Mili państwo, oficjalnie jestem dojrzała i chyba nieco stara. Z kilku powodów. Ćwierćwiecze stuknie mi za niecałe dwa tygodnie (dowody uznania z tej okazji od wiernych czytelników zawsze mile widziane), to po pierwsze. Jak dzisiaj rano, przed wyjściem na uczelnię, wynosiłam do kontenera puste butelki bezzwrotne, podblokowe drobne pijaczki-obszczymurki zwróciły się do mnie per "szefowo, a to wszystko niesiecie puste?", a jak wiadomo, "szefowa" to dojrzała kobieta, która może dodatnio wpłynąć na los drobnego pijaczka, to po drugie. Po trzecie, najbardziej komfortowo czuję się w towarzystwie stabilnych, mieszczańskich stadeł (M. i Sz., to o Was), najlepiej z dobrym jedzeniem i kieliszkiem wina. Po czwarte, uczciwszy państwa uszy, nie wkurwiam się. A przynajmniej robię to znacznie rzadziej. Jeszcze jakiś czas temu jak czytałam / słyszałam, że jedynym spełnieniem dla kobiety jest macierzyństwo, a wspólne mieszkanie przed ślubem i antykoncepcja hormonalna to obraza moralności publicznej, to dostawałam białej gorączki. A teraz wychodzę z założenia, że skoro ludzie, którzy tak uważają, nie istnieją w mojej codziennej przestrzeni, to nie ma się co pienić, bo w życiu jest za dużo dobrego jedzenia do przeżucia i za dużo długich nocy do przegadania, żeby sobie je skracać zawałem. W związku z czym kretyńska ze wszech miar kampania Fundacji Mamy i Taty, która zbiera baty w tym kawałku Internetu, do którego mam dostęp (jak ustalono podczas minionego weekendu we Wrocławiu, niektórzy nie mają kabla do Frondy na przykład), uczciwszy ponownie państwa uszy, nawet mnie nie podkurwiła. Niemniej jednak jestem przekonana, że skoro na ten temat wypowiedziały się i znane feministki (np. Katarzyna Paprota), i lewackie portale (np. Strajk.eu), i twórcy rozlicznych, mniej lub bardziej śmiesznych memów, a także redaktorka "Tygodnika Powszechnego" i rzesze blogerów, to Internet wyczekuje teraz mojej opinii. Na bank wyczekuje i odświeża Nikczemne Pismo jak USOSa na minutę przed logowaniem (dla szczęśliwców, którzy studiowali przed erą USOSa: odświeża się go kompulsywnymi kliknięciami już na 10 minut przed otwarciem logowania, bo o zapisaniu się do wybranej grupy decydują nanosekundy). Spieszę więc zabrać głos w dyskusji. Gdyby kogoś jakimś cudem ominął spot tej kampanii, to usłużnie link podaję: KLIK.
Otóż w spocie widzimy kobietę pozbawioną wieku, możemy założyć, że jest gdzieś w okolicach 35-45 lat. Kobieta jest elegancko ubrana i przechadza się po stylowej willi z ogrodem, zarazem chwaląc się podróżami (Tokio, Paryż), specjalizacją, kupionym mieszkaniem i wyremontowanym domem. No wypisz, wymaluj kobieta sukcesu i to taka superwoman z Kongresu Kobiet. Nagle, patrząc na pusty ogród, niewypełniony zabawkami oraz dziećmi, słyszy GŁOSY. DZIECIĘCE GŁOSY. I teatralna łza toczy się po jej policzku, w który zapewne wklepała krem za pierdyliard euro. Albo jenów, bo w końcu z Tokio wróciła, więc pewnie nakupowała sobie zbytkownych, genialnych japońskich kremów. Bo zdążyła osiągnąć sukces życiowy (mierzony statusem ekonomicznym), a nie zdążyła zostać matką i żałuje. Ma to nas przekonać do "nieodkładania macierzyństwa na później". Jako niemalże dwudziestopięciolatka, która co prawda w Paryżu była, ale w Tokio nie, do tego z parciem na doktorat, uważam się za target tej kampanii. Pytanie, czy kampania trafiła do targetu. A kretynizmy (które w tytule, dla zachowania pozorów, nazwałam kontrowersjami) pozwolę sobie wyliczyć w punktach.
1. Pewnie istnieją kobiety, które nie zostały matkami i żałują. Pewnie są i takie, które zostały i też żałują. Oraz takie, które nie zostały i nie żałują oraz zostały i nie żałują. Tego kampania nie dostrzega, ale w zalewie mej dobrej woli pragnę uznać, że przecież całego spectrum zjawiska, jakim jest macierzyństwo, nie da się ująć w króciutkim spocie, więc dobrodusznie zakładam, że to jest w niewyrażonych założeniach kampanii.
2. "Seksmisja" to nie tylko mizoginiczna komedia, toż to nasza rzeczywistość. Wedle twórców kampanii możliwą ścieżką rozpłodu jest dzieworództwo. Wszak bohaterka spotu nic nie wspomina o przeszkodzie w postaci braku potencjalnego ojca. Aż dziw bierze, że to spot Fundacji Mamy i Taty. Gdzie ten niedoszły Tata? Może to tak, jak u Mickiewicza, "Tato nie wraca; ranki i wieczory / We łzach go czekam i trwodze; / Rozlały rzeki, pełne zwierza bory / I pełno zbójców na drodze". Ja wiem, że w Polsce dziecko to babski problem (świadczy o tym ściągalność alimentów...), no ale żeby organizacja, która chce promować pełne, dzietne heterorodziny pomijała ojca? No, no, widać zwalczane homolobby z LGBTQIA namieszało i w świadomości członków Fundacji Mamy i Taty. Punkt dla nas, obmierzłe dżendery!
3. Głównym "opóźniaczem" macierzyństwa jest szeroko rozumiana "kariera", specjalizacja, podróże i zarabianie na luksusową willę. Bo przecież kobiety opuszczają domowe obowiązki i własne dziatki wyłącznie z żądzy kariery. Na przykład w zawodzie kasjerki. Nie deprecjonując kasjerek i doceniając ich pracę, bo jest szalenie potrzebna. Tyle że praca zawodowa (z niebagatelnym sukcesem finansowym, a jakże) została w spocie przedstawiona jako fanaberia (podróże, zarówno dom, jak i mieszkanie, wyglądające na drogie wnętrze), a nie konieczność. Bo konieczność to zostanie matką. A byt zapewni ojciec rodziny. Którego nie ma w tym spocie. I jak żyć?
4. Albo praca i podróże, albo dzieci. Choose wisely. Or die alone. To chce nam przekazać spot. Oni tak na serio chcieli z tym trafić do młodych kobiet, które chcą pracować? Nie rozważyli radosnego spotu a la wspomniany już Kongres Kobiet, z superwoman, która godzi wszystkie role życiowe?
Spojrzałam też na dotychczasowe kampanie Fundacji. "Pomyśl o dziecku", "Miłość - lepiej na całe życie" i "Rozwód? Przemyśl to!". W moim wyobrażonym, idealnym świecie ludzie mają tyle dzieci, ile chcą (i jak ktoś chce i czuje się na siłach wychować ich fefnaście, to nic nie stoi mu na przeszkodzie, żeby cieszyć się fefnastką pociech), zakochują się i tworzą stabilne, trwałe związki na całe życie (najlepiej za pierwszym podejściem) oraz... nie rozwodzą się, bo się kochają i tworzą szczęśliwe związki. Ale nie żyjemy w moim wymarzonym świecie. A w tym, w którym żyjemy, ludzi nie stać na drugie bądź trzecie dziecko, chociaż bardzo by chcieli mieć ich gromadkę. I nie stają przed wyborem "kucyk dla jedynaczki czy jednak może młodsza siostrzyczka" (odnoszę się do spotu tej kampanii, gdzie roześmiana dziewczynka w toczku deklaruje, że fajnie mieć kucyka, ale siostrę jeszcze fajniej). Mam zarówno kucyka, jak i siostrę i z mocą eksperta stwierdzam: zarówno kucyka, jak i siostrę kocha się do szaleństwa i ma ochotę przerobić na mielone (średnio raz w tygodniu). Fundacja zwalcza też LGBT (bez reszty literek na ich stronie, wszystkich QIA przepraszam), konwencję antyprzemocową i antykoncepcję hormonalną. I wiadomo, czego się spodziewać po tych ludziach - skoro twórcom spotów i członkom Fundacji wydaje się, że Polki nie rodzą, bo są skupione na karierze, a jeśli już znajdą momencik, odstawią tabletki i zajdą w ciążę, to drugiego dziecka nie chcą, bo wolą kupić pierwszemu kucyka, a jakiekolwiek problemy materialne młodych Polek nie dotyczą, to o czym tu właściwie rozmawiać...? Dlatego nie toczę piany i nie zalewa mnie fala gniewu i frustracji, bo ja już swój strajk rozrodczy ogłosiłam, obrażam moralność publiczną i dobre obyczaje żyjąc bez ślubu (według członków Fundacji grozi mi przedwczesna śmierć z tego powodu), a moja przedłużona edukacja wpływa na moją bezdzietność. Tak długo i tak uparcie kobiety w Polsce są już traktowane jak zbuntowane inkubatory, która dla ich własnego dobra należy zagonić do rozrodu, że zobojętniałam. Tak często i tak uparcie przypomina mi się, że bez dziecka nie dojrzeję nigdy do prawdziwej Kobiecości (chociaż jak słyszę "prawdziwa kobiecość", to trochę mnie to jednak wkurwia), że zaczyna mnie to ryrać.
Przy okazji - Fundację Mama i Tata patronatem objęli Bronisław i Anna Komorowscy. Więc jeśli ktoś się boi "katotalibanu" za prezydentury Andrzeja Dudy, niech się grzmotnie mocno głową o ścianę. I obudzi. Jak już pisałam - żyjemy w Prawii i będziemy żyć w niej dalej. Ku chwale Wielkiej Prawii Niepodległej i Wszystkich Jej Oddanych Inkubatorów.
Dopisek: nie mam nic przeciwko macierzyństwu. Chyba że chodzi o moje. W tym przypadku uważam, że to ja mam najwięcej do powiedzenia.
wtorek, 9 czerwca 2015
wtorek, 26 maja 2015
Agnieszka, córka Jolanty, wnuczka Danuty i wnuczka Marii*
Kobieca genealogia jest tyleż ważna, co zapomniana. Ginie w mrokach dziejów. Matki noszą nazwiska naszych ojców (najczęściej), my będziemy nosić nazwiska naszych mężów (a jak dobrze pójdzie, może niektóre z nas będą nosić nazwiska swoich żon; albo udzielą swoich nazwisk swoim żonom; albo jakoś inaczej to sobie zorganizują w USC). Nawet te z nas, które zdecydują się dokleić nazwiska swoich mężów do swoich nazwisk panieńskich, będą nosić dwa nazwiska: ojca i męża. W formularzach najczęściej wystarczy imię ojca. Imię matki opcjonalnie. Genealogia matek zaciera się w coraz bardziej rozrośniętych drzewach rodowych. Stąd mój tytułowy gest, powtórzony po Jolancie, córce Ireny, wnuczce Bronisławy, prawnuczce Ludwiki (Brach-Czaina, "Błony umysłu"). A dziś to temat nieprzypadkowy, bo mamy Dzień Matki.
Mam to niebywałe szczęście, że mam cudowną matkę. I nie piszę tego tylko dlatego, że "26.05 po prostu wypada dobrze o matce". Moja matka jest świetną matką. Prawdopodobnie jest najlepszą matką w historii macierzyństwa. A z pewnością zawsze starała się być. Mam z mamą świetne relacje. Dzwonię do niej średnio co drugi dzień, choć widzimy się często i mieszkamy w tym samym mieście. Opowiadam jej o wszystkim. O moich studentach, o moich nagłych olśnieniach i zamroczeniach, lękach i porażkach, sukcesach i kocie. I koniu. I praniu i sprzątaniu. I o tym, jakie buty sobie kupiłam. Co wczoraj robiłam i co będę robić jutro. I ona mi opowiada o tym samym. A potem przyjeżdżam i przy herbacie w kuchni dostaję chrypki od gadania. Dużo się śmiejemy. Mamy podobne poczucie humoru. I wiem, że taka relacja to skarb. Z reguły nie rozmawiamy o niczym ważnym, o niczym przełomowym, ani o niczym epokowym. Ale czy codzienność nie jest przypadkiem ważniejsza od przełomów? Codzienność przydarza nam się znacznie częściej, niż epokowe wydarzenia. A to codzienność buduje relacje. I dlatego jest ważniejsza, niż kwiaty i czekoladki raz do roku.
