korporacji. Oraz przerażające opisy rozsiewania, kiełkowania i kwitnienia nacjonalizmów. W międzyczasie słuchaliśmy nowej płyty Marii Peszek i chociaż nie ma co porównywać "Karabinu" z "Jezus Maria Peszek" (jej trzecia płyta szarpała duszę na frędzle), to jednak słuchanie o wojnie i nienawiści doskonale zbiegło się ze świetnym seminarium o topice Zagłady. A wczoraj poszliśmy na "Spotlight", po którym dziarsko pomaszerowałam po flaszkę wina-grubaska, bo po tym, co zobaczyłam, trzeba się było napić. Ze spraw mniejszej wagi w skali globalnej, ale dokuczliwych i ręce-opadających tu i teraz - żadne ze śląskich czasopism kulturalnych nie otrzymało dofinansowania z MKiDN. Nagle otrzymałam wiadomość, że niestety muszę oddać zajęcia z literatury nowoczesnej, bo jeden z etatowych pracowników potrzebuje ich do swojego pensum. A promotorka, w dobrej wierze i ponad wszelką wątpliwość słusznie (i nie mam pretensji do jej porad i decyzji, żeby była jasność) orzekła, że używanie w tytule pracy doktorskiej brzydkiego słowa na "f" oraz brzydkiego słowa na "g"/"dż" to średni pomysł dla młodej naukowczyni na tak wczesnym etapie tzw. kariery naukowej i że to strzał w kolano. I choć mam perspektywę na rychłe otwarcie przewodu, jasny plan pracy, genialny temat i genialną pisarkę "na warsztacie" oraz absolutnie wyjątkową promotorkę i bardzo fajną grupę studentów z I roku - to mam dość. I rozważam niezwłoczne wyjechanie do Nepalu, aby wieść tam żywot w charakterze kozy. Z tego wynikała też przerwa w pisaniu. Jakoś humor i dowcip się mnie nie trzymają ostatnio i choć zabierałam się kilkakrotnie za napisanie czegoś lekkiego albo chociaż czegoś ironicznie rozdrażnionego, to nie mam siły. Wybaczcie, garstko zainteresowanych czytelników, którzy z bliżej nieznanych mi powodów tu wchodzą.

Może jak przyjdzie wiosna, zakwitnie cokolwiek, koty przestaną zrzucać sierść, powietrze zacznie pachnieć spalinami i odrobiną nadziei, to mi się poprawi. Chwilowo mam wisielczy nastrój, który leczę starannie dobranymi dawkami wina-grubaska. Na szczęście, póki co w promocji w Tesco. A może to właśnie ten promyczek nadziei...? Na zdrowie!

wtorek, 23 lutego 2016

Dozwolone od lat 18, czyli magiczna moc jedzenia awokado

Czasami nie dzieje się nic. Ale jak już się dzieje, to mam anegdotek na całą notkę. Czasami zwykły wypad do Tesco po zakupy - i to szałowe, pokroju bananów, płynu do płukania tkanin i bakłażana - obfituje w drobne śmiesznostki. A było tak:

Odwiozłam Obywatela Małżonka na Wydział Pedagogiki i Psychologii, aby zdobył swój ostatni wpis w karierze, i tak już nazbyt długo trwającej, studenta psychologii. A że pod tym zacnym wydziałem nie ma absolutnie gdzie zaparkować, postanowiłam, jak zwykle, spożytkować ten czas w niedalekim Tesco, uzupełniając lodówkowo-spiżarkowe zapasy. Wjeżdżam, jak zwykle, na parking podziemny pod wielką galerią handlową i tropię miejsce. Jest. Między vanem a słupem, trochę ciasno, trzeba się skupić. Więc przyciszam zawodzącą i cierpiącą Janis Joplin do minimum, wytężam koordynację psychoruchową i uruchamiam tryb oczy-dookoła-głowy. Przystępuję do manewru parkowania. I nagle słyszę KRAAAAAAGHHHHKHHHHHR! Myślę sobie, o słodki Jezu w morelach, dobry Jeżu Anaszpanie, zarysowałam vana. No pięknie. Zaś poleci po ubezpieczeniu, będę musiała przepraszać jakiegoś furiata, dzwonić do serwisu Opla, gdzie odbierze sympatyczny pan Niepsuj (ten to ma nazwisko pod stanowisko, nie ma co), dlaczego ja, trudne sprawy, rozmowy w toku. Patrzę z niepokojem w lusterko, żeby oszacować rozmiar wgniecenia. A tam między zgrabną, czerwoną dupką mojej corsy a vanem całkiem sporo przestrzeni. To, co wzięłam za dźwięk starcia vana z corsą, transformersów na miarę naszej cywilizacji, to była... Janis Joplin. Przyciszona. Chcesz się cieszyć muzyką Janis, pociesz się w domu, bo w samochodzie grozi zawałem. Można się pocieszyć na przykład pod tym linkiem.