Dzisiaj było słodko. Zabrałyśmy mamę (ja i Siostra Ma Anna) do Miss Cupcake, gdzie jadłyśmy babeczki z kremem i ciasto marchewkowe. I dałyśmy mamie prezent i bardzo zmoknięty bukiecik konwalii. Gadałyśmy znowu o wszystkim i o niczym i wymieniałyśmy się talerzykami ze słodkościami. Tradycja zabierania mamy do kawiarni w Dzień Matki narodziła się z mojej inspiracji, kiedy byłam w klasie maturalnej. Postanowiłam sprzedać zbędne już podręczniki, żeby za uzyskane w ten sposób pieniądze zaprosić mamę do herbaciarni Fanaberia. Pamiętam, że niemiłosiernie obtarłam sobie stopy w turkusowych sandałkach na korkowej koturnie (w liceum miałam jeszcze niepoważne ciągoty do obcasów i butów na koturnie, z których studia skutecznie i trwale mnie wyleczyły). A skoro przed Dniem Matki biegałam z podręcznikami po mieście w sandałkach (anno Domini 2009), to coś jest nie tak z pogodą w tym roku.
A że nie byłabym sobą, gdybym nie sprzedała Państwu trochę "feministycznego ideolo", to w Dniu Matki chcę się odwołać do ciekawej książki Agnieszki Graff "Matka feministka" (Warszawa 2014) i przypomnieć conieco o matce i macierzyństwie codziennym, a nie takim od święta:
O co mi chodzi konkretnie z tym "upolitycznianiem macierzyństwa" i koniecznością zmiany? o to wszystko, co w polskiej rzeczywistości budzi rozgoryczenie, wściekłość, a często wręcz rozpacz matek, a nie znajduje żadnego oddźwięku w debacie publicznej. Z jednej strony mamy rodzinne "ideolo": wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie - jak wiadomo - najważniejsze jest dobro dziecka. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym dzieckiem - czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym - czyni w Polsce pariasa.
Żyjemy w społeczeństwie, które nieustannie deklaruje szacunek dla rodziny i macierzyństwa - a zatem dla więzi pomiędzy matką a dzieckiem - ale jednocześnie organizuje ludziom życie zgodnie z indywidualistycznym założeniem, że jednostki są bytami odrębnymi, autonomicznymi i w pełni odpowiedzialnymi za siebie. Te byty mają zarabiać kasę, płacić podatki, odkładać na emerytury, oczywiście każdy na swoją. Im bardziej osobno, tym lepiej. (...) Poświęć się dziecku, karm piersią, pracuj na pełnym etacie, rozwijaj się, inwestuj w rozwój dziecka. A przede wszystkim: radź sobie sama i nie zawracaj nam głowy swoimi potrzebami. (s. 8-10)
Tyle Graff, mogłabym pół jej książki przepisać tutaj, zamiast tego - polecam lekturę, choć nie we wszystkich punktach mogę się z autorką zgodzić. A zwłaszcza przeczytać polecam "specom od polityki prorodzinnej" i urzędnikom miejskim - może z okazji Dnia Matki doczekamy się infrastruktury przyjaznej dla matek z wózkami (a że skorzystają na niej nie tylko matki z wózkami - ekstra!)? Skoro tak kochamy nasze mamy (a kolejki w kwiaciarniach wskazują, że kochamy, i to wszyscy - pani w średnim wieku, łysy pan bez szyi, czternastolatka w adidasach, pan z brzuszkiem itd.), to bądźmy solidarni z matkami. I pamiętajmy nie tylko o kwiatkach, ale o codzienności. Codzienności naszych prywatnych matek i wszystkich innych matek w tym kraju (a jak ogarniemy własne podwórko, to warto też pomyśleć o tych matkach bardziej globalnie; ale na spokojnie, metodą małych kroczków, nie ma co wymagać za wiele na raz).
* - mam dwie babcie ze strony mamy, Danutę i Marię, siostry; ale to już osobna, długa historia o macierzyństwie, odpowiedzialności i poświęceniu...
Mam to niebywałe szczęście, że mam cudowną matkę. I nie piszę tego tylko dlatego, że "26.05 po prostu wypada dobrze o matce". Moja matka jest świetną matką. Prawdopodobnie jest najlepszą matką w historii macierzyństwa. A z pewnością zawsze starała się być. Mam z mamą świetne relacje. Dzwonię do niej średnio co drugi dzień, choć widzimy się często i mieszkamy w tym samym mieście. Opowiadam jej o wszystkim. O moich studentach, o moich nagłych olśnieniach i zamroczeniach, lękach i porażkach, sukcesach i kocie. I koniu. I praniu i sprzątaniu. I o tym, jakie buty sobie kupiłam. Co wczoraj robiłam i co będę robić jutro. I ona mi opowiada o tym samym. A potem przyjeżdżam i przy herbacie w kuchni dostaję chrypki od gadania. Dużo się śmiejemy. Mamy podobne poczucie humoru. I wiem, że taka relacja to skarb. Z reguły nie rozmawiamy o niczym ważnym, o niczym przełomowym, ani o niczym epokowym. Ale czy codzienność nie jest przypadkiem ważniejsza od przełomów? Codzienność przydarza nam się znacznie częściej, niż epokowe wydarzenia. A to codzienność buduje relacje. I dlatego jest ważniejsza, niż kwiaty i czekoladki raz do roku.
Dzisiaj było słodko. Zabrałyśmy mamę (ja i Siostra Ma Anna) do Miss Cupcake, gdzie jadłyśmy babeczki z kremem i ciasto marchewkowe. I dałyśmy mamie prezent i bardzo zmoknięty bukiecik konwalii. Gadałyśmy znowu o wszystkim i o niczym i wymieniałyśmy się talerzykami ze słodkościami. Tradycja zabierania mamy do kawiarni w Dzień Matki narodziła się z mojej inspiracji, kiedy byłam w klasie maturalnej. Postanowiłam sprzedać zbędne już podręczniki, żeby za uzyskane w ten sposób pieniądze zaprosić mamę do herbaciarni Fanaberia. Pamiętam, że niemiłosiernie obtarłam sobie stopy w turkusowych sandałkach na korkowej koturnie (w liceum miałam jeszcze niepoważne ciągoty do obcasów i butów na koturnie, z których studia skutecznie i trwale mnie wyleczyły). A skoro przed Dniem Matki biegałam z podręcznikami po mieście w sandałkach (anno Domini 2009), to coś jest nie tak z pogodą w tym roku.
A że nie byłabym sobą, gdybym nie sprzedała Państwu trochę "feministycznego ideolo", to w Dniu Matki chcę się odwołać do ciekawej książki Agnieszki Graff "Matka feministka" (Warszawa 2014) i przypomnieć conieco o matce i macierzyństwie codziennym, a nie takim od święta:
O co mi chodzi konkretnie z tym "upolitycznianiem macierzyństwa" i koniecznością zmiany? o to wszystko, co w polskiej rzeczywistości budzi rozgoryczenie, wściekłość, a często wręcz rozpacz matek, a nie znajduje żadnego oddźwięku w debacie publicznej. Z jednej strony mamy rodzinne "ideolo": wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie - jak wiadomo - najważniejsze jest dobro dziecka. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym dzieckiem - czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym - czyni w Polsce pariasa.
Żyjemy w społeczeństwie, które nieustannie deklaruje szacunek dla rodziny i macierzyństwa - a zatem dla więzi pomiędzy matką a dzieckiem - ale jednocześnie organizuje ludziom życie zgodnie z indywidualistycznym założeniem, że jednostki są bytami odrębnymi, autonomicznymi i w pełni odpowiedzialnymi za siebie. Te byty mają zarabiać kasę, płacić podatki, odkładać na emerytury, oczywiście każdy na swoją. Im bardziej osobno, tym lepiej. (...) Poświęć się dziecku, karm piersią, pracuj na pełnym etacie, rozwijaj się, inwestuj w rozwój dziecka. A przede wszystkim: radź sobie sama i nie zawracaj nam głowy swoimi potrzebami. (s. 8-10)
Tyle Graff, mogłabym pół jej książki przepisać tutaj, zamiast tego - polecam lekturę, choć nie we wszystkich punktach mogę się z autorką zgodzić. A zwłaszcza przeczytać polecam "specom od polityki prorodzinnej" i urzędnikom miejskim - może z okazji Dnia Matki doczekamy się infrastruktury przyjaznej dla matek z wózkami (a że skorzystają na niej nie tylko matki z wózkami - ekstra!)? Skoro tak kochamy nasze mamy (a kolejki w kwiaciarniach wskazują, że kochamy, i to wszyscy - pani w średnim wieku, łysy pan bez szyi, czternastolatka w adidasach, pan z brzuszkiem itd.), to bądźmy solidarni z matkami. I pamiętajmy nie tylko o kwiatkach, ale o codzienności. Codzienności naszych prywatnych matek i wszystkich innych matek w tym kraju (a jak ogarniemy własne podwórko, to warto też pomyśleć o tych matkach bardziej globalnie; ale na spokojnie, metodą małych kroczków, nie ma co wymagać za wiele na raz).
* - mam dwie babcie ze strony mamy, Danutę i Marię, siostry; ale to już osobna, długa historia o macierzyństwie, odpowiedzialności i poświęceniu...
czwartek, 21 maja 2015
Na ratunek piękności w opresji, czyli kilka rzeczy, których część widzów nie rozumie w "Grze o tron"
Widzowie serialu "Gra o tron" oburzają się zakończeniem poprzedniego odcinka. Oburzają się, gdyż Sansa Stark, budząca wielką sympatię wśród publiczności, została zgwałcona w noc poślubną przez Ramsaya Boltona. A Theon Greyjoy, zwany także Fetorem, patrzył, płakał i nic nie zrobił. I jakże się to mogło stać?! Niesmaczne, brutalne, niepotrzebne, epatujące okrucieństwem, uprzedmiotawiające Sansę. A ja patrzę na te komentarze i zastanawiam się: ludzie, czy wyście widzieli poprzednie sezony, czy zaczęliście od tego odcinka?!
Jeśli ktoś zabrał się do oglądania serialu bez czytania książki (jak ja), to już w pierwszym sezonie mógł się zorientować, że mało co będzie przebiegać tu po myśli widza. I że będzie wiele okrucieństwa, intryg, mordów, przemocy, manipulacji. Dla porządku przypomnijmy: w pierwszym sezonie ginie najuczciwszy, najsympatyczniejszy i najbardziej prawy oraz mężny bohater, kochający mąż i ojciec, bohater wojenny, etc. Eddard Stark. Grany zresztą przez najbardziej rozpoznawalnego aktora z całej obsady, Seana Beana. Już na początku oczekiwania widza, że prawda, dobro oraz rozpoznawalna twarz zapewniająca oglądalność show zwyciężą podłych Lannisterów, zostają zawiedzione. Skowyt wilkora Lady, należącego do Sansy, któremu Eddard podrzyna gardło na rozkaz króla, zmasakrowany przez Ogara syn rzeźnika, Bran Stark wypchnięty przez okno, pogarda lady Catelyn wobec ze wszech miar sympatycznego bękarta Jona Snowa, budzący odrazę kazirodczy związek Cersei i Jaime'iego, pałacowe gierki - czy po tym wszystkim komuś mogło się wydawać, że to wszystko dobrze się skończy? Że Eddard ujawni pochodzenie królewicza Joffreya, który zamiast być synem Roberta, jest owocem kazirodczego związku królowej i jej brata, lud i cała szlachta pójdą za nim, w podzięce za uczciwość dadzą mu tron, którego ten zrzeknie się na rzecz prawowitego władcy (który, przy okazji, będzie piękny, mądry, dobry, uczciwy i sprawiedliwy, jak Aragorn w Gondorze)? I że Eddard Stark wróci do Winterfell, do stęsknionej i kochającej żony, Bran odzyska władzę w nogach, Jon zostanie włączony do herbu za zgodą lady Catelyn, Sansa poślubi przystojnego i w pełni jej oddanego lorda z odpowiednio uroczą posiadłością, a Arya zostanie szlachetną rycerką? Pewnie, że byśmy tak chcieli. Bo Starkowie na ogół budzą sympatię. Ale już po pierwszych kilku odcinkach można się zorientować, że tak nie będzie. I dlatego właśnie oglądamy ten serial: bo zamiast znanego nam skądinąd schematu "dobro i prawda zawsze zwycięża" dostajemy krwawą sieczkę, w której nasi ulubieni bohaterowie albo giną, albo przydarzają im się koszmarne rzeczy.
Poza tym bohaterowie serialu nie są czarno-biali. Podział na złych i dobrych nie jest oczywisty, postaci ewoluują. Kto w pierwszym sezonie lubił Jaime'iego Lannistera? Nikt, podejrzewam. Postać zupełnie nie budziła sympatii. Sypia ze swoją siostrą, wypchnął Brana z okna wieży, jest pyszałkowatym bubkiem z dobrym nazwiskiem. Ale później? W trakcie jego podróży z Brienne? W niewoli u Boltonów? Po odcięciu ręki? Po powrocie do Królewskiej Przystani? I jak już go zaczęliśmy trochę lubić, bo wydawało nam się, że się zmienił, to on gwałci swoją siostrę przy zwłokach własnego syna. Ta-dam. No ale Cersei nie lubimy, więc może jej się należało. Trochę się widzowie pooburzali, że taki fajny Jaime był i znowu go zepsuli. A gwałt Khala Drogo na Daenerys (i żeby to jeden...)? No, też się specjalnie nie przejęliśmy, bo to był początek serialu, jeszcze się z Daenerys nie zżyliśmy, poza tym Khal Drogo jest nieziemsko przystojny. No i w końcu Daenerys przywiązała się i pokochała swojego męża, więc gwałt, który rozpoczął ich związek, jest niejako anulowany. I w końcu trzeci gwałt (piszę o gwałtach na pierwszoplanowych bohaterkach, oczywiście; inne, drugo-, trzecio- i szesnastoplanowe postaci są gwałcone regularnie, ale nikogo do tej pory to nie oburzało), Ramsay Bolton w noc poślubną gwałci Sansę Stark. I każe Greyjoyowi, który się z Sansą wychował, na to patrzeć. Nie widzimy samej sceny, widzimy krótko twarz Sansy, a potem widzimy tylko twarz zmuszonego do patrzenia Theona i słyszymy krzyki i płacz Sansy. Tylko czego właściwie, po tych pięciu sezonach, się spodziewaliśmy? Przecież wiadomo było, że Ramsay Bolton to sadystyczny psychopata (tortury i okaleczenie Theona, polowanie z psami na kobiety, które znudziły mu się jako kochanki, wreszcie, w ostatnich odcinkach widać, jak dwuznaczne jest położenie Myrandy, jego dotychczasowej kochanki, która zarazem chyba go kocha i boi się, że podzieli los poprzedniczek, rozszarpana żywcem przez myśliwskie ogary). Ramsay pokazał Sansie, co stało się z Theonem. Myranda wyraźnie powiedziała jej, jak kończą kobiety, które znudzą się Ramsayowi. Widzowie dali się zwieść uroczemu zachowaniu Ramsaya wobec Sansy przed małżeństwem? Serio? Nawet ona nie dała się zwieść i przeczuwała, w co się pakuje.
Zresztą stosunek do tych trzech gwałtów wskazuje na obłudę widzów (i nasze przyzwyczajenia narracyjne). Cersei nie lubimy, więc właściwie oburzenie dotyczyło tylko tego, że "ten miły facet, jakim stał się Jaime, nie mógłby zrobić czegoś takiego". Daenerys została zgwałcona zanim ją polubiliśmy, poza tym w końcu pokochała swojego oprawcę. Więc tamte gwałty nie spowodowały oburzenia fanów. Ale gwałt na niewinnej Sansie, która od początku serialu już wiele wycierpiała, tak. Bo ją lubimy, bo tam był Theon, czemu się nie broniła i czemu Theon nie zaatakował Ramsaya. Jest to bardzo proste do wyjaśnienia z kilku perspektyw (dobry tekst na ten temat jest tu: All (hopefully) of the bad arguments about rape on Game of Thrones debunked):
- świat przedstawiony w "Grze o tron" to świat osadzony w konwencji fantasy, ale oparty na quasi-średniowiecznym, feudalnym modelu społeczeństwa. W takim modelu kobiety są przedmiotami, które służą do zawierania sojuszy, nawiązywania kontaktów między rodami, są biernymi pionkami w rozgrywkach politycznych. Jeśli chcą osiągnąć silną pozycję społeczną i odgrywać rolę polityczną (vide Cersei), to muszą odpowiednio wyjść za mąż, pochodzić z odpowiednio bogatej rodziny i umiejętnie grać swoimi wdziękami, aby manipulować mężczyznami (vide Margery). Zarazem jednak twórcy serialu zadbali, aby kobiety nie były wyłącznie obiektami. A ściślej rzecz ujmując: chociaż struktura tego świata czyni je przedmiotami, to twórcy scenariusza z Geogrem R.R. Martinem na czele uczynili kobiety bohaterkami wielowymiarowymi, często silnymi i ambitnymi, dążącymi do własnych celów w świecie, w którym są wyłącznie obiektami. Aranżowane małżeństwa, czasem nawet kilkunastoletnich dziewczynek, mogą się skończyć różnie. Wielką miłością, jak między Catelyn a Eddardem, szacunkiem i pewnym rodzajem sympatii, jak między Tyrionem a Sansą albo, co najbardziej prawdopodobne, gwałtem w noc poślubną. Jak w przypadku Daenerys i Khala Drogo. Jak w przypadku Sansy i Ramsaya. I to powinno budzić sprzeciw, oburzenie i dyskomfort widza. Jak budzi, to dobrze, znaczy że poczyniliśmy pewne postępy od średniowiecza jako społeczeństwo. Więc czemu fala deklaracji bojkotu serialu nie przelała się przez Internet po gwałcie Khala Drogo na Daenerys...? "Gra o tron", choć to serial popularny, potrafi nam zadać bardzo niewygodne pytania o naszą własną kulturę.
- czemu Sansa się nie broniła i czemu Theon nic nie zrobił: z kilku prostych powodów. W świecie, w którym funkcjonują bohaterowie, żona po ślubie jest własnością męża. Więc nawet gdyby Sansa się wyrwała i uciekła, a po drodze zamordowała kilkunastu strażników gołymi rękoma, to ktoś w końcu zwróciłby ją mężowi. A ten raczej nie zrozumiałby swojego błędu i nie próbował przepraszać i zacząć od nowa, tym razem z poszanowaniem jej podmiotowości. To po pierwsze. Po drugie, Sansa wiedziała, że to się wydarzy. Czy tego chciała? Na pewno nie. Ale, zmanipulowana przez Baelisha, postanowiła wyjść za młodego Boltona, aby finalnie pomścić swoją pomordowaną rodzinę i odzyskać Winterfell. Sansa wiele przeszła, już wie, jak funkcjonuje świat, w którym przyszło jej żyć. Postanowiła przetrwać. Ze świadomością tego, co się wydarzy. Czy to czyni ją w jakiś sposób winną? Nie. Czemu Theon nic nie zrobił? Bo Bolton uczynił z niego wrak człowieka. Theon jest sterroryzowany. Wielokrotnie w serialu widzieliśmy, że tortury i okaleczenia uczyniły z niego absolutnie posłusznego, sterroryzowanego niewolnika Ramsaya, wiernego, bo przerażonego. Bolton nie tylko torturował go fizycznie. Dał mu złudną nadzieję na wyzwolenie i ucieczkę. Która skończyła się powrotem na miejsce kaźni. Od tej pory Theon nie próbuje uciekać. Kiedy Yara, jego siostra, próbowała go wyzwolić, bronił się i krzyczał, że jest wierny Ramsayowi i nie da się zabrać z zamku oprawcy. Jak taki człowiek miałby nagle rzucić się na swojego oprawcę? Jednakże niektórzy, w tym ja, upatrują w tej scenie szansę na odrodzenie się Theona Greyjoya w Fetorze. I na zmianę relacji Sansa - Theon.
- to było narracyjnie konieczne. Wiemy, że Ramsay to sadystyczny psychopata. Gdyby nagle przy Sansie zmienił się w czułego i troskliwego małżonka, który rozumie, co już wycierpiała jego świeżo zaślubiona (coś a la Tyrion), to byłoby to szalenie niewiarygodne psychologicznie. I jak na standardy okrucieństwa w tym serialu, twórcy pokazali tę scenę subtelnie. Straszne rzeczy dzieją się w "Grze o tron" od pięciu sezonów. Z reguły są szczegółowo i precyzyjnie pokazywane. A zdanie o tym, że wszędzie na świecie krzywdzi się niewinne dziewczynki (poza Dorne, to chyba najsympatyczniejsze z siedmiu królestw) padało kilkakrotnie w serialu z ust różnych bohaterów.
- jeśli ta scena wzbudziła w Tobie dyskomfort i oburzenie, to dobrze. O to chodziło. Znaczy, że masz jakieś uczucia i skala przemocy i okrucieństwa w tym serialu Cię nie impregnowała. A teraz pytanie: czemu wcześniejsze sceny okrucieństwa i przemocy, także seksualnej, nie wzbudziły Twojego oburzenia i dyskomfortu...?
Reasumując, "Gra o tron" na pewno nie jest widowiskiem dla wszystkich. Idzie pod prąd schematom narracyjnym, przyzwyczajeniom widza i konwencjom wszelkim. Jest przesycona okrucieństwem i często także golizną, co ma dawać efekt "realistyczności" i "prawdziwości". Jest to serial dla ludzi dorosłych. Przedstawia świat, gdzie słabsi i mniejszości mogą być dowolnie maltretowani. To nie jest dobry świat. Nie chcielibyśmy w nim żyć. Można po kilku odcinkach stwierdzić, że to jednak nie dla nas i oglądać seriale czy filmy, gdzie się takie rzeczy nie dzieją. Jest spory wybór, naprawdę. Tyle że magnetyczna siła "Gry o tron" polega właśnie na tym, że jest okrutna i akcja rozwija się wbrew konwencji "dobro zwycięża". Tu nie ma Łucji, która magicznym płynem wskrzesi wszystkich zabitych w bitwie. A siła sceny gwałtu na Sansie polega, paradoksalnie, na jej subtelności. Nie widzieliśmy aktorki nagiej (a wiele innych aktorek w tym serialu widzieliśmy). Nie widzieliśmy samego gwałtu. Widzieliśmy krótko twarz Sansy, a potem twarz Theona. I słyszeliśmy. Gdyby ta scena została nakręcona tak, jak zwykle kręcone są sceny przemocy w tym serialu, czyli pokazujące absolutnie WSZYSTKO, z pornograficznym wręcz zbliżeniem, to może by nas to nie ruszyło. Jak nie ruszała nas Daenerys gwałcona w namiocie Khala Drogo. Ale minimalistyczne środki zrobiły swoje, po tej scenie czuliśmy się źle. Pojawiały się głosy, że gwałt nie powinien w ogóle być pokazywany w tym serialu. Jestem za tym, żeby gwałt w ogóle nie występował, ani w serialu, ani, przede wszystkim, poza nim. Ale występuje. Na masową skalę. Dokładnie jak w "Grze o tron". Tyle że podobnie jak w przypadku serialu, tak i w życiu pozaserialowym, wolimy tego nie widzieć.
Jeśli ktoś zabrał się do oglądania serialu bez czytania książki (jak ja), to już w pierwszym sezonie mógł się zorientować, że mało co będzie przebiegać tu po myśli widza. I że będzie wiele okrucieństwa, intryg, mordów, przemocy, manipulacji. Dla porządku przypomnijmy: w pierwszym sezonie ginie najuczciwszy, najsympatyczniejszy i najbardziej prawy oraz mężny bohater, kochający mąż i ojciec, bohater wojenny, etc. Eddard Stark. Grany zresztą przez najbardziej rozpoznawalnego aktora z całej obsady, Seana Beana. Już na początku oczekiwania widza, że prawda, dobro oraz rozpoznawalna twarz zapewniająca oglądalność show zwyciężą podłych Lannisterów, zostają zawiedzione. Skowyt wilkora Lady, należącego do Sansy, któremu Eddard podrzyna gardło na rozkaz króla, zmasakrowany przez Ogara syn rzeźnika, Bran Stark wypchnięty przez okno, pogarda lady Catelyn wobec ze wszech miar sympatycznego bękarta Jona Snowa, budzący odrazę kazirodczy związek Cersei i Jaime'iego, pałacowe gierki - czy po tym wszystkim komuś mogło się wydawać, że to wszystko dobrze się skończy? Że Eddard ujawni pochodzenie królewicza Joffreya, który zamiast być synem Roberta, jest owocem kazirodczego związku królowej i jej brata, lud i cała szlachta pójdą za nim, w podzięce za uczciwość dadzą mu tron, którego ten zrzeknie się na rzecz prawowitego władcy (który, przy okazji, będzie piękny, mądry, dobry, uczciwy i sprawiedliwy, jak Aragorn w Gondorze)? I że Eddard Stark wróci do Winterfell, do stęsknionej i kochającej żony, Bran odzyska władzę w nogach, Jon zostanie włączony do herbu za zgodą lady Catelyn, Sansa poślubi przystojnego i w pełni jej oddanego lorda z odpowiednio uroczą posiadłością, a Arya zostanie szlachetną rycerką? Pewnie, że byśmy tak chcieli. Bo Starkowie na ogół budzą sympatię. Ale już po pierwszych kilku odcinkach można się zorientować, że tak nie będzie. I dlatego właśnie oglądamy ten serial: bo zamiast znanego nam skądinąd schematu "dobro i prawda zawsze zwycięża" dostajemy krwawą sieczkę, w której nasi ulubieni bohaterowie albo giną, albo przydarzają im się koszmarne rzeczy.