Uspokoiłam kołatanie serca, zgarnęłam wózek na zakupy, wyciągnęłam zawczasu przygotowaną listę sprawunków i sunę między regałami, przedrzeźniając spikerkę, która zachęca posiadaczy karty ClubCard do udania się do działu Tesco Finanse i ma tak fatalną dykcję, że aż mi skręca kiszki. Jak Adasiowi Miauczyńskiemu w "Dniu Świra", o tak, tyle że pani spikerka uparcie akcentowała... sylabę ostatnią. Zwłaszcza "finanse", które w jej wykonaniu brzmiały "finansEeee". Dżizus no. Więc pcham ten wózek, przedrzeźniam spikerkę, ładuję produkty do koszyka. A że prawie miałam stan przedzawałowy, to logicznym jest, że mam ochotę wieczorem napić się wina. Więc idę na dział z winami i kupuję to, co zwykle. "El Gordo", bo jest białe, bardzo niedrogie, całkiem niezłe i chwyciło mnie za serce, że ktoś nazwał wino "grubasem" i dla rozwiania wątpliwości ludzi takich jak ja - czyli władających hiszpańskim na poziomie A0,5 - na etykietce umieścili sylwetkę, ni mniej, ni więcej, grubasa. W międzyczasie dogonił mnie Obywatel Małżonek i wspólnie udaliśmy się do kasy, wspólnymi siłami rozładowując wózek i pakując zakupy do ekosiatek (bo ja słucham Tima Minchina i zawsze biorę płócienne siatki do supermarketu - Tim Minchin, "Canvas bags"). Pani kasjerka uśmiecha się miło, ale jakoś tak dziwnie na mnie spogląda. Myślę sobie, ki uj, szminkę mam na zębach? Moją piękną szminkę w odcieniu "Real red wine"? Oblizuję zęby ukradkiem na wszelki wypadek. Pani kasjerka łapie wino i pyta: "Kto z państwa będzie płacił?". Moja pierwsze myśl: a co cię to, babo, obchodzi, kto w naszym małżeństwie płaci za zakupy?! Ale potulnie odpowiadam i uśmiecham się (na wszelki wypadek bez pokazywania zębów, może rzeczywiście mam odbitą szminkę), że ja płacę. A pani mi na to - "To muszę poprosić panią o dowód". Mój donośny śmiech słychać było chyba aż na dziale rybnym. Że nie wyglądam na swój wiek, to wiem. Że nie wyglądam na mężatkę, doktorantkę i dorosłego człowieka, który robi listę zakupów i kupuje płyn do płukania tkanin. Wiem. No ale kaman, żebym nie wyglądała na 18 lat?! Ze szminką w kolorze "Real red wine"?! W granatowym płaszczyku i z torebką? W pełnym makijażu i okularach?! Z, kurka siwa, obrączką i mało tego - z mężem z obrączką?! To wszystko przez to niby odmładzające awokado, które lubię sobie rzucić na kanapkę. To na pewno przez to. Albo jestem Benjaminem Buttonem.