Poza tym bohaterowie serialu nie są czarno-biali. Podział na złych i dobrych nie jest oczywisty, postaci ewoluują. Kto w pierwszym sezonie lubił Jaime'iego Lannistera? Nikt, podejrzewam. Postać zupełnie nie budziła sympatii. Sypia ze swoją siostrą, wypchnął Brana z okna wieży, jest pyszałkowatym bubkiem z dobrym nazwiskiem. Ale później? W trakcie jego podróży z Brienne? W niewoli u Boltonów? Po odcięciu ręki? Po powrocie do Królewskiej Przystani? I jak już go zaczęliśmy trochę lubić, bo wydawało nam się, że się zmienił, to on gwałci swoją siostrę przy zwłokach własnego syna. Ta-dam. No ale Cersei nie lubimy, więc może jej się należało. Trochę się widzowie pooburzali, że taki fajny Jaime był i znowu go zepsuli. A gwałt Khala Drogo na Daenerys (i żeby to jeden...)? No, też się specjalnie nie przejęliśmy, bo to był początek serialu, jeszcze się z Daenerys nie zżyliśmy, poza tym Khal Drogo jest nieziemsko przystojny. No i w końcu Daenerys przywiązała się i pokochała swojego męża, więc gwałt, który rozpoczął ich związek, jest niejako anulowany. I w końcu trzeci gwałt (piszę o gwałtach na pierwszoplanowych bohaterkach, oczywiście; inne, drugo-, trzecio- i szesnastoplanowe postaci są gwałcone regularnie, ale nikogo do tej pory to nie oburzało), Ramsay Bolton w noc poślubną gwałci Sansę Stark. I każe Greyjoyowi, który się z Sansą wychował, na to patrzeć. Nie widzimy samej sceny, widzimy krótko twarz Sansy, a potem widzimy tylko twarz zmuszonego do patrzenia Theona i słyszymy krzyki i płacz Sansy. Tylko czego właściwie, po tych pięciu sezonach, się spodziewaliśmy? Przecież wiadomo było, że Ramsay Bolton to sadystyczny psychopata (tortury i okaleczenie Theona, polowanie z psami na kobiety, które znudziły mu się jako kochanki, wreszcie, w ostatnich odcinkach widać, jak dwuznaczne jest położenie Myrandy, jego dotychczasowej kochanki, która zarazem chyba go kocha i boi się, że podzieli los poprzedniczek, rozszarpana żywcem przez myśliwskie ogary). Ramsay pokazał Sansie, co stało się z Theonem. Myranda wyraźnie powiedziała jej, jak kończą kobiety, które znudzą się Ramsayowi. Widzowie dali się zwieść uroczemu zachowaniu Ramsaya wobec Sansy przed małżeństwem? Serio? Nawet ona nie dała się zwieść i przeczuwała, w co się pakuje.
Zresztą stosunek do tych trzech gwałtów wskazuje na obłudę widzów (i nasze przyzwyczajenia narracyjne). Cersei nie lubimy, więc właściwie oburzenie dotyczyło tylko tego, że "ten miły facet, jakim stał się Jaime, nie mógłby zrobić czegoś takiego". Daenerys została zgwałcona zanim ją polubiliśmy, poza tym w końcu pokochała swojego oprawcę. Więc tamte gwałty nie spowodowały oburzenia fanów. Ale gwałt na niewinnej Sansie, która od początku serialu już wiele wycierpiała, tak. Bo ją lubimy, bo tam był Theon, czemu się nie broniła i czemu Theon nie zaatakował Ramsaya. Jest to bardzo proste do wyjaśnienia z kilku perspektyw (dobry tekst na ten temat jest tu: All (hopefully) of the bad arguments about rape on Game of Thrones debunked):
- świat przedstawiony w "Grze o tron" to świat osadzony w konwencji fantasy, ale oparty na quasi-średniowiecznym, feudalnym modelu społeczeństwa. W takim modelu kobiety są przedmiotami, które służą do zawierania sojuszy, nawiązywania kontaktów między rodami, są biernymi pionkami w rozgrywkach politycznych. Jeśli chcą osiągnąć silną pozycję społeczną i odgrywać rolę polityczną (vide Cersei), to muszą odpowiednio wyjść za mąż, pochodzić z odpowiednio bogatej rodziny i umiejętnie grać swoimi wdziękami, aby manipulować mężczyznami (vide Margery). Zarazem jednak twórcy serialu zadbali, aby kobiety nie były wyłącznie obiektami. A ściślej rzecz ujmując: chociaż struktura tego świata czyni je przedmiotami, to twórcy scenariusza z Geogrem R.R. Martinem na czele uczynili kobiety bohaterkami wielowymiarowymi, często silnymi i ambitnymi, dążącymi do własnych celów w świecie, w którym są wyłącznie obiektami. Aranżowane małżeństwa, czasem nawet kilkunastoletnich dziewczynek, mogą się skończyć różnie. Wielką miłością, jak między Catelyn a Eddardem, szacunkiem i pewnym rodzajem sympatii, jak między Tyrionem a Sansą albo, co najbardziej prawdopodobne, gwałtem w noc poślubną. Jak w przypadku Daenerys i Khala Drogo. Jak w przypadku Sansy i Ramsaya. I to powinno budzić sprzeciw, oburzenie i dyskomfort widza. Jak budzi, to dobrze, znaczy że poczyniliśmy pewne postępy od średniowiecza jako społeczeństwo. Więc czemu fala deklaracji bojkotu serialu nie przelała się przez Internet po gwałcie Khala Drogo na Daenerys...? "Gra o tron", choć to serial popularny, potrafi nam zadać bardzo niewygodne pytania o naszą własną kulturę.
- czemu Sansa się nie broniła i czemu Theon nic nie zrobił: z kilku prostych powodów. W świecie, w którym funkcjonują bohaterowie, żona po ślubie jest własnością męża. Więc nawet gdyby Sansa się wyrwała i uciekła, a po drodze zamordowała kilkunastu strażników gołymi rękoma, to ktoś w końcu zwróciłby ją mężowi. A ten raczej nie zrozumiałby swojego błędu i nie próbował przepraszać i zacząć od nowa, tym razem z poszanowaniem jej podmiotowości. To po pierwsze. Po drugie, Sansa wiedziała, że to się wydarzy. Czy tego chciała? Na pewno nie. Ale, zmanipulowana przez Baelisha, postanowiła wyjść za młodego Boltona, aby finalnie pomścić swoją pomordowaną rodzinę i odzyskać Winterfell. Sansa wiele przeszła, już wie, jak funkcjonuje świat, w którym przyszło jej żyć. Postanowiła przetrwać. Ze świadomością tego, co się wydarzy. Czy to czyni ją w jakiś sposób winną? Nie. Czemu Theon nic nie zrobił? Bo Bolton uczynił z niego wrak człowieka. Theon jest sterroryzowany. Wielokrotnie w serialu widzieliśmy, że tortury i okaleczenia uczyniły z niego absolutnie posłusznego, sterroryzowanego niewolnika Ramsaya, wiernego, bo przerażonego. Bolton nie tylko torturował go fizycznie. Dał mu złudną nadzieję na wyzwolenie i ucieczkę. Która skończyła się powrotem na miejsce kaźni. Od tej pory Theon nie próbuje uciekać. Kiedy Yara, jego siostra, próbowała go wyzwolić, bronił się i krzyczał, że jest wierny Ramsayowi i nie da się zabrać z zamku oprawcy. Jak taki człowiek miałby nagle rzucić się na swojego oprawcę? Jednakże niektórzy, w tym ja, upatrują w tej scenie szansę na odrodzenie się Theona Greyjoya w Fetorze. I na zmianę relacji Sansa - Theon.
- to było narracyjnie konieczne. Wiemy, że Ramsay to sadystyczny psychopata. Gdyby nagle przy Sansie zmienił się w czułego i troskliwego małżonka, który rozumie, co już wycierpiała jego świeżo zaślubiona (coś a la Tyrion), to byłoby to szalenie niewiarygodne psychologicznie. I jak na standardy okrucieństwa w tym serialu, twórcy pokazali tę scenę subtelnie. Straszne rzeczy dzieją się w "Grze o tron" od pięciu sezonów. Z reguły są szczegółowo i precyzyjnie pokazywane. A zdanie o tym, że wszędzie na świecie krzywdzi się niewinne dziewczynki (poza Dorne, to chyba najsympatyczniejsze z siedmiu królestw) padało kilkakrotnie w serialu z ust różnych bohaterów.
- jeśli ta scena wzbudziła w Tobie dyskomfort i oburzenie, to dobrze. O to chodziło. Znaczy, że masz jakieś uczucia i skala przemocy i okrucieństwa w tym serialu Cię nie impregnowała. A teraz pytanie: czemu wcześniejsze sceny okrucieństwa i przemocy, także seksualnej, nie wzbudziły Twojego oburzenia i dyskomfortu...?
Reasumując, "Gra o tron" na pewno nie jest widowiskiem dla wszystkich. Idzie pod prąd schematom narracyjnym, przyzwyczajeniom widza i konwencjom wszelkim. Jest przesycona okrucieństwem i często także golizną, co ma dawać efekt "realistyczności" i "prawdziwości". Jest to serial dla ludzi dorosłych. Przedstawia świat, gdzie słabsi i mniejszości mogą być dowolnie maltretowani. To nie jest dobry świat. Nie chcielibyśmy w nim żyć. Można po kilku odcinkach stwierdzić, że to jednak nie dla nas i oglądać seriale czy filmy, gdzie się takie rzeczy nie dzieją. Jest spory wybór, naprawdę. Tyle że magnetyczna siła "Gry o tron" polega właśnie na tym, że jest okrutna i akcja rozwija się wbrew konwencji "dobro zwycięża". Tu nie ma Łucji, która magicznym płynem wskrzesi wszystkich zabitych w bitwie. A siła sceny gwałtu na Sansie polega, paradoksalnie, na jej subtelności. Nie widzieliśmy aktorki nagiej (a wiele innych aktorek w tym serialu widzieliśmy). Nie widzieliśmy samego gwałtu. Widzieliśmy krótko twarz Sansy, a potem twarz Theona. I słyszeliśmy. Gdyby ta scena została nakręcona tak, jak zwykle kręcone są sceny przemocy w tym serialu, czyli pokazujące absolutnie WSZYSTKO, z pornograficznym wręcz zbliżeniem, to może by nas to nie ruszyło. Jak nie ruszała nas Daenerys gwałcona w namiocie Khala Drogo. Ale minimalistyczne środki zrobiły swoje, po tej scenie czuliśmy się źle. Pojawiały się głosy, że gwałt nie powinien w ogóle być pokazywany w tym serialu. Jestem za tym, żeby gwałt w ogóle nie występował, ani w serialu, ani, przede wszystkim, poza nim. Ale występuje. Na masową skalę. Dokładnie jak w "Grze o tron". Tyle że podobnie jak w przypadku serialu, tak i w życiu pozaserialowym, wolimy tego nie widzieć.
poniedziałek, 11 maja 2015
Nieplanowana przerwa w nadawaniu
Za nieplanowaną przerwę w nadawaniu przepraszam. Nie nadążam za własnym życiem, odjeżdża mi ono z peronu, a ja nawet nie mam czasu mu pomachać chusteczką na do widzenia. Jakoś nagle zrobiło się milion rzeczy do zrobienia. Choć, gdyby spojrzeć na to z boku, nie zajmuję się niczym, czym nie zwykłyby zajmować się panienki z tzw. dobrych domów pod koniec XIX i na początku XX wieku. Czytuję powieści i poezyje, jeżdżę na konne spacery i mam lekcje francuskiego. Gdybym z ulgą nie porzuciła fortepianu pod koniec podstawówki i gdyby papa abonował mi francuskie pisma dla panien, byłabym niemalże Marią Pawlikowską-Jasnorzewską (może porzuciłam pisanie o niej rozprawy przez nieuświadomione podobieństwo...? ja też jestem w stanie pochłonąć miskę bobu w samotności w trakcie jednego posiedzenia z książką). Tyle że czytywanie powieści i poezyj to mój słabo płatny "zawód" (głównie miłosny; patrz też: R. Barthes: "Przyjemność tekstu"), konne spacery to wyciskanie siódmych potów z siebie i mało urodziwego kucyka (ostatnio pod okiem nowych trenerów, w nowym miejscu i kucykiem dzielę się z małą J., która stawia pierwsze kroki w jeździectwie, zakochała się w niezbyt przepastnych oczach Patafiana i plecie mu warkocze na grzywie i ogonie), a lekcje francuskiego mam nie z guwernantką, z mme G., która wyznaje zasadę bezlitosnego ciśnięcia grupy ku chwale międzynarodowej frankofonii. Za co, oczywiście, jestem jej wdzięczna.
A jak już jestem przy niedzisiejszym pięknoduchostwie i pozuję przed Czytelnikami na nową Lilkę, to podzielę się cytatem z podobnie nieco niedzisiejszego, ale jakże uroczego i czarującego prozaika, do którego mam nieskrywaną słabość. Jacek Dehnel po prostu mi się nie nudzi. A jego felietony trafiają w moje poczucie humoru i przypominając sobie na zajęcia ze studentami jego teksty o neteraturze, przejrzałam z rozpędu po raz nie wiem który całego "Młodszego księgowego". Charakterystykę środowiska literackiego Dehnel robi tyleż złośliwą, co bliską niejako prawdy:
Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu - ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku... i oj, odkuje się!
Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjeżdża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w "Pypciu Prozy", w następnym miesiącu w dziale recenzji "Pępucha Ducha" dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.
J. Dehnel: Prawdziwa cnota: krytyk się boi. W: Tegoż: Młodszy księgowy. O książkach, pisaniu i czytaniu. Warszawa 2013, s. 14. Polecam całość.
No i czyż nie jest cudowne? Jak się Państwu nie podoba, to Państwo nie czują klimatu. A ja jestem psychofanką Jacka Dehnela, co objawiłam bezpośrednio zainteresowanemu, podsuwając mu książkę do podpisu. I informując go, że to ja maile pisałam, licencjat o twórczości popełniłam, a nazajutrz spotkanie z PT autorem w kawiarni w Katowicach poprowadzę. Zawzięty psychofan to jednak psychofan.
Jeśli chodzi o wybory prezydenckie, to spełniłam obywatelski obowiązek i choć miałam szczery zamiar głosować na jedyną słuszną kandydatkę, to jest na Sarnę z Krzesłem na Głowie (In sarna we trust!), to jednak stojąc nad tym smutnym karteluchem, na którym były same smutne nazwiska smutnych panów i jednej pani pozbawionej emocji, która jednak ma dość falliczne nazwisko, zebrała się we mnie powaga przodków, krew za demokrację przelana nie po to, żebym ja głosowała na zwierzęta z przedmiotami na głowach (choć w roli prezydenta Polski wyględna sarna sprawdziłaby się tak samo, jeśli nie lepiej, od niegdyś wąsatego, a teraz gładko ogolonego myśliwego, który do takich saren zwykł mierzyć z dwururki) i skreśliłam nazwisko jednego z kandydatów bez przekonania. A raczej z głębokim przekonaniem, że nie jest to dobry wybór.
Studenci to jednak są zielone świnie (parafrazuję Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a raczej jedną z bohaterek Teatrzyku "Zielona Gęś", Hermenegildę Kociubińską, która tym mianem określiła wszelkich samców). Nie przeczytali mi, ani jeden, ani jedna, Absolutnej amnezji. I jeszcze mi mówią, że to dlatego, że licencjaty pisali. Wszyscy. Dwadzieścia kilka osób poczuło wenę akurat w ubiegłym tygodniu i nic, tylko 24/7 trzaskali prace dyplomowe jak dzicy. A ja specjalnie dla nich koszulkę tematyczną z de Beauvoir założyłam, no.
Wybaczcie ten notatkowo-szczątkowo-nieuczesany fragment dywagacji swobodnych, ale z pisania to ostatnio moją najdłuższą formą był sms. Następnym razem (co nastąpi niebawem) napiszę coś bardziej składnego, spójniejszego tematycznie i rozgarniętego. Jak dogonię ten pociąg z pierwszego akapitu. Mamo, tato, jestem w pralce.
A jak już jestem przy niedzisiejszym pięknoduchostwie i pozuję przed Czytelnikami na nową Lilkę, to podzielę się cytatem z podobnie nieco niedzisiejszego, ale jakże uroczego i czarującego prozaika, do którego mam nieskrywaną słabość. Jacek Dehnel po prostu mi się nie nudzi. A jego felietony trafiają w moje poczucie humoru i przypominając sobie na zajęcia ze studentami jego teksty o neteraturze, przejrzałam z rozpędu po raz nie wiem który całego "Młodszego księgowego". Charakterystykę środowiska literackiego Dehnel robi tyleż złośliwą, co bliską niejako prawdy:
Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu - ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku... i oj, odkuje się!
Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjeżdża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w "Pypciu Prozy", w następnym miesiącu w dziale recenzji "Pępucha Ducha" dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.
J. Dehnel: Prawdziwa cnota: krytyk się boi. W: Tegoż: Młodszy księgowy. O książkach, pisaniu i czytaniu. Warszawa 2013, s. 14. Polecam całość.
No i czyż nie jest cudowne? Jak się Państwu nie podoba, to Państwo nie czują klimatu. A ja jestem psychofanką Jacka Dehnela, co objawiłam bezpośrednio zainteresowanemu, podsuwając mu książkę do podpisu. I informując go, że to ja maile pisałam, licencjat o twórczości popełniłam, a nazajutrz spotkanie z PT autorem w kawiarni w Katowicach poprowadzę. Zawzięty psychofan to jednak psychofan.
Jeśli chodzi o wybory prezydenckie, to spełniłam obywatelski obowiązek i choć miałam szczery zamiar głosować na jedyną słuszną kandydatkę, to jest na Sarnę z Krzesłem na Głowie (In sarna we trust!), to jednak stojąc nad tym smutnym karteluchem, na którym były same smutne nazwiska smutnych panów i jednej pani pozbawionej emocji, która jednak ma dość falliczne nazwisko, zebrała się we mnie powaga przodków, krew za demokrację przelana nie po to, żebym ja głosowała na zwierzęta z przedmiotami na głowach (choć w roli prezydenta Polski wyględna sarna sprawdziłaby się tak samo, jeśli nie lepiej, od niegdyś wąsatego, a teraz gładko ogolonego myśliwego, który do takich saren zwykł mierzyć z dwururki) i skreśliłam nazwisko jednego z kandydatów bez przekonania. A raczej z głębokim przekonaniem, że nie jest to dobry wybór.
Studenci to jednak są zielone świnie (parafrazuję Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a raczej jedną z bohaterek Teatrzyku "Zielona Gęś", Hermenegildę Kociubińską, która tym mianem określiła wszelkich samców). Nie przeczytali mi, ani jeden, ani jedna, Absolutnej amnezji. I jeszcze mi mówią, że to dlatego, że licencjaty pisali. Wszyscy. Dwadzieścia kilka osób poczuło wenę akurat w ubiegłym tygodniu i nic, tylko 24/7 trzaskali prace dyplomowe jak dzicy. A ja specjalnie dla nich koszulkę tematyczną z de Beauvoir założyłam, no.
Wybaczcie ten notatkowo-szczątkowo-nieuczesany fragment dywagacji swobodnych, ale z pisania to ostatnio moją najdłuższą formą był sms. Następnym razem (co nastąpi niebawem) napiszę coś bardziej składnego, spójniejszego tematycznie i rozgarniętego. Jak dogonię ten pociąg z pierwszego akapitu. Mamo, tato, jestem w pralce.
czwartek, 23 kwietnia 2015
Sceny z życia morsów, czyli mówcie mi Elsa
Źródło zdjęcia: http://www.fanpop.com/clubs/frozen/images/35473459/title/elsa-photo
Widzieliście "Frozen"? Jeśli nie, to koniecznie zobaczcie, bo od dziś reaguję wyłącznie na imię "Elsa". Od dzisiaj tak jak Elsa będę mogła biegać w półprzezroczystej sukni z gołymi ramionami po śniegach Skandynawii. Nic mnie nie ruszy.
Czasami sobie myślę, że spośród niewielu zalet, jakie posiadam, największymi moimi atutami są inteligencja i dar organizacyjny. Mogę niedomagać w wielu innych kwestiach, ale tych dwóch rzeczy jestem pewna: jestem bystra i ogarniam. Moje drugie "ja" to niemiecka frau Helga, która panuje nad wszystkim. Ordnung must sein! Zaplanować, wykonać, dyscyplina i porządek. Sumienność. Niezawodność. Obowiązkowość. Punktualność. Kto się teraz roześmiał w głos, wspominając moje karczemne spóźnienia, tego pragnę poinformować, że za większość z nich odpowiada mój Luby, który zawsze ma czas. Od dzisiaj jednak nie jestem tak dogłębnie pewna mojego ogarniania. Helga zwinęła się w kłębek i chlipie nad porażką.
Luby wstał dziś wcześnie, gdyż o 8:00 zaczyna zajęcia ze studentami. Bardzo "niefilozoficzna godzina", jak o zajęciach porannych powiedział Paweł, kolega doktorant z Instytutu Filozofii. Ja jeszcze poprzewracałam się w betach do 7:30. Pożegnałam Lubego, który koniecznie musiał zasięgnąć rady ("Ubrałem się tak, jak mi Marcin poradził, marynarka i t-shirt, że wiesz, niby że poważnie, ale jednak jestem fajny. Wookie-dżentelmen to chyba dobry nadruk, nie?" - "Jak Marcin tak powiedział, to tak jest dobrze. Idź, powodzenia") i zabrałam się za poranne obowiązki. Karmienie kota, zmywanie, sprzątanie kuwety, podlewanie kwiatków, prasowanie, własne śniadanko i kawa. Mam czas. Gotowa muszę być na 12:00, bo wtedy przyjdą panowie od gazu. Bo była awaria i oni teraz muszą sprawdzić, czy wszystko działa. No ale mam czas. Więc o 9:20 nałożyłam na włosy "reaktywator koloru", żeby odświeżyć moją irlandzką czerwień i zabrałam się za zmywanie drugiej partii garów, podczas kiedy kolor wsiąkał mi w czuprynę. Zmywam i coś mi ciepła woda nie leci. Lodowata. I nie nagrzewa się, wciąż lodowata. I nagle olśnienie. Przecież na karteczce wywieszonej na drzwiach do naszej klatki jasno napisane było, że wyłączą gaz od 9:00. Więc nie ma szans, żeby mi się woda zagrzała. Zamarłam. Przed ablucjami, z ciężko spłukującym się reaktywatorem, z perspektywą na kąpiel w przerębli, w którą zamienił się mój prysznic do godziny 13:00. O nie. Nie ma takiej siły. Nie wejdę pod ten lodowaty prysznic (a tymczasem dłonie szorujące garnek drętwieją od lodowatej wody). Reaktywator spłuczę chyba z kubka, zagrzeję sobie wodę w czajniku. Zajmie mi to z godzinę. I zachlapię całą łazienkę. Nope, nope, nope. Ale ja nie wejdę pod prysznic. I wtedy właśnie uaktywniło się moje "ja?! ja nie dam rady?!". Przypomniałam sobie, jak na wakacjach pod namiotem w Bornem Sulinowie wstawałam wcześnie rano, żeby się umyć w zimnym jeziorze w samotności (nastolatkom czasem odwala na punkcie higieny...). I wchodziłam do tej wody i szorowałam się w najlepsze. Normalni ludzie czekali, aż woda się ogrzeje i myli się popołudniu. Ale nie Helga. Helga dla zdrowia w zimnym jeziorze z samego rana. Jak na obozie jeździeckim w Gładyszowie myłam się w strumieniu, bo tam woda była cieplejsza, niż pod prysznicami. I jak mieli mnie odwiedzić rodzice, więc zacisnęłam zęby i umyłam się porządnie pod prysznicem. Jeśli byłam tak harda jako 10-latka i 14-latka, to jako 24-latka nie dam rady?! Poza tym w lipcu zawsze marzę o ubieganiu się o azyl klimatyczny w Szwecji. I jestem tak blada i jasnooka, że podejrzewam spowinowacenie z jeńcami szwedzkimi, ostałymi się z potopu, a osadzonymi przy klasztorze niedaleko rodzinnej wsi ojca. Po prostu powinnam być Elsą i mieszkać w Malmö. W Ikei odzyskuję duchowy spokój. Wyskoczyłam więc ze szlafroka i nie namyślając się wiele, odkręciłam wodę. Wzięłam trzy głośne wdechy i wlazłam pod strumień. W trzech podejściach spłukałam reaktywator z włosów, umyłam się cała i wypłukałam. Skóra na głowie dosłownie mnie bolała. Kiedy wyszłam spod prysznica, miałam twarz tak czerwoną, jak po kilkugodzinnym spacerze przy -10 stopniach. Podobnie resztę ciała. Wytarłam się, szczękając zębami i wybałuszając oczy, owinęłam się w dwa koce i siadłam na kanapie, próbując opanować dreszcze. Zaczęłam ubolewać nad własną bezbrzeżną głupotą i nieogarem.