W drodze powrotnej cztery razy sprawdzałam w lusterku, czy wyglądam aż tak szczylowato. No, nie ma co, pani kasjerka potwierdziła skuteczność awokado stosowanego doustnie, jak i kremu eko stosowanego zewnętrznie. Polecam, puella aeterna.

niedziela, 31 stycznia 2016

Żelazny Jan przechodzi do kontrataku

Piszę dzisiaj zainspirowana pewnym artykułem, który na Facebooka podrzuciła M., mama mojego najlepszego przyjaciela z czasów podstawówkowo-gimnazjalnych. Artykuł napisał Rafał Drzewiecki, zatytułował go "Nasze dzieci to największe pierdoły na świecie? Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są" i można go przeczytać tutaj. Artykuł zapowiada się naprawdę obiecująco: "Hodujemy zombi, które nie wiedzą, kim są i dokąd zmierzają. Żyją w tyranii optymizmu, przekonane, że mogą wszystko, że mają równe szanse, że wystarczy chcieć, by mieć. A nie potrafią poradzić sobie nawet z komarem, a co dopiero z krytyką czy wzięciem odpowiedzialności za innych." Fakt, żyjemy w tyranii optymizmu, sukcesu (często mierzonego stanem posiadania) i bycia fit. A świat jest na chwilę obecną skonstruowany tak, że naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Nie wiem, o co chodzi z nieradzeniem sobie z komarem (ok, są upierdliwce, których żadną miarą nie da się zatłuc, nawet ścierą kuchenną na suficie, ale mniemam, że akurat nie to autor miał na myśli) i związku, jaki zachodzi między komarami a braniem odpowiedzialności za innych (może o to, że jak kogoś kochasz, to utłuczesz mu komara na czole, zanim zdąży ugryźć i w ten sposób jesteś odpowiedzialny za innych...?), ale może to się rozjaśni później.

Artykuł jest przede wszystkim, jak na standardy internetowe, strasznie długi - stąd i mój komentarz do niego będzie kilometrowy. Zaczyna się od cytowania rodziców, którzy mają pewne obawy dotyczące posłania dzieci na obóz harcerski. Tu można się zgodzić z autorem, że rodzice przesadzają. Jeśli nie chcesz, żeby dziecko zmokło i chcesz, żeby codziennie brało ciepłą kąpiel, najprawdopodobniej obóz harcerski to nie jest odpowiednie miejsce dla twojego dziecka. Polecam obóz językowy w Wielkiej Brytanii albo, jeśli absolutnie nie może zmoknąć, na Malcie. Dalej zaczynają się wyrzekania byłego harcmistrza, który zawsze chciał być Bearem Gryllsem, chociaż w jego dawnych dobrych czasach jeszcze nie było programu Beara Gryllsa. Czyli tak - mamy do czynienia z typowym wyrzekaniem byłych harcmistrzów "na tę dzisiejszą młodzież" oraz tęsknotę za "dawnymi dobrymi czasami". Nihil novi sub sole, zawsze "kiedyś to były czasy", a dzisiejsza młodzież to nie udźwignie schedy pradziadów - wystarczy poczytać sobie niektóre utwory XVII-wieczne, żeby się przekonać, że i nasi dzielni Sarmaci mieli z młodzi chowaniem problemy. I zawsze ta młódź nie taka, jakby sobie starszyzna wymarzyła. Dalej leci znana wszystkim litania "my, chowani w latach '80, to mieliśmy życie, bo rodzice na nas nie chuchali i nie dmuchali". Z tezą, że współcześnie rodzice bywają nadopiekuńczy, można się zgodzić, bo bywają. Dzieci bywają często bezczelne, roszczeniowe, leniwe i rozpieszczone. Takie historie słyszę od wszystkich, którzy zawodowo lub pół zawodowo mają do czynienia z dziatwą w wieku szkolnym i - co gorsza - z niektórymi rodzicami dziatwy w wieku szkolnym. Stąd budzi się jeszcze większa nostalgia za "dawnymi dobrymi czasami", zwłaszcza, jeśli w pracy trzeba sobie z takimi nadopiekuńczymi rodzicami radzić. "Nikt mu nie pomagał odrabiać lekcji, bo musiał się uczyć sam, a za błędy ortograficzne ojciec go po kilku ostrzeżeniach w końcu sprał, bo tłumaczenie nieuctwa dysgrafią nie było wtedy tak postępowe jak dziś" - dysgrafia, o ile wiem, to nie to samo, co dysleksja, ale kto by się tam przejmował, wszystkie dys-cośtam można wyleczyć kilkoma solidnymi klapsami. Nie wiem, jak wy, ale ja osobiście wolę "nadorzekanie" o dysleksji niż "spranie" dziecka za błędy ortograficzne. No, ale ja jestem dzisiejsza i postępowa, uważam więc, że dzieci w ogóle nie wolno bić. A już zwłaszcza za błędy ortograficzne. "Gdy z kumplami poszli nad jezioro, nie było ratowników, społecznych kampanii ostrzegających przez skakaniem na główkę i jakoś ani on, ani żaden z jego znajomych karku nie skręcił. A skakali do wody z wysokiego brzegu aż miło." - to jest, proszę państwa, typowy dowód z dupy. Skoro mnie ani moim znajomym się coś nie przydarzyło, to znaczy, że to się nie dzieje. Twarde dowody statystyczne, nie ma co. "Gdy rozbił nos na rowerze, ciężkim, stalowym składaku bez przerzutek i profilowanych opon, w szkole sińce pod oczyma nie zaalarmowały wychowawców i do rodziców nie przyjechała z interwencją opieka społeczna w obstawie policji. Teraz miałby rozmowę z psychologiem, która uświadomiłaby mu, że jest wrażliwym człowiekiem, z pełnymi prawami i nie wolno nikomu przekraczać jego prywatnej strefy, więc jeśli rodzice go biją, powinien to zgłosić." - jasne, niech sińce pod oczami i na całym ciele dziecka nie alarmują nikogo. W końcu większą szkodę wyrządzimy dziecku, pytając, czy wszystko w porządku, jeśli naprawdę poobijało się na rowerze albo rolkach, niż jeśli będziemy udawać, że nie widzimy siniaków na dziecku, które nie ma rowerka. Ani rolek. Kolejna mądrość dotyczy tego, że mężczyzna powinien rozwiązywać konflikty siłą. I nie płakać, nigdy nie płakać. I zejść na zawał tuż po 40., kiedy kolejny konflikt będzie nie do rozwiązania prawym sierpowym, mimo nauk tatusia.