Ale od dziś jestem Elsa. Od dziś jestem morsem. Kto nie ogarnia, ten ma za swoje.
Widzieliście "Frozen"? Jeśli nie, to koniecznie zobaczcie, bo od dziś reaguję wyłącznie na imię "Elsa". Od dzisiaj tak jak Elsa będę mogła biegać w półprzezroczystej sukni z gołymi ramionami po śniegach Skandynawii. Nic mnie nie ruszy.
Czasami sobie myślę, że spośród niewielu zalet, jakie posiadam, największymi moimi atutami są inteligencja i dar organizacyjny. Mogę niedomagać w wielu innych kwestiach, ale tych dwóch rzeczy jestem pewna: jestem bystra i ogarniam. Moje drugie "ja" to niemiecka frau Helga, która panuje nad wszystkim. Ordnung must sein! Zaplanować, wykonać, dyscyplina i porządek. Sumienność. Niezawodność. Obowiązkowość. Punktualność. Kto się teraz roześmiał w głos, wspominając moje karczemne spóźnienia, tego pragnę poinformować, że za większość z nich odpowiada mój Luby, który zawsze ma czas. Od dzisiaj jednak nie jestem tak dogłębnie pewna mojego ogarniania. Helga zwinęła się w kłębek i chlipie nad porażką.
Luby wstał dziś wcześnie, gdyż o 8:00 zaczyna zajęcia ze studentami. Bardzo "niefilozoficzna godzina", jak o zajęciach porannych powiedział Paweł, kolega doktorant z Instytutu Filozofii. Ja jeszcze poprzewracałam się w betach do 7:30. Pożegnałam Lubego, który koniecznie musiał zasięgnąć rady ("Ubrałem się tak, jak mi Marcin poradził, marynarka i t-shirt, że wiesz, niby że poważnie, ale jednak jestem fajny. Wookie-dżentelmen to chyba dobry nadruk, nie?" - "Jak Marcin tak powiedział, to tak jest dobrze. Idź, powodzenia") i zabrałam się za poranne obowiązki. Karmienie kota, zmywanie, sprzątanie kuwety, podlewanie kwiatków, prasowanie, własne śniadanko i kawa. Mam czas. Gotowa muszę być na 12:00, bo wtedy przyjdą panowie od gazu. Bo była awaria i oni teraz muszą sprawdzić, czy wszystko działa. No ale mam czas. Więc o 9:20 nałożyłam na włosy "reaktywator koloru", żeby odświeżyć moją irlandzką czerwień i zabrałam się za zmywanie drugiej partii garów, podczas kiedy kolor wsiąkał mi w czuprynę. Zmywam i coś mi ciepła woda nie leci. Lodowata. I nie nagrzewa się, wciąż lodowata. I nagle olśnienie. Przecież na karteczce wywieszonej na drzwiach do naszej klatki jasno napisane było, że wyłączą gaz od 9:00. Więc nie ma szans, żeby mi się woda zagrzała. Zamarłam. Przed ablucjami, z ciężko spłukującym się reaktywatorem, z perspektywą na kąpiel w przerębli, w którą zamienił się mój prysznic do godziny 13:00. O nie. Nie ma takiej siły. Nie wejdę pod ten lodowaty prysznic (a tymczasem dłonie szorujące garnek drętwieją od lodowatej wody). Reaktywator spłuczę chyba z kubka, zagrzeję sobie wodę w czajniku. Zajmie mi to z godzinę. I zachlapię całą łazienkę. Nope, nope, nope. Ale ja nie wejdę pod prysznic. I wtedy właśnie uaktywniło się moje "ja?! ja nie dam rady?!". Przypomniałam sobie, jak na wakacjach pod namiotem w Bornem Sulinowie wstawałam wcześnie rano, żeby się umyć w zimnym jeziorze w samotności (nastolatkom czasem odwala na punkcie higieny...). I wchodziłam do tej wody i szorowałam się w najlepsze. Normalni ludzie czekali, aż woda się ogrzeje i myli się popołudniu. Ale nie Helga. Helga dla zdrowia w zimnym jeziorze z samego rana. Jak na obozie jeździeckim w Gładyszowie myłam się w strumieniu, bo tam woda była cieplejsza, niż pod prysznicami. I jak mieli mnie odwiedzić rodzice, więc zacisnęłam zęby i umyłam się porządnie pod prysznicem. Jeśli byłam tak harda jako 10-latka i 14-latka, to jako 24-latka nie dam rady?! Poza tym w lipcu zawsze marzę o ubieganiu się o azyl klimatyczny w Szwecji. I jestem tak blada i jasnooka, że podejrzewam spowinowacenie z jeńcami szwedzkimi, ostałymi się z potopu, a osadzonymi przy klasztorze niedaleko rodzinnej wsi ojca. Po prostu powinnam być Elsą i mieszkać w Malmö. W Ikei odzyskuję duchowy spokój. Wyskoczyłam więc ze szlafroka i nie namyślając się wiele, odkręciłam wodę. Wzięłam trzy głośne wdechy i wlazłam pod strumień. W trzech podejściach spłukałam reaktywator z włosów, umyłam się cała i wypłukałam. Skóra na głowie dosłownie mnie bolała. Kiedy wyszłam spod prysznica, miałam twarz tak czerwoną, jak po kilkugodzinnym spacerze przy -10 stopniach. Podobnie resztę ciała. Wytarłam się, szczękając zębami i wybałuszając oczy, owinęłam się w dwa koce i siadłam na kanapie, próbując opanować dreszcze. Zaczęłam ubolewać nad własną bezbrzeżną głupotą i nieogarem.
Ale od dziś jestem Elsa. Od dziś jestem morsem. Kto nie ogarnia, ten ma za swoje.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Z cyklu: przygody na orbicie ślubnej. Jeden cytat, dwóch filologów, długie godziny z nosem w książkach
Po ostatnim wpisie na temat organizacji ślubu i wesela, zaskakująco popularnym jak na standardy tego bloga, przyszedł czas na kolejną wycieczkę do krainy tiulu, koronek, sztucznej satyny, żenujących rymów i odcisków zjełczałych szminek na policzkach młodej pary. Otóż poczyniliśmy znaczące postępy w organizacji naszego ślubu i wesela. Stan na 20.04.2015:
- znaleźliśmy współmałżonka
- mamy zarezerwowaną restaurację i podpisaną umowę
- zapisaliśmy się w USC na interesujący nas termin
- dopięliśmy listę gości
- mam sukienkę, buty i ogólną WIZJĘ; tu ciekawostka: przez rok twierdziłam, że chcę prostą, kremową sukienkę "w kolanko" bez żadnych ozdób. Plan niemalże udało się zrealizować. Bo mam sukienkę. Z tym, że jest różowo-kremowa i koronkowa. No, ale jak pisała Pawlikowska-Jasnorzewska,"Zamiast sukni białej, trumiennego symbolu, różowa. Zawsze się boję tych ślubnych sukienek. Ponure, prawda? Mają coś z męczennicy, coś z procesji, a coś też z wielkanocnego indyka, w białym strzyżonym papierze, z gałązką bukszpanu. O, nie lubię. Różowy tiul, różowy kapelusz, to co innego, to wróży różową przyszłość." (Ama, "Szofer Archibald", 1924 r.).
- wybraliśmy wzór zaproszeń
I o tym ostatnim chcę co nieco opowiedzieć. Sam wybór wzoru nie był sprawą skomplikowaną. Z Międzyplanetarnych Targów Ślubnych (do relacji własnej odsyłam - KLIK) wynieśliśmy trzy ulotki trzech firm oferujących względnie minimalistyczne zaproszenia. Z ich stron internetowych wyselekcjonowałam kilka propozycji. Na prowadzenie wysuwali się "gramatyczni i typograficzni naziści", którzy doliczali sobie za poprawianie literówek, błędów ortograficznych oraz zmiany z caps locka na normalny format. Zarzekali się też, że nie przyjmują zamówień, w których liczba czcionek na jeden tekst jest większa niż 2. Ostatecznie po konsultacjach społecznych (mój organizacyjny dream team - Matka Jolanta i Siostra Anna) zdecydowaliśmy się na eleganckie zaproszenie z możliwie niewielką ilością zdobień, wstążek, kryształków i marszczeń. Wszystko szło gładko - ostatecznie cóż to za wysiłek dla dwóch polonistów, żeby napisać tekst zaproszenia i poodmieniać imiona i nazwiska gości w bierniku? Sprawdziliśmy wszystko ze trzy razy, wyeliminowaliśmy literówki, potknięcia, ustaliliśmy formę nazwisk kłopotliwych (Zublów czy Zubli?) i zadowoleni z siebie wypełnialiśmy kolejne pola formularza. Stanęliśmy na polu "wierszyk/cytat".
Ja: Chcemy jakiś cytat? No ja nie wiem... Nasza robota polega na cytatach, może dajmy se spokój... Poza tym wszystkie cytaty, jakie przychodzą mi do głowy w związku z małżeństwem, nie napawają przesadnym optymizmem...
Luby: A na przykład jakie ci przychodzą?
J: "Gdy na dziewczynę zawołają: żono! Już ją żywcem pogrzebiono!". Masz coś lepszego?
L: Pewnie, że mam! Z "Wesela"! "Topi się, kto bierze żonę! - Nie utonę, nie utonę!"
J: No i sam widzisz, nic, tylko się powiesić...
L: ...ostał ci się jeno sznur...
Więc stanęło na tym, że bez cytatu. Chcę wysłać formularz, a on się wysłać nie chcę. I wyskakuje mi komunikat na czerwono: "PROSZĘ UZUPEŁNIĆ KOLUMNĘ: WIERSZYK".
J: Noż by ich...! Wierszyk, pies ich trącał, wierszyk! A co ja jestem, rozśpiewany przedszkolak, żeby wierszyki znać?!
L: O małżeństwie to może być "Na kanapie leży leń / Nic nie robi cały dzień"...
J: Ja im znajdę wierszyk! Ja im znajdę taki wierszyk, że...! (filologiczny zapał rośnie) To co dajemy? Może coś związanego z nami? W sensie - poderwałeś mnie na "Ulissesa" i "W poszukiwaniu straconego czasu", ale nie szukałabym tam dobrego cytatu na zaproszenie na ślub.
L: No wiesz, unię dusz poczuliśmy, jak równocześnie na zajęciach powiedzieliśmy: "Gra w klasy". Ale to też nie jest dobre. (pauza) EPITALAMIUM! No przecież na staropolce się poznaliśmy!