Dalej jest tylko lepiej. Albo raczej gorzej. Młodzież jest mniej sprawna, łatwo się zniechęca i robi wszystko dla lajaczy na fejsie. A to wszystko podparte... panoptykonem Michela Foucaulta. No, no, kto by się tego spodziewał, taki dość jednak postępowy myśliciel w takim "kiedyś-to-były-czasy" artykule. Zaskoczenie. Szkoda tylko, że myśl Foucalta została spłaszczona do przymusu lansowania się na fejsie. Świat jednorazówek i przedmiotów nienaprawialnych pochłonął nas nie dlatego, że rynek napędza się w ten sposób, że naprawa sprzętu jest droższa niż nowy sprzęt, tylko dlatego, że jesteśmy pierdołami. No ba. Inżynierowie po MIT też są pierdołami. Ale jeśli macie jakieś wątpliwości, co jest odpowiedzialne za ten katastrofalny stan rzeczy, to odpowiedzi udzieli wam, cytowana przez autora, prof. Moczydłowska z Politechniki Białostockiej - "Zastąpiliśmy zasady i wartości hiperliberalizmem, który zaprowadził nas na manowce". Brak zasad i wartości, moje drogie, zepsute, hiperliberalne wydmuszki. Pani profesor politechniki kontynuuje swoje proste jak kątownik i nieomylne jak poziomica wywody: "Przede wszystkim równość to fikcja. Są ludzie bardziej i mniej zdolni, inteligentni i gamonie.". Bo równość, oczywiście, polega na tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami, a nie że wszyscy mamy równe prawa mimo tego, że jesteśmy różni. Wiadomka. Dalej słuszna obserwacja, że wysoka ilość matur i dyplomów w społeczeństwie nie świadczy jeszcze o ich wartości, staje się podstawą twierdzenia, że kiboli trzeba raczej zostawić ich siłkom i ciężarkom, bo jakakolwiek próba edukowania tylko ich unieszczęśliwi. Jak wcześniej dowodziła pani profesor, nic na to nie poradzisz, genetyka, panie.