Następną godzinę poświęciliśmy na wertowanie posiadanych przez nas wyborów poezji staropolskich pisarzy, googlowaniu epitalamium, przeglądaniu staropolska.pl -polecam uwadze! i przerzucaniu podręcznika Czesława Hernasa pt. "Barok". No i kiszka, nic nie znaleźliśmy. To znaczy - co się ubawiliśmy, to nasze, ale wszystko było stanowczo za długie jak na kilka linijek cytaciku na zaproszeniu. Zrezygnowaliśmy z pomysłu cytowania ojców literatury narodowej. Janek zaczął szaleć. Znalazł jakiś fragment w "Finnegan's Wake". Wyzwałam go od pretensjonalnych bubków. Zaproponował coś z Luce Irigaray. Kazałam mu spadać. Kontrowałam cytatami z "Drugiej płci" Simone de Beauvoir, ale ona jest lepsza raczej na zaproszenia na "divorce party" (podobno w Hameryce takie są), bo jej stosunek do instytucji małżeństwa można eufemistycznie określić jako chłodny. Znaleźliśmy parę niezłych aforyzmów w nieocenionych a przepastnych zbiorach myśli Oscara Wilde'a. Nie zawiodła też Magdalena Samozwaniec. Jednakowoż większość z tego, co znaleźliśmy, było do małżeństwa nastawione, delikatnie mówiąc, sceptycznie. Schopenhauer nie był akurat najbardziej pesymistycznym cytowanym z całej stawki. A jak już było coś o małżeństwie albo szerzej - o miłości pozytywnego, to było kiczowate albo z bardzo słabej literatury (celuje w tym Coehlo, oczywiście). Siadamy na kanapie w poczuciu filologicznej klęski.
J: Janek, nosz kurde... Dwóch magistrów filologii polskiej, ba, dwóch doktorantów z ambicjami i co?! Polegliśmy na CYTACIE NA NASZE ZAPROSZENIE NA ŚLUB!
L: Bo to z nadmiaru kompetencji. Jak widzimy cytat aprobujący małżeństwo, to widzimy, jak słaby i kiczowaty jest. A jak widzimy niekiczowaty, to się boimy, że wyjdziemy na pretensjonalnych bubków. A normalni ludzie cytują Wojtyłę i mają z głowy.
Ostatecznie w uwagach do zamówienia wpisaliśmy, że bez cytatu poprosimy. I bez wierszyka będzie.
Dwie godziny deliberowania nad zaproszeniami i szukanie cytatu. Potem wybór czcionki i koloru wstążeczki. Spieszę donieść: cipiec ślubny zaczyna mnie ogarniać. Nie masz, nie masz nadzieje!
- znaleźliśmy współmałżonka
- mamy zarezerwowaną restaurację i podpisaną umowę
- zapisaliśmy się w USC na interesujący nas termin
- dopięliśmy listę gości
- mam sukienkę, buty i ogólną WIZJĘ; tu ciekawostka: przez rok twierdziłam, że chcę prostą, kremową sukienkę "w kolanko" bez żadnych ozdób. Plan niemalże udało się zrealizować. Bo mam sukienkę. Z tym, że jest różowo-kremowa i koronkowa. No, ale jak pisała Pawlikowska-Jasnorzewska,"Zamiast sukni białej, trumiennego symbolu, różowa. Zawsze się boję tych ślubnych sukienek. Ponure, prawda? Mają coś z męczennicy, coś z procesji, a coś też z wielkanocnego indyka, w białym strzyżonym papierze, z gałązką bukszpanu. O, nie lubię. Różowy tiul, różowy kapelusz, to co innego, to wróży różową przyszłość." (Ama, "Szofer Archibald", 1924 r.).
- wybraliśmy wzór zaproszeń
I o tym ostatnim chcę co nieco opowiedzieć. Sam wybór wzoru nie był sprawą skomplikowaną. Z Międzyplanetarnych Targów Ślubnych (do relacji własnej odsyłam - KLIK) wynieśliśmy trzy ulotki trzech firm oferujących względnie minimalistyczne zaproszenia. Z ich stron internetowych wyselekcjonowałam kilka propozycji. Na prowadzenie wysuwali się "gramatyczni i typograficzni naziści", którzy doliczali sobie za poprawianie literówek, błędów ortograficznych oraz zmiany z caps locka na normalny format. Zarzekali się też, że nie przyjmują zamówień, w których liczba czcionek na jeden tekst jest większa niż 2. Ostatecznie po konsultacjach społecznych (mój organizacyjny dream team - Matka Jolanta i Siostra Anna) zdecydowaliśmy się na eleganckie zaproszenie z możliwie niewielką ilością zdobień, wstążek, kryształków i marszczeń. Wszystko szło gładko - ostatecznie cóż to za wysiłek dla dwóch polonistów, żeby napisać tekst zaproszenia i poodmieniać imiona i nazwiska gości w bierniku? Sprawdziliśmy wszystko ze trzy razy, wyeliminowaliśmy literówki, potknięcia, ustaliliśmy formę nazwisk kłopotliwych (Zublów czy Zubli?) i zadowoleni z siebie wypełnialiśmy kolejne pola formularza. Stanęliśmy na polu "wierszyk/cytat".
Ja: Chcemy jakiś cytat? No ja nie wiem... Nasza robota polega na cytatach, może dajmy se spokój... Poza tym wszystkie cytaty, jakie przychodzą mi do głowy w związku z małżeństwem, nie napawają przesadnym optymizmem...
Luby: A na przykład jakie ci przychodzą?
J: "Gdy na dziewczynę zawołają: żono! Już ją żywcem pogrzebiono!". Masz coś lepszego?
L: Pewnie, że mam! Z "Wesela"! "Topi się, kto bierze żonę! - Nie utonę, nie utonę!"
J: No i sam widzisz, nic, tylko się powiesić...
L: ...ostał ci się jeno sznur...
Więc stanęło na tym, że bez cytatu. Chcę wysłać formularz, a on się wysłać nie chcę. I wyskakuje mi komunikat na czerwono: "PROSZĘ UZUPEŁNIĆ KOLUMNĘ: WIERSZYK".
J: Noż by ich...! Wierszyk, pies ich trącał, wierszyk! A co ja jestem, rozśpiewany przedszkolak, żeby wierszyki znać?!
L: O małżeństwie to może być "Na kanapie leży leń / Nic nie robi cały dzień"...
J: Ja im znajdę wierszyk! Ja im znajdę taki wierszyk, że...! (filologiczny zapał rośnie) To co dajemy? Może coś związanego z nami? W sensie - poderwałeś mnie na "Ulissesa" i "W poszukiwaniu straconego czasu", ale nie szukałabym tam dobrego cytatu na zaproszenie na ślub.
L: No wiesz, unię dusz poczuliśmy, jak równocześnie na zajęciach powiedzieliśmy: "Gra w klasy". Ale to też nie jest dobre. (pauza) EPITALAMIUM! No przecież na staropolce się poznaliśmy!
Następną godzinę poświęciliśmy na wertowanie posiadanych przez nas wyborów poezji staropolskich pisarzy, googlowaniu epitalamium, przeglądaniu staropolska.pl -polecam uwadze! i przerzucaniu podręcznika Czesława Hernasa pt. "Barok". No i kiszka, nic nie znaleźliśmy. To znaczy - co się ubawiliśmy, to nasze, ale wszystko było stanowczo za długie jak na kilka linijek cytaciku na zaproszeniu. Zrezygnowaliśmy z pomysłu cytowania ojców literatury narodowej. Janek zaczął szaleć. Znalazł jakiś fragment w "Finnegan's Wake". Wyzwałam go od pretensjonalnych bubków. Zaproponował coś z Luce Irigaray. Kazałam mu spadać. Kontrowałam cytatami z "Drugiej płci" Simone de Beauvoir, ale ona jest lepsza raczej na zaproszenia na "divorce party" (podobno w Hameryce takie są), bo jej stosunek do instytucji małżeństwa można eufemistycznie określić jako chłodny. Znaleźliśmy parę niezłych aforyzmów w nieocenionych a przepastnych zbiorach myśli Oscara Wilde'a. Nie zawiodła też Magdalena Samozwaniec. Jednakowoż większość z tego, co znaleźliśmy, było do małżeństwa nastawione, delikatnie mówiąc, sceptycznie. Schopenhauer nie był akurat najbardziej pesymistycznym cytowanym z całej stawki. A jak już było coś o małżeństwie albo szerzej - o miłości pozytywnego, to było kiczowate albo z bardzo słabej literatury (celuje w tym Coehlo, oczywiście). Siadamy na kanapie w poczuciu filologicznej klęski.
J: Janek, nosz kurde... Dwóch magistrów filologii polskiej, ba, dwóch doktorantów z ambicjami i co?! Polegliśmy na CYTACIE NA NASZE ZAPROSZENIE NA ŚLUB!
L: Bo to z nadmiaru kompetencji. Jak widzimy cytat aprobujący małżeństwo, to widzimy, jak słaby i kiczowaty jest. A jak widzimy niekiczowaty, to się boimy, że wyjdziemy na pretensjonalnych bubków. A normalni ludzie cytują Wojtyłę i mają z głowy.
Ostatecznie w uwagach do zamówienia wpisaliśmy, że bez cytatu poprosimy. I bez wierszyka będzie.
Dwie godziny deliberowania nad zaproszeniami i szukanie cytatu. Potem wybór czcionki i koloru wstążeczki. Spieszę donieść: cipiec ślubny zaczyna mnie ogarniać. Nie masz, nie masz nadzieje!
niedziela, 12 kwietnia 2015
"Kaj my to som?" - "My som tukej!", czyli jak spędzić cudowny weekend w Katowicach. Poradnik
Katowicki poradnik weekendowy dedykuję naszym przyjaciołom, M. i Sz., którzy zgodnie z naszą tradycją weekendowych wymian i odwiedzin przyjechali kolejny raz na Śląsk. I wyjechali tak nieprzyzwoicie obżarci i zachwyceni, jak obżarci i zachwyceni my pozostaliśmy, a taką przynajmniej mam nadzieję. A opracowaliśmy weekendowy plan rozrywek w Katowicach (dla wrocławskiej hipsteriady...) i w związku z tym mam parę refleksji.
1. Jeśli ktoś się w Katowicach nudzi, to sam jest sobie winien. I choć jestem sceptyczna wobec wielu nowych rozwiązań w mieście (np. wobec galeriomanii...), to muszę przyznać, że poważnie nie doceniałam mojego miasta. Sobotę zaczęliśmy od wyprawy do centrum i obiadu w Bellmer Cafe. Miejsce zdecydowanie zyskało na przenosinach z Teatru Śląskiego na Plac Wolności. Gotują przepysznie, stosunkowo niedrogo, a w środku jest jak w domu: pachnie trochę obiadem, a trochę starymi książkami, które zresztą można na miejscu zakupić, a zawartość biblioteczki prezentuje się nieźle. Przyszli ludzie z psami, trzy wesołe kundelki biegały między krzesłami i trącały nas łapami, domagając się, abyśmy się podzielili obiadem. Z okazji ładnej pogody pokolebaliśmy się tramwajem do Parku Śląskiego.
2. Park Śląski to jest naprawdę perełka. Zaczęliśmy od przejażdżki Elką i trzepaniem kurzu z butów do paśników dla ludzi - bud z grillem z parasolami z Coca-Coli (kto umieścił kolejkę nad jadłodajniami albo jadłodajnie bezpośrednio pod kolejką?!). Nowa Elka jest naprawdę wygodna, bezpieczna, widoki są cudowne, a nadawanie gondolom imion "zasłużonych dla regionu" i uwzględnienie takich nazwisk, jak von Giesche, Bienek i "Magik" Łuszcz, było zaiste doskonałym pomysłem. Potem przespacerowaliśmy się od Wesołego Miasteczka do bramy ZOO, po drodze zatrzymując się przy "Dronie" Julity Wójcik. Przystanek obowiązkowo przy budkach z przekąskami na lody świderki, watę cukrową i rurkę z kremem. Potem podziwianie "Żyrafy", która zaczęła mi przypominać monstrualną konstrukcję z kijów golfowych i powrót tramwajem na rynek. I tak rozpoczęliśmy cykl atrakcji wieczornych, rozsiadając się w "Białej Małpie" na piwo. Po kilku piwach przyszedł głód, więc przeszliśmy się katowicką arterią imprezową aż na koniec Mariackiej, gdzie, śmiem twierdzić, znajduje się najlepsza pizzeria w Katowicach, o ile nie w całej Polsce południowej. Bar-a-boo. I chyba nie tylko ja tak sądzę, bo dorwanie tam stolika graniczy z cudem, w środku gwar, śmiech i zapach pizzy. Żeby spalić nierozsądnie późną i nierozsądnie kaloryczną kolację pognaliśmy naszych gości "szlakiem moderny" przez ulice Francuską, Ligonia, Wita Stwosza, Jordana, przecięliśmy Kościuszki i gen. Zajączka, lądując na Mikołowskiej, skąd zwiał nam autobus do domu. Po drodze snuliśmy morskie opowieści o graffiti i o Szwedzkim, cytując obficie nasze ulubione prace. A że autobus nam zwiał i trafiliśmy na martwą godzinę, kiedy dzienne już nie jeżdżą, a nocne jeszcze nie zaczęły, to pojechaliśmy na Ligotę i przedefilowaliśmy przez dwie dzielnice aż do Ochojca, gdzie popadaliśmy jak muchy.