Dalej mamy długi wywód o tym, że kaski i ochraniacze nie pozwalają dziecku poczuć konsekwencji swoich głupich działań, bo nie będzie odpowiednio bolało. Autor wyrzeka też na tzw. "żółwiki", czyli kamizelki ochronne na kręgosłup do jazdy konnej. Akurat na tym się znam i nienawidziłam żółwika jako dziecko. I uważam, że dzieci powinny nosić żółwiki przy jeździe konnej. Głównie dlatego, że konie to zwierzęta piękne, silne, mądre... oraz płochliwe i nieprzewidywalne. Dla przykładu: jestem dorosła, jeżdżę wcale nieźle, do tego siedziałam akurat na niepłochliwym, milutkim hucule i nie wykonywałam żadnych trudnych ćwiczeń ani nie skakałam przez przeszkody. Byłam na ogrodzonej ujeżdżalni. I co? I koń się potknął, wyglebił aż miło, a ja zaryłam czubkiem głowy w piach. Bez kasku z ochroną potylicy raczej nie prezentowałabym się tak wyjściowo, jak obecnie. O ile w ogóle bym się prezentowała. Autor uważa, że ból to najlepszy nauczyciel. Cóż, ma prawo do swoich przekonań. Nawet jeśli są głupie. A gwarantuję, że upadek w kasku też boli, czasami nawet mocno. Tyle, że jest większa szansa na wyciągnięcie nauki z takiego wypadku w kasku.

Kolejne akapity mówią o tym, że trzeba dzieci raczej motywować do ciężkiej pracy i chwalić za jej efekty, niż chwalić je na starcie za to, jakie są mądre. Nie znam się w ogóle na wychowywaniu dzieci, ale może... zaryzykować obie te rzeczy? Tzn. chwalić i zachęcać do ciężkiej pracy i zarazem mówić, że da sobie radę, bo jest mądre? Moi rodzice mniej więcej tak robili. Ale może popełnili błąd, skoro wyrosłam na osobę hiperliberalną i "postępową", przez co pozbawioną "zasad i wartości". Więc taktyka moich rodziców pozostaje nieco podejrzana. Potem znowu jest o biciu. Że lepiej karać dzieci fizycznie, niż wychowywać je "bezstresowo" (cokolwiek to znaczy).