3. Niedzielny poranek rozpoczęliśmy pankejkami, które awansowały na mój śniadaniowy popis miszczoski (Moniko z Humanistycznym Obliczem Temidy, po następnej filonasiadówie spodziewaj się pankejków zamiast nieśmiertelnej jajecznicy!), a potem wybraliśmy się na eksplorowanie Strefy Kultury. No i to jest clou tego wpisu. Centrum Kongresowe, NOSPR i nowe Muzeum Śląskie są naprawdę cudowne. Trawa na dachu centrum, taras widokowy, cudowny pomnik Sławika, estakada od centrum do NOSPR, sam NOSPR i towarzyszący mu park z labiryntem odtwarzającym układ katowickich ulic z 1926 roku - po prostu niesamowite! I czwórka dorosłych, dość poważnych ludzi pieczołowicie obchodząca wszystkie alejki i macająca wszystko, co poddawało się obmacaniu piechurów. Jeśli ktoś uważa, że nowe Muzeum Śląskie to "szklarnie wujka Józka", to jest trąba i nie wie, co gada. Muzeum, choć otwarte tylko częściowo, robi wrażenie oszałamiające. Byliśmy na wystawie "Metropolis" i byłam bardzo zaskoczona, jaka ilość ludzi w porze obiadowej, na dodatek w niedzielę, w Katowicach, czuje potrzebę kontaktu z wideo-artem. Sz. i M. zapadli na syndrom japońskiego turysty i obfotografowywali wszystko. Ja natomiast odkrywałam moje miasto na nowo i chyba pierwszy raz czułam, że można mi pozazdrościć miasta, w którym mieszkam. Katowice pięknieją. Katowice normalnieją. I robią się coraz bardziej "dla ludzi". Tak, nawet z nowym rynkiem, który może takiego szału jak Strefa Kultury nie robi, ale ostatecznie wszystko jest chyba lepsze niż to, co wcześniej było rynkiem.
4. Na koniec obiad w "Bo Tak", który, po dniu z nowoczesną architekturą i sztuką, spotęgował moje wrażenie "szwedzkości". Otóż "Bo Tak" organizował zabawy dla dzieci i po lokalu pałętała się olbrzymia liczba pędraków w różnym wieku i w różnym stanie przyodziewku. Była nawet bardzo radosna blondyneczka, beztrosko brykająca w samych majtasach. Na relaksie. Rodzice z dziećmi siedzący na miękkich pufach, porozrzucane pluszowe marchwie i brokuły, przekrzykiwania "Pola, Pola, no chodź, zupki zjesz, pomidorowa, dobra, z makaronem, no chodź... Nie, ciasteczka będą później, no chodź na zupkę!", ogólnie klimat pt. "wszystkie dzieci nasze są" i "mały klient - nasz pan". I, jako osoba niedzieciata (patrz wpis poniżej o wychowaniu a la polonaise), muszę z pełną mocą stwierdzić - tak mi pasuje. Tak mi się podoba. Trzylatka tarzająca się po ziemi z pluszowym brokułem w łapkach, kiedy jej rodzice spokojnie dojadają wegańskie desery, bardzo mi odpowiada. Jest fajnie, na luzie i bez spiny. W totalnej kontrze do zasłyszanego niedawno w pizzerii w galerii handlowej, kiedy ja i Luby dobieraliśmy się do pizzy łapami, "Mateusz, sztućce weź, w lokalu jesteś, zachowuj się!". Pola, w lokalu jesteś, więc zjedz zupki pomidorowej, a potem możesz pobawić się z innymi dzieciakami.
Po tym przydługim opisie moich prywatnych, weekendowych rozrywek, czas na pointę: Katowice się zmieniają i to zmieniają się na lepsze. Jasne, że jest na co marudzić. I jasne, że nie jest idealnie. Ale doceńmy to, co mamy. Bo mamy wiele, a będziemy mieć jeszcze więcej. Podobają mi się takie Katowice: dumne z tego, jakie są i skąd się wywodzą, ale nadążające za swoją epoką. A patrząc na Strefę Kultury, to chyba nie będę przesadzać, jeśli powiem, że doganiają liderów.
Jeśli więc nudzisz się w Katowicach i marudzisz, że wszystko jest o kant rzyci roztrzaś, to wyjdź w końcu z domu. Jest co robić.
Wpis NIE JEST sponsorowany przez Urząd Miasta Katowice, ani przez Miasto Ogrodów, ani przez Park Śląski, ani przez Bellmer Cafe, Białą Małpę, Bar-a-boo lub Bo Tak. Po prostu myślę, że jest dobrze. I sądzę, że Sz. i M. się ze mną zgodzą.
1. Jeśli ktoś się w Katowicach nudzi, to sam jest sobie winien. I choć jestem sceptyczna wobec wielu nowych rozwiązań w mieście (np. wobec galeriomanii...), to muszę przyznać, że poważnie nie doceniałam mojego miasta. Sobotę zaczęliśmy od wyprawy do centrum i obiadu w Bellmer Cafe. Miejsce zdecydowanie zyskało na przenosinach z Teatru Śląskiego na Plac Wolności. Gotują przepysznie, stosunkowo niedrogo, a w środku jest jak w domu: pachnie trochę obiadem, a trochę starymi książkami, które zresztą można na miejscu zakupić, a zawartość biblioteczki prezentuje się nieźle. Przyszli ludzie z psami, trzy wesołe kundelki biegały między krzesłami i trącały nas łapami, domagając się, abyśmy się podzielili obiadem. Z okazji ładnej pogody pokolebaliśmy się tramwajem do Parku Śląskiego.
2. Park Śląski to jest naprawdę perełka. Zaczęliśmy od przejażdżki Elką i trzepaniem kurzu z butów do paśników dla ludzi - bud z grillem z parasolami z Coca-Coli (kto umieścił kolejkę nad jadłodajniami albo jadłodajnie bezpośrednio pod kolejką?!). Nowa Elka jest naprawdę wygodna, bezpieczna, widoki są cudowne, a nadawanie gondolom imion "zasłużonych dla regionu" i uwzględnienie takich nazwisk, jak von Giesche, Bienek i "Magik" Łuszcz, było zaiste doskonałym pomysłem. Potem przespacerowaliśmy się od Wesołego Miasteczka do bramy ZOO, po drodze zatrzymując się przy "Dronie" Julity Wójcik. Przystanek obowiązkowo przy budkach z przekąskami na lody świderki, watę cukrową i rurkę z kremem. Potem podziwianie "Żyrafy", która zaczęła mi przypominać monstrualną konstrukcję z kijów golfowych i powrót tramwajem na rynek. I tak rozpoczęliśmy cykl atrakcji wieczornych, rozsiadając się w "Białej Małpie" na piwo. Po kilku piwach przyszedł głód, więc przeszliśmy się katowicką arterią imprezową aż na koniec Mariackiej, gdzie, śmiem twierdzić, znajduje się najlepsza pizzeria w Katowicach, o ile nie w całej Polsce południowej. Bar-a-boo. I chyba nie tylko ja tak sądzę, bo dorwanie tam stolika graniczy z cudem, w środku gwar, śmiech i zapach pizzy. Żeby spalić nierozsądnie późną i nierozsądnie kaloryczną kolację pognaliśmy naszych gości "szlakiem moderny" przez ulice Francuską, Ligonia, Wita Stwosza, Jordana, przecięliśmy Kościuszki i gen. Zajączka, lądując na Mikołowskiej, skąd zwiał nam autobus do domu. Po drodze snuliśmy morskie opowieści o graffiti i o Szwedzkim, cytując obficie nasze ulubione prace. A że autobus nam zwiał i trafiliśmy na martwą godzinę, kiedy dzienne już nie jeżdżą, a nocne jeszcze nie zaczęły, to pojechaliśmy na Ligotę i przedefilowaliśmy przez dwie dzielnice aż do Ochojca, gdzie popadaliśmy jak muchy.
3. Niedzielny poranek rozpoczęliśmy pankejkami, które awansowały na mój śniadaniowy popis miszczoski (Moniko z Humanistycznym Obliczem Temidy, po następnej filonasiadówie spodziewaj się pankejków zamiast nieśmiertelnej jajecznicy!), a potem wybraliśmy się na eksplorowanie Strefy Kultury. No i to jest clou tego wpisu. Centrum Kongresowe, NOSPR i nowe Muzeum Śląskie są naprawdę cudowne. Trawa na dachu centrum, taras widokowy, cudowny pomnik Sławika, estakada od centrum do NOSPR, sam NOSPR i towarzyszący mu park z labiryntem odtwarzającym układ katowickich ulic z 1926 roku - po prostu niesamowite! I czwórka dorosłych, dość poważnych ludzi pieczołowicie obchodząca wszystkie alejki i macająca wszystko, co poddawało się obmacaniu piechurów. Jeśli ktoś uważa, że nowe Muzeum Śląskie to "szklarnie wujka Józka", to jest trąba i nie wie, co gada. Muzeum, choć otwarte tylko częściowo, robi wrażenie oszałamiające. Byliśmy na wystawie "Metropolis" i byłam bardzo zaskoczona, jaka ilość ludzi w porze obiadowej, na dodatek w niedzielę, w Katowicach, czuje potrzebę kontaktu z wideo-artem. Sz. i M. zapadli na syndrom japońskiego turysty i obfotografowywali wszystko. Ja natomiast odkrywałam moje miasto na nowo i chyba pierwszy raz czułam, że można mi pozazdrościć miasta, w którym mieszkam. Katowice pięknieją. Katowice normalnieją. I robią się coraz bardziej "dla ludzi". Tak, nawet z nowym rynkiem, który może takiego szału jak Strefa Kultury nie robi, ale ostatecznie wszystko jest chyba lepsze niż to, co wcześniej było rynkiem.
4. Na koniec obiad w "Bo Tak", który, po dniu z nowoczesną architekturą i sztuką, spotęgował moje wrażenie "szwedzkości". Otóż "Bo Tak" organizował zabawy dla dzieci i po lokalu pałętała się olbrzymia liczba pędraków w różnym wieku i w różnym stanie przyodziewku. Była nawet bardzo radosna blondyneczka, beztrosko brykająca w samych majtasach. Na relaksie. Rodzice z dziećmi siedzący na miękkich pufach, porozrzucane pluszowe marchwie i brokuły, przekrzykiwania "Pola, Pola, no chodź, zupki zjesz, pomidorowa, dobra, z makaronem, no chodź... Nie, ciasteczka będą później, no chodź na zupkę!", ogólnie klimat pt. "wszystkie dzieci nasze są" i "mały klient - nasz pan". I, jako osoba niedzieciata (patrz wpis poniżej o wychowaniu a la polonaise), muszę z pełną mocą stwierdzić - tak mi pasuje. Tak mi się podoba. Trzylatka tarzająca się po ziemi z pluszowym brokułem w łapkach, kiedy jej rodzice spokojnie dojadają wegańskie desery, bardzo mi odpowiada. Jest fajnie, na luzie i bez spiny. W totalnej kontrze do zasłyszanego niedawno w pizzerii w galerii handlowej, kiedy ja i Luby dobieraliśmy się do pizzy łapami, "Mateusz, sztućce weź, w lokalu jesteś, zachowuj się!". Pola, w lokalu jesteś, więc zjedz zupki pomidorowej, a potem możesz pobawić się z innymi dzieciakami.
Po tym przydługim opisie moich prywatnych, weekendowych rozrywek, czas na pointę: Katowice się zmieniają i to zmieniają się na lepsze. Jasne, że jest na co marudzić. I jasne, że nie jest idealnie. Ale doceńmy to, co mamy. Bo mamy wiele, a będziemy mieć jeszcze więcej. Podobają mi się takie Katowice: dumne z tego, jakie są i skąd się wywodzą, ale nadążające za swoją epoką. A patrząc na Strefę Kultury, to chyba nie będę przesadzać, jeśli powiem, że doganiają liderów.
Jeśli więc nudzisz się w Katowicach i marudzisz, że wszystko jest o kant rzyci roztrzaś, to wyjdź w końcu z domu. Jest co robić.
Wpis NIE JEST sponsorowany przez Urząd Miasta Katowice, ani przez Miasto Ogrodów, ani przez Park Śląski, ani przez Bellmer Cafe, Białą Małpę, Bar-a-boo lub Bo Tak. Po prostu myślę, że jest dobrze. I sądzę, że Sz. i M. się ze mną zgodzą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)