Potem znowu prof. Moczydłowska mówi o kryzysie wartości, który przeżywamy. Poza kryzysem wartości mamy też kryzys tożsamości i w ogóle kryzys. "Poprawność polityczna obowiązująca w przestrzeni publicznej przeniknęła w sfery prywatne. Rozmyły się tradycyjne role społeczne obu płci, obowiązuje uniseksualność. – Jak dziś wygląda wychowanie mężczyzny? Bardzo często chłopca wychowuje samotna matka wspierana przez babcię lub nianię, a wychowawca w szkole to też najczęściej kobieta. Chłopak rozwija się w kobiecej sferze, gdzie dba się o paznokcie i ciało. On przejmuje te wzorce. Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce". Czyli znowu DŻĘDER! Bo kobiety wychowują dzieci, te dzieci z siusiakami też, w związku z czym dzieci z siusiakami zaczynają dbać o paznokcie, nie wiedzą, kim są i nie potrafią się odnaleźć. Świetnie, czyli znaleźliśmy odpowiedź na pytanie Puszkina - "czy można dzielnym człowiekiem być i o paznokcie mieć staranie?" - nie, nie można. Zaskarżę więc moją teściową i śp. babcię Obywatela Małżonka, bo to one temu winne, że używa odżywki do włosów i skończył filologię polską. I nie jest Żelaznym Janem (por. "Żelazny Jan", Robert Bly), tylko moim Jankiem, trochę podobnym do Jona Snowa, trochę do Kylo Rena, a trochę do Szlomy, najprzystojniejszego w całym sztetl. Ale ja nie o tym chciałam, tylko o tym niesamowitym rozmyciu pojęć. Czyli tak - chłopak rozwija się w kobiecej sferze (i zapewne nie ma to żadnego związku z tym, że kobiety tradycyjnie zajmują się opieką, dziećmi, wychowaniem...), więc przejmuje kobiece wzorce (bo wszystkie kobiety przede wszystkim dbają o ciało i paznokcie, w zasadzie też nie mają nic innego do przekazania dziatwie, jak reguły wykonania idealnego mani). A teraz zdanie mistrzowskie: "Pomyliliśmy rozwój z absurdem, odeszliśmy od praw natury, gdzie każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce". Od praw natury odeszliśmy już całkiem dawno. Pomogła nam w tym medycyna, między innymi, ale też rozwój cywilizacji w ogóle. A za tym poszły przemiany kulturowe. Ale to są nieistotne szczegóły. Najważniejsze jest to, że "każda płeć ma swoje uwarunkowane biologicznie i kulturowo miejsce". No to biologicznie czy kulturowo? Jak już lecimy opozycjami binarnymi, to co nam definiuje płeć: natura czy kultura? I czy przypadkiem pojęcie natury nie jest... wytworem kultury? Widać kiedy chodzi o słuszną sprawę, czyli o młodzi wychowanie, można sobie żonglować pojęciami dowolnie i miksować ją w nieźle brzmiącą, ale bezsensowną papkę. Bo albo mamy płeć wynikającą tylko i wyłącznie z natury (tutaj: biologii) i wtedy pozamiatane, chłopiec jest chłopcem niezależnie od stanu paznokci i chłopcy są zawsze tacy sami, albo mamy kulturowe wzorce płci... I tu jest gorzej, bo natura jest niezmienna (a w każdym razie: dużo wolniej zmienna), a kultura jest bardziej problematyczna, bo zmieniać, ewoluować i mutować się lubi, poza tym - co czas i miejsce, to inna kultura. O tym, jak to się wszystko lubi pozmieniać i pokiełbasić w odniesieniu do płci i seksualności w różnych miejscach i czasach, pisał przywoływany w artykule Foucault (i nie tylko, rzecz jasna). Niestety, z płcią jest taki problem, że niezwykle trudno jest wyznaczyć ostre cięcie między tym, co w koncepcji płci kulturowe, a co biologiczne - o czym obszernie, ale chyba dla niektórych niezbyt jasno, pisała Judith Butler.

Cały artykuł, trafnie dostrzegając problemy współczesnych dzieciaków, a przede wszystkim - problemy współczesnych rodziców w odniesieniu do tych dzieciaków, trafia niestety kulą w płot. O wszystko obwinia Potfora Dżędera i hiperliberalny brak wartości (bo, jak powszechnie wiadomo, coś takiego jak "liberalne wartości" po prostu nie istnieje), koncentrując się na nostalgii typu "za moich czasów nie było ADHD i bezstresowego wychowania i kasków na rower i jakoś wszyscy żyjemy, to dopiero było dzieciństwo". Niektóre zawarte w artykule tezy i poglądy są po prostu szkodliwe - jak to, że kary fizyczne nie krzywdzą dziecka, a wręcz stymulują je do rozwoju albo że pożądanym jest, aby uczyć chłopców, że mają nigdy w życiu nie okazywać słabość i zwalczać przemoc przemocą. Ciekawe, że tak mało tu o dziewczynkach, ale być może "hiperliberalne wychowanie pozbawione zasad i wartości" aż tak źle na nie nie wpływa. Ostatecznie, to tylko dziewczynki.

Może ten artykuł jest ostatnim, dramatycznym zrywem Żelaznych Janów? Jeśli tak, to mógł się ten Żelazny Jan Autor bardziej wysilić, a nie serwować ciężkostrawny miks nostalgii za wyidelizowanym dzieciństwem, myślowej konserwy i straszenia dżęderem oraz odejściem od praw natury. Bo zamiast brzmieć groźnie i sierioznie, w tonie alarmującym, brzmi to raczej jak gorzki żal za "dawnymi dobrymi czasami". A ja tak tylko nadmienię, że bywały w historii Europy okresy, kiedy mężczyźni nosili zdobną biżuterię, makijaże i buty na obcasie